Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paznokcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paznokcie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2020

Paznokciowych perypetii ciąg dalszy

Wspominałam już Wam ze dwa razy, że miałam uczelnie na hybrydy. Jak również to, że w końcu znalazłam markę, która mnie nie uczula. Jak również to, że mimo wszystko co jakiś czas zdradzam tę markę, bo trwałość, bo krycie, bo kolory (jak słowo daję, nadal nie mogę doczekać się królewskiej ciemnej zieleni w ich ofercie)






Previously:

Po przepiłowanej płytce i odrośniętych paznokciach postanowiłam spróbować wychwalaną bazę budująca Indigo. Byłam zachwycona jej blaskiem i tym, jak układała się na paznokciach, a także blaskiem gęstością i.. czy wspominałam jak to pięknie błyszczało? To czym mniej byłam zachwycona okazało się wysypanie mnie na obu rękach, jakby ktoś mnie po nich przeczesał pokrzywką. W związku z powyższym musiałam się pozbyć wydanej stówy za odzyskane 35zł i dopisać kolejny punkt na rzecz uczulenia.




Punktacja wygląda następująco 2:2 między mną a uczuleniem, czyli

MOGE
- Kabos
- Costance Carroll

NIE MOGĘ
- Cosmetic Zone
- Indigo
(Następne w kolejce mam Perrie Renne, ale o tym ciii :P )

W dzisiejszym odcinku:

Naprawdę nieźle podkurwiona opchnęłam raz użyta bazę, raz użyty kolor i całkowicie nowy top za bagatela 35 zł. Tym bardziej wkurzona, że mój przeczuwany znak wiążący się z dostępnością Indigo na miejscu okazał się totalnym fiaskiem.


Ale ja zawsze mam plan. I plan zapasowy i zapasowy plan zapasowego planu. Sięgnęłam więc po kolejna opcję i wróciłam do Kabosa z podkulonym ogonem sięgając po ich bazę budującą.


Pierwsze wrażenie? "Myślałam, że będzie bardziej kryjąca" Jako tako jednak udało mi się ją położyć na paznokciu. Pierwsze szpony po przerwie miały być w naprawdę wielkim stylu a ... wyszło tak, że nawet Wam nie pokażę (spędziłam nad nimi cały niedzielny ranek, a potem popołudnie nad poprawieniem ich i wyszło tak:).


Set wytrzymał dwa tygodnie bez odprysku, ale już bardzo ostrożna byłam przy zachwycie. Zwyczajnie bałam się zapeszyć. Zrobiłam więc drugi set z kolorem z CC (kolor chodził za mną od jakiegoś czasu do tego jest gęsty, kremowy i pięknie się nakłada) Niestety set wytrzymał tydzień czasu i do dziś nie wiem czy winą było połączenie obu marek, tego, że kolor nie do końca się utwardził (odkryłam to całkiem przypadkowo przejechawszy paznokciem po kartce i zostawiwszy zielony ślad), czy może źle zmatowiłam płytkę przy tej zmianie. Nie wiem, już wnikać nie będę. Koloru się pozbyłam i położyłam (nieudolnie i na szybko) beżowy odpowiednik podkładu pod francuski manicure.

Po tygodniu (również robiły się odpryski,a ja byłam coraz bardzie zła) zdjęłam i w końcu zrobiłam prawilny set pomarańczowo nektarowy), na pseudo owalnych paznokciach i okazało się, że wytrzymało całe dwa tygodnie.


Spróbowałam więc znów z kwadratami, ale budowa wyszła mi jakoś koślawo, choć połączenie kolorystyczne bardzo mnie urzekło (pomijając moją nieudolność w robieniu pionowego ombre na paznokciach - na wzornikach łatwiej) Ta stylizacja również wytrzymała dwa tygodnie dając mi zdecydowanie za długie paznokcie.


