Tydzień zaczęłam wiadomością, że magazyn opędzlował wszystkie moje pojemniki i nie przyniósł mi tego co powinien przynieść. Mało tego ktoś zamknął pojemnik w którym był mój brak i tym kimś nie byłam ja. Od tygodnia trzymałam pudełko z zapisem że brakuje w nim dwóch maści (wedle logów w systemie być powinny, ale magazyn twierdzi, że ich nie było). Jako, że bazuje na dwóch pudełkach zamysł był taki, że jak w jednym brakuje to w drugim powinna być nadwyżka (towar, którego nie ma na liście) i wszystko powinno się wyzerować. No cóż, najwyraźniej wymyślam sobie te dwie maści, bo żadnej nadwyżki mi nie przyniesiono.
Następnie dostałam tak cudowny zwrot, że przekonana jestem iż nadawca wypił coś, zaćpał, zjarał, abo wsio na raz! Na jednej z faktur brakowało towaru. Drugi był uszkodzony. Trzeci natomiast był zupełnie nie do naszej placówki, ale nie mogłam go wysłać przesyłką wewnętrzną na odpowiedni oddział, gdyż albowiem ponieważ ktoś bazgrząc po druczkach zwrotu nabazgrolił numer wręcz nieistniejący (powinni zakazać pisania ręcznego na tych drukach, bo naprawę niekiedy tak ciężko rozszyfrować co tam jest namalowane, że słów brak). Oczywiście jak to w takich wypadkach bywa, wszelkie próby kontaktu telefonicznego zakończyły się niepowodzeniem. Wnerwiłam się, zabrałam to wsio i wysłałam na powrót do apteki, niech se ogarną własny burdel.
Jakiś czas później, widząc kolejną krótką datę (w związku z czym miała ona iść na przecenę, ale najpierw trzeba było zrobić dokument), nakreśliłam swoimi inicjałami podpisany dokumencik i wrzuciłam maść na stopy do pudełka gdzie grzecznie miała czekać na następne towary.
Minęła godzina, otwieram kolejny zwrot, znów bazgrany, znów ledwie odczytywany. Numer zjedzony o jedną cyfrę. Szukam, wpisuje, kombinuje, co to u licha mogło być? Grzebie się w bazie danych po numerze kontrahenta szukam po dacie wystawienia faktury źródłowej. No ni cholery nic mi się nie zaczyna na dwie siódemki! W końcu znalazłam jakiś numer, który wydawał się blisko, wchodzę na spis towarów, no zgadza się. Łapie za telefon, dzwonie do apteki, żeby się upewnić.
-Halo?
- Dzień dobry tu dział reklamacji kłaniam się, ja dzwonię w sprawie państwa druczku zwrotu, otóż jest na nim błąd pisemny, ale znalazłam numer faktury źródłowej, więc dzwonie, by się upewnić. Ja pani podam ten numer dobrze, a Pani mi powie czy się zgadza tak?
- No dobrze
- Więc tak, siedemdziesiąt cztery, dwadzieścia, trzydzieści osiem.
- Nie, nie ja mam inny, siedemset czterdzieści dwa, zero trzydzieści osiem.
Kurtyna.
Chwilę później okazało się, że mój świeżo utworzony dokument krótkiej daty ZUPEŁNIE SAM się zamknął i nie zostało mi nic innego jak zmarnować trochę drzew i wydrukować zlecenie przeniesienia tej jednej maści na stopy do odpowiedniego magazynu. Tu jednak jestem skłonna zrzucić winę na dziewczyny, bo przed końcem miesiąca sprzątają dokumenty, wiec i mój niechcący mogły zamknąć. Ale przecież żadna się nie przyzna :P
Na sam koniec dnia okazało się, że mój telefon chyba słyszał moją rozmowę z Zaklęciem na temat wzięcia innego sprzętu bo ten się psuje już od kilku tygodni marudzi, że ma aktualizację systemu, a jak próbuję to zrobić to wywala błąd na trzech procentach. Poza tym ekranowi zdarza się nie reagować no i kurcze, troszkę się zawiesza i wywala aplikacje internetu szczególnie. Czybym powinna go znów zanieść do LG? W ogóle to dlaczego on u licha pobiera aktualizacje aplikacji jak mu wyraźnie powiedziałam, że nie, no i jeszcze ciągle się psioczy o tę aktualizację systemu.
Dziś postanowiłam znów spróbować i pozwoliłam mu zaktualizować androida. I co się okazało? Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie zawiesił się tym razem, nie wywalił błędu. Pobrał wszystko i zainstalował. Tak sobie, najzwyczajniej w świecie.
