Przez cały okres kursu, ba przed kursem nawet, a także po
nim, robiłam wszystko co się da, by znaleźć staż, który zapewni mi choćby
szanse na zatrudnienie.
Rozmawiałam z Panią Anią od kostek brukowych, ale ćwiczenia
na zajęciach jednoznacznie pokazały, że sprzedawca ze mnie żaden.
Usłyszałam ofertę w MOPS w sosnowcu, ale okazało się, że
dostać się tam to nie lada wyzwanie, a jak już się to da zrobić to nie ma Cię w
domu dwanaście godzin.
Rozmawiałam z Panem z Centrum Szkolenia Kierowców, które to
centrum zajmuje się wszystkim dodatkowo (jak pisałam w poprzednim poście) i
minął tydzień, a tu cisza.
Poszłam więc zatem na górę, po schodkach, tam, gdzie urząd
pracy i … Zeland się objawił.
Niestety w tym przypadku w negatywnym znaczeniu. Tak bardzo
pragnęłam stażu z możliwością zatrudnienia, że ostatecznie wylądowałam na
stażu, gdzie tego zatrudnienia nie będzie. Pani mi poza tym powiedziała,
studząc mój zapał skutecznie, że teraz urzędnik MUSI mieć wykształcenie wyższe,
bo tak jest w ustawie (Nie wiem w jakiej ustawie, bo nie byłabym sobą, gdybym
nie sprawdziła. Wiem póki co, że w ustawie o pracownikach samorządowych jest
napisane w art. 6, punkt 3 ustęp pierwszy, że pracownik samorządowy musi mieć co
najmniej średnie wykształcenie [Od września średnia lub średnie branżowe], więc
nie wiem na jakiej podstawie mi to pani powiedziała, bo jeszcze się nie
doszukałam). Tak czy inaczej, ostatecznie wylądowałam w MOPSie w moim mieście,
co nieźle podniesie mi kondychę, bo trzy miesiące będę ganiać pod górę po
schodach, by się tam dostać.
Po ostudzeniu skutecznym zapału zaraz włączył mi
się zły nawyk katastroficznego myślenia i mózg uczepił się myśli, że za trzy
miesiące będę szukać znowu pracy (ba, ja tej pracy nie przestanę szukać przez
te trzy miesiące – jeszcze trochę, a zostanę ekspertem od nieznajdywania pracy).
Znów będę przez to wszystko przechodzić i zaś będę się czuła jak cholerny
nierób. Jestem, przyznać muszę, zdecydowanie zmęczona całą tą sytuacją i
myślenie pozytywne zaczyna mi mocno podupadać.




