niedziela, 30 kwietnia 2017

A teraz idziemy na jednego

Pierwszy przystanek - sklep. Kupione za około stówę buty okazały się bolesnym doświadczeniem po całym dniu chodzenia w nich po domu. Musiałam zwrócić. Wyjścia nie było. Kolejne, które wyniosłam tym razem z trzech C okazały się kapryśnie podatne od czasu do czasu i nie chcące pozostać podatne na stałe. Próbowałam kilku szalonych rzeczy jak rozciąganie poprzez namoczone grube skarpety, czy suszarka skierowana wprost na miejsce, które rozciągnąć się powinno. Niestety, jako, że mam "nogi jak podolski złodziej" jak mawia Wiedźma Rodzicielka, nie łatwo kupić mi pantofle, zwłaszcza, że mam z nich kilka godzin skakać po parkiecie.

Drugi przystanek - frycek. Pani mnie na fotelu posadziła, klaser wyjęła, kolorki pokazuje.
- Taki? - pyta dotykając palcem zawiniętej czerwonej pętelki.
- Bardziej ten - odparłam, pokazując jaśniejszy.
Przerażenie pojawiło się, gdy po wyjściu spod wody ukazały mi się na odrostach rażąco RÓŻOWE włosy. Na całe szczęście dwie godziny później były już rażąco czerwone. Najpiękniejszy kolor ever, jaki miałam na głowie, jak farbuje się pół życia niemalże. Niestety cena za tę przyjemność także przerażająca, więc raczej sobie na to więcej nie pozwolę.

Trzeci przystanek - kosmetyczka. Na całe szczęście mogłam sobie darować wszelkie umalowywanie facjaty, podarowałam sobie ino hennę na brwi i rzęsy (na bogów! Zapomniałam jak to może piec!).

Czwarty przystanek - PKP Katowice, kierunek Rybnik.

Padało, no dobra, "padało" to nawet dość łagodne określenie. Pierw lało, a potem .. sypało. Śniegiem, 27 kwietnia. No kurde. Ale co tam, przynajmniej panna młoda dostała uroczy dodatek na włosy, do kremowej sukni. A nie, nie kremowej, ekru (ekri?) Tak czy owak w kościele się wymarzłam za wszystkie grzechy, pozostali zresztą tyż. Potem zaczęła się zabawa.

Okazuje się, że rodzinka Pani Krainy jest tak samo pozytywnie potrzepana, jak ona sama :P Jej mama poprosiła mnie o autograf i dedykacje na zakupionym niedawno egzemplarzu "Melodii", po czym mało się nie popłakała, czytając ją. Tata Pani Krainy nawet ze mną raz zatańczył (a wbrew temu co obiecywałam na parkiecie byłam dość często i żywo, zwłaszcza, jak puścili Bałkanicę). Zostałam przyjęta do rodziny, jako przyszywana trzecia córka, autorka, przyjaciółka nie wiem kto, ale ogólnie było cudownie. Impreza, choć nie do samego rana, nie była przesycona żadnymi głupimi zabawami, których nie znoszę. Było zabaw kilka i trochę mniej głupich, a jak Zaklęcie ściągał ze mnie klamerki na ślepo to nawet wygraliśmy flaszkę xD (ino kto to wypije teraz?) Wydaje mi się, że brat pana młodego nieco się oburzył, gdy rzekłam, że oni nawet zęby mają takie same (a młodemu trza przyznać, że kły ma iście wampirze, toteż nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła na to uwagi :)), ale jakoś nie zamierzam się tym przejmować. Na oczepiny za to zostałam wypchnięta na środek, mimo, iż formalni jeszcze mężatka. Z nas trzech żadna nie chwyciła podwiązki, a kiedy ta spadła na ziemie, moje zboczenie zawodowe z pracy na jednostce się włączyło i zanim się zorientowałam juz podnosiłam tę koronkową niebieską gumeczkę z podłogi. Za to moje zboczenie zawodowe zostałam ukarana tańcem z narzeczonym siostry Pani Krainy, ale jakoś oboje to przetrwaliśmy. W mojej pamięci został jeszcze młody chłopiec Ksawery, którego Mama Pani Krainy przedstawiała młodym dziewuszkom jako "do wzięcia" i który wszędzie latał z komórką i cykał co się da. Zrobiłam mu małą lekcję kadrowania ^ ^

niedziela, 23 kwietnia 2017

Melodie - Antologia II Yuri

Był rok.. 2013 czy 2014, sama już nie wiem, w sumie tylko dzięki Molly zerknęłam na tę stronę. Pierwsze wrażenie było nieco sceptyczne. Antologia opowiadań Yuri. Co nieco wiedzy miałam , ale dla pewności rzuciłam się na ciotkę Wikipedię. Tak, miłość damsko-damska. Temat dla mnie niecodzienny, żeby nie mówić dziewiczy literacko. No, ale co tam, dlaczego by nie? Siadłam i zabrałam się do pisania.

