Siedzę na fotelu.
Mam laptopa na kolanach.
Czuje kabel pod stopą.
Czuje miękkość fotela na plecach.
Czuje schnące włosy na głowie.
Jestem w tej własnie chwili, w tym własnie momencie, tak realnie jak nierealnie w tej samej sekundzie, nanosekundzie wręcz.
Istnieje i ciesze się, ze istnieję. Jestem i radość przepełnia mnie, że jestem. Czuję krążącą energię po moim ciele od stop do głowy, płynąca tuż nad powierzchnią skóry jak aura.
Jestem, tu i teraz.
Na wschodzie, na zachodzie, na północy i południu.
W centrum i na obrzeżach.
Słyszę bicie własnego serca. Spokojne, rytmiczne, istniejące.
Tu i teraz.
Nie wczoraj, nie jutro, nie później, nie wcześniej.
Teraz.
Istnieję.
I to jest piękne!
piątek, 31 marca 2017
wtorek, 28 marca 2017
Dobre Wibracje
Nie było mnie tu prawie cały miesiąc. Czas w którym wydarzyło się tak wiele i tak mało zarazem. Czas, w którym zaczęłam odzyskiwać równowagę za sprawą kilku nakładających się czynników. Postaram się zatem składnie napisać niezbyt nużąco o co kaman :)
Za sprawą Wiedźmy Rodzicielki w moje łapki wpadł ZELAND i jego Transerfing - Przestrzeń wariantów -tom1 (tak też pierwszy raz wariatów przeczytałam ^ ^ ). Na czym transerfing polega możliwe, że opowiem jak go bliżej poznam. Tak czy owak książka ta nieco mnie uspokoiła i rozpoczęła mały zalążek procesu zwracania równowagi.
Kolejnym czynnikiem stał się Zaklęcie, który odwiedza mnie teraz co weekend. Okazał się człowiekiem wprost nie pozwalającym, by minka była w podkówkę choć na chwilę. Wesoły, żartujący, przytulaśny guardian na straży dobrego samopoczucia ;) (Do tego jest większy ode mnie, więc w końcu mogę się poczuć jak to małe wredne, co rzuca się do kostek ^ ^)
Moja droga Molly odwiedza mnie dość często, co sprawia, że ciągle się uśmiecham. Wczoraj na spacerku byłyśmy świadkami niesamowicie śmiesznej sceny jak to Biały Terier wziął i się zwyczajnie fochnął na swoją panią. Pani idzie, pieseł się zatrzymał
- Nie siadaj - mówi pani
Pies się na nią spojrzał wymownie i zad posadził.
- No chodź - mówi pani
Pies jeszcze wymowniej łepek odwrócił demonstrując swe jakże arystokratycznie niezadowolenie z obecnego stanu rzeczy ^ ^ Dowiedziałyśmy się, że pieseł kaprysi, bo pojawił się nowy członek rodziny i już nie jest tym, na którego najwięcej uwagi jest zwrócone. Jak widać pieseły także maja swoje humory ;) (Szkoda, że fotki nie zrobiłam)
Jestem rozradowana również tym, że ostatnio nawet udało mi się popisać. W jeden wieczór sześć stron, gdyż wena łaskawa była. Tym sposobem rozdział piąty nowego opowiadania został ładnie, acz zaskakująco zakończony.