Postawiłam teraz na króciaki, które mnie nie denerwują, ale kształtem też nie bardzo się podobają bo to ni kwadrat ni owal ni to sinokoperkowwy róż :P Do tego (bez zaskoczenia) dowiedziałam się, że moja lewa ręka nawet nie zamierza w współpracować w kwestii tak prostej jak robienie kropek sondą, czego rezultatem są bardzo, ale to bardzo koślawe stokrotki :P


W między czasie podszkoliłam się również ze zdobień, a nawet zaliczyłam kurs taki pół poważny. Z certyfikatem. I co z tego, że certyfikat jest w PDF i nie ma na nim informacji co dokładnie uczyłam się na kursie? Zdobienia zrobiłam wszystkie więc uważam, że zasłużyłam ;-)





sobota, 4 kwietnia 2020

Vill i jej wkurwienie weekendowe.

U mnie nie będzie o koronie, no może z raz, ale będą słowa powszechnie uznawane za niecenzuralne, zatem czytacie na własną odpowiedzialność. Także zapraszam do Fqurff Time by Vill

Zaczęło się w zamierzchłych czasach roku 2018 kiedy to Vill odkryła czym są hybrydy. Jak już Wam zapewne wspominałam w co najmniej dwóch postach, zaczytywałam się na samym początku, bo jak mam wydać ponad setkę złotówek to się osiemdziesiąt razy zastanawiam.

Zatem. Październik roku 2018, Vill zakupiła swój pierwszy zestaw startowy z firmy NeoNail. Trzy lakiery na krzyż. Zachwyt poza skalę. Pierwsza hybryda - zielone kocie oko magnesowane magnesem z lodówki. No cud miód i orzeszki! Ściąganie trochę gorzej, bo Hard Base z NeoNail jakoś nie lubiła się rozpuszczać w acetonie. Wtedy jeszcze do głowy mi nie przyszło, że to starczy przypiłować i nie trza za każdym razem ściągać do zera.

Wewnętrzny skąpiec się jednak odezwał jak tylko przed oczami pojawiła się firma Claresa ze swoimi lakierami za 16 zł. Prosta matematyka (w której nie jestem i tak za dobra), że szesnaście to mniej jak trzydzieści, więc spoczko oczko. Szczególnie, że listopad opiewał na promocję z okazji black friday, co zaowocowało pięcioma nowymi lakierami za złotych 8. Słownie: osiem.

W międzyczasie odkrycie roku 2018 – Aliexpress. Blaszki, stemple, zdobienie w kilka minut i to takie, jakiego ja nigdy nie namaluje. Ciach, w koszyku blaszek dwie, trzy, osiem nigdy dość. Ale zaraz hola hola. Chinczyk ma lakiery hybrydowe. 6 zł! Słownie: sześć! No to bach w koszyczek, wleciało 9 kolorów. No teraz można się bawić, jest w czym wybierać. Szczególnie, że i biedronka wprowadziła lakiery po dyszce, czyli w sumie na miejscu i natychmiast, a nie dwa miesiące przesyłki.

W kwietniu 2019 zrobiłam swoje pierwsze w życiu wiosenne ombre, dumna z siebie poza skalę! Pocieszyłam się cały jeden dzień o czym [TU]

Po usunięciu hybrydy zaczęło się doszkalanie, czytanie, zbieranie informacji, oglądanie filmików, zapisanie się do grupy uczuleniowej. Wyrok trzech miesięcy bez paznokci. Kurw… Ale dobra, przetrzymamy, kto jak nie my? W międzyczasie kolejne zakupy na ali, blaszki, to bezpieczne, nowa lampa, naklejki wodne, pędzelki do zdobień, wzorniki, waciki bezpyłowe, frezarka i ogólnie zapasy.


Na grupie uczuleniowej dowiedziała się Vill o polskiej marce lakierów dla uczuleniowców. Postanowiła spróbować i z sercem na ramieniu wydała kolejną stówkę na bazę top i kolor serii Kabos Gelike. W sierpniu wielka próba i… bajka! Zero uczulenia, zero swędzenia, zero problemów!