Którego roku to było? Chyba 2014 , nie jestem pewna, wiem natomiast że były to walentynki. Wracając z randki z Krótkim odebrałam wiadomość od Molly "omedeto" i link do strony. Jakież było me zdziwienie, gdy wśród laureatów znalazłam swe własne nazwisko. Piszczałam i skakałam po klatce jak wariatka na sterydach popitych browarem. Ale jak tu się nie cieszyć, kiedy jedno z twoich marzeń zostaje spełnionych.

Na samo wydanie w wersji papierowej czekałam prawie dwa lata. Termin wciąż był przesuwany, więc, pomimo podpisanej umowy, zaczynałam mieć wątpliwości, czy moja "Pani Krainy" kiedykolwiek ujrzy światło drukowane. W końcu się jednak udało i przed końcem 2016 roku już miałam w łapkach swój obiecany egzemplarz autorski.

W końcu postanowiłam wziąć to do łapki i zobaczyć czym mnie otoczono.

1) Harpwegdeahl - okazało się historią dość mityczną i chyba na czymś wzorowaną, czy czym o ile zaczęła się dość ciekawie tak skończyła się hmm.. jakoś, wedle mojej opinii, bez polotu.

2) Jak gdyby - pisana była wierszowaną prozą, jak ta to nazywam. Opowiadanie o nieszczęśliwej miłostce piętnastolatki, przeplatane chorobą ojca i mnóstwem metafor, gdzie miałam wrażenie iż dobrze wykształcona autorka za wszelką cenę chce pokazać zasób swego jakże wyrafinowanego słownictwa. Opowiadanie wydawało mi się dobre, choć nie do antologii opowiadań wydawnictwa mangowo literackiego. Bardziej do jakiegoś tomiku wierszy czy też greckiej tragedii. Po prostu nie mój klimat i nie moje słowa.

3) Jutrzenka - była pisana chyba w czasie liceum, o czasie liceum. Niesamowicie irytowały mnie przeskoki z czasu przeszłego na teraźniejszy narracji i odwrotnie. Nie wiem, może tak miało być, choć do mnie to nie przemawia.

4) Fałszywe dźwięki - były dość dobrym pokazem ludzkiej psychologii gdzieś tam zakamuflowanym między literami i opowieściami zwyczajnej historii jak z M. jak miłość.

5) Ekfraza - Kiedy już doszłam do wniosku, że jestem zbyt krytyczna, zbyt zadufana i zbyt wyniosła, oraz zaczęłam obawiać się, że poza swoim opowiadaniem nie znajdę tu nic ciekawego, oczom mym ukazała się Ekfraza. Opowiadanie było cudowne w każdym calu, bohaterka barwna, słowa świetnie dobrane a historia wciągająca. Czytając faktycznie odczuwało się iż autorka, podobnie jak pani od "jak gdyby" jest dobrze wykształcona, ale jej słowa nie były aż tak górnolotne a mimo to chwytały za serce i oczy.

6) Pani Krainy - swojej własnej nie wypada mi oceniać.

7) Pieśń serca - Była przeurocza historyjką miłosną, ponownie osadzoną w zwyczajnych realiach obyczajowych, za to poruszająca bardzo ciekawy temat przytwierdzenia co poniektórych młodych ludzi do Internetu.

8) Naznaczone - dały pokaz pięknej dbałości o szczegóły własnego uniwersum (jak wspomniała autorka) i pewnie gdyby nie tyle obcobrzmiących dla mnie nazw, lepiej by mi się to czytało. Była to jednak fantastyka w czystej postaci, a i sam pomysł dość ciekawie uchwycony.



Moim faworytem jednak pozostaje mimo wszystko Ekfraza, a jeśli i Wy pragniecie zapoznać się z ową antologia serdecznie zapraszam do jej kupienia [KLIK]

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Cierpienia wiosennego wirusa

Przypałętały się te jajeczne święta, których obchodzić w sumie zamiaru nie miałam, ale Zaklęcie stwierdził, żebyśmy zjedli chociaż tradycyjnie śniadanie.