W weekend za to same miłe rzeczy mnie spotkały, bo pierw Szklana okazała się łaskawa i pokazała półtorej kilo mniej, potem wyszło na jaw, że straciłam też centymetr w pasie, zapisałam się do szkoły od września, do tego zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Wisienką na torcie był przyjazd Zaklęcia z kolejnym sezonem gry o tron ;)
Od paru dni rozkochałam się wręcz w słowiańskich Mantrach. W związku z tym podśpiewuje sobie je jak sprzątam, albo siedzę na słoneczku i się cieszę ciepełkiem. Dziś właśnie rano na ławeczce siedząc Mantrę sobie nuciłam, kiedy gdzieś tam 50 metrów za mną jakaś matka z dzieckiem się bawiła. Musiałam chyba się małej spodobać, bo dziewczynka przyszła do mnie, dotknęła mojego kolana i uśmiechnęła się uroczo rozradowana moim śpiewem. Chwile potem przywędrował do mnie jej pies, czy tez raczej namiastka psa, bo był taki mały, że do torebki mogłabym go wsadzić :P Zażyczył sobie pieszczot, co też otrzymał. Podziękowawszy machaniem ogona poszedł sobie w najlepsze. Mała znów posłała mi uśmiech i także poszła sobie do zabawy. Chwilę potem mijała mnie jakaś babcia w berecie, zerknąwszy na mnie wyraziła swą aprobatę jak to pięknie ten plac zabaw odnowili i poszła w swoją stronę ;-) Idąc do domu okazało się ze znalazłam coś, co zgubiłam (wypadło mi z torebki, z bocznej kieszonki) kilka tygodni temu.
Tak więc hej, dobre wibracje w okół mnie ;-)
Za sprawą Wiedźmy Rodzicielki w moje łapki wpadł ZELAND i jego Transerfing - Przestrzeń wariantów -tom1 (tak też pierwszy raz wariatów przeczytałam ^ ^ ). Na czym transerfing polega możliwe, że opowiem jak go bliżej poznam. Tak czy owak książka ta nieco mnie uspokoiła i rozpoczęła mały zalążek procesu zwracania równowagi.
Kolejnym czynnikiem stał się Zaklęcie, który odwiedza mnie teraz co weekend. Okazał się człowiekiem wprost nie pozwalającym, by minka była w podkówkę choć na chwilę. Wesoły, żartujący, przytulaśny guardian na straży dobrego samopoczucia ;) (Do tego jest większy ode mnie, więc w końcu mogę się poczuć jak to małe wredne, co rzuca się do kostek ^ ^)
Moja droga Molly odwiedza mnie dość często, co sprawia, że ciągle się uśmiecham. Wczoraj na spacerku byłyśmy świadkami niesamowicie śmiesznej sceny jak to Biały Terier wziął i się zwyczajnie fochnął na swoją panią. Pani idzie, pieseł się zatrzymał
- Nie siadaj - mówi pani
Pies się na nią spojrzał wymownie i zad posadził.
- No chodź - mówi pani
Pies jeszcze wymowniej łepek odwrócił demonstrując swe jakże arystokratycznie niezadowolenie z obecnego stanu rzeczy ^ ^ Dowiedziałyśmy się, że pieseł kaprysi, bo pojawił się nowy członek rodziny i już nie jest tym, na którego najwięcej uwagi jest zwrócone. Jak widać pieseły także maja swoje humory ;) (Szkoda, że fotki nie zrobiłam)
Jestem rozradowana również tym, że ostatnio nawet udało mi się popisać. W jeden wieczór sześć stron, gdyż wena łaskawa była. Tym sposobem rozdział piąty nowego opowiadania został ładnie, acz zaskakująco zakończony.
W weekend za to same miłe rzeczy mnie spotkały, bo pierw Szklana okazała się łaskawa i pokazała półtorej kilo mniej, potem wyszło na jaw, że straciłam też centymetr w pasie, zapisałam się do szkoły od września, do tego zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Wisienką na torcie był przyjazd Zaklęcia z kolejnym sezonem gry o tron ;)
Od paru dni rozkochałam się wręcz w słowiańskich Mantrach. W związku z tym podśpiewuje sobie je jak sprzątam, albo siedzę na słoneczku i się cieszę ciepełkiem. Dziś właśnie rano na ławeczce siedząc Mantrę sobie nuciłam, kiedy gdzieś tam 50 metrów za mną jakaś matka z dzieckiem się bawiła. Musiałam chyba się małej spodobać, bo dziewczynka przyszła do mnie, dotknęła mojego kolana i uśmiechnęła się uroczo rozradowana moim śpiewem. Chwile potem przywędrował do mnie jej pies, czy tez raczej namiastka psa, bo był taki mały, że do torebki mogłabym go wsadzić :P Zażyczył sobie pieszczot, co też otrzymał. Podziękowawszy machaniem ogona poszedł sobie w najlepsze. Mała znów posłała mi uśmiech i także poszła sobie do zabawy. Chwilę potem mijała mnie jakaś babcia w berecie, zerknąwszy na mnie wyraziła swą aprobatę jak to pięknie ten plac zabaw odnowili i poszła w swoją stronę ;-) Idąc do domu okazało się ze znalazłam coś, co zgubiłam (wypadło mi z torebki, z bocznej kieszonki) kilka tygodni temu.