No nie, problem jednak się ukazał. Wytrzymałość Kabosa nie spełniała moich oczekiwań, mało tego z tygodnia na tydzień słabła coraz bardziej. Okazało się, że była to wina bardziej moja jak Kabosa zapewne o czym pisałam [TU]

W związku z tym, iż Pani kosmetyczka poleciła mi bazę proteinową Indigo, znalazłszy sklep w moim mieście uznałam, że to znak (jak ja nie cierpię płacić za przesyłki pojęcia nie macie, cóż, wewnętrzny sknera się kłania). Uradowana zatem dostępnością możliwości zakupu 1, słownie: jednej bazy postanowiłam udać się do sklepu jak tylko przerośnie mi płytka. No nie kurwa bo koronaświrus, sklepy pozamykane – więc Indgio wbija z promką wydaj stówę baza gratis, no to heja, top kolor i paintgel i baza gratis, interes życia.


Wczoraj minął magiczny czas odczekiwania przerośnięcia płytki i postanowiłam spróbować polecany produkt. Pierwszym sygnałem powinno być dla mnie to, iż kolor (który mi się jednak nie podobał) podczas maziania na wzornikach sprawił, że moja lewa ręka wyglądała jakby ktoś przytulił mnie do pokrzywy (ale dziwne bo dwa dni później maziałam tez po wzornikach i nic mi nie było). Drugim sygnałem dla mnie powinno być to, że jak nadbudowywałam paznokcia nową, jakże zachwalaną bazą i wkładałam ją do lampy to przez chwilę piekły mnie paznokcie. Zignorowałam to wszystko, ale kolejnej wysypki na ręce nie mogłam zignorować. Zatem o północy wczoraj odmaczałam tą bazę wkurwiona ponad skalę.

Wkurwiona jestem do dziś bo zaś wydałam ponad stówę i prawdopodobnie będę musiała się tego pozbyć.

Ja pierdole! Ja tylko chcę by mi się te cholerne lakiery trzymały 12 dni! DWANAŚCIE.

Czy to tak wiele? :(

sobota, 28 grudnia 2019

Aktualizacja o pazurach


Jakiś czas temu o [TU], pisałam Wam o mojej „przygodzie” z uczuleniem na hybrydy. Od tego czasu temat trochę ucichł, bo czasu pisać nie miałam jakoś i niekiedy chęci i w ogóle sorry for it.

Anyway.

Patrząc na poprzedni w tej tematyce wpis, mała aktualizacja: pozbyłam się wszelkiego NeoNaila, wszelkiej Claresy, a także Rosalind i Venalisy, więcej nie wrócę.
Aktualizacja nr 2: testy skórne z lakierów to była głupota.
Aktualizacja nr 3: w międzyczasie udało mi się dostać do dermatologa i zostały mi zrobione testy płatkowe. Okazało się, że uczulenie jest na NIKIEL (no nie domyśliłabym się, aczkolwiek tego, że jest w pomidorach, kukurydzy czy szpinaku już bym się nie domyśliła), TIURAMY (składniki gumy, żeby była bardziej elastyczna) oraz ZŁOTO POLLADOWE.

Reasumując, jeśli chodzi o lakiery hybrydowe nic mi z tego nie wynika, bo za grzyb w składach tychże lakierów nie widzę tego typu rzeczy, ale ja tam nie widzę żadnych rzeczy bo nie rozumiem co tam jest ponapisywane :P (ale podobno akurat tiuramy w lakierach lubią się znajdować)

Tak czy owak w międzyczasie przeszłam detox paznokciowy i pozbyłam się całej swojej kolekcji, co za tym idzie musiałam zacząć wszystko od początku. Ech…

Na pierwszy ogień więc poszły zachwalane wszem i wobec lakiery firmy Kabos (seria Gelike) kupiłam bazę, top, kolor i ich cudowny Magic Oil i już około sierpnia zdecydowałam się na pierwszą próbę.



