środa, 31 lipca 2019

Byłam dumna

Znów poczułam się zbyt swobodnie, zbyt mocno się otworzyłam. Kac moralny zbiera swoje żniwo.

Naprawdę nie chciałam, w zasadzie nie wiem czemu  o tym wspomniałam. Przecież ostatnim razem nie poszło dobrze.

Ostatnim razem jeszcze byłam dumna z tego co uczyniłam, z tego, że zostałam wybrana. Temat był nie ważny, ważne było to, że moje słowa gdzieś trafiły, ktoś je docenił. Ktoś je wydrukował, opatrzył okładką, opublikował. Byłam dumna.

I wiem dobrze że panna M. nie zamierzała zrobić mi krzywdy. Wiem dobrze, że jej żarty i zmiana niektórych elementów podczas czytelniczych godzin środowych, kiedy to siedziała na krześle i czytała na głos moje słowa, nie miały na celu złamania mnie. Wiem dobrze, że śmiejąc się z nimi i nie mówiąc im, że mnie to bolało popełniłam błąd. A może nie?

Myślę, że panna M. by tego nie zrozumiała. Nawet pomijając to jak bardzo ją lubię, uważam, że nie jest zdolna do tego, by pojąc jak ważna dla mnie jest "Pani Krainy". Jak ważna była dla mnie ta historia i jak bardzo chciałam, by jeszcze ktoś ją docenił.

W urzędzie, tam gdzie pracowałam, nie została doceniona. To nie był totalnie ich gatunek. Zakładając, że gatunek Yuri może być czyjkolwiek. Nie mniej, nie ja wybierałam temat, ani gatunek, lecz konkurs w którym brałam udział.

A zatem nauczona urzędowym doświadczeniem, nieco wyśmiana przez panne M. (choć wiedziałam, że nie chciała być złośliwa), postanowiłam w mojej nowej pracy nie wspominać o tym, że zostałam wydana.

Przez rok mi się udawało.

Więc nie wiem czemu to zrobiłam.

Może dlatego, że ostatnio Promyczek zapytała mnie w mailu czy jeszcze piszę i zachciało mi się płakać na samą myśl o tym, że już nie potrafię. Bo to boli. Boli, że część mnie umarła, że nie mam swojego Pozaświata, że nie potrafię już pisać. Boli kiedy ktoś o to pyta...

Tak, czy owak stało się. Wygadałam się i nastąpiła rzecz straszna.
Jedna w dziewczyn powiedziała, że chce to przeczytać.

Nauczona poprzednim doświadczeniem, choć nie cierpię porównywać ludzi, boje się. Boje się panicznie, że K może nie zachowa się jak panna M. ale na pewno coś pomyśli o temacie, o słowach, o historii, z której po poprzednim razie już nie jestem dumna.

A przecież powinnam, bo było to spełnienie mojego marzenia.

A jednak antologia stoi na półce i się kurzy, a ja już nie jestem dumna i wcale nie chce K. pokazywać tego z czego nie jestem dumna...

poniedziałek, 29 lipca 2019

Ponarzekam sobie.

No dobra, wiem, że długo mnie nie było. No cóż, fest długo. Złożyło się na to kilka czynników, więc postaram się nieco usprawiedliwić i proszę nie skreślajcie mnie :)

Przez ten czas działo się kilka rzeczy ale głównie zaczęło się od nawrotu depresji, Niestety niejednokrotnie przekonałam się, że z tej choroby nie da się całkowicie wyleczyć. Ona siedzi sobie, psia córka, w kącie i czeka na możliwość ataku, a nawrót tym razem był szczególnie paskudny. Tak paskudny, że rozważałam szukania psychologa, choć wiem, że w PL dla mnie to niemal niewykonalne.

Taką możliwością okazała się choroba mojego kota. Nadczynność tarczycy, niewydolność nerki, podniesione ciśnienie, spadek wagi. Obecnie jesteśmy na lekach i kicia przytyła 100 gram, więc jestem dobrej myśli. Nie mniej jednak przez jakieś dwa tygodnie chodziłam jak zombie, napychałam się słodyczami i roztaczałam w głowie czarne wizje uśpienia kota strzykawką i pustego domu bez tej futrzastej wredotki. Na szczęście leki się przyjmują, więc na razie trochę podniosłam się z dołka.

Do lekarzy z poprzedniego posta w końcu się dodzwoniłam i poumawiałam na wizyty, gdzie pierwsza mam już w czwartek (olaboga jak szybko, zwłaszcza, że dodzwoniłam się jakoś dwa dni po poprzedniej notce). Ze skierowaniem z lutego polazłam do innego lekarza, także na początku czerwca i już osiemnastego lipca, po wysiedzeniu w przychodni około półtorej godziny dowiedziałam się, że mam uczulenie na laktozę.

No kurwa cudownie zważywszy na to, że to niweluje niemalże wszystko co uwielbiam. Czekolada. Lody. Ciastka. Z drugiej strony fajnie, schudnę.

Nie, no gówno prawda.

Jest przecież mleko bez laktozy, są serki jogurty i tego typu bezedury. Da się żyć, nawet lody znalazłam (i nie mówię o sorbetach bo za takimi w sumie nie przepadam), ale czekolady już nie. I dobrze, przecież to kalorii w chuj.

A propos w chuj kalorii ostatnio doszłam do wniosku, że żrem za dużo, bo jedzeniem tego nazwać nie można. Nawet jak wczoraj zrobiłam sobie zdrowe żarcie na parze warzywa, to napchałam się tak, że brzuch mnie bolał (zwłaszcza że jeszcze pobolewa z pozostałości laktozy, bo nie ze wszystkiego potrafię wykluczyć), bo to przecież zdrowe i przecież nie wyrzucę. Dodam, że brokuł w ogóle mi nie smakował, mimo 40 minut w parowarze był niedogotowany.

Tak więc moja samoocena w ostatnich dniach mocno spadła poniżej krytycznej, zwłaszcza, gdy zauważyłam, że już mi ciasno w jednych rybaczkach, a jedna z ulubionych bluzek także opina ten mój wielki brzuch.

Na wagę nie staje, bo panicznie się boję, że zobaczę trzycyfrową, a przecież obiecałam sobie nigdy w życiu już się do czegoś takiego nie doprowadzać.

Tylko co robić, jak steper/orgitrek nie przynoszą efektów, na spacery nie chodzę bo upał taki że nosa nie wyściubiam jak absolutnie nie muszę, na basen nie pójdę bo ludzi od chuja i ciut ciut, siłownia odpada, dietetyk też, bo aż mnie skręca jak sobie pomyśle ile w kuchni będę siedzieć, a ja tak nienawidzę gotować. Nie mówiąc już o tym ile kasy na to wszystko pójdzie. Biegać nie mogę ( i nie chce) areobiku też nie zrobię, bo kolano, a zatem Zumba także odpada. Wiem, bo już próbowałam. Kolano nie słucha moich argumentów ;/  Jakieś rady?

Na koniec tego postu narzekań dodam, że upały są może nie kurewskie, ale i tak nie zachęcające, na domiar przestałam robić ćwiczenia na kręgosłup (a szlo mi nieźle wytrzymałam 3 tygodnie) bo mnie pan masażysta przyszły zjechał żem leniwa buła, że to co mam od pani internisty doktor to chujnia i ze potrzebuje czegoś innego. Po czym zarzucił mnie fotkami ze swojego podręcznika i uwieńczył to tekstem, że i tak nic z tego nie będę robić,czym wybitnie mi obrzydził dalsze próby.