Stwierdziwszy, że weekend może być nawet przyjemny zaczęłam go od wizyty u Molly, gdzie odwiedziłyśmy zamek Będziński i zamkowe wzgórze, a także widziałam najgorsze skrzyżowanie ever (chyba nawet za milion dolarów nie chciałabym tamtędy jechać ;/), upiekłyśmy ciastka i ogólnie świetnie się bawiłyśmy. 










Przyjemność kończyła się powoli, już w autobusie, kiedy to przyczepiona to eukaliptusowego sztachacza, walczyłam z katarem. W związku z powyższym sobotnie ganianie za butami skończyło się szybką wizytą w Lidlu i jeszcze szybszym zakupieniem rzeczy niezbędnych do owego jajkowego śniadania. Potem to już wylądowałam we wyrze, a biedny Zaklęcie musiał się mną zajmować przez cały weekend. Combo jakie zrobiliśmy nie powstydziliby się zawodowi gracze w Mortal Kombat i Teken'a razem wzięci. Kanapki z czosnkiem, czeski dodatek do herbaty (jestem niemal pewna, że musiał mieć w sobie coś z ziółek rozweselających, bo nie tylko robił gorąco w środku, co i wesoło w głowie ^^), polopiryna, rutinoskorbin garściami, amol palony i w ogóle dużo, dużo herbaty z cytryną miodem i amolem. Niedziela cała pod kołdrą (i maraton Piratów z Karaibów :P) i saszetki zdrowotne firmy gripex. 


W poniedziałek za to wstałam zdrowiutka jak rybka, poza małym katarkiem. Zadowolona z takiego obrotu sprawy czym chętniej pojechałam (zgarnięta przez Wiedźmę Rodzicielkę i jej męża) do Krakowa w odwiedziny. Wysiedliśmy w Królestwie Smogu i udaliśmy się na obiad. Restauracyjka do której weszliśmy miała kelnera, który był wręcz lepiej wychowany ode mnie (aż głupio mi się zrobiło, że się garbie przy stole i w ogóle że taka swobodna jestem ^^). Zjedliśmy wyśmienite jedzenie, gdzie kurczak z rożna na prawdę był wypieczonym, a mimo to miękkim kurczakiem z rożna, a za sos musztardowy do sałatki chyba dałabym się pokroić. A potem się zaczęło.

Wyszliśmy na spacer i coś złapało moją nieufarbowaną łepetynę w imadło. Normalnie takiego bólu od czoła przez uszy i szczękę aż do zębów chyba nigdy nie czułam. Dudniło w uszach, a ciśnienie chciało rozwalić mi łeb. Rezultatem tego pochłonęłam jakiś painkiller zupełnie bez popitki. 

Zastanawiam się, czy to czasem nie była pierwsza w życiu migrena, może spowodowana tym moim combo atakiem ze wszystkich stron ... Tym bardziej, że teraz jak siedzę, to czuje, że znów wraca... 

A zatem niech sięgnę po słowiańską mantrę zdrowia i bólu idź precz!

RADORO DARO ISTRA ZARGA JARGA ŁADODNIEJA

wtorek, 11 kwietnia 2017

Pełnia i powrót Wilka

Ludzie często zapominają ile magii tli się w naturze: ile w błękicie nieba, rozświetlonych gwiazdach nocą, zieleni trawy, powietrzu pełnym wiosennej lekkiej wilgoci, otulonej zapachem słońca skórze. Ile jej w księżycu i poszczególnych jego fazach.

Pełnia.

Najbardziej magiczny czas miesiąca. Zwykle sypiam wtedy źle, energia przepływa natchniona przeze mnie i moje sny, budząc co kilka godzin, jakby miała przedstawić odkrycie na miarę nobla.

Kiedyś, kiedy jeszcze Wilk był przy mnie, widząc pełnie kojarzyłam ją jedynie z nim. Patrząc przez okno samochodu, jadąc późnym wieczorem z zakupów, albo wczesnym rankiem do pracy szeptałam słowa przywołania "ni-san", jakby miały sprawić, że byłby bliżej, bardziej realnie, namacalnie niż tylko przez internetowy kabel i literki komunikatora.