Ku mej uciesze okazało się, że nie uczulają! (hurra) ale także ku mej rozpaczy, że za długo się nie trzymają. Nie wiem zresztą od czego to zależy, bo pamiętam, że pierwszy set trzymał mi się całe dwa tygodnie (poza tym to się ściąga zmywaczem bez acetonowym no bajka!), a potem już były odpryski, choć dam sobie rękę uciąć, że robiłam wszystko tak samo. Idąc więc za radami dziewczyn z grupy zakupiłam proszek akrylowy. Pomogło na pierwsze dwa sety, potem znów odpryski, więc sięgnęłam po bonder od Kabosa (w międzyczasie moja kolekcja się rozrastała) i tu również pomogło wydłużyć manicure o cały jeden dzień. Dodam, że wtedy już trzymały się jedynie 5-7 dni…


Lekko podkurwiona w październiku sięgnęłam po firmę Constance Caroll, czaiłam się na nich już od kwietnia, ale obiecałam sobie, że najpierw Kabos. Oh, jakaż była moja radość gdy CC utrzymało się z proszkiem akrylowym bite dwa tygodnie bez najmniejszego nawet odprysku (Tylko top mi się porysował. Na zdjęciu pierwsze trzy, te z ciemnym fioletem). To była moja pierwsza i na razie ostatnia próba z CC (dodam, że również nie uczuliło), bo od tamtej pory usilnie próbowałam ogarnąć o co chodzi Kabosowi i …


… nie dowiedziałam się absolutnie nic.

W związku z powyższym podkuszona sukcesem CC oraz Black Friday postanowiłam zakupić lakier w promocji z firmy Comsetic Zone. Niestety tam muszą być jakieś tiuramy albo co, bo uczulenie mi wylazło. Na szczęście bardzo obserwowałam i już na najmniejsze oznaki postanowiła zdjąć lakier. Żałuje bardzo bo CZ ma naprawdę najpiękniejsze zielenie jakie widziałam na oczy… Dwa tygodnie przerwy pozwoliło mi zaobserwować, że moje pazury zrobiły się miękkie i to mnie normalnie załamało.

Na święta zrobiłam sobie kolor z Kabosa bo bardzo chciałam go zobaczyć na sobie (zdecydowanie lepiej wygląda na wzorniku), poszłam też wtedy za radą jednej podolożki i postanowiłam zrobić pazury bez proszku akrylowego.


Oj nie, w moim przypadku to błąd, zwłaszcza gdy ma się, jak to ona określiła po zdjęciu, przepiłowaną płytkę. Zdjęłam lakier już w pierwszy dzień świąt rano (testując nową frezarkę) i teraz mam góry i doliny, bo ślepa jestem i nie widzę gdzie kończy się baza, a zaczyna naturalna płytka (choć możliwe jest, że bazę nadal mam na paznokciach i te góry i doliny są właśnie w niej)

A zatem kolejna przerwa i na maxa olejowanie wszelkimi możliwymi olejami (i chyba zrobię kurację żelatyną, co polecała Lena).

Obecnie próbuje się doszukać co po drodze robiłam źle przy ściąganiu hybryd, że doprowadziłam się do takiego stanu ;/ A lakiery stoją i wyglądają.

Jak nie urok, kurwa, to przemarsz wojsk..

sobota, 13 kwietnia 2019

No i mnie bozia pokazała :(

No i masz babo placek, albo raczej nie masz placka, jeśli za placek przyjmiemy hybrydki.

Kiedy zaczęłam hybrydzić byłam zachwycona trwałością i łatwością wykonania (czasem wykonania trochę mniej ale coś za coś). Oglądałam masę filmików instruktażowych, wymyślałam nowe wzorki, zachwycałam się z koleżankami, chwaliłam się Wam. Rozkochałam się w Kocich okach i ombre.

Jednym słowem: szalałam na punkcie paznokci.