Tak więc hej, dobre wibracje w okół mnie ;-)
czwartek, 9 marca 2017
Porażka przygnębienia i przygnębienie porażki
Jak zwykle skoro świt zerwałam się z wyra, bo spać nie mogę, a jak już mogę to i tak z przerwami. Doprowadziłam się do ładu i składu, śniadanie wprzódy obaliwszy i z miną nietęgą, bo deszcz siąpił, z parasolką (prawie) czerwoną ruszyłam do wspomnianego wcześniej potencjalnego pracodawcy. Na dworze zimno mnie zastało i lodowate krople, ale dzielne przed siebie kroczyłam, co parę kroków wyrzucając z butów kamyki które nie wiedzieć jak się tam znajdowały.
Na miejscu okazało się, iż szefowie podjęli decyzję odmowną. W rubryce powodu wpisali, że kryteriów nie spełniam. Ciekawam jakich to, niestety tej informacji mi nie udzielono, zapewne dlatego, iż nie spytałam, będąc w zbytnim szoku po odmowie (o powrót własnego CV także nie poprosiłam ;/).
Drogą więc pod górkę, dławiąc gniew i zniechęcenie ruszyłam do urzędu pracy z obowiązku dostarczenia karty stażysty się wywiązać. Na miejscu okazało się, że nie mogę wysłać smsa (dziwne, bo ładowałam telefon jakieś dwa tygodnie wcześniej, a internet używany na pakiecie miałam), ale to problem był na później. Wychodząc od pani Ani spotkałam nowo poznaną przed dwoma dniami koleżankę B., która oznajmiła mi, że jej również nie przyjęli, uprzedzając moje gratulacje. Zaraz zaraz. Było nas tam dwie, a widziałam papierzysk na trzy osoby (wnioskuje że po nas jeszcze jedna przyszła), więc logicznie rzecz biorąc... B. jednak szybko pośpieszyła z wyjaśnieniem. Podobno żadna z nas - kandydatek - nie spełniała wymogów. Nokurwa, ciekawa jestem jakież to WYGÓROWANE wymogi może mieć stacja kontroli pojazdów na przyszłego stażystę!
Jestem osoba rozsądną i myśleć logicznie umiem. Jednak logika sobie, rozsądek nieraz sobie, a emocje w rzyci mają cała resztę. W związku z powyższym znów wylądowałam z kolorowanką antystresową i przygnębieniem na cały dzień. Zaklęcie chciał przyjechać, ale mu powiedziałam, że jaja mu urwę jak będzie się targał z Katowic po osiemnastej tylko po to by zastać mnie w przygnębieniu.
I ja wiem, że to nie moja wina, ja wiem, że ze mną nic nie jest nie tak (chociaż po ilości odmów aż ciężko sobie tego nie wmawiać) i ja wiem, że to z nimi coś nie halo i że ślepi są, bo przecież wiem, że dobry, porządny, punktualny i lojalny ze mnie pracownik. Tym razem jednak nie przegrałam nawet ze znajomościami tylko ze zwyczajnym wybrzydzaniem. Więc to nie moja wina. Nikogo nie przyjęli.
Jednak jak już wspominałam: rozsądek sobie, a emocje sobie. Dobrze, że chociaż mam kredki...
