Trochę miałam załatwiania w tym tygodniu. Między innymi kolejna kroplówka (i kolejne kolosalne hajsy u Weta). W środę rano wstałam grzecznie zapakowałam Miziakę do transporterka i zabrałam ją na spacer. Siedząc już w poczekalni głaskałam ją delikatnie celem uspokojenia jej palpitacji serca i całej tej tachykardii, bo mnie serducho zaraz wyskoczy!
W poczekalni nikogo, nawet mojej ulubionej Pani Kasi dla której przyniosłam leki na nerki (gdyż dla Miziaka mieliśmy zmieniać bo to strasznie jedzie rybą, a ona nie lubi). Nagle wpada jakaś słusznej budowy kobiecina z zdecydowanie nie słusznej budowy psiakiem, mniejszym od mojej Mizi nawet.
- O jaki zmarznięty jestem... - zagajam do psa bo trzęsie się jak galareta.
No kuźwa nic dziwnego przeca pizga wiatrem jak w kieleckim, dobrze, że ja miałam niedaleko (normalnie nie mieszkam w centrum, a wszędzie mam blisko ^^). Piesek się telepie, słusznej budowy pani od pieska odpowiada mi, że no tak bo wieje mocno (no mówię, pizga jak w kieleckim :P). I tak sobie zapadła cisza. Ja z ręką w transporterku głaskając kota, ona stojąc z owiniętym w kocyk piesełkiem na środku poczekalni.
- O cholera! Muszę wrócić do auta! - woła nagle kobieta - Zapomniałam kupy!
Po tej uwadze następuje kolejnych kilka minut ciszy kiedy ona wymownie wzrokiem, a nie mową, wręcz nakazuje mi bym jej pomogła, a ja sobie spokojnie głaskam kota i patrzę na trzęsącego się pieseła. W końcu skapitulowałam.
- A boi się obcych? - pytam, zamykając transporterek.
- No właśnie, gdyby pani była tak miła...
Kobieta wcisnęła mi psa i poleciała do auta. Stoję więc z tym psiakiem i tulę zmarzniętą kulkę do siebie (dopóki on nie zaczyna się wyrywać, ale ma się te wprawę :P) i nagle z gabinetu wychodzi pani doktor widzi mnie z tym piesem w rękach i rzuca mi takie zdziwione spojrzenie, jakby nagle odkryła, że jest w innym uniwersum.
- Przecież to nie pani kot.
- No to w ogóle nie jest kot. My jesteśmy tam - wskazuje na transporterek na krześle - a to jest piesek jakiejś pani, która pobiegła do auta po próbkę, a nie chciała już chłodzić maleństwa.
Pani doktor popatrzyła na mnie z ulgą, bo chyba już miała wrażenie, że od soboty poczyniłam jakieś dziwne experymenta generyczne i zamieniłam kota na psa, albo co gorsza wymieniłam się na Jaworznickim portalu "oddam/kupie/sprzedam/zamienię" :P
P.S Dodam, że pańcia pieseła wróciła po czasie dłuższym niż ja bym dotarłą do domu i z powrotem. niestety aż do ostatniej chwili nie wierzyłam, że nie zrobiła mnie w jajo i naprawdę wróci. Także wiara w ludzi przywrócona ;P
czwartek, 30 stycznia 2020
środa, 22 stycznia 2020
Ocean
Pierwsze co poczuła to ciemność. Pierwszym co zobaczyła, była zbliżająca się fioletowa iskra. I nagle iska znalazła się w oku... Oku Mocy ukształtowanej na jej podobieństwo. Zawieszona w próżni Vill przekrzywiła głowę przyglądając się swojemu odwzorowaniu stworzonemu z Mocy. Moc również przekrzywiła głowę. To było trochę jak przefiltrowane odbicie lustrzane. Jedyną różnicą było to, że czerwonowłosa nie miała skrzydeł. Vill uniosła rękę i Moc również to zrobiła. Vill się zbliżyła i Moc również się przysunęła. Teraz dokładniej widziała przepływające przez postać fioletowe wstęgi, zauważyła też kilka czerwonych i, o zgrozo, niewiele czarnych. Coś ciągnęło ją w stronę fioletowego odbicia. Przełknęła ślinę i wysunęła rękę. Odbicie również to zrobiło. Kiedy ich palce zetknęły się, odbicie uśmiechnęło się szalonym, nieokiełznanym, szerokim uśmiechem. Poczuła jak Moc wlała się w nią gwałtownie pełna energii niszczenia!