Cieszyłam się, bo wyglądam, tak jak wyglądam z całej siebie ładny mam ino ryjek (i to akurat wtedy gdy nic mi na nim nie wyskakuje), włosy (jak się nie przetłuszczają lub dla odmiany nie elektryzują) i właśnie paznokcie.

Chciałam mieć ładne paznokcie. Kolorowe, zadbane, wyglądające po prostu ładnie. Szalałam więc z kolorami, na urodziny czy święta prosiłam o lakiery, malowałam wzorniki próbowałam zdobień. Jednym słowem odkryłam pasję koloru. I to cudowne ombre (zdjęcie wyżej).

Dumna byłam z siebie za każdym razem, gdy koleżanki zachwycały się moimi zdolnościami do zdobień, których przecież wcale nie mam. Po prostu szał i uśmiech na twarzy.

Po znanym Wam już problemie z manicure japońskim i leczeniu pazurków ciepłą żelatyną (dzięki Lena!) oraz olejem rycynowym (również dzięki Lena!) w końcu po trzech tygodniach czekania postanowiłam zrobić sobie manicure. Wybrałam niebieski bo niebieski chodził za mną od sporego czasu. Połączyłam sobie NeoNail z Claresą (stara kolekcja) i zadowolona, że stemple zaczynają mi wychodzić poszłam do pracy.


Pierwszym objawem były małe czerwone punkciki pod małym paznokciem prawej ręki. Nie bolało ani nie swędziało, nie wiedziałam co to takiego, więc olałam sprawę. Może się gdzieś uderzyłam. W między czasie przyszły lakiery z Ali z firmy Rosalind i Venalisa, bardzo polecanych przez koleżanki z grupy paznokciowej. Krycie spoko. Zrobiłam cudowne ombre (zdjęcie wyżej), pierwsze w życiu i z radości nie mogłam się nie zachwycić.

Zachwycałam się a jakże, cały jeden dzień... na drugi dzień obudziło mnie mocne swędzenie. Zasięgnęłam się porady wujka google i rozpoznawszy objawy uczulenia, zdjęłam hybrydy. dzień później chcąc sprawdzić co mnie uczula zrobiłam test paznokciowy. Do stylizacji ombre użyłam sporo kolorów bazę i top i trza było sprawdzić wszystko to. Niestety wytrzymałam dzień, swędziało, więc czym prędzej jak wróciłam z pracy zdjęłam te hybrydy.

Postanowiłam zrobić test skóry (za co zostałam mocno zjechana na grupie) i póki co wyszło mi, że uczulona jestem na lakiery z Ali i moją bazę z NeoNail, którą używam od listopada (zrobiła mi nie małe spustoszenie w okolicach  łokcia gdzie kładłam ją do testu). Wywaliłam zatem problematyczne lakiery i leczę cholerne uczulenie. Niestety test kolorów z NeoNail niczego nie pokazał więc albo nie jestem na nie uczulona albo cholera wie co. Wedle buteleczek skład jest dokładnie ten sam (co jest logiczne nie możliwe, ale dobra).

Dziewczyny na grupie radzą mi wywalić NN, ale mam tam 9 lakierów i naprawdę mi szkoda. Kwestia jest jeszcze firmy Claresa, bo najwyraźniej nic z nowej linii mnie nie uczula (tam gdzie wystąpiły pierwsze zignorowane przeze mnie objawy miałam lakier Claresa ze starej kolekcji i pozalewałam skórki...)

Reasumując, chciałam dużo i tanio to teraz mam przerąbane i przymusowy detox. Nie wiem nawet czy będę mogła wrócić do hybryd, czy nie będę musiała wymieniać wszystkich lakierów na te prawdopodobnie nie uczulające (a nie oszukujmy się tam takich rewelacji jak kocie oka czy inne termo lakiery nie ma).

Także smuteczek...

sobota, 9 marca 2019

O japońcu i mojej z nim styczności

Hybrydze. To już wiecie, bo co jakiś czas zarzucam Was zdjęciami nowych stylizacji. Ostatnio odkryłam AliExpress, więc moja kolekcja zdecydowanie powiększyła się o nowe kolory i kilka innych rzeczy.