Swego czasu nie miałam chyba nikogo bliższego od Wilka, a i on darzył mnie uczuciem braterskiej miłości (o ile można kogoś kochać przez internet). Spędzaliśmy razem dużo czasu, rozmawiając o wszystkim i o niczym zarazem. Sprawiał, że potrafiłam jakoś przetrwać lata angielskiej emigracji... Sprawiał, że śmiałam się, a gniew i żal jakoś ze mnie spływał. Mimo, że jest między nami siedem lat różnicy Wilk sprawiał, że wytrzymywałam z Krótkim. Sprawiał, że miałam po co iść do innych światów, że przygody tam przeżywane były warte zapamiętania.

Wilk miał piętnaście lat kiedy go poznałam. Dla mnie stał się kimś ważnym w przeciągu kolejnych trzech. Kibicowałam mu w szkole, z pierwszą dziewczyną, w sporcie z kolegami w próbach dogadania się z matką, w tęsknocie za ojcem i chęci ponownego połączenia z rodzonym bratem. Płakałam wraz z nim, kiedy umarł mu piesek i darłam japę, kiedy sięgał po trawę. Wysłuchiwałam lamentów gdy odeszła dziewczyna oraz opowiadań o akcjach którymi później raczyła go A. (której notabene nie cierpię).

Byłam i wtedy i później, gdy chłopiec stał się mężczyzną, gdy próbował znaleźć szansę na zarobek, gdy zamieszkał sam i gdy adoptował pierwszego kota. Piszczałam do kamerki na widok białego Shiro, który miauczał do mikrofonu.

A potem odszedł. Jak każdy, Mimo, że byłam pewna, że Wilk jednak ze mną zostanie. Przecież był mi bratem. Ale odszedł, jak Wiedźmin, jak Gabriel, jak prawie każdy, którego pokochałam. Odszedł jak wszyscy inni bez słowa, bez wzmianki, bez najmniejszego znaku.

Za pierwszym razem bolało mocno. Gdy wrócił, płakałam, a strach ściskał mi gardło. Tłumaczeń Wilka już nawet nie pamiętam. Nie wiem czy miały jakikolwiek sens. Płakałam skrzywdzona i porzucona, wygrzebana z mogiły niepamięci i smutku z nadzieją na lepsze jutro.

Nie pamiętam ile razy odchodził, nie pamiętam ile razy wracał. Pamiętam, ze ostatni raz powiedziałam mu, że to jego ostatnia szansa. Że jest moim bratem i tylko dlatego wciąż przyjmuje go z powrotem. Obiecał poprawę...

...a potem odszedł ponownie.

Dzisiejsza pełnia przyniosła mi go z powrotem. Mówił, że sam mi doradzał, bym nie utrzymywała kontaktu z ludźmi, którzy mnie zawodzą, a teraz sam przychodzi, że rozumie, jeśli odmówię. Była siódma rano kiedy zastanawiałam się usilnie nad tym co może oznaczać jego powrót. Czy czegoś jeszcze, poza wypuszczaniem ludzi bez żalu może mnie ów Wilk nauczyć? Czy kiedykolwiek mogłabym go jeszcze pokochać jak brata, którego nigdy poza nim nie miałam?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wiem jedynie, że nie czuje nic. Podobnie jak do Wiedźmina Marnotrawnego. Żaden z nich już mnie nie obchodzi. Nie w stopniu większym niż zwyczajnej znajomości. Przyznałam się Wilkowi do tego, grając w otwarte karty.

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ale Wilk już nie jest tym chłopcem którego pokochałam. Nie jest 15-latkiem lubiącym ogień, który w wieku lat 18 napisał dla mnie piosenkę. Nie jest tym, który sprawiał, że się szczerzyłam do monitora i na chwile zapominałam, że jestem nie tam gdzie chcę być. Ale i ja nie jestem tym kim wtedy byłam.

A zatem pozwoliłam Wilkowi powrócić na karty mojej historii, mając na uwadze to, że znów może odejść, uprzedzając, że w chwili obecnej nie czuje nic - ani przyjaźni, ani rozpaczy, ani tęsknoty ni dawnej siostrzanej miłości. Pozwoliłam Wilkowi wrócić beznamiętnie obserwując gdzie zaprowadzi go ta ścieżka. Czy będzie kolejnym Marnotrawnym Wiedźminem? Czy może na powrót stanie się ukochanym Wilczym bratem Wampirzej Wiedźmy?

Czas pokaże Wilku.

Należy jednak pamiętać, że nic nie dzieje się bez przyczyny...