Bo czemu nie?
poniedziałek, 27 sierpnia 2018
niedziela, 26 sierpnia 2018
Małe radości
Ta sobota była jak wyjęta z rzeczywistości. Po prostu tak zwyczajnie była dobra. Tak dobra, że aż muszę podzielić się radością.
Na sam pierw rano jak wstałam o tej czwartej trzydzieści (tym razem nie czwartek) okazało się, że jestem względnie wyspana, co po całym tygodniu piasku w oczach od rana było nie lada wyczynem. Niestety nawet jak kładę się o 21wszej to zwykle mi to wyspanie nie wychodzi. Raźno zrobiłam śniadanie dla mnie i Zaklęcia, obejrzeliśmy jakieś bezedury w necie i pojechałam do pracy, a on do Katowic coś tam pozałatwiać.
Idąc do pracy napatoczyłam się na deszcz i tu szczęściem, że wzięłam od Zaklęcia taka tiny parasolkę, która pozwoliła mi przetrwać piętnastominutowy marsz. Deszcz w końcu przyniósł ze sobą upragnione ochłodzenie (naprawdę źle znoszę upały)
W pracy okazało się, że ze wszystkich leków jakie miałam do przyjęcia nie zabrakło ani jednego, więc na poniedziałek nie wisi mi żadne wyjaśnianie sprawy z apteka. Hura! Na domiar tego skoro przylazłam na w pół do siódmej to mogę też wyjść przed drugą i nikt nie będzie miał pretensji :) Na autobus powrotny zdążyłam i już nie padało :)
Zwinęłam się autobusem wraz z Zaklęciem do oszołoma i tu ogromna moja radości! W końcu po prawie roku poszukiwań dorwałam normalny duży smaczny MIĘTOWY syrop do kawy (a już myślałam, że będę musiała zamawiać z neta).
Zrobiliśmy małe zakupy, Zaklęcie rozpieścił mnie mrożoną kawą (do saszetki tylko mleko się dodaje, pycha !) I kupiłam też rybę po grecku na którą miałam mega ochotę od jakiegoś czasu (jeszcze nie wiem czy dobra, będzie na śniadanie)
Na koniec pod nogi podjechał nam autobus, a ja zrobiłam dobry uczynek zaczepiając niespełna dwunastoletnią dziewczynę i zwracając jej uwagę, że wsadziła dwie dychy do kieszeni spodni tak lekko, że zaraz albo jej wylecą, albo ktoś sobie weźmie, tak wystawały.
Co najważniejsze po ostatnich dniach, w tę sobotę nie bolało mnie prawie nic, jeśli nie licząc bólu głowy (ostatnio często się zdarzają) i przez ten jeden dzień nie miałam parcia na czas. Byłam tu i teraz. To piękne ;)
Na sam pierw rano jak wstałam o tej czwartej trzydzieści (tym razem nie czwartek) okazało się, że jestem względnie wyspana, co po całym tygodniu piasku w oczach od rana było nie lada wyczynem. Niestety nawet jak kładę się o 21wszej to zwykle mi to wyspanie nie wychodzi. Raźno zrobiłam śniadanie dla mnie i Zaklęcia, obejrzeliśmy jakieś bezedury w necie i pojechałam do pracy, a on do Katowic coś tam pozałatwiać.
Idąc do pracy napatoczyłam się na deszcz i tu szczęściem, że wzięłam od Zaklęcia taka tiny parasolkę, która pozwoliła mi przetrwać piętnastominutowy marsz. Deszcz w końcu przyniósł ze sobą upragnione ochłodzenie (naprawdę źle znoszę upały)
W pracy okazało się, że ze wszystkich leków jakie miałam do przyjęcia nie zabrakło ani jednego, więc na poniedziałek nie wisi mi żadne wyjaśnianie sprawy z apteka. Hura! Na domiar tego skoro przylazłam na w pół do siódmej to mogę też wyjść przed drugą i nikt nie będzie miał pretensji :) Na autobus powrotny zdążyłam i już nie padało :)
Zwinęłam się autobusem wraz z Zaklęciem do oszołoma i tu ogromna moja radości! W końcu po prawie roku poszukiwań dorwałam normalny duży smaczny MIĘTOWY syrop do kawy (a już myślałam, że będę musiała zamawiać z neta).
Zrobiliśmy małe zakupy, Zaklęcie rozpieścił mnie mrożoną kawą (do saszetki tylko mleko się dodaje, pycha !) I kupiłam też rybę po grecku na którą miałam mega ochotę od jakiegoś czasu (jeszcze nie wiem czy dobra, będzie na śniadanie)
Na koniec pod nogi podjechał nam autobus, a ja zrobiłam dobry uczynek zaczepiając niespełna dwunastoletnią dziewczynę i zwracając jej uwagę, że wsadziła dwie dychy do kieszeni spodni tak lekko, że zaraz albo jej wylecą, albo ktoś sobie weźmie, tak wystawały.
Co najważniejsze po ostatnich dniach, w tę sobotę nie bolało mnie prawie nic, jeśli nie licząc bólu głowy (ostatnio często się zdarzają) i przez ten jeden dzień nie miałam parcia na czas. Byłam tu i teraz. To piękne ;)
niedziela, 19 sierpnia 2018
Lux, studniówka, zwroty
Było słonecznie. W Zgorzelcu zawsze było słonecznie. Idąc przez podwórko rozkoszowałam się pogodą. Po prawej miałam rząd kamienic, po lewej ogródki. Niedaleko swojej klatki spotkałam Bober. Jak zwykle piękna, szczupła, z długimi, farbowanymi na czekoladę włosami i pełnym makijażem. Rozmawiała z jakąś dziewczyną. Na mnie jedynie skinęła głową z przyjaznym uśmiechem. Rzuciłam krótkie "cześć' i poszłam dalej. Nie bolało. Bober już od dawna nie była moją przyjaciółką.
Na kamiennych schodach prowadzących do klatki siedział Łojciec. Uśmiechnięty. Tęsknie za tym uśmiechem. Tym razem nie było wypominania, że nie dzwonie. Tym razem nie było pretensji. Jak mogłyby by wszak być. W słonecznym Zgorzelcu? Zapytał jak w pracy. Skąd wiedział? Nie mam pojęcia. W końcu poszliśmy na górę po karton.
***
To był Lux. No wypisz wymaluj Lux z serialowego Lucyfera. Klub wyglądał zupełnie tak samo. Jak zdjęty ze sceny. Spojrzałam na Peszka (nazywałam go tak, odkąd nasz nauczyciel od angielskiego w liceum zwykł mawiać, że jak pech to on, jak nieszczęście to dyżurny). Znów miał długie włosy. Słoneczny blond. Zawsze je lubiłam. Ubrany był w garnitur, nie tak dobrze skrojony jak ten Lucyfera, ale leżał na nim niemal idealnie. Byłam nieco zdziwiona. O ile się nie mylę Peszek zajmował się finansami, nie sądziłam, że będzie właścicielem klubu.
Razem z Zaklęciem wnieśliśmy wielki karton i postawiliśmy go na jednym ze stolików loży. Był w nim zwrot ze studniówki. Aż dziw, że po tylu latach należało to przynieść. Peszek wstał, zajrzał do środka i pokiwał głową. Rozejrzałam się.
- Lux? Naprawdę? - zapytałam.
- Mam słabość do Lucyfera - przyznał Peszek.
- I nikt Cię nie podał o prawa autorskie?
- Daj spokój takich rzeczy się nawet nie sprawdza - zaśmiał się perliście.
Miał w sobie coś drapieżnego, a zarazem bezpiecznego. Trochę po wampirzemu.
***
Loża była wygodna, siedzieliśmy obok siebie ramie w ramie, rozkminiając fakturę zwrotu, zaznaczałam odpowiednie elementy. Byliśmy sami. Lux, jak zwykle w porannych godzinach, był pusty. Jakiś impuls tknął mnie myślą, że powinnam podejść do kontuaru. Leżał tam chyba jeden z przedmiotów faktury.
Nagle poczułam ruch za sobą, odwróciłam się gwałtownie, przygotowana do obrony. Peszek wyprowadził cios. Sparowałam. Potem kolejny i kolejny. Wciąż atakował moje ręce, a ja wciąż parowałam. Był szybki, a jego twarz wciąż uśmiechnięta. Co do nędzy? W końcu zdołał chwycić mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Wzbraniałam się, bo miałam wrażenie, że uderzy mnie czołem, ale... on złożył pocałunek na moim policzku. Potem mnie puścił.
Stałam przez chwilę tak oszołomiona, że nie mogłam wypowiedzieć słowa. Tymczasem Peszek podszedł do kontuaru i zaczął kroić chleb. Na kromkach wypieczony był napis "kocham". Cofnęłam się pół kroku.
- Peszku - powiedziałam. - Ten gość z którym tu byłam wcześniej, to mój facet - rzekłam dla porządku.
- Faceta zawsze można zmienić - odparł odwracając się o mnie z rozanielonym uśmiechem, przeszedł koło mnie i wrócił do pudła
- Poza tym nigdy nie będę miała dzieci - nie wiem czemu to powiedziałam, ale to sprawiło, że odchylił się zaskoczony.
- Nie możesz?
- Nie chcę, to mój świadomy wybór.
Peszek odwrócił się do mnie i już otworzył usta by coś powiedzieć, kiedy do klubu wpadł Miturek z fakturą.
- Vill to nie są moje rzeczy, znaczy nie wszystkie tu masz błąd na tej fakturze - rzekł rozgorączkowany, za nim wkroczyła kobieta Łojca.
- Pokaż to - zaaferowałam się jak zwykle przy czymś podobnym.
Położył fakturę na stole obok tego wielkiego pudła oboje pochyliliśmy się nad tabelką... i wtedy się obudziłam.
Na kamiennych schodach prowadzących do klatki siedział Łojciec. Uśmiechnięty. Tęsknie za tym uśmiechem. Tym razem nie było wypominania, że nie dzwonie. Tym razem nie było pretensji. Jak mogłyby by wszak być. W słonecznym Zgorzelcu? Zapytał jak w pracy. Skąd wiedział? Nie mam pojęcia. W końcu poszliśmy na górę po karton.
***
To był Lux. No wypisz wymaluj Lux z serialowego Lucyfera. Klub wyglądał zupełnie tak samo. Jak zdjęty ze sceny. Spojrzałam na Peszka (nazywałam go tak, odkąd nasz nauczyciel od angielskiego w liceum zwykł mawiać, że jak pech to on, jak nieszczęście to dyżurny). Znów miał długie włosy. Słoneczny blond. Zawsze je lubiłam. Ubrany był w garnitur, nie tak dobrze skrojony jak ten Lucyfera, ale leżał na nim niemal idealnie. Byłam nieco zdziwiona. O ile się nie mylę Peszek zajmował się finansami, nie sądziłam, że będzie właścicielem klubu.
Razem z Zaklęciem wnieśliśmy wielki karton i postawiliśmy go na jednym ze stolików loży. Był w nim zwrot ze studniówki. Aż dziw, że po tylu latach należało to przynieść. Peszek wstał, zajrzał do środka i pokiwał głową. Rozejrzałam się.
- Lux? Naprawdę? - zapytałam.
- Mam słabość do Lucyfera - przyznał Peszek.
- I nikt Cię nie podał o prawa autorskie?
- Daj spokój takich rzeczy się nawet nie sprawdza - zaśmiał się perliście.
Miał w sobie coś drapieżnego, a zarazem bezpiecznego. Trochę po wampirzemu.
***
Loża była wygodna, siedzieliśmy obok siebie ramie w ramie, rozkminiając fakturę zwrotu, zaznaczałam odpowiednie elementy. Byliśmy sami. Lux, jak zwykle w porannych godzinach, był pusty. Jakiś impuls tknął mnie myślą, że powinnam podejść do kontuaru. Leżał tam chyba jeden z przedmiotów faktury.
Nagle poczułam ruch za sobą, odwróciłam się gwałtownie, przygotowana do obrony. Peszek wyprowadził cios. Sparowałam. Potem kolejny i kolejny. Wciąż atakował moje ręce, a ja wciąż parowałam. Był szybki, a jego twarz wciąż uśmiechnięta. Co do nędzy? W końcu zdołał chwycić mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Wzbraniałam się, bo miałam wrażenie, że uderzy mnie czołem, ale... on złożył pocałunek na moim policzku. Potem mnie puścił.
Stałam przez chwilę tak oszołomiona, że nie mogłam wypowiedzieć słowa. Tymczasem Peszek podszedł do kontuaru i zaczął kroić chleb. Na kromkach wypieczony był napis "kocham". Cofnęłam się pół kroku.
- Peszku - powiedziałam. - Ten gość z którym tu byłam wcześniej, to mój facet - rzekłam dla porządku.
- Faceta zawsze można zmienić - odparł odwracając się o mnie z rozanielonym uśmiechem, przeszedł koło mnie i wrócił do pudła
- Poza tym nigdy nie będę miała dzieci - nie wiem czemu to powiedziałam, ale to sprawiło, że odchylił się zaskoczony.
- Nie możesz?
- Nie chcę, to mój świadomy wybór.
Peszek odwrócił się do mnie i już otworzył usta by coś powiedzieć, kiedy do klubu wpadł Miturek z fakturą.
- Vill to nie są moje rzeczy, znaczy nie wszystkie tu masz błąd na tej fakturze - rzekł rozgorączkowany, za nim wkroczyła kobieta Łojca.
- Pokaż to - zaaferowałam się jak zwykle przy czymś podobnym.
Położył fakturę na stole obok tego wielkiego pudła oboje pochyliliśmy się nad tabelką... i wtedy się obudziłam.
czwartek, 9 sierpnia 2018
Nie wolno Ci
Prosiłam o zastopowanie ostatnio i oczywiście dostałam za swoje. W piątek wstałam z takimi zawrotami, że głowa mała, a że miałam na popołudnie, Znaczek (tak znów z nim gadam) wykopał mnie internetowo do lekarza. Pani doktór sprawdziła cukier, ekg i ciśnienie po czym zarządziła, że w zasadzie to powinnam do szpitala pojechać i zrobić badania.
Przyznam rozkleiłam się zwłaszcza po usłyszeniu, że do szpitala pojadę karetką i czy ktoś mógłby mi przywieźć jakieś rzeczy (miałam tam zostać na noc! O.o!). Oczywiście jak zawsze w takich wypadkach do głowy przyszła mi moja mama. Zadzwoniłam i zanim cokolwiek powiedziałam - rozkleiłam się na dobre.
Ostatecznie wylądowałam w domu z L4 na jeden dzień oraz skierowaniem do szpitala i mocnym przykazaniem, że jeśli zawroty nie miną do poniedziałku mam wrócić do pani doktór po szereg badań. Zawroty, jak zawsze zresztą, minęły po półtora dnia. Jednak zaalarmowana matka to nie łatwa ściana do przejścia.
Wiedźma rodzicielka zagroziła, że jeśli nie pójdę do lekarza, to zatrudni swojego męża, Zaklęcie i Panią Krainy (a pewnie i pół gildii) by mi truli dupę aż to zrobię.
Cóż było robić. Polazłam do Pani Neurolog.
Ta zaprosiła mnie do gabinetu zadała mnóstwo pozornie niezwiązanych ze sobą pytań, popukała w kolana, kazała maszerować w miejscu, wystawić język kilka razy oraz sprawdziła puls.
Oto co następuje.
Aparently mam "zaśluzowany organizm", co oznacza, że moja śledziona nie wyrabia. Za to wątroba rozhulała się na dobre i postanowiła zabawić się w złą siostrę. Co (o ile dobrze zrozumiałam) oznacza, że moja krew nie pływa płynnie i przez to nie dostaje się odpowiednio utleniona do mózgu - stąd zawroty Szerloku! Pani Neurolog jednak nie przekazała mnie do szpitala, nie zleciła absolutnie ŻODNYCH badań, nie przepisała też leków (no.. tak jakby). Podzieliła się jednak szeregiem rad.
W związku z powyższym nie wolno mi:
- Słodyczy
- Fast food'ów
- Smażonego
- Surowego
- Krowiego mleka
- Herbaty czornej
- Równie czornej kawy (z mlekiem też nie odkąd nie wolno mi mleka)
- Serów
- Gęstych jogurtów
- Mrożonek
- Lodów
- Soków z kartonu
- Słodkiego pieczywa
- Białego cukru.
Za to dużo zup mam jeść najlepiej na śniadanie, obiad i kolacje. Raz w tygodniu wątróbka i (mój faworyt) siedem jajek na miękko w ciągu tygodnia! Do tego wszelkie kaszy i ryże. W razie potrzeby zakupić Jia Wei Xiao Yao Wan i łykać sobie pół godziny przed jedzeniem albo godzinę po.
A i nie denerwuj się! To Ci szkodzi!
W związku z tym w zasadzie nie wolno mi jeść niczego co lubię. Najlepiej więc pewnie nie jeść wcale ^^ i za tę rewelację zapłaciłam 180 zł.
No hmm...
Przyznam rozkleiłam się zwłaszcza po usłyszeniu, że do szpitala pojadę karetką i czy ktoś mógłby mi przywieźć jakieś rzeczy (miałam tam zostać na noc! O.o!). Oczywiście jak zawsze w takich wypadkach do głowy przyszła mi moja mama. Zadzwoniłam i zanim cokolwiek powiedziałam - rozkleiłam się na dobre.
Ostatecznie wylądowałam w domu z L4 na jeden dzień oraz skierowaniem do szpitala i mocnym przykazaniem, że jeśli zawroty nie miną do poniedziałku mam wrócić do pani doktór po szereg badań. Zawroty, jak zawsze zresztą, minęły po półtora dnia. Jednak zaalarmowana matka to nie łatwa ściana do przejścia.
Wiedźma rodzicielka zagroziła, że jeśli nie pójdę do lekarza, to zatrudni swojego męża, Zaklęcie i Panią Krainy (a pewnie i pół gildii) by mi truli dupę aż to zrobię.
Cóż było robić. Polazłam do Pani Neurolog.
Ta zaprosiła mnie do gabinetu zadała mnóstwo pozornie niezwiązanych ze sobą pytań, popukała w kolana, kazała maszerować w miejscu, wystawić język kilka razy oraz sprawdziła puls.
Oto co następuje.
Aparently mam "zaśluzowany organizm", co oznacza, że moja śledziona nie wyrabia. Za to wątroba rozhulała się na dobre i postanowiła zabawić się w złą siostrę. Co (o ile dobrze zrozumiałam) oznacza, że moja krew nie pływa płynnie i przez to nie dostaje się odpowiednio utleniona do mózgu - stąd zawroty Szerloku! Pani Neurolog jednak nie przekazała mnie do szpitala, nie zleciła absolutnie ŻODNYCH badań, nie przepisała też leków (no.. tak jakby). Podzieliła się jednak szeregiem rad.
W związku z powyższym nie wolno mi:
- Słodyczy
- Fast food'ów
- Smażonego
- Surowego
- Krowiego mleka
- Herbaty czornej
- Równie czornej kawy (z mlekiem też nie odkąd nie wolno mi mleka)
- Serów
- Gęstych jogurtów
- Mrożonek
- Lodów
- Soków z kartonu
- Słodkiego pieczywa
- Białego cukru.
Za to dużo zup mam jeść najlepiej na śniadanie, obiad i kolacje. Raz w tygodniu wątróbka i (mój faworyt) siedem jajek na miękko w ciągu tygodnia! Do tego wszelkie kaszy i ryże. W razie potrzeby zakupić Jia Wei Xiao Yao Wan i łykać sobie pół godziny przed jedzeniem albo godzinę po.
A i nie denerwuj się! To Ci szkodzi!
W związku z tym w zasadzie nie wolno mi jeść niczego co lubię. Najlepiej więc pewnie nie jeść wcale ^^ i za tę rewelację zapłaciłam 180 zł.
No hmm...
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Wymysły zarządu
Wiadomo, że za każdym wnioskiem stoją jakieś motywy. Niby nic, ale czasem można źle zrobić wszystkim na około. Zastanawia mnie dlaczego ludzkie lenistwo bywa tak krzywdzące. Mówię patrząc z boku na reakcję koleżanek. Mnie sprawa osobiście nie dotyczy a to za sprawą rocznego biletu naszego cudownego miętowego PKMu.
Ale do rzeczy.
Ostatnio się ciekawe rzeczy dzieją. Oglądam je z boku, przysłuchuję się i obserwuję. Zastanawia mnie (w sensie czysto akademickim) czyje nadmierne lenistwo zmusiło do złożenia takich propozycji. Mianowicie: Zarząd firmy wymyślił sobie, że od teraz parkingi będą dedykowane. Co za tym idzie każde miejsce parkingowe będzie miało swego pracownika. Celowo nie mówię, że każdy pracownik będzie miał wyznaczone miejsce parkingowe, bo byłoby to kłamstwo. Kompleks jest wielgachny miejsca w bród, nawet trochę trawy. Komuś jednak nogi do dupy uciekały jak trza było się przejść trochę z miejsca zaparkowania samochodu do biura, gdy zaczyna się na ósmą, a pracownicy z pierwszej zmiany zastawili już cały parking pod drzwiami. No sorry, ale nie widzę innego powodu tego zarządzenia. Mnie to osobiście nie rusza. Codziennie mam 15 minutową wycieczkę z przystanku do firmy i jakoś nie narzekam. No ale cóż.. gdybym ja łaziła w szpilach na kilometr to też pewnie miałabym problem z taaaaaką odległością.
Niestety miejsc parkingowych nie ma tyle ile pracowników. Ba nie ma nawet tyle ile dojeżdżających pracowników (odejmując tych korzystających z komunikacji miejskiej), w związku z tym zarząd rozdzielił jak chciał, a reszta.. zwyczajnie na teren zakładu nie wjedzie (u nas jest 19 dojeżdżających dziewczyn, dostaliśmy osiem miejsc :P). A wszystko ze "względów bezpieczeństwa" Oburzeniu nie ma końca. Vill jedynie słucha i obserwuje.
Z innej beczki. W piątek miałam straszne zawroty głowy. W związku z tym do pracy iść nie byłam w stanie (nawet nie wim czy kierowniczka uwierzyła, mimo iż przyniosłam L4). Straszliwie żałuje, że mnie tam nie było w chwili gdy na jaw wyszedł kolejny genialny plan zarządu, aby wszystkich nas umieścić w tym jednym pokoju w którym urzędujemy my - czyli zwroty. Wszystkich nas, mam na myśli inne trzy czy cztery pokoje. Ha.Ha. No śmiechu warte :P Biurko przy biurku, podobno szefową chcieli przenosić podczas jej nieobecności (Ha. Ha!).
Ale nikt nie pomyślał o tym, że nasza praca to nie tylko siedzenie przy biurku ale też (w zasadzie przede wszystkim) operowanie zwracanym towarem. No kurcze, ale na suficie to ja tych kartonów wszystkich, wózków i palet kłaść nie bydę :P Szczególnie dlatego, że pewnie posypie mi się to na głowę :P
Także śmieszkowo jest.
Chociaż auta to raczej w takim wypadku nie kupię.
Ale do rzeczy.
Ostatnio się ciekawe rzeczy dzieją. Oglądam je z boku, przysłuchuję się i obserwuję. Zastanawia mnie (w sensie czysto akademickim) czyje nadmierne lenistwo zmusiło do złożenia takich propozycji. Mianowicie: Zarząd firmy wymyślił sobie, że od teraz parkingi będą dedykowane. Co za tym idzie każde miejsce parkingowe będzie miało swego pracownika. Celowo nie mówię, że każdy pracownik będzie miał wyznaczone miejsce parkingowe, bo byłoby to kłamstwo. Kompleks jest wielgachny miejsca w bród, nawet trochę trawy. Komuś jednak nogi do dupy uciekały jak trza było się przejść trochę z miejsca zaparkowania samochodu do biura, gdy zaczyna się na ósmą, a pracownicy z pierwszej zmiany zastawili już cały parking pod drzwiami. No sorry, ale nie widzę innego powodu tego zarządzenia. Mnie to osobiście nie rusza. Codziennie mam 15 minutową wycieczkę z przystanku do firmy i jakoś nie narzekam. No ale cóż.. gdybym ja łaziła w szpilach na kilometr to też pewnie miałabym problem z taaaaaką odległością.
Niestety miejsc parkingowych nie ma tyle ile pracowników. Ba nie ma nawet tyle ile dojeżdżających pracowników (odejmując tych korzystających z komunikacji miejskiej), w związku z tym zarząd rozdzielił jak chciał, a reszta.. zwyczajnie na teren zakładu nie wjedzie (u nas jest 19 dojeżdżających dziewczyn, dostaliśmy osiem miejsc :P). A wszystko ze "względów bezpieczeństwa" Oburzeniu nie ma końca. Vill jedynie słucha i obserwuje.
Z innej beczki. W piątek miałam straszne zawroty głowy. W związku z tym do pracy iść nie byłam w stanie (nawet nie wim czy kierowniczka uwierzyła, mimo iż przyniosłam L4). Straszliwie żałuje, że mnie tam nie było w chwili gdy na jaw wyszedł kolejny genialny plan zarządu, aby wszystkich nas umieścić w tym jednym pokoju w którym urzędujemy my - czyli zwroty. Wszystkich nas, mam na myśli inne trzy czy cztery pokoje. Ha.Ha. No śmiechu warte :P Biurko przy biurku, podobno szefową chcieli przenosić podczas jej nieobecności (Ha. Ha!).
Ale nikt nie pomyślał o tym, że nasza praca to nie tylko siedzenie przy biurku ale też (w zasadzie przede wszystkim) operowanie zwracanym towarem. No kurcze, ale na suficie to ja tych kartonów wszystkich, wózków i palet kłaść nie bydę :P Szczególnie dlatego, że pewnie posypie mi się to na głowę :P
Także śmieszkowo jest.
Chociaż auta to raczej w takim wypadku nie kupię.
czwartek, 2 sierpnia 2018
Stop, proszę Stop!
Nie miałam prawdziwego urlopu od nie wiem kiedy. Serio. Wyjazdy do polski z Krótkim nie były urlopem. Byłe kalejdoskopem jeżdżenia by "zaliczyć wizyty" u każdego możliwego członka rodziny, żeby nikt nie poczuł się pokrzywdzony, że nawet na kawę nie wpadliśmy (pomijam już fakt, że do jego rodziny jeździliśmy razem, do mojej - ja sama). Nie był to jednak urlop.
Myślicie pewnie, że kiedy wróciłam do PL i przez te pół roku pierwsze, a potem znów nie pracowałam, to odpoczęłam? Gówno prawda. Każdy kto kiedykolwiek szukał pracy wie, że jest to ciężka praca.
Życie zapierdala.
Serio.
Jakby włączyło ósmy bieg.
Praca -> dom -> praca-> dom.
W domu nie ma mnie 10 godzin. Miziak już ma mi za złe, więc po nocach nie daje mi spać, co oznacza, że czuje się z dnia na dzień jeszcze bardziej zmęczona.
Urlop mi się marzy.
Taki prawdziwy, taki wyjazd gdzieś z dala od ciągłego zamartwiania się o jutro. Czy mogłabym je wsadzić w kopertę i wysłać na Grenlandię?
Zamiast tego (bo w tej chwili to niemożliwe) postanowiłam trochę zatrzymać czas.
Musze Wam powiedzieć, że silny to jest skurczybyk. W nogach ma tyle pary, że zwykle zamiast go zatrzymywać to czepiam się jego muskularnego ramienia i wiszę, powiewając jak chorągiewka na wietrze, kiedy on zapierdala przez kolejne okrążenie. Dzień za dniem, dzień za dniem.
W moim myślach tylko przyszłość, za minutę, za godzinę, za dwa dni, za tydzień, miesiąc, w przyszłym roku. Wszystko co robię jest tylko przejściowe. Prowadzi do tego co ma się zdarzyć.
Próbuję więc zatrzymać czas, na moment wyłączyć gonitwę myśli, skupić się na chwili bieżącej. Przecież on jest, kolejny dzień nadejdzie, czyż nie?
Tymczasem w mojej łepetynie odbija się echem: "Nie marnuj czasu, musisz mieć plan, przecież jedno po drugim następuje, nie ma chwili wytchnienia."
Stop, proszę stop!
Zdradźcie mi lek na spokój.
Sprzedajcie patent na nie zaglądanie co chwile do telefonu/komputera celem sprawdzenia godziny. Jeszcze tyle i coś tam, jeszcze tyle i gdzieś muszę iść coś zrobić. Nawet teraz jak siedzę i piszę tą notkę w tył głowy puka mnie cała kolejka rzeczy które muszę zdążyć uczynić, zanim wyjdę do pracy, a za nimi kolejne rzeczy mówiące o tym co muszę zrobić tam i jak wrócę do domu.
Stop Stop Stop!
Do nędzy...
Głupi mózgu czy nie umiesz odpoczywać?
Myślicie pewnie, że kiedy wróciłam do PL i przez te pół roku pierwsze, a potem znów nie pracowałam, to odpoczęłam? Gówno prawda. Każdy kto kiedykolwiek szukał pracy wie, że jest to ciężka praca.
Życie zapierdala.
Serio.
Jakby włączyło ósmy bieg.
Praca -> dom -> praca-> dom.
W domu nie ma mnie 10 godzin. Miziak już ma mi za złe, więc po nocach nie daje mi spać, co oznacza, że czuje się z dnia na dzień jeszcze bardziej zmęczona.
Urlop mi się marzy.
Taki prawdziwy, taki wyjazd gdzieś z dala od ciągłego zamartwiania się o jutro. Czy mogłabym je wsadzić w kopertę i wysłać na Grenlandię?
Zamiast tego (bo w tej chwili to niemożliwe) postanowiłam trochę zatrzymać czas.
Musze Wam powiedzieć, że silny to jest skurczybyk. W nogach ma tyle pary, że zwykle zamiast go zatrzymywać to czepiam się jego muskularnego ramienia i wiszę, powiewając jak chorągiewka na wietrze, kiedy on zapierdala przez kolejne okrążenie. Dzień za dniem, dzień za dniem.
W moim myślach tylko przyszłość, za minutę, za godzinę, za dwa dni, za tydzień, miesiąc, w przyszłym roku. Wszystko co robię jest tylko przejściowe. Prowadzi do tego co ma się zdarzyć.
Próbuję więc zatrzymać czas, na moment wyłączyć gonitwę myśli, skupić się na chwili bieżącej. Przecież on jest, kolejny dzień nadejdzie, czyż nie?
Tymczasem w mojej łepetynie odbija się echem: "Nie marnuj czasu, musisz mieć plan, przecież jedno po drugim następuje, nie ma chwili wytchnienia."
Stop, proszę stop!
Zdradźcie mi lek na spokój.
Sprzedajcie patent na nie zaglądanie co chwile do telefonu/komputera celem sprawdzenia godziny. Jeszcze tyle i coś tam, jeszcze tyle i gdzieś muszę iść coś zrobić. Nawet teraz jak siedzę i piszę tą notkę w tył głowy puka mnie cała kolejka rzeczy które muszę zdążyć uczynić, zanim wyjdę do pracy, a za nimi kolejne rzeczy mówiące o tym co muszę zrobić tam i jak wrócę do domu.
Stop Stop Stop!
Do nędzy...
Głupi mózgu czy nie umiesz odpoczywać?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