Wrzasnęła!
__________________
Śpiew był czymś czego się nie spodziewała. Powoli i delikatnie przywracał ją do rzeczywistości, jakby prowadził. Obudziła się na czymś miękkim i dziwnie mokrym. Ona również była mokra. Chociaż nie tak ociężale jakby właśnie wyszła z jeziora, a to właśnie jezioro było ostatnim co pamiętała. Wszystko w okół, łącznie z powietrznem było mokre. Tyle, że nie było żadnego powietrza. Była pod wodą! Wrzasnęła po raz kolejny wyrzucając z siebie chmarę bąbelków.
- No już już spokojnie - usłyszała kojący, śpiewny głos. - Wdech i wydech, nie panikuj, bo niczego przez te bąbelki nie zobaczysz. Możesz oddychać, więc oddychaj.
Zamknęła oczy starając się opanować wyrywającą się na wolność panikę. Minęło dobrych kilka chwil, zanim pozwoliła sobie uwierzyć w to, że oddycha pod wodą. Otworzyła oczy i ujrzała uśmiechniętą twarz. Kobieta miała najbardziej kolorowe włosy jakie Vill kiedykolwiek widziała. Od czubka głowy były fioletowe, potem w okolicach szyi przechodziły na niebieskie, by zakończyć się morską zielenią. Falowały delikatnie jakby bawiły się prądem wodnym. Oczy jej także były intensywnie zielone z pionowymi źrenicami. Ubrana była... O, aha, zielony przewiązany materiał imitujący stanik i równie kolorowy jak włosy rybi ogon. Zaraz. Ogon?! Bąbelki powietrza znów na chwilę zasłoniły jej widok. Kiedy opanowała się na tyle by móc coś powiedzieć, postanowiła zadać najrozsądniejsze pytanie.
- Jak oddycham? - jej własny głos zabrzmiał trochę obco, jakby z butelki.
- Masz zaklęcie na wisiorku - syrena wskazała niebieskawy krysztalik. - Jestem Lerra - powiedziała i wyciągnęła rękę.
- Vill - czerwonowłosa przedstawiła się.
- Jesteś tą czarownicą mieszkającą przy jeziorze - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Póki co - odparła. - Jak się tu znalazłam? -rozejrzała się.
Były w niedużym pomieszczeniu, Obok kanapy w kształcie muszli na której siedziała Vill znalazło się kilka skalnych półek z jakimiś kryształami w różnym kolorze i kształcie. Ściany były lekko zmatowione jakby ktoś między dwa okna nasypał piasku, a przez drzwi widziała przepływające tu i ówdzie syreny, ryby i delfiny. Mignął jej granatowy ogon, który też wydał się znajomy, choć nie zdążyła zauważyć do kogo należał.
- Rithan cię przyniósł - powiedziała Lerra - trochę poszalałaś, aż zatrzęsło całym oceanem. Rithan to mój brat - od razu wyjaśniła.
- W jaki sposób mnie przyniósł? nie jest..? - Vill wskazała na rybi ogon Lerry.
- Oh, ależ jest Syrenem, owszem - powiedziała tamta rozpromieniona - Po prostu mamy swoje sposoby - wskazała na wisiorek dzięki któremu czerwonowłosa mogła oddychać.
- Ammm.. a gdzie jest teraz ten... Rithan..?
- Pewnie się speszył, jak tylko usłyszał że przestałam śpiewać - Lerra wyglądała na jeszcze bardziej rozbawioną - Onieśmielasz go - zachichotała. - Ale nie mów mu, że ci powiedziałam.
- Aha.. amm... okey... - popatrzyła na nią długo.- Ja cię chyba skądś znam...? - Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już widziała tę syrenę.
- Być może - odparła Lerra - Śniłaś mi się kiedyś - rzekła i uśmiechnęła się promiennie.
- Hmm... - Vill przyjrzała się dziewczynie uważnie. Skoro wymieniły jako tako uprzejmości, czas było na fundamentalne pytanie. - Czy jestem tu więźniem?
Lerra wyglądała na zszokowaną, potem zdruzgotaną, potem znów jakby dostała w twarz, a za chwilę jakby miała się popłakać. Spuściła oczy jakby chciała ukryć smutek. Wyglądało na to, że nieufność Vill sprawiła jej przykrość.