Ale.

Dziś nie o tym.

Dziś chciałam powiedzieć o pielęgnacji paznokci między hybrydzeniem. Ale nie martwcie się. Nie będzie to jakiś profesjonalny (i dłuuuuugi)  artykuł, tylko moje własne krótkie i na temat spostrzeżenia.

Mianowicie pojawił się u mnie problem rozdwajania paznokci. W zasadzie to on zawsze był gdzieś tam, jeszcze zanim zaczęłam hybrydzić, ale teraz jest dość uciążliwy dla mojego zmysłu estetyki (mój zmysł estetyki ostatnio mocno szaleje ;P). W związku z powyższym, jako, że nie chciałam hybrydzić za hybrydą i paznokciom też dać trochę odpocząć postanowiłam zając się sprawą. Po przeczytaniu multum forów i obejrzeniu filmików (ah te internety i wiedza w nich zawarta) stwierdziłam, że Manicure Japoński jest rzeczą całkiem spoko. Ma on podobno wzmocnić paznokcie jakimiś algami i innymi witaminami kreatyną czy czymś tam. Ogólnie poprawić ich stan i szybkość wzrostu oraz trwałość. Zestaw kosztuje około stówy więc nieco się na niego napaliłam.

Jednakowoż.

Jako że ja niczego w okolicach tej ceny nie kupię bez uprzedniego sprawdzenia. Podreptałam do kosmetyczki celem wydania 40 zł, by dowiedzieć się, czy warto wydać stówę. I tu spoiler alert - nie warto. Nie w moim przypadku, ale do rzeczy.

W poniedziałek zdjęłam hybrydy, które po urlopie jakoś wyjątkowo mocno zejść nie chciały, męczyłam się z nimi ze dwie godziny (rozważam zakup frezarki, ale trochę się obawiam), i poszłam tak do pracy.

W robocie bardzo uważałam i przez pół dniówki było dość spoko, ale oczywiście musiałam złamać pół kciuka. Nic to jednak złego bo skrócenie ich o połowę i tak planowałam, przecież są za długie. Niestety dosłownie za kwadrans koniec zmiany złamałam drugiego kciuka i to już dość potężnie.

Ała. 

Do kosmetyczki dotarłam lekko spóźniona. Poproszono mnie o rozpłaszczenie się i tu kolejna katastrofa. Moje kiedyś silne i mocne paznokcie wydały jęk protestu i złamał się kolejny przy odpinaniu guzika. Wobec powyższego kosmetyczka zarządziła skrócenie wszystkiego do opuszka. 

Jak powiedziała, tak też uczyniła. Skróciła i zmatowiła. Następnie usunęła skórki (frezarką, wow jaki efekt!), wtarła pastę polerką i poprawiła pudrem, do którego była druga polerka. Zapewniła, że teraz będą silniejsze po czym wtarła jeszcze jakąś oliwkę dołożyła parafinki i  zainkasowała cztery dyszki. 


No nie powiem wyglądały ładnie. Błyszczały się obłędnie. Miałam mocne postanowienie, że do końca tygodnia je potrzymam i w weekend strzelę sobie hybrydę. 

Niestety. 

Już dnia następnego złamał mi się boleśnie środkowy paznokieć. Tak mocno, że nie było nawet za bardzo jak piłować, bo do samej skóry, w związku z czym porzuciłam pomysł hybrydzenia bo nawet nie miałam wolnego brzegu paznokcia do zabezpieczenia go. Kolejnego dnia rozdwoiły mi się dwa paznokcie. Nie jakoś mocno widocznie, ale jednak. Wobec powyższego uznałam ,ze wydanie stówy na japonca ni jak nie przyniesie mi korzyści i porzuciłam ten pomysł wraz z samym japońcem. Niestety nie ma możliwości zdjęcia go, więc przykryłam odzywką Eveline do paznokci lśniących i twardych jak diament i co najmniej do następnego tygodnia muszę zadowolić się tą kuracją. W piątek nadłamał mi się kolejny (co nie powinno mieć miejsca bo są zajebiście krótkie!), ale jakoś dzięki odżywce i delikatnym podpiłowaniu, go uratowałam.