P.S. Sprawę niemożności wysłania SMSa rozwiązałam w salonie Play. Mój błąd oczywiście, okazało się, że wysłałam SMSa na dowiedzenie się jaką mam taryfę. SMSa, który kosztował bagatela 17 zł.. Zeżyrając tym samym cała pozostałą ilość kasy jaką miałam na koncie. Brawo Vill... ;/
Na miejscu okazało się, iż szefowie podjęli decyzję odmowną. W rubryce powodu wpisali, że kryteriów nie spełniam. Ciekawam jakich to, niestety tej informacji mi nie udzielono, zapewne dlatego, iż nie spytałam, będąc w zbytnim szoku po odmowie (o powrót własnego CV także nie poprosiłam ;/).
Drogą więc pod górkę, dławiąc gniew i zniechęcenie ruszyłam do urzędu pracy z obowiązku dostarczenia karty stażysty się wywiązać. Na miejscu okazało się, że nie mogę wysłać smsa (dziwne, bo ładowałam telefon jakieś dwa tygodnie wcześniej, a internet używany na pakiecie miałam), ale to problem był na później. Wychodząc od pani Ani spotkałam nowo poznaną przed dwoma dniami koleżankę B., która oznajmiła mi, że jej również nie przyjęli, uprzedzając moje gratulacje. Zaraz zaraz. Było nas tam dwie, a widziałam papierzysk na trzy osoby (wnioskuje że po nas jeszcze jedna przyszła), więc logicznie rzecz biorąc... B. jednak szybko pośpieszyła z wyjaśnieniem. Podobno żadna z nas - kandydatek - nie spełniała wymogów. No
Jestem osoba rozsądną i myśleć logicznie umiem. Jednak logika sobie, rozsądek nieraz sobie, a emocje w rzyci mają cała resztę. W związku z powyższym znów wylądowałam z kolorowanką antystresową i przygnębieniem na cały dzień. Zaklęcie chciał przyjechać, ale mu powiedziałam, że jaja mu urwę jak będzie się targał z Katowic po osiemnastej tylko po to by zastać mnie w przygnębieniu.
I ja wiem, że to nie moja wina, ja wiem, że ze mną nic nie jest nie tak (chociaż po ilości odmów aż ciężko sobie tego nie wmawiać) i ja wiem, że to z nimi coś nie halo i że ślepi są, bo przecież wiem, że dobry, porządny, punktualny i lojalny ze mnie pracownik. Tym razem jednak nie przegrałam nawet ze znajomościami tylko ze zwyczajnym wybrzydzaniem. Więc to nie moja wina. Nikogo nie przyjęli.
Jednak jak już wspominałam: rozsądek sobie, a emocje sobie. Dobrze, że chociaż mam kredki...
P.S. Sprawę niemożności wysłania SMSa rozwiązałam w salonie Play. Mój błąd oczywiście, okazało się, że wysłałam SMSa na dowiedzenie się jaką mam taryfę. SMSa, który kosztował bagatela 17 zł.. Zeżyrając tym samym cała pozostałą ilość kasy jaką miałam na koncie. Brawo Vill... ;/
wtorek, 7 marca 2017
Maile po Angielsku, Zaklęcie i kolejne rozmowy
Czasem mam wrażenie, że napisanie maila po angielsku jest łatwiejsze niż napisanie notki tutaj. Dzieje się tak wiele i jednocześnie nic, że nie bardzo wiem jak to ubrać w słowa. Po kolei zatem zacznijmy więc od pracy.
Od ostatniego felernego spotkania, na którym bez znajomości nie dało się powiedzieć więcej niż dzień dobry, miałam:
1) Jeden telefon z zaproszeniem na rozmowę, na którą się nie stawiłam gdyż
a) wysłałam tam CV tylko w przypływie przygnębienia
b) jak się doczytałam opinii jak tam się traktuje ludzi to aż mi się odechciało
c) to była cholerna fabryka...
2) Jeden e-mail o przejściu do drugiego etapu rekrutacji z zapytaniem czy nie zechcę im powiedzieć na jakim poziomie są moje umiejętności worda i exela. Owy e-mail był odpowiedzią na CV wysłane, uwaga, 57 dni wcześniej. Mają rozmach i zapłon szachisty. Na maila odpisałam, do tej pory cisza i świerszcze ^ ^
3) Jedną rozmowę na staż do Miejskiego Zarządu Mieszkań Komunalnych, na które dwa miejsca wysłano nas siedem osób (w tym samym czasie były też rozmowy do ZUSu , też na dwa miejsca z tym, że tam posłano osób dwanaście). Podobno dobrze mi poszło, ale przegrałam z panią po szkole administratorskiej i druga po znajomości.
4) Rozmowa (to dziś) do Stacji Kontroli Pojazdów na pracownika biurowego. odpowiedzi jeszcze nie ma, ale podobno zachwyceni są moim zakrzanianiem na klawiaturze (jak ostatnio mierzyłam 213 znaków na minutę) oraz lubowaniem się w dokumentacji. Pan przeczytał moje CV od deski do deski zaskoczony żem pisarka i jeszcze pytał w jakie gram gry. Kto pyta o takie rzeczy na rozmowie kwalifikacyjnej? :P Tak czy owak na dwa miejsca póki co było nas dwie. Odpowiedź w czwartek rano.
W sprawach życiowo - egzystencjionalnych uznałam, że należy poznać nowych ludzi. Przerażające jaka bieda z nędzą pojawia się teraz na GG. Swego czasu miałam debatę z dwoma panami jak to nie istnieję, bo nie dam im zdjęcia, a skoro nie wiedzą jak wyglądam,(a przecież to jak wyglądam powie im z pewnością jaka jestem) to przecież z kim oni rozmawiają i w ogóle to powinnam się pokazać, a powiedz jeszcze na jakiej ulicy mieszkasz i w ogóle najlepiej numer konta i pesel od razu. Mattaku. Jednak wszystko w życiu jest nauka - to była cenna lekcja asertywności :)
Spotkanie z kolegą od spacerów w Jaworznie okazało się przyjemne (a to pierwsze wyjęło z życiorysu aż trzy godziny), jednak po czasie doszłam do wniosku, że kolega mało ma ze mną wspólnego i tematy kończą się w zastraszającym tempie. Nie mniej jednak spotkać się od czasu do czasu można (ostatnio wydębiłam pączki domowej roboty :P) dla samego połażenia i pogadania xD
Zaklęcie za to okazał się chyba strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o ilość wspólnych tematów do rozmowy, jak również wymianą opinii na tematy serialowo filmowe xD Spędziliśmy cały dzień na oglądaniu gry o tron (bo chłopak musi nadrobić zaległości) i było całkiem miło.
Status mój obecnie brzmi - nie szukam już znajomych - bieda kole w oczy. Serio żeby z czterdziestu ludzia ogarnąć dwóch w miarę normalnych, to to jest jakieś nieporozumienie. Nie wiem, może ja mam dziwne gusta, a może ja faktycznie nie istnieje, jak to mówią coponiektórzy którzy bez fotki życ nie umieją? xD Dobrze, że chociaż mam facebuka, bo bym całkiem jak duch była :P
P.S. Ostatnio jak pisuje maile do Promyczka, czytam je na głos, żeby wiedzieć czy w miarę czytelnei je napisałam - mam okropnie płaski akcent ^ ^
P.S (2) Niestety w sobotę padło na mnie jak grom z jasnego nieba potwierdzenie, że za cholerę cela nie mam, a czasem i kij od bilarda się omsknie , ale ciii... nikt nic nie widział :P
Od ostatniego felernego spotkania, na którym bez znajomości nie dało się powiedzieć więcej niż dzień dobry, miałam:
1) Jeden telefon z zaproszeniem na rozmowę, na którą się nie stawiłam gdyż
a) wysłałam tam CV tylko w przypływie przygnębienia
b) jak się doczytałam opinii jak tam się traktuje ludzi to aż mi się odechciało
c) to była cholerna fabryka...
2) Jeden e-mail o przejściu do drugiego etapu rekrutacji z zapytaniem czy nie zechcę im powiedzieć na jakim poziomie są moje umiejętności worda i exela. Owy e-mail był odpowiedzią na CV wysłane, uwaga, 57 dni wcześniej. Mają rozmach i zapłon szachisty. Na maila odpisałam, do tej pory cisza i świerszcze ^ ^
3) Jedną rozmowę na staż do Miejskiego Zarządu Mieszkań Komunalnych, na które dwa miejsca wysłano nas siedem osób (w tym samym czasie były też rozmowy do ZUSu , też na dwa miejsca z tym, że tam posłano osób dwanaście). Podobno dobrze mi poszło, ale przegrałam z panią po szkole administratorskiej i druga po znajomości.
4) Rozmowa (to dziś) do Stacji Kontroli Pojazdów na pracownika biurowego. odpowiedzi jeszcze nie ma, ale podobno zachwyceni są moim zakrzanianiem na klawiaturze (jak ostatnio mierzyłam 213 znaków na minutę) oraz lubowaniem się w dokumentacji. Pan przeczytał moje CV od deski do deski zaskoczony żem pisarka i jeszcze pytał w jakie gram gry. Kto pyta o takie rzeczy na rozmowie kwalifikacyjnej? :P Tak czy owak na dwa miejsca póki co było nas dwie. Odpowiedź w czwartek rano.
W sprawach życiowo - egzystencjionalnych uznałam, że należy poznać nowych ludzi. Przerażające jaka bieda z nędzą pojawia się teraz na GG. Swego czasu miałam debatę z dwoma panami jak to nie istnieję, bo nie dam im zdjęcia, a skoro nie wiedzą jak wyglądam,(a przecież to jak wyglądam powie im z pewnością jaka jestem) to przecież z kim oni rozmawiają i w ogóle to powinnam się pokazać, a powiedz jeszcze na jakiej ulicy mieszkasz i w ogóle najlepiej numer konta i pesel od razu. Mattaku. Jednak wszystko w życiu jest nauka - to była cenna lekcja asertywności :)
Spotkanie z kolegą od spacerów w Jaworznie okazało się przyjemne (a to pierwsze wyjęło z życiorysu aż trzy godziny), jednak po czasie doszłam do wniosku, że kolega mało ma ze mną wspólnego i tematy kończą się w zastraszającym tempie. Nie mniej jednak spotkać się od czasu do czasu można (ostatnio wydębiłam pączki domowej roboty :P) dla samego połażenia i pogadania xD
Zaklęcie za to okazał się chyba strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o ilość wspólnych tematów do rozmowy, jak również wymianą opinii na tematy serialowo filmowe xD Spędziliśmy cały dzień na oglądaniu gry o tron (bo chłopak musi nadrobić zaległości) i było całkiem miło.
Status mój obecnie brzmi - nie szukam już znajomych - bieda kole w oczy. Serio żeby z czterdziestu ludzia ogarnąć dwóch w miarę normalnych, to to jest jakieś nieporozumienie. Nie wiem, może ja mam dziwne gusta, a może ja faktycznie nie istnieje, jak to mówią coponiektórzy którzy bez fotki życ nie umieją? xD Dobrze, że chociaż mam facebuka, bo bym całkiem jak duch była :P
P.S. Ostatnio jak pisuje maile do Promyczka, czytam je na głos, żeby wiedzieć czy w miarę czytelnei je napisałam - mam okropnie płaski akcent ^ ^
P.S (2) Niestety w sobotę padło na mnie jak grom z jasnego nieba potwierdzenie, że za cholerę cela nie mam, a czasem i kij od bilarda się omsknie , ale ciii... nikt nic nie widział :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)