- Pomogliśmy ci - powiedziała, cichym melodyjnym głosem. Umilkła na chwilę, a potem podniosła oczy i uśmiechnęła się szeroko ukazując rekinie zęby, chociaż uśmiech ten nie miał w sobie nic drapieżnego. - więc wisisz nam za to kubełek lodów i dobrą kawę - powiedziała po czym roześmiała się serdecznie. - Nie Czarownico Znad Jeziora, nie jesteś tu więźniem. Myślę, że spokojnie możesz wrócić do domu - zamilkła na chwilę i zlustrowała Vill swymi zielonymi oczami - Albo wrócić tam gdzie powinien on być i go zbudować.
Wrzasnęła!
__________________
Śpiew był czymś czego się nie spodziewała. Powoli i delikatnie przywracał ją do rzeczywistości, jakby prowadził. Obudziła się na czymś miękkim i dziwnie mokrym. Ona również była mokra. Chociaż nie tak ociężale jakby właśnie wyszła z jeziora, a to właśnie jezioro było ostatnim co pamiętała. Wszystko w okół, łącznie z powietrznem było mokre. Tyle, że nie było żadnego powietrza. Była pod wodą! Wrzasnęła po raz kolejny wyrzucając z siebie chmarę bąbelków.
- No już już spokojnie - usłyszała kojący, śpiewny głos. - Wdech i wydech, nie panikuj, bo niczego przez te bąbelki nie zobaczysz. Możesz oddychać, więc oddychaj.
Zamknęła oczy starając się opanować wyrywającą się na wolność panikę. Minęło dobrych kilka chwil, zanim pozwoliła sobie uwierzyć w to, że oddycha pod wodą. Otworzyła oczy i ujrzała uśmiechniętą twarz. Kobieta miała najbardziej kolorowe włosy jakie Vill kiedykolwiek widziała. Od czubka głowy były fioletowe, potem w okolicach szyi przechodziły na niebieskie, by zakończyć się morską zielenią. Falowały delikatnie jakby bawiły się prądem wodnym. Oczy jej także były intensywnie zielone z pionowymi źrenicami. Ubrana była... O, aha, zielony przewiązany materiał imitujący stanik i równie kolorowy jak włosy rybi ogon. Zaraz. Ogon?! Bąbelki powietrza znów na chwilę zasłoniły jej widok. Kiedy opanowała się na tyle by móc coś powiedzieć, postanowiła zadać najrozsądniejsze pytanie.
- Jak oddycham? - jej własny głos zabrzmiał trochę obco, jakby z butelki.
- Masz zaklęcie na wisiorku - syrena wskazała niebieskawy krysztalik. - Jestem Lerra - powiedziała i wyciągnęła rękę.
- Vill - czerwonowłosa przedstawiła się.
- Jesteś tą czarownicą mieszkającą przy jeziorze - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Póki co - odparła. - Jak się tu znalazłam? -rozejrzała się.
Były w niedużym pomieszczeniu, Obok kanapy w kształcie muszli na której siedziała Vill znalazło się kilka skalnych półek z jakimiś kryształami w różnym kolorze i kształcie. Ściany były lekko zmatowione jakby ktoś między dwa okna nasypał piasku, a przez drzwi widziała przepływające tu i ówdzie syreny, ryby i delfiny. Mignął jej granatowy ogon, który też wydał się znajomy, choć nie zdążyła zauważyć do kogo należał.
- Rithan cię przyniósł - powiedziała Lerra - trochę poszalałaś, aż zatrzęsło całym oceanem. Rithan to mój brat - od razu wyjaśniła.
- W jaki sposób mnie przyniósł? nie jest..? - Vill wskazała na rybi ogon Lerry.
- Oh, ależ jest Syrenem, owszem - powiedziała tamta rozpromieniona - Po prostu mamy swoje sposoby - wskazała na wisiorek dzięki któremu czerwonowłosa mogła oddychać.
- Ammm.. a gdzie jest teraz ten... Rithan..?
- Pewnie się speszył, jak tylko usłyszał że przestałam śpiewać - Lerra wyglądała na jeszcze bardziej rozbawioną - Onieśmielasz go - zachichotała. - Ale nie mów mu, że ci powiedziałam.
- Aha.. amm... okey... - popatrzyła na nią długo.- Ja cię chyba skądś znam...? - Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już widziała tę syrenę.
- Być może - odparła Lerra - Śniłaś mi się kiedyś - rzekła i uśmiechnęła się promiennie.
- Hmm... - Vill przyjrzała się dziewczynie uważnie. Skoro wymieniły jako tako uprzejmości, czas było na fundamentalne pytanie. - Czy jestem tu więźniem?
Lerra wyglądała na zszokowaną, potem zdruzgotaną, potem znów jakby dostała w twarz, a za chwilę jakby miała się popłakać. Spuściła oczy jakby chciała ukryć smutek. Wyglądało na to, że nieufność Vill sprawiła jej przykrość.
- Pomogliśmy ci - powiedziała, cichym melodyjnym głosem. Umilkła na chwilę, a potem podniosła oczy i uśmiechnęła się szeroko ukazując rekinie zęby, chociaż uśmiech ten nie miał w sobie nic drapieżnego. - więc wisisz nam za to kubełek lodów i dobrą kawę - powiedziała po czym roześmiała się serdecznie. - Nie Czarownico Znad Jeziora, nie jesteś tu więźniem. Myślę, że spokojnie możesz wrócić do domu - zamilkła na chwilę i zlustrowała Vill swymi zielonymi oczami - Albo wrócić tam gdzie powinien on być i go zbudować.
piątek, 17 stycznia 2020
Lęk
Jakoś w maju zeszłego roku pojechaliśmy z Zaklęciem do jego rodziny w Czechach, podczas naszej nieobecności Wiedźma Rodzicielka zajmowała się moją Kicią. Kiedy wróciliśmy usłyszałam, że Mizia jest bardzo chuda, wręcz przerażająco, ale ona przecież zawsze była mała i chudziutka. Jednak Wiedźma Rodzicielka upierała się, że coś jest nie tak.
Po badaniach u weterynarza okazało się, że Mizia ma nadczynność tarczycy, nadciśnienie i niewydolność nerki (Mizia ma jedną nerkę od urodzenia). Dostaliśmy leki i co miesiąc lataliśmy na kontrole próbując dopasować poziom hormonu (lek apelka) by jakoś wyrównać jej tą tarczycę...
Mizia miauczała. Jeszcze przed wizyta u weta. Najpierw po nocach, potem po dniach, potem na chwilę przestała jak zaczęła brać leki, potem znów po nocach i dniach... Ryk nie do wytrzymania, z samego wnętrza kota, już nie mówiąc o tym, że nie dało się spać. Nie wiedziałam już co robić. Wet uznał, że demencja (Mizia ma 13 lat)
Ostatecznie, głownie z powodu dojazdów (naprawdę nie uśmiecha mi się targać kota autobusem do weterynarza), ale też trochę dlatego, że miałam wrażenie, że u tego weta robią wizyty taśmowo, postanowiłam zasięgnąć drugiej opinii, zwłaszcza, że wszelakie sposoby na załagodzenie kociej demencji wyczytane w necie nie dawały rezultatów.
Poszłam zatem tam, gdzie mam pięć minut drogi. Zaniosłam kartę kota i ostatnie wyniki, zaniosłam też samego kota celem dowiedzenia się dlaczego u licha ona tak miauczy. Pani Dr Ilona dokładnie obejrzała kotkę. Naprawdę nie widziałam by wcześniejszy wet tak ją oglądał. Uznano, że Kicia ma infekcje w pyszczku ("czy państwo czują jak jej śmierdzi z pyszczka?"), w związku z tym leki które bierze mogą nie przynosić rezultatu, a miauczeć może, bo ją boli.
Zrobiliśmy ponownie badania, dostaliśmy kroplówki na nerkę (latałam tam przez pól swojego urlopu dzień w dzień) i poszliśmy na zabieg. Ryczałam ze dwie godziny nie mając pewności, czy Kicia wybudzi się z zabiegu. Ale udało się, dostaliśmy kolejne leki, antybiotyk, lek przeciwbólowy, do tego dochodził lek na tarczycę, na nerkę i na nadciśnienie. W tamtym momencie Mizia brała więcej leków za jednym razem niż ja kiedykolwiek. Cały dzień praktycznie podawania leków.
Miauczeć nie przestała, więc dostała lek na uspokojenie, ale nie spełnił swojego zadania.
Ja za to stałam się bardzo wyczulona na jej zachowanie. Na to ile je, kiedy chodzi do kuwety ile śpi, kiedy miauczy.
Rozpłakałam się kiedy pierwszy raz się do mnie przytuliła...
Obecnie leczymy ją drugi miesiąc u nowego weta, musieliśmy przejść na dietę, bo w krwi miała za dużo cholesterolu, nadal chodzimy na kroplówki (dwa razy w tygodniu), bierzemy antybiotyk, bo Kicia ma infekcje w moczu (mogła przejść od zębów, wcześniej nie badaliśmy moczu), tarczyca się ustabilizowała, a Kicia wygląda trochę lepiej, sierść jej nieco odżyła, jest bardziej kontaktowa, dużo śpi, ale też dużo się tuli (mój mały TuliKotek) nie tylko na parapecie w swoim pokoju ale też ostatnio na kanapie!
I patrzę na nią jak śpi sobie spokojnie i lęk mnie ogarnia....
Za każdym razem jak wracam do domu, a ona śpi, nie wstanie, nie przywita się, wtedy od razu muszę sprawdzić czy nadal oddycha. Za każdym razem jak wychodzimy do weta, a ja znów zostawiam tam kolosalne pieniądze, dopada mnie lęk, że o nic nie da. Za każdym razem jak się nie przypilnuje dopadają mnie bardzo złe myśli, że moja mała TuliKocia...
Sama nie wiem co byłoby gorsze, czy decyzja o uśpieniu, bo by cierpiała, czy gdyby umarła we śnie, czy może gdyby nagle dostała zawału (to małe serduszko tak mocno jej bije za każdym razem jak wychodzimy na kroplówkę)...
A najgorsze jest to, że ona wygląda, jakby czuła się lepiej, nawet nie miauczy już tak dużo, a ja mimo wszystko nie umiem pozbyć się lęku, że za chwilę ją stracę :(
Po badaniach u weterynarza okazało się, że Mizia ma nadczynność tarczycy, nadciśnienie i niewydolność nerki (Mizia ma jedną nerkę od urodzenia). Dostaliśmy leki i co miesiąc lataliśmy na kontrole próbując dopasować poziom hormonu (lek apelka) by jakoś wyrównać jej tą tarczycę...
Mizia miauczała. Jeszcze przed wizyta u weta. Najpierw po nocach, potem po dniach, potem na chwilę przestała jak zaczęła brać leki, potem znów po nocach i dniach... Ryk nie do wytrzymania, z samego wnętrza kota, już nie mówiąc o tym, że nie dało się spać. Nie wiedziałam już co robić. Wet uznał, że demencja (Mizia ma 13 lat)
Ostatecznie, głownie z powodu dojazdów (naprawdę nie uśmiecha mi się targać kota autobusem do weterynarza), ale też trochę dlatego, że miałam wrażenie, że u tego weta robią wizyty taśmowo, postanowiłam zasięgnąć drugiej opinii, zwłaszcza, że wszelakie sposoby na załagodzenie kociej demencji wyczytane w necie nie dawały rezultatów.
Poszłam zatem tam, gdzie mam pięć minut drogi. Zaniosłam kartę kota i ostatnie wyniki, zaniosłam też samego kota celem dowiedzenia się dlaczego u licha ona tak miauczy. Pani Dr Ilona dokładnie obejrzała kotkę. Naprawdę nie widziałam by wcześniejszy wet tak ją oglądał. Uznano, że Kicia ma infekcje w pyszczku ("czy państwo czują jak jej śmierdzi z pyszczka?"), w związku z tym leki które bierze mogą nie przynosić rezultatu, a miauczeć może, bo ją boli.
Zrobiliśmy ponownie badania, dostaliśmy kroplówki na nerkę (latałam tam przez pól swojego urlopu dzień w dzień) i poszliśmy na zabieg. Ryczałam ze dwie godziny nie mając pewności, czy Kicia wybudzi się z zabiegu. Ale udało się, dostaliśmy kolejne leki, antybiotyk, lek przeciwbólowy, do tego dochodził lek na tarczycę, na nerkę i na nadciśnienie. W tamtym momencie Mizia brała więcej leków za jednym razem niż ja kiedykolwiek. Cały dzień praktycznie podawania leków.
Miauczeć nie przestała, więc dostała lek na uspokojenie, ale nie spełnił swojego zadania.
Ja za to stałam się bardzo wyczulona na jej zachowanie. Na to ile je, kiedy chodzi do kuwety ile śpi, kiedy miauczy.
Rozpłakałam się kiedy pierwszy raz się do mnie przytuliła...
Obecnie leczymy ją drugi miesiąc u nowego weta, musieliśmy przejść na dietę, bo w krwi miała za dużo cholesterolu, nadal chodzimy na kroplówki (dwa razy w tygodniu), bierzemy antybiotyk, bo Kicia ma infekcje w moczu (mogła przejść od zębów, wcześniej nie badaliśmy moczu), tarczyca się ustabilizowała, a Kicia wygląda trochę lepiej, sierść jej nieco odżyła, jest bardziej kontaktowa, dużo śpi, ale też dużo się tuli (mój mały TuliKotek) nie tylko na parapecie w swoim pokoju ale też ostatnio na kanapie!
I patrzę na nią jak śpi sobie spokojnie i lęk mnie ogarnia....
Za każdym razem jak wracam do domu, a ona śpi, nie wstanie, nie przywita się, wtedy od razu muszę sprawdzić czy nadal oddycha. Za każdym razem jak wychodzimy do weta, a ja znów zostawiam tam kolosalne pieniądze, dopada mnie lęk, że o nic nie da. Za każdym razem jak się nie przypilnuje dopadają mnie bardzo złe myśli, że moja mała TuliKocia...
Sama nie wiem co byłoby gorsze, czy decyzja o uśpieniu, bo by cierpiała, czy gdyby umarła we śnie, czy może gdyby nagle dostała zawału (to małe serduszko tak mocno jej bije za każdym razem jak wychodzimy na kroplówkę)...
A najgorsze jest to, że ona wygląda, jakby czuła się lepiej, nawet nie miauczy już tak dużo, a ja mimo wszystko nie umiem pozbyć się lęku, że za chwilę ją stracę :(
niedziela, 12 stycznia 2020
A żal dupę ściska
W swoim ponad 30
letnim życiu udało mi się zebrać trochę doświadczenia
zawodowego. Wzorem starego porzekadła, że żadna praca nie hańbi
byłam już w swym życiu sprzątaczką, pomocą kuchenną, ale także
urzędnikiem (całe dwa razy w dwóch różnych urzędach),
pracownikiem fabryki, no kilku fabryk.
Jednak to, co się w
mojej obecnej robocie odjaniepawla, to ja takich rzeczy jeszcze
nigdzie nie widziałam.
Absolutnie nigdy nie
miałam takich cyrków.
Po prostu jestem
zasmucona, zszokowana i generalnie odechciewa mi się rano wstawać.
U mnie w tym moim
popierdolonym grajdołku są dwie zmiany. Same baby. Kierowniczka –
kobieta, koordynatorka – kobieta, w drugim pokoju same kobiety, no
kurwa babiniec jak się patrz. Około 30 dziewuch na jeden dział i
dwóch chłopa od przynieś zanieś pozamiataj.
Nie umiem, nie
potrafię wytłumaczyć dlaczego kobiety tak się zachowują.
Stwierdziłam dziś, że ja to chyba jestem kosmitką, nie rozumiem
kurwa kobiet.
Jedna na drugą
napierdala. Jedna na drugą psioczy. Jedna na drugą donosi. Jedna
drugiej marudzi, że coś źle robi a potem sama robi dokładnie tak
samo. No kurwa kosmos i cyrk za jednym zamachem. Takich rzeczy to
nawet Dr Who nie widział w swoich wszystkich podróżach.
W piątek zebranie
było. Mamy miesiąc opóźnienia, zarząd chce, byśmy mieli
opóźnienia, bagatela trzy dni. I „miałam Wam tego nie mówić,
ale od tego zależą nasze podwyżki w tym roku” Czyli rozumiem, że
gdyby nam nie powiedziała, to byśmy same stwierdziły, ze warto
zamieszkać u nas w firmie, żeby od razu po obudzeniu robić
korekty, po bo chuj tracić czas na dojazdy.
Aha no i oczywiście
mamy się zdyscyplinować na drugich zmianach, bo „ktoś życzliwy”
podpierdala nas gdzieś wyżej, że my tylko „śmiechy chichy,
paznokcie i facebooki” No płacz i zgrzytanie zębów, bo nie
można porozmawiać podczas pracowania.
Komuś tak bardzo
żal dupę ściska, że możemy siedzieć na krzesłach przed
komputerami, że aż mu sprezentuje maść na ból dupy, jak się
dowiem kto to.