Tak więc moje miłe panie, Japonski Manicure jest zupełnie nie dla mnie. Zupełnie. Nie wiem czy to wina samego manicure, czy pani kosmetyczki, a może tak właśnie ma to działać. Jednakowoż ja pracuje rękoma, grzebie się w kartonach i do licha jasnego nie mogę sobie pozwolić na to, by bolał mnie każdy dotyk opuszka...

Na razie plan jest taki, by stosować odżywkę do następnego weekendu. Zobaczymy co z tego wyniknie. 

poniedziałek, 28 stycznia 2019

O moich pazurkach słów kilka ;)

Moja szajba pazurkowa nadal trwa w najlepsze (tak ostrzegałam, że wrócę do tematu ^^). Od listopada, czyli od czasu kiedy to zaczęłam się interesować hybrydami lampami i wszelkimi do tego dodatkami, moja kolekcja lakierów powiększyła się dość sporo, szczególnie za sprawą black friday i firmy Claresa.

A zatem z trzech zakupionych w zestawie startowym lakierów zrobiło się 14, słownie czternaście. A nie, kłamię, teraz to dwanaście, bo dwa oddałam z powodu nie podobania mi się odcienia. Jak słowo daję, jeśli chodzi o kolorystykę ustawienia monitora serio mają do powiedzenia więcej niż bym chciała.

I tak w mojej kolekcji znalazły się kolory nie do końca przeze mnie chciane. Jednakowoż, jako, że zapłaciłam za nie bagatela osiem złoty za sztukę, bez żalu mogłam podarować je osobom, którym bardziej się przydadzą.

Oczywiście lakiery to nie wszystko, w czasie tych kilku miesięcy moja kolekcja powiększyła się również o sondy, pędzelki, jakieś cekinki, tasiemki, a nawet pyłek (który mam zamiar użyć w stylizacji na walentynki). A potem odkryłam AliExpress i teraz lecą do mnie stemple i blaszki do nich :P .

Gdzieś to oczywiście wsio należy trzymać, a że skąpiec jestem pierwsza klasa to zamiast wydać stówę na kuferek, obrobiłam se jedno z pudełek od butów i zatrudniłam Zaklęcie by mi pomógł. Efekt póki co taki:


Oglądam też dużo filmików i tutoriali, a moje ręce powoli trzęsą się coraz mniej. Co śmieszne okazuje się, że wytrzymujący (jak go dobrze zrobię) dwa tygodnie manicure po tygodniu już mi się nudzi i kolejny tydzień zwyczajnie nie mogę się doczekać do zdjęcia i umalowania czegoś nowego :P Ostatnie moje stylizacje w kolejności chronologicznej:
Tu mi coś nie poszło z magnesem
Pierwszy płatek śniegu :P
Tego niebieskiego już nie mam bo był dla mnie za mało żywy.
Stylizacja na sylwestra, mimo, że nigdzie nie wychodziłam. Hej, tasiemki to grubsza sprawa by tym operować!

Kocie oko, jeden z moich faworytów :) 
A to mam w tej chwili ;-) 
Uroczyście obiecuję, że za jakiś czas wrócę do tematu (zapewne przy okazji japońskiego manicure nad którym się mocno zastanawiam) i znów pochwalę się kilkoma stylizacjami ;-) 

sobota, 1 grudnia 2018

O kolorkach stylizacjach i drogiej zachciance i testach :P

Jakiś czas temu wspominałam Wam, że jako baba problemu nie miałam to sobie go zrobiłam w postaci zachcianki na hybrydy. Domowej roboty ofc, bo przecież ja nie cierpię płacić za coś, co mogę zrobić sama. W tym temacie jestem jak Anita Blake - staram się nie prosić kogoś o zrobienie czegoś, czego sama nie mogłabym zrobić :P

W związku z powyższym oczywiście z tematem się zaznajomiłam, a problem przerodził się w szukanie rozwiązań. I tak oto temat ucichł, ponieważ postanowiłam pierw przetestować swoją zachciankę i oczywiście wszystko udokumentować :P (tak wiem, nadgorliwość gorsza od faszyzmu ^^) .