Nie macie pojęcia
jak ja bardzo zrobiłam się nieufna przez ten ponad rok w tej durnej
firmie. Człowiek nie może mieć swojego zdania, bo nie wiadomo kto
kiedy i komu podpierdoli, że nie podoba Ci się to czy tamto, albo
gorzej, że podoba Ci się to czy tamto. Każdy słucha i dalej
przekazuje. Głuchy telefon to ulubiona zabawa w hurtowni
farmaceutycznej.
Po prostu najlepiej
jest siedzieć sobie w ciszy przez te osiem godzin i ni słowem się
nie odzywać, chyba, że służbowo, bo inaczej będzie źle.
Jak ja kurwa
nienawidzę takiej atmosfery...
niedziela, 5 stycznia 2020
Jezioro
Revelation By Dimotai
Powoli opadała.
Włosy falowały wokół jej twarzy. Wyciągnęła rękę w górę,
jakby chciała chwycić księżyc, albo złapać mężczyznę, który
wypuścił ją z objęć. Zacisnęła pięść, jakby chciała
zatrzymać wspomnienie…
Jego zimne dłonie
obejmujące jej plecy. Serce bijące z ekscytacji, kiedy oparła ręce
o jego tors w geście obrony. Wiedziała, że go nie odepchnie. Nie
była już tak silna jak kiedyś. Nie wiedziała, czy znów będzie.
Niczego nie wiedziała. Jego teren. Proszę odejdź. Nie chcę
krzywdy… Krzyk i ból kiedy wbił kły. One zawsze są głodne. Nie
weź wszystkiego...
Tafla zamknęła się
za nią. Czy wiedział, że jeszcze żyła? W okół niej, robiło
się coraz ciemniej, coraz zimniej. Kim był? Czy był to od zawsze…?
Czy istniał od czasu Harpii i Syren, czy może skądś przywędrował?
Nawet nie zdążyła go poznać…
Delikatnie opadła
na dno pentagramu. Dotknęła prawą dłonią gładkiego kamienia.
Fiolet rozjarzył się jak głodne oczy bezimiennego mężczyzny,
który wrzucił ją do jeziora jak zużytą zabawkę. Moc, którą
tak pieczołowicie i z ledwością zamknęła w krysztale wepchnęła
się w nią najpierw pojedynczym strumieniem, aż w końcu cała
falą.
Dzika i
nieokiełznana.
Fioletowe żyły
pojawiły się na jej nadgarstku i wystrzeliły w stronę ramienia.
Poczuła wypełniającą ją moc. Wrzasnęła i przed oczami
zobaczyła fioletowo zabarwione bąbelki. W panice zerknęła w lewo,
żyły ozdobiły już lewą rękę. Czuła, jak policzki palą ją od
napływającej magii, jak skóra pęka, jak moc sączy się przez
pęknięcia wokół ust. Wiedziała, że jest za słaba by ją teraz
utrzymać.
Mocno odbiła się
stopami od dna i wystrzeliła w górę jak z armaty. Nawet nie
zauważyła czy wzięła haust powietrza gdy znalazła się nad
jeziorem. Dłonie paliły ją żywym ogniem. Błyszczące fioletem
oczy skierowała na odchodzącego mężczyznę.
- Uciek...aj… -
wydobyło się z niej zwielokrotnionym głosem.
Obrócił się i
uniósł głowę patrząc na nią. W jego czerwonych oczach najpierw
zobaczyła zaskoczenie, a potem lęk. Czuła jakby zaraz ją miało
rozsadzić. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, a jego
kły błysnęły w świetle księżyca. Poczuła, jak koło oka pękła
jej skóra. Powiedziała więc pierwsze co przyszło jej do głowy.
Zamknęła w słowa początek zaklęcia które nie istnieje.
- System Call –
zabrzmiało to jak „systemu kolu”
Wsunąć fiolet w
ramy, okiełznać nieokiełznane, nazwać nienazwane. Uciekaj!
Chciała krzyknąć, ale miast tego z jej ust wydobyło się
wiązanie. Fioletowe skrzydła wystrzeliły z jej pleców
- Salamandra!
Kiedy ametystowy
ogień opadł, a jej stopy dotknęły ziemi, na śniegu pozostała
tylko nadpalona trawa wokół kupki popiołu. Vill spojrzała na to i
zapłakała. Chwile później ciemność pochłonęła jej jestestwo, a ostatnie co poczuła, to zimna tafla wody zamykająca się nad nią
i ostatni chłodny płatek śniegu głaszczący jej policzek tuż
przed tym...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