A zatem na początku listopada stałam się szczęśliwą posiadaczką zestawu startowego z firmy  NeoNail, kosztującego bagatela ponad 2 setki, ale czego się nie robi dla piękna (nie, żebym wcześniej jakoś nie raczyła nigdy chodzić na paznokcie do kosmetyczki, ale jak wspominałam przy ostatnim marudzeniu o ubraniach (a może nie) - kobieta mi się włączyła)

Zestaw przyszedł bardzo szybko, a ja uzbrojona w filmiki i wszelaka wiedzę od wujka google zabrałam się do dzieła. Zajęło mi to ze dwie godziny. Wybrałam zielone kocie oko (to taki lakier którego drobinki zbierane są przez magnes i mają w zamiarze tworzyć efekt kociego oka 3D), zupełnie nie przygotowana (znów przyżydziłam na magnes za 15 zł :P) więc w ruch poszedł najzwyklejszy magnes z lodówki (pamiątka z Krakowa)
 Najpierw należało wypiłowac pazurki i lekko je zmatowić, co tez uczyniłam.
 Potem nałożyć bazę utwardzić, kolor, utwardzić i zaś kolor i utwardzić (same wiecie) trwało to koszmarnie długo ze względu na pożyczony z lodówki magnes :P 
 A taki oto efekt uzyskałam
I tak wiem, niedomalowane pod skórki :P
Testowałam te hybrydki dość ekstremalnie tzn myjąc gary, sprzątając i generalnie pracując (grzebiąc się między kartonami). Po kilku dniach odpadł mi kawałek na palcu wskazującym lewej reki,, ale go naprawiłam, dopiero potem dowiedziałam się, iż powinnam top trzymać aż minutę pod lampą a nie 30 sekund. Tak czyniłam z ręką prawą, własnie dla testu. Z ręki prawej odpadł mi mały kawałeczek po prawie dwóch tygodniach. Po prawie dwóch tygodniach miałam też zaczapiste odrosty, ale twardo trzymałam się do weekendu (pierwsze hybrydy robiłam czwartkowym wieczorem) coby spokojnie móc się wszystkim zająć. A więc w piątek, czyli po 15 dniach moje pazurki wyglądały: 
Toteż ponownie uzbrojona w wiedzę od wujka Google zabrałam się za ich ściąganie. Zmatowienie lakieru to było dla mnie coś nowego. W małych palcach nawet się dotarłam do płytki paznokcia, ale nie na tyle by zrobić sobie krzywdę. Potem już tylko należało przytulić się do acetonu (tudziez zwykłego lakieru z acetonem za 1,50 w szklanej buteleczce, działa tak samo - testowałam), owinąć paluszki jak kuraka do piekarnika i włączyć coś do oglądania na 15 min. 
Zdrapywanie drewnianym patyczkiem poszło całkiem gładko, choć wyglądały koszmarnie dopóki ich nie umyłam :P Skróciłam je (bo okazało się, że mam dwa rozdwojone, zapewne ostatnim razem nie zadbałam o nie należycie) i dałam im pooddychać do dzisiejszego popołudnia. 
Zresztą wyglądały lepiej niż się spodziewałam! 
Na koniec postanowiłam się zabawić (nie mogąc się, jak to kobieta zdecydować co właściwie chce) i zabawa ta zajęła mi sporo koło dwóch godzin. Niestety chciałam być bardzo dokładna i pozalewałam nieco skórki, więc nie wróżę im aż dwóch tygodni. Ale to nic, bo już mam pomysł na następną stylizację. A póki co wygląda to tak: