sobota, 11 lipca 2020

Nela

Wzięła mnie prawdziwa zgroza, kiedy przeczytałam jej historię. Właściciele (bo nie można ich nazwać opiekunami) wystawiali ją w transporterku w zimnie na parapet. Ogolili ją, bo miała pchły i nie karmili ją za dobrze, o ile w ogóle.

Dziewczyna mieszkająca obok, która jest domem tymczasowym zainterweniowała i zabrała ją do fundacji Koty z Kociej.

Był to czas kiedy już wiedziałam, że potrzebuję, naprawdę potrzebuję jakieś mruczące futerko bo inaczej zeświruję, zwariuję i ogólnie zacznę walić głową w ścianę.

Jednocześnie bardzo się bałam, że się nie dogadamy, jak również tego, że nie tyle chcę dać kitku dom, co po prostu szukam zastępstwa. Bardzo źle się czułam z tą myślą i dlatego długo z tym zwlekałam.

Tymczasem roczna, czarno biała kicia. odpchlona, zaszczepiona i socjalizująca się znalazła dom. Bardzo jej kibicowałam.

Kiedy już wraz z Zaklęciem zdecydowaliśmy się na adopcję, okazało się, że jakikolwiek kot pasujący charakterem do nas (naprawdę chciałam by i zwierze było szczęśliwe z nami i my wraz z nim) jest jeszcze za młody na adopcję. W między czasie przeglądałam także OLX i tam natknęłam się na Nelkę. Nelkę, która przecież znalazła już dom, a zatem byłam bardzo, bardzo zdziwiona, jak się pewnie domyślacie.


Okazało się, że Nela jest dość płochliwym kitkiem i raczej nie nadaje się na kota wychodzącego, a drudzy opiekunowie właśnie tak chcieli zrobić. Kicia wróciła więc do pani z interwencji i na OLX wciąż szukając kogoś kto ją pokocha i otoczy opieką.

I tak przez pierwsze parę godzin siedziała w transporterku, potem za wiadrem w kuchni, potem za moją komodą z rzeczami do paznokciomaniactwa. W nocy prawie nie spaliśmy, bo uznała, że będzie zwiedzać i tak obskoczyła absolutnie wszystkie meble i zajrzała we wszystkie zakamarki.


Dziś mija dwa tygodnie jak jest u nas i muszę Wam powiedzieć, że istny z niej szogun! Lata jak potłuczona, ma ulubioną zabawkę z którą lata jak dwa razy potłuczona i ciągle ją gubi pod meblami (serio własnie ją znów wyciągałam spod komody :P) Jest bardzo dyskutująca i pilnuje mnie jak idę do łazienki :P (właśnie oberwała firankę! o.O). Wieczorem ładuje mi się pod kołdrę na kilka chwil i ogólnie ma tyle energii, że przy niej czuje się staro ^^

Normalnie szajbuska jedna (wspomniałam, ze ma rok?)

A i warczy na obcych ^^ Amazonka mała, hehe

środa, 17 czerwca 2020

Czas pełen przygód

Ostatni czas jest pełen przygód

Skończył się długi weekend, który miałam urlopowy z powodu takiego, że jest mało pracy i mamy wybierać urlopy, bo są zwolnienia (a jak przylazłam to się nagle okazało, że mamy przyśpieszyć bo pracy jest dużo :P). Pół tego długiego weekend przeleżałam sobie we wyrze, bo pół tygodnia wcześniej uznałam, że dobrze będzie pohopkać, spalić kilka kalorii, a skoro nie Zumba (bo kolana) to Salsation (bo delikatniejsze miejscami). Praktykowałam to raz w tygodniu od trzech tygodni i, jak widać, do trzech razy sztuka ;P. Bo przecież kocham muzykę i to w zasadzie jedyna aktywność fizyczna, którą lubię. No, ale nie dla psa kiełbasa, gdyż już przy trzecim razie coś mi w biodrze strzeliło. W związku z powyższym od soboty chodziłam jak paralita nie mogąc się nawet schylić po pojemnik. Z łóżka wstawałam za którymś tam razem i ogólnie było źle. No ale do pracy poszłam na dwa dni, bo potem urlop. No i potem wyro i generalnie już nie chodzę jak paralita, chociaż miejscami nadal boli.

Przyszedł weekend prawilny tj sobota i niedziela, więc postanowiłam coś ze sobą zrobić i w niedzielę odkryłam na nowo miłość do Skyrim. Ale jak już wspomniałam, nie dla psa kiełbasa :P

W poniedziałek rano, czy też jeszcze w nocy bo coś koło piątej, poszłam do łazienki z wiadomą potrzebą. Siedzę sobie w pół zaspana i słyszę KAP.... KAP....KAP... Patrzę na kran ze zlewu, który zwykle kapie, ale nie nic nie kapie, a już na pewno nie z taką częstotliwością. KAP...KAP...KAP... Przesłuchy mam jak nic, siadło mi na głowę to leżenie we wyrze, na pewno. KAP...KAP...KAP... W końcu znalazłam źródło kapania i z miejsca zakręciłam wodę w mieszkaniu, a potem zaalarmowałam Zaklęcie. Koszt wymiany wężyka od boilera niewielki. Ulga i spokój ducha, już większa.

Zaraz potem poleciałam do Banku pozałatwiać sprawy, których nie załatwiłam w środę z powody tej cholernej nogi (za którą zrypała mnie trochę Wiedźma Rodzicielka, więc obiecałam, że tańcować już nie bydę ).

Wróciwszy i stwierdziwszy, że chwila mi jeszcze została postanowiłam ogarnąć chociaż jedną misję w mojej na nowo pokochanej grze i... ZONK.... Po wnikliwej obserwacji, kilku sprawdzeniach i przeczyszczeniach zleconych Zaklęciu (ja się sprzętu nie dotykam od pamiętnej chwili, kiedy to spaliłam dysk twardy podczas próby pędzelkiem odkurzania sprzętu wewnątrz blaszakowego) jednogłośnie stwierdziliśmy, że rąbnęło mi kartę graficzną. Drugą, a zarazem ostatnią jaką miałam. Koszt wymiany dużo większy i jak tylko go zapłacę bardzo mnie zapewne zdenerwuje.



Potem ogarnęłam obiadek, posmarowałam bolący kark i pojechałam swoją cudowną miętową limuzyną do pracy (ludzi tam już tyle, że prawie nie uraczysz wolnej przestrzeni, do tego coraz mniej osób jeździ w maseczkach, ale ja jeszcze tak).

W pracy było tylko gorzej, bo mimo, że przestałam chodzić jak paralita, to znów zaczęłam obracać się jak Batman. Bolący kark dał się we znaki, obwieszczając wszem i wobec, że mnie przewiało o.O Do tego biodro nie do końca jeszcze wyzdrowiało, więc jest po prostu cudownie!

We wtorek rano stwierdziłam, że za chwile głowa mi na poduszce zostanie a reszta ciała wstanie i pójdę do pracy bez głowy. W rezultacie czego zdecydowałam się w końcu zadzwonić do lekarza. Na szczęście przyjmował mój ulubiony lekarz, a nie ta typiara, która zawsze patrzy na mnie z góry i z politowaniem. Oznajmił, że stan zapalny mięśni karku, zalecił leki, maść, L4 i basen. Aczkolwiek nie wiem czy to ostatnie dam radę ogarnąć, ale resztę na pewno tak.

Skyrim - Lindsey Stirling & Peter Hollens

Dziś jeszcze się dzień nie skończył, a ja już zdążyłam popaść w frustrację, bo pędzelek do zdobień za który trochę zapłaciłam odmówił posłuszeństwa drug już raz, nie pomogło zalewanie wrzątkiem ani uklepywanie w topie czy bazie, a sklep w którym to kupiłam potraktował mnie protekcjionalnie i olewatorko twierdząc, że inni klienci jak do tej pory problemu nie mieli, więc mam spadać na drzewo. 

A co tam u Was moi mili? Jak spędzacie czerwiec?

sobota, 13 czerwca 2020

Paznokciowych perypetii ciąg dalszy

Wspominałam już Wam ze dwa razy, że miałam uczelnie na hybrydy. Jak również to, że w końcu znalazłam markę, która mnie nie uczula. Jak również to, że mimo wszystko co jakiś czas zdradzam tę markę, bo trwałość, bo krycie, bo kolory (jak słowo daję, nadal nie mogę doczekać się królewskiej ciemnej zieleni w ich ofercie)






Previously:

Po przepiłowanej płytce i odrośniętych paznokciach postanowiłam spróbować wychwalaną bazę budująca Indigo. Byłam zachwycona jej blaskiem i tym, jak układała się na paznokciach, a także blaskiem gęstością i.. czy wspominałam jak to pięknie błyszczało? To czym mniej byłam zachwycona okazało się wysypanie mnie na obu rękach, jakby ktoś mnie po nich przeczesał pokrzywką. W związku z powyższym musiałam się pozbyć wydanej stówy za odzyskane 35zł i dopisać kolejny punkt na rzecz uczulenia.




Punktacja wygląda następująco 2:2 między mną a uczuleniem, czyli

MOGE
- Kabos
- Costance Carroll

NIE MOGĘ
- Cosmetic Zone
- Indigo
(Następne w kolejce mam Perrie Renne, ale o tym ciii :P )

W dzisiejszym odcinku:

Naprawdę nieźle podkurwiona opchnęłam raz użyta bazę, raz użyty kolor i całkowicie nowy top za bagatela 35 zł. Tym bardziej wkurzona, że mój przeczuwany znak wiążący się z dostępnością Indigo na miejscu okazał się totalnym fiaskiem.


Ale ja zawsze mam plan. I plan zapasowy i zapasowy plan zapasowego planu. Sięgnęłam więc po kolejna opcję i wróciłam do Kabosa z podkulonym ogonem sięgając po ich bazę budującą.


Pierwsze wrażenie? "Myślałam, że będzie bardziej kryjąca" Jako tako jednak udało mi się ją położyć na paznokciu. Pierwsze szpony po przerwie miały być w naprawdę wielkim stylu a ... wyszło tak, że nawet Wam nie pokażę (spędziłam nad nimi cały niedzielny ranek, a potem popołudnie nad poprawieniem ich i wyszło tak:).


Set wytrzymał dwa tygodnie bez odprysku, ale już bardzo ostrożna byłam przy zachwycie. Zwyczajnie bałam się zapeszyć. Zrobiłam więc drugi set z kolorem z CC (kolor chodził za mną od jakiegoś czasu do tego jest gęsty, kremowy i pięknie się nakłada) Niestety set wytrzymał tydzień czasu i do dziś nie wiem czy winą było połączenie obu marek, tego, że kolor nie do końca się utwardził (odkryłam to całkiem przypadkowo przejechawszy paznokciem po kartce i zostawiwszy zielony ślad), czy może źle zmatowiłam płytkę przy tej zmianie. Nie wiem, już wnikać nie będę. Koloru się pozbyłam i położyłam (nieudolnie i na szybko) beżowy odpowiednik podkładu pod francuski manicure.

Po tygodniu (również robiły się odpryski,a ja byłam coraz bardzie zła) zdjęłam i w końcu zrobiłam prawilny set pomarańczowo nektarowy), na pseudo owalnych paznokciach i okazało się, że wytrzymało całe dwa tygodnie.


Spróbowałam więc znów z kwadratami, ale budowa wyszła mi jakoś koślawo, choć połączenie kolorystyczne bardzo mnie urzekło (pomijając moją nieudolność w robieniu pionowego ombre na paznokciach - na wzornikach łatwiej) Ta stylizacja również wytrzymała dwa tygodnie dając mi zdecydowanie za długie paznokcie.


Postawiłam teraz na króciaki, które mnie nie denerwują, ale kształtem też nie bardzo się podobają bo to ni kwadrat ni owal ni to sinokoperkowwy róż :P Do tego (bez zaskoczenia) dowiedziałam się, że moja lewa ręka nawet nie zamierza w współpracować w kwestii tak prostej jak robienie kropek sondą, czego rezultatem są bardzo, ale to bardzo koślawe stokrotki :P


W między czasie podszkoliłam się również ze zdobień, a nawet zaliczyłam kurs taki pół poważny. Z certyfikatem. I co z tego, że certyfikat jest w PDF i nie ma na nim informacji co dokładnie uczyłam się na kursie? Zdobienia zrobiłam wszystkie więc uważam, że zasłużyłam ;-)





piątek, 5 czerwca 2020

Zbliża się

Generalnie jestem a polityczna, aczkolwiek ciężko nie myśleć i nie zajmować się polityką patrząc na to co dzieje się teraz w naszym pięknym kraju. Skoro już zdecydowano kiedy odbędą się wybory i nawet pozwoli mi się na nie iść (zamiast głosować korespondencyjne) zamierzam się wybrać i Was także namawiam.

A na poprawienie humoru mój ulubiony komik: Abelard Giza :) ( i choć to stary program nadal tak bardzo aktualny ^^) Enjoy ;-)


sobota, 30 maja 2020

Gruba berta

Gruba jestem. To fakt, niezaprzeczalny do tego. Szczególnie jeśli dodać wynik wagowy, na który nie patrzyłam od zeszłego roku, oraz jakże wymowną prezentację wizualną wieńczoną odbiciem lustrzanym.

Odkąd pamiętam nie podobałam się sobie. Nawet wtedy, gdy ten jeden raz w życiu byłam szczupła. Tak, zdarzył się taki moment, a konkretnie 13 września 2013 roku kiedy to waga moja wykazała iście szatańskie poczucie humoru pokazując 66,6 kg na liczniku i spuszczając spódnicę ze studniówki do samych bosych, równie zdziwionych tym faktem co ja, stóp. Odchudzałam się do tej sukienki. W końcu była mega okazja. Ślub z Krótkim, który zorganizowałam praktycznie sama od własnej kiecki do wodzireja. Ale nie o tym dziś.

Wtedy, gdy nawet przed (teoretycznie) najszczęśliwszym dniem mojego życia odzywał się we mnie mój wewnętrzny żydek - skąpiec postanowiłam, że na ślub ubiorę kieckę ze studniówki, bo co będę kupować dwie kiecki na po jednej nocy, jak może mieć jedną kieckę na dwie imprezy. Kieckę zwęziłam na czas, ale również nie o tym dziś. Dziś o tym, że nawet wtedy, tego dnia w tej kiecce się sobie nie podobałam. Ale od początku.

Już jako dziecko kochałam słodycze. Prawdopodobnie zajadając emocje i ukrywając w kolejnych wafelkach i kostkach czekolady łzy z powodu szczególnie okrutnych dzieci w szkole. Odkąd pamiętam przeżywano mnie od grubych. Odkąd pamiętam zawsze taka byłam. Niewysoka, licząca sobie max 170 cm (w dowodzie), nieśmiała stłamszona przez "fajniejsze" dzieci dziewczyna. Nigdy najlepsza w niczym.

Już w 6stej klasie podstawówki wyjechałam do sanatorium odchudzającego (po tym jak koleżanka z tej samej klasy również w takowym była i przyjechała szczuplejsza o 7 kg). Miesiąc męki pod okiem niby specjalistów zaowocował odjęciem sześciu kilogramów z ogólnego rozrachunku, nauczeniem się jak można nabić nieistniejąca gorączkę na termometrze (mimo, że nigdy tego nie robiłam to mnie o to posądzono) i możliwością niemal całodobowego jedzenia jabłek. Wtedy też znienawidziłam wszelkie kolonie wyjazdy gdzie są wspólne łazienki i ogólnie brak prywatności.

Drugi raz był w gimnazjum, klasa chyba trzecia jakoś na początku. Od słuchania wybitnie wkurwiającej ksywki (której tu nie przytoczę) już bolały mnie uszy, do tego stopnia, że wzięłam się za siebie. Siedzenie nad książkami zmieniłam na ganianie po podwórku, ślęczenie przed telewizorem na setkę brzuszków przed każdym pójściem spać, ulubiona czekoladę na bez cukrową herbatę. I jakoś poszło - 10 kilo w dół. Sukces. Zajebiście. Miałam spokój na kolejnych kilka miesięcy, może ze dwa lata.

Kolejny raz był już w UK, kiedy to zobaczywszy na wadze numer trzy cyfrowy obiecałam sobie solennie, że więcej do tego nie dopuszczę. Dokładnie nie pamiętam ile wtedy poszło, ale wiem, że około dwudziestu z hakiem. Przyniosło to ze sobą też dwa zajechane stepery i dużo dużo spacerowania. Był chyba wtedy rok 2009 czy coś koło tego, więc znów miałam kilka lat spokoju, by w roku 2012 podjąć kolejną walkę.

Wtedy to już doszedł basen, steper zamieniłam na aerobik przed kompem (do dziś jestem w szoku, że udało mi się to ogarnąć w pokoju 3 na 5 metrów. Ile razy jebłam ręką w kompa Krótkiego to nie zliczę. Wtedy też poszło najwięcej, może z powodu takiego, że tym razem nie robiłam tego sama (Krótki koniecznie musiał się pokazać na ślubie w jak najlepszym wydaniu) Zeszło jakieś 33,5 kg, dając nam cudownie szatański numerek w tym szczególnym dniu.

Nawet wtedy się sobie nie podobałam, bo z racji zajebiście obdarzonej przez naturę figury - gruszka - cokolwiek bym nie robiła, nogi i tak miałam grube, a cycka żadnego. Ale cóż, przez chwilę chociaż mogłam nosić mini spódniczki - do leginsów oczywiście.

Ostatni raz nie był już tak spektakularny. Postawiłam na leczenie kalorii z miła chęcią chcenia zatrzymania się na 85 kg i (pomimo w tym stanie nadwagi) tak już zostania. Serio, gdybym złapała jakiegoś Dżina albo Złotą Rybkę.... Liczenie kalorii dało mi bardziej w kość niż myślałam. Mój po depresyjny, ceniący sobie wolność mózg był bardzo niezadowolony z faktu stania się niewolnikiem liczb.

I tak kolejna próba mimo, że przyniosła jakieś tam rezultaty spełzła na niczym (pomijam próby podjęte w latach 2017-2018 które mimo zakupionego orbitreka i stepera przyniosły rezultaty absolutnie zerowe).

Zatem ponowie jestem w punkcie wyjścia. Na wagę nie patrzę bo mnie mrozi na samą myśl, a pogoda dziś nie za ciepła. Podejrzewam, że znów jestem bliżej trzycyfrowej liczy niż dalej, ale stwierdzić muszę z absolutnym przekonaniem, że jestem kurwa po prostu zmęczona ciągłymi próbami.

Tym się w sumie chciałam podzielić.

niedziela, 24 maja 2020

Dam sobie radę

Zaklęcie mi powiedział kiedyś, ba powtórzył nawet kilkakrotnie, że, gdy skończę trzydzieści trzy lata przestanę tak bardzo się wszystkim przejmować.

Skończyłam zatem trzydzieści trzy lata. Te pamiętne trzydzieści trzy lata, o których zapomniał mój ojciec, a w który to dzień postanowiłam że więcej do rodzinnego miasta na urodziny nie pojadę. Skończyłam te trzydzieści trzy lata, tego dnia, kiedy przyszła żona mojego ojca oznajmiła mi, że jeśli nie chcę, to nie muszę być świadkiem na ich ślubie. Skończyłam trzydzieści trzy lata łykając laktazę w tabletkach, by móc wypić mleczną czekoladę i opowiadając przyszłej żonie mojego ojca o Mizi, o którą nie zapytała mnie od tamtego czasu. Skończyłam trzydzieści trzy lata czując się w domu "rodzinnym" jak niezbyt wyczekiwany gość. Skończyłam trzydzieści trzy lata wierząc Zaklęciu bezgranicznie.

Ale nie. Nie przestawiła się żadna magiczna wajcha. Nie przesunął się żaden magiczny przełącznik. Nie wcisnął się żaden magiczny przycisk i nie opadła żadna magiczna bańka. Skończyłam trzydzieści trzy lata i nadal niesamowicie wszystkim się przejmuje i trafia mnie jasny szlag. To drugie ostatnio nawet dość często, dużo częściej niż bym chciała.

Właśnie dziś skończyłam "Rękę Mistrza" S. Kinga i stwierdzam, że przydałaby mi się taka REBA, asystentka do spraw zarządzania zasobami złości. Mogłabym jej wykrzyczeć jak bardzo wkurwia mnie ten pojebany świat. Jak bardzo wkurwia mnie olewka mojego ojca. Jak bardzo wkurwia mnie to, że nie udało mi się uratować Mizi, jak bardzo wkurwia mnie, że moja gildia umarła, jak bardzo wkurwia nie, że nikt nie dba o relacje ze mną, ale ja mam dbać o wszystkie. Jak straszliwie wkurwia mnie, to co robią w mojej pracy, której nie mogę stracić, bo przez cholernego wirusa nie ma już rynku pracownika (a przy rynku pracownika już wystarczająco trudno było mi znaleźć pracę). To, że nagle po trzech miesiącach się obudzili i będą robić dezynfekcję dwa razy dziennie w związku z tym my spotykać się między zmianami nie możemy, w związku z czym zamiast o czwartej wstaje teraz o trzeciej trzydzieści, a w domu i tak jestem po piętnastej. Jak bardzo wkurwia mnie, że w dniu gdy wypisałam się z listy oczekujących na fizjioterapię kręgosłupa (bo czekam od września, a był marzec i nie bolało to oddałam miejsce komuś kto bardziej potrzebuje), znów zaczął boleć i teraz sama muszę sobie z tym radzić. Jak mawia Wiedźma Rodzicielka - Każdy dobry uczynek prędzej czy później zostanie ukarany. Jak strasznie wkurwia mnie, że mam coś w głowie, ale nie mogę skonsultować się z neurologiem bo wizytę z marca przełożyli mi już trzeci raz tym razem na lipiec. A nader wszystko jak strasznie teraz wkurwia mnie ta grzywka, ta firana do samego nosa, a fryzjer dopiero w połowię czerwca.

Ale dam sobie radę.

Bo kto jak nie ja?

Ogarnę autobusy. Swoje, nie swoje, ale załatwię, dopłacę, dojadę. Nawet jeśli nie będzie mnie w domu dłużej niż powinnam. Dopóki mam pracę będę do niej chodzić. Nawet jeśli przez to szaleństwo nie mogę adoptować kota, nawet jeśli nie pojadę na ślub mojego taty (przecież mają zastępstwo na świadka w razie czego). Nawet jeśli tak bardzo mnie boli to o czym nigdy z nim nie porozmawiam. Nawet jeśli ta robota i dojazdy do niej tak mnie wpieniają. Nawet jeśli nie mogę teraz zrobić nic. Dam sobie radę. Bez REBY za to z Zaklęciem. Z mega wkurwieniem. Z zaciskaniem zębów, ze słuchawkami na uszach, z bateriami w puszkach.

Dam
Sobie
Radę.

No chyba, że w końcu kurwica mnie jebnie i ostatecznie trafi mnie szlag jasny, zejdę na zawał od tego całego wkurwiania, wtedy sobie rady nie dam. Ze wszystkim innym sobie poradzę.

Czyż nie?

wtorek, 28 kwietnia 2020

Pamiętam i tęsknie...


Pamiętam, że jak przyszła do mnie tego pierwszego dnia, lekko rozejrzała się ciekawie po czym znalazła najmniejszy pokój najbezpieczniejsze miejsce i spędziła tam bite 5 godzin nie wyściubiając nosa. Zawsze byłam ciekawa co wtedy myślała, ale nigdy mi nie powiedziała.

Pamiętam, że po pierwszej nocy szukałam jej po całym mieszkaniu nie na żarty przestraszona, że wyparowała z, zamkniętego przecież, domu. Znalazłam ją pod zlewem. Wejść weszła, ale szafki od wewnątrz otworzyć już nie potrafiła.

Pamiętam, jak kiedyś zaszczyciła mnie swoim ciepłem przez całe trzy sekundy, gdy położyła mi się na kolanach. No może cztery, udało mi się przecież zrobić zdjęcie.

Pamiętam pierwszego sylwestra, gdy siedziałam z nią najpierw w łazience, a potem pozwoliłam ukryć się w szafie przed hukiem. Potem już się nie przejmowała.

Pamiętam jak myłam okna. Straciłam ją z oczu na dwie sekundy i już była po drugiej stronie parapetu. Serce mi wtedy mało przez gardło nie wyskoczyło. Podobnie jak wtedy, gdy ponownie nie umiałam jej znaleźć, a tym razem schowała się na szafie między kontenerkiem, a zapasową kuwetą i całą masą folii bąbelkowej.

Pamiętam jak wskakiwała do wanny i głośno ze mną dyskutowała na ten temat, albo jak morderczo patrzyła, gdy ją wykąpałam. Była bardzo nie zadowolona, gdy się ją kąpało, ale nie uciekała, jedynie oburzała się słusznie i wyrażała swoje zdanie.

Pamiętam jak pierwszy raz dałam jej przysmak, a także jak kiedyś zwymiotowała po zbyt łapczywym piciu zimnej wody. Pamiętam, jak wyciągała łapkę by coś jej dać i jak głośno prosiła, by pozwolić jej spróbować wszystko, co robiło się w kuchni. Tym sposobem dowiedzieliśmy się, że nie lubiła ziemniaków, ogórków, pomidorów ani jabłek.

Jeszcze zanim wprowadził się Zaklęcie, przesiadywała ze mną przy komputerze i razem prowadziłyśmy gildię.

Miała specyficzny sposób oznajmiania, że jest głodna. Wołania na kanapę, by ja pogłaskać i uśmiechania się krzywo z jednym kącikiem pyszczka podniesionym do góry. Lubiła czytać ze mną książki niedzielnymi porankami i grzać się w cieple komputera Zaklęcia. Lubiła leżeć w słońcu latem na parapecie i wylegiwać się na kartonie. Lubiła głaskanie po brzuszku i surowego kurczaka.

Lubiła nie być sama, ale nigdy nie narzekała, gdy musiałam iść do pracy.

A kiedy pierwszy raz sama się do mnie przytuliła, po prostu się popłakałam….

Wciąż bardzo za nią tęsknię…

niedziela, 12 kwietnia 2020

Ortana


Serce waliło jej jak młotem, a oni wcale się nie kończyli. Delikatny wietrzyk rozwiał jej włosy, kiedy łapała kolejny oddech. Skąd się do cholery wzięli? Nie, to złe pytanie, nie mogła przecież dłużej okłamywać sama siebie. Uderzyła kijem z dzikim wrzaskiem bezsilności. Rozpacz. Byli tworem jej rozpaczy. Szarawe humanoidalne bezmyślne kształty chcące ją pochłonąć, chcące zatopić ją w tej szarości. Zatłukła już ilu? Setki, tysiące? Obróciła się i zamachnęła ponownie, odrzucając od siebie pomniejszą grupkę Rozpaczniaków, jak ich nazywała. Nie mieli twarzy, choć z dziur po oczach płynęły im ciągle czarne jak smoła łzy.

Sama miała ochotę płakać, mimo że minęło tyle czasu, mimo że to był tylko kot. Mimo, że to było tylko ciepłe futerko. Mimo, że wielu nie rozumiało, rozpaczy tak wielkiej, że przeniknęła do PozaŚwiata. Rozpaczy tak potężnej, jakby straciła rodzone dziecko. Jednak walczyła. Bo tak naprawdę tylko to w tej chwili jej pozostało. Nie dać się szarości i brnąć do przodu.

Kolejny pół obrót i krąg wokół niej zrobił się na chwilę luźniejszy. Żałowała, że jeszcze nie skończyła projektu, na który pomysł podsunęła jej nieświadomie Lerra. Ledwie zaczęty leżał teraz w piwnicy, do której nie mogla uciec, bo utknęła tu z tymi szarymi płaczącymi stworzeniami. Sama przeciw armii łez.

Miała jeszcze jedno zaklęcie. Eksperymentalny ładunek magiczny. Zanim sięgnie po ostateczność, zanim wskoczy do jeziora i chwyci nieokiełznane. Uderzenie i wrzask, który milknąc miał zamiar przerodzić się w słowa zaklęcia.

Nagle poczuła czyjąś obecność za plecami. Obecność, która sprawiła, że płacząca szarość nagle przestała być ważna. Była zimna i niepokojąco szybka. Vill spięła się gwałtownie i już zaczęła się obracać kiedy poczuła chłodne ręce na swym ciele. Cichy krzyk wyrwał jej się z ust, gdy kły zatopiły się w jej szyi. Ostatnie co zapamiętała to kij upadający na trawę.

***
Było miękko i przyjemnie. Pachniało znajomo, delikatnie różami. Bez trudu rozpoznała własne łóżko. Nie otworzyła jednak oczu, wyczuwając towarzystwo.

- Chyba nie sądzisz, że nie zauważyłam twojego przebudzenia? - kobiecy chłodny głos.

Vill otworzyła oczy i spojrzała na swoją rozmówczynie. Kobieta pół leżała, pół siedziała oparta na poduszkach na drugiej połowie łóżka. Nogi splecione miała w kostkach i czytała jakąś księgę o uprawianiu ziół. Nie podniosła oczu na Vill, jakby wielce zainteresowana lekturą. Miała białe, krótkie włosy, wygolone z jednej strony, z drugiej opadające swobodnie dłuższe z przodu przy brodzie. Oblizała wargi i przewróciła stronę. 

- Co tu robisz? - zapytała Vill
- Przeglądam twoje książki. Nie powinnaś tyle spać, nie uderzyłam cię aż tak mocno – odparła tamta.

Faktycznie Vill czuła ból w karku, pomasowała się tam delikatnie, jej palce natrafiły na dwa małe punkciki na szyi.

- Piłaś ze mnie – zauważyła.
- Ledwie zasmakowałam, choć trzeba przyznać smakowita jesteś – w końcu kobieta spojrzała na nią czerwonymi oczami – tyle się męczyłaś z tymi szarakami, że już mi się odechciało patrzeć.
- Gdzie oni są?
- Zniknęli kiedy straciłaś przytomność – białowłosa odłożyła książkę.
- Czy wy przypadkiem nie potrzebujecie zaproszenia, by wejść do cudzego domu? - zapytała zgryźliwie.
- Oh, to bujda – wampirzyca lekko się uśmiechnęła.
- Kłamiesz.
- Owszem – odparła tamta.
- Więc jak tu weszłaś? I kim u licha jesteś?

W ułamku sekundy poczuła jak ciało wampirzycy przyciska ją do materaca. Jej blade ręce chwyciły ją za nadgarstki, twarz znalazła się bardzo blisko jej twarzy. Błysnęły białe kły.

- Grzeczniej – warknęła jej w twarz – uratowałam cię, należy mi się trochę wdzięczności.
- A mnie nieco odpowiedzi – odparła Vill niewzruszona pokazem siły. Patrzyła hardo w czerwone oczy, mimo że serce waliło jej ze strachu – Na przykład kim jesteś, skąd o mnie wiesz i jak tu weszłaś? Potem możemy skoczyć na piwo.

Usta kobiety zbliżyły się do jej szyi. Przez chwilę trwała tak, jakby się zastanawiała. Vill poczuła chłodne wargi na swojej skórze. Sekundę później wampirzyca stała już koło łóżka.

- Moje anioły cię widziały – odparła.
- Mówisz o tych kamiennych na cmentarzu? - zapytała, podnosząc się.
- Tak, przyszłam sprawdzić coś za jedna – odwróciła się, by odejść i przez chwilę stała tak z dłonią na klamce drzwi sypialni. - Ortana – zdradziła swe imię i chwile później już jej nie było.

sobota, 4 kwietnia 2020

Vill i jej wkurwienie weekendowe.

U mnie nie będzie o koronie, no może z raz, ale będą słowa powszechnie uznawane za niecenzuralne, zatem czytacie na własną odpowiedzialność. Także zapraszam do Fqurff Time by Vill

Zaczęło się w zamierzchłych czasach roku 2018 kiedy to Vill odkryła czym są hybrydy. Jak już Wam zapewne wspominałam w co najmniej dwóch postach, zaczytywałam się na samym początku, bo jak mam wydać ponad setkę złotówek to się osiemdziesiąt razy zastanawiam.

Zatem. Październik roku 2018, Vill zakupiła swój pierwszy zestaw startowy z firmy NeoNail. Trzy lakiery na krzyż. Zachwyt poza skalę. Pierwsza hybryda - zielone kocie oko magnesowane magnesem z lodówki. No cud miód i orzeszki! Ściąganie trochę gorzej, bo Hard Base z NeoNail jakoś nie lubiła się rozpuszczać w acetonie. Wtedy jeszcze do głowy mi nie przyszło, że to starczy przypiłować i nie trza za każdym razem ściągać do zera.

Wewnętrzny skąpiec się jednak odezwał jak tylko przed oczami pojawiła się firma Claresa ze swoimi lakierami za 16 zł. Prosta matematyka (w której nie jestem i tak za dobra), że szesnaście to mniej jak trzydzieści, więc spoczko oczko. Szczególnie, że listopad opiewał na promocję z okazji black friday, co zaowocowało pięcioma nowymi lakierami za złotych 8. Słownie: osiem.

W międzyczasie odkrycie roku 2018 – Aliexpress. Blaszki, stemple, zdobienie w kilka minut i to takie, jakiego ja nigdy nie namaluje. Ciach, w koszyku blaszek dwie, trzy, osiem nigdy dość. Ale zaraz hola hola. Chinczyk ma lakiery hybrydowe. 6 zł! Słownie: sześć! No to bach w koszyczek, wleciało 9 kolorów. No teraz można się bawić, jest w czym wybierać. Szczególnie, że i biedronka wprowadziła lakiery po dyszce, czyli w sumie na miejscu i natychmiast, a nie dwa miesiące przesyłki.

W kwietniu 2019 zrobiłam swoje pierwsze w życiu wiosenne ombre, dumna z siebie poza skalę! Pocieszyłam się cały jeden dzień o czym [TU]

Po usunięciu hybrydy zaczęło się doszkalanie, czytanie, zbieranie informacji, oglądanie filmików, zapisanie się do grupy uczuleniowej. Wyrok trzech miesięcy bez paznokci. Kurw… Ale dobra, przetrzymamy, kto jak nie my? W międzyczasie kolejne zakupy na ali, blaszki, to bezpieczne, nowa lampa, naklejki wodne, pędzelki do zdobień, wzorniki, waciki bezpyłowe, frezarka i ogólnie zapasy.


Na grupie uczuleniowej dowiedziała się Vill o polskiej marce lakierów dla uczuleniowców. Postanowiła spróbować i z sercem na ramieniu wydała kolejną stówkę na bazę top i kolor serii Kabos Gelike. W sierpniu wielka próba i… bajka! Zero uczulenia, zero swędzenia, zero problemów!

No nie, problem jednak się ukazał. Wytrzymałość Kabosa nie spełniała moich oczekiwań, mało tego z tygodnia na tydzień słabła coraz bardziej. Okazało się, że była to wina bardziej moja jak Kabosa zapewne o czym pisałam [TU]

W związku z tym, iż Pani kosmetyczka poleciła mi bazę proteinową Indigo, znalazłszy sklep w moim mieście uznałam, że to znak (jak ja nie cierpię płacić za przesyłki pojęcia nie macie, cóż, wewnętrzny sknera się kłania). Uradowana zatem dostępnością możliwości zakupu 1, słownie: jednej bazy postanowiłam udać się do sklepu jak tylko przerośnie mi płytka. No nie kurwa bo koronaświrus, sklepy pozamykane – więc Indgio wbija z promką wydaj stówę baza gratis, no to heja, top kolor i paintgel i baza gratis, interes życia.


Wczoraj minął magiczny czas odczekiwania przerośnięcia płytki i postanowiłam spróbować polecany produkt. Pierwszym sygnałem powinno być dla mnie to, iż kolor (który mi się jednak nie podobał) podczas maziania na wzornikach sprawił, że moja lewa ręka wyglądała jakby ktoś przytulił mnie do pokrzywy (ale dziwne bo dwa dni później maziałam tez po wzornikach i nic mi nie było). Drugim sygnałem dla mnie powinno być to, że jak nadbudowywałam paznokcia nową, jakże zachwalaną bazą i wkładałam ją do lampy to przez chwilę piekły mnie paznokcie. Zignorowałam to wszystko, ale kolejnej wysypki na ręce nie mogłam zignorować. Zatem o północy wczoraj odmaczałam tą bazę wkurwiona ponad skalę.

Wkurwiona jestem do dziś bo zaś wydałam ponad stówę i prawdopodobnie będę musiała się tego pozbyć.

Ja pierdole! Ja tylko chcę by mi się te cholerne lakiery trzymały 12 dni! DWANAŚCIE.

Czy to tak wiele? :(

piątek, 6 marca 2020

Pustka w sercu

Pustka w domu...

Jakbym wyniosła wszystkie meble...

Echo pustych ścian..

A przecież pochowałam tylko kilka małych, należących do niej rzeczy...

Przecież tylko pozamiatałam żwir..

Przecież tylko pomyłam miski...

I budzę się rano, a idąc do kuchni myślę czy zostawiłam wystarczającą ilość przegotowanej wody, kieruje się w stronę parapetu gdzie leżały jej leki, przecież nie mogę zapomnieć dać jej Apelki. Ale woda już jest nie ważna, bo nie ma miski. I leki są nie ważne bo nie ma już leków.

Za każdym razem jak idę do kuchni albo łazienki, chcę wejść do jej pokoju, zatopić dłoń w miękkim futerku. Ale futerka też już nie ma...

Trzeci dzień ryczę co parę chwil, co paręnaście nie potrafię uwierzyć,  co kilka minut w głowie wciąż trzymam jej łapkę, patrze jak ciężko oddycha, słyszę jak mnie woła, jak płacze, że boli... Widzę ją w szpitalu, na grzewczym kocyku z podłączoną kroplówką. Tulę ją ostatni raz kiedy ona już mnie nawet nie poznaje, tulę i życzę jej przyjemnych snów wiedząc że ja nie będę spać i z samego rana znów tu przyjdę. Tulę ją obiecując, że za parę dni zabiorę ją do domu...

Ale ona nie wraca już do mnie. Odchodzi za tęczowy most zostawiając ziejąca pustką wyrwę w moim sercu... Pozostawiając echo ścian pustego domu, który staje się tylko mieszkaniem... Pozostawiając łzy i nie możność normalnego funkcjonowania...

Moja najcudowniejsza Mizia, kochana Mrunia, mięciutka TuliKotka przegrała w środę wieczorem walkę z niewydolnością nerki.

Jest mi tak przeraźliwie źle, że nie potrafię tego opisać...

niedziela, 1 marca 2020

Rzecz o czajniku i problem za trzy złote

Usiądźcie sobie wygodnie, albowiem opowiem Wam historię kolejną z mojego burdelu zwanego pracą. 

(Czy wspominałam, że z babami się źle pracuje?) 

Otóż siedzimy w jednym pokoju, jakieś osób obecnie szesnaście. W pokoju tym mamy kącik socjalny gdzie stoi czajnik (wymieniany już od czasu gdy tam pracuje z jakieś 4 razy), dwa krzesła na krzyż i jakieś szuflady zawierające przeterminowane herbaty, które nikomu nie smakują, więc są wspólne :P 

Rzeczony czajnik, bo o nim będzie ta opowieść zrypał się po raz n-ty. W związku z powyższym Białowłosa postanowiła zabrać go na gwarancję i kupić nowy, tym razem droższy coby z jakością wyższą dłużej zechciał podziałać. Zapytała wszystkich czy złożą się na takowy i zgodę uzyskawszy spacerkiem po wódeczkę do marketu się udała czajnik przy okazji kupując.

Nadmienić trzeba, że i na poprzedni czajnik się składaliśmy. 

Reklamacja (o której niemal wszyscy już zapomnieli) przebiegła pomyślnie i pieniądze za sprzęt poprzedni zostały zwrócone. 

I tutaj cały ambaras się zaczął, bo przecie Białowłosa miast oddać hajsy tym co je dały postanowiła ręce umyć i rzeczone złotówki w łapki Wszechwiedzącej złożyć, tym samym odpowiedzialność na nią zrzucając. Wszechwiedząca natomiast, dobrym pomysłem (nie przeczę) postanowiła coś dla ogółu zrobić i zebrawszy głosów większość (bo ustrój polityczny demokratyczny jest u mnie w pracy się dowiedziałam właśnie) piniądze (za las?:P ) czym prędzej wydać poleciała. 

Przychodzę więc ja po urlopie i staje przed faktem dokonanym jakoby dla dobra ogółu Kawa z biedronki została kupiona i cieszcie się dziewczynki. 

Zaraz, zaraz, protest song mi się włączył, przeca ja z tego dobra ogółu zupełnie nic nie mam. Bierę więc telefon i błąd pierwszy życiowy poczyniam, do Turystki Japońskiej pisząc z zapytaniem, o co pięć z tą kawa i pieniędzmi resztą, co wiszą na tablicy przypięte w woreczku. Ja kawy nie pije, czy zatem te heajsy są dla mnie i dziewczyn które napoju kofeinowego w pracy nie tykają kijem ani palcem?  Turystka Japońska kazała mi się Wszehcwiedzacej zapytać dnia następnego, co też uczyniłam i to był mój drugi błąd życiowy.

Wchodzę na pokój na zmianę drugą, pierwsza jeszcze siedzi, ja od wejścia spokojnie, choć gotuje się we mnie w środku. 

- Cześć dziewczyny, powiedzcie mi proszę która z Was tymi pieniążkami rozporządza co z czajnika zwrot był? 

I wtedy się zaczęło. Wrzask, zgrzytanie zębów, szpony, kły, pazury, jakby nie paleciak, to Wszechwiedząca na kawałeczki by mnie rozszarpała. Albo drugiego zawału dostała, nie wiem co szybciej. 

Że problemy robię, że o trzy złote, że to nie poważne jest. Żebym sobie te pieniądze wzięła. Że (tu wtrąciła się Jot Odpowiedzialna) konfliktową osobą jestem, że szukam dziury w całym. Że (tu Lodówkowa swoje trzy grosze wrzasnąć musiała) dziewczyny na wodę nie jeżdżą, że paliwo marnują, że też im się za ich czas należy. 

No więc stoję tam sobie na środku atakowana ze stron trzech, czekająca, bo wiem, że akurat Wszechwiedzącej nie przewrzeszcze, bo szkoda strzępić ryja. Dopiero za trzecim "czemu się pani unosi" lekko spuściła z tonu. 

Drogie Panie, po pierwsze nie chodzi o to, że to trzy złote są. Chodzi o fakt, że a) pominięto mnie mimo, że dałam takie same pieniądze jak Wy. b) nie poinformowano mnie jakoby cokolwiek z tymi pieniędzmi zostanie zrobione, co za tym idzie bez mojej wiedzy i zgody rozporządzono moją ciężko zarobioną gotówka c) ja kawy nie piję i z tego co wiem nie tylko ja, więc nawet dla większego dobra nie skorzystam z tego wcale, co za tym idzie, gdzie tu sprawiedliwość. d) z tego co wiem Białowłosa przy okazji poszła spacerkiem po ten czajnik więc jakie to paliwo, poza tym co to ma być, że Wy kawę będziecie pić za wspólne a dziewczyny rekompensatę dostaną za moje? 

Tak chciałam powiedzieć, w rezultacie może połowę z tego usłyszały. 

Pewnie mniej. 

Wszechwiedząca zakrzyczała mnie tak bardzo, że w pierwszej kolejności nie wiedziałam co mówiła do mnie JotOdpowiedzialna "co miałyśmy podzielić 50 zł na 17 osób" A dlaczego nie? Jeśli dziewczyny chciały za wspólne kawę to świetnie, niech mają kawę za wspólne ale by była pełna sprawiedliwość te, które kawy nie piją powinny dostać swój zwrot. I znów Wszechwiedząca swoje, że to niepoważne i weź sobie te pieniądze. 

No kurwa. Nie pogadasz... 

Ostatecznie chyba stanęło na tym, że herbata powinna się pojawić za wspólne. Jak dotąd widziałam tam dwie kawy rozpuszczalne, jedną sypaną i jedną cappuccino. 

Tak więc tego... 

środa, 26 lutego 2020

Ten wyjazd planowany

To już tradycja, pomyślałam sobie bukując urlop i bilety. Hah, tradycja, ledwie powielona po zeszłorocznym wypadzie, ale i tak w sumie miło by było taką tradycję sobie ogarnąć. Szczególnie, że w tym roku w tym dniu przypadał tłusty czwartek i wymigałam się w ten sposób od przynoszenia pączków do pracy (jak słowo daje, u mnie jak w przedszkolu, masz urodziny to przynosisz cukierki).

Zapakowałam się więc najpierw w autobus, a potem w pociąg wyobrażając sobie jakie to będzie fajne kilka dni.

Rzeczywistość zweryfikowała moja wyobraźnie już w przesiadce między pociągowej, kiedy to we Wrocławiu mój, jak się sam nazywa 'brat" zapomniał kompletnie o moim święcie lat trzydziestu trzech.

Zgorzelec przywitał mnie deszczem, a wręcz ulewą co dla mojego zasmarkanego i zakaszlanego Ja było jedynie znakiem, że ni cholery zdrowym na wyjeździe nie będziemy.

Cioteczka Toć to Anioł Nie Kobieta przyjęła mnie jak zwykle gościnnie i smacznie łącznie z babcią którą mocno wy przytulałam ;-)

Rozczarowaniem jednak wielkim okazał się Łojciec, który wzorem tego nazywającego się mym "bratem" totalnie zapomniał, że jego jedyne dziecko ma urodziny. W związku z powyższym tłusty czwartek był jedynie pełen pączków bez jednego słowa "najlepszego" od kochanego łojczulka jak i jego kobiety. Nie mówiąc już o tym, że mój dawny pokój woła o pomstę do nieba za każdym razem gdy tam jadę, a jedyne o co prosiłam to żeby nie było syfu (w związku z powyższym poza łóżkiem do niczego się w tym pokoju nie przyznaje..)

I zimno też było, bo kamienica, mojemu przeziębieniu ino w to graj.

Dwudziesty zatem przeminął pod znakiem szybkich zakupów na rynku, gorącej czekolady, trzech pączków i dwóch kawałków ciasta oraz przepysznych klopsików z ziemniakami w sosie. Poza tym nic. Aha, wyprowadziłam psa.


Piątek znów spędziłam u Cioteczki gdzie wymieniłyśmy się usługami jak za dawnych czasów. Ona mi pofarbowała włosy, a ja jej zrobiłam paznokcie (zwykłymi lakierami, bo cioteczka jakoś nie ma ochoty odmaczać hybryd). Wieczorem skoczyłam do Cioteczki nr 2 i dowiedziałam się, że jej jeden syn się ogarnął natomiast drugi nadal jest szczupły wysoki i wredny ;/ Strach się odzywać normalnie. Z wielkim żalem nie ruszyłam moich ukochanych pałeczek z kremem śmietankowym z Lidla, bo poprzednia Cioteczka tak mnie nakarmiła że od 15stej do nocy nie przełknęłam już nic :P



W sobotę w drodze do wspomnianego wyżej Lidla wywiało mnie na wszystkie strony, a także dowiedziałam się moi dawni nauczyciele (ona z podstawówki, on z liceum) nie ogarniają co to RODO i radośnie pokazują wszelkie zebrane dane osobowe na listach poparcia ludzi wcześniej wpisywanych ludziom później wpisywanym. Gdy moim oczom ukazało się z osiem nazwisk/adresów/peselów uznałam, że swoich danych nie zamierzam tam dorzucać, szczególnie gdy od niegdysiejszego historyka z liceum usłyszałam, że "RODO phfru...", bo to na czas wyborów (a poza tym dalej mam na niego focha za tróje na świadectwie maturalnym gdy ewidentnie wychodziła mi czwórka). Zadrżałam wewnętrznie nad głupotą ludzi i poszłam do domu, bo jeszcze chwila, a wiatr wywiałby mnie z powrotem do niemieckiego marketu.

Potem to już kaszlałam prychałam i rękoma przerzucałam węgiel, by mieć napalone i w miarę ciepło (w piwnicy węgiel był w 10 kg workach i ani pół łopaty zdatnej do użytku a nie byłam w stanie podnieść tego wora i przechylić). Odmówiłam wyjścia do knajpy z powodu właśnie powyższego. A gdy w niedziele wychodziłam rano na pociąg nie zostałam nawet pożegnana bo wróciwszy o trzeciej nad ranem spali sobie w najlepsze. Więc zostawiłam Łojcu buziaka na policzku i kartkę na stole i pognałam na peron.


Zgorzelec pożegnał mnie deszczem i ten cholerny deszcz przywiozłam aż do siebie.

Tak oto przebiegła moja tradycyjna urodzinowa wycieczka do Miasta Rodzinnego.

Wróciłam z mocnym postanowieniem, że więcej w lutym nie jadę, bo pizga ;/

środa, 19 lutego 2020

Rithan

W piwnicy było cicho i delikatnie chłodno. Siedziała przy biurku i zawzięcie pisała coś w notatniku delikatnie wystawiając język przy prawym koniuszku ust. Odsunęła się od notatek, spojrzała na nie krytycznym okiem, po czym wyrwała kartkę, zgniotła ja i rzuciła między kilkanaście innych walających się po podłodze. Zastanawiała się, czy nie pójść do Lerry po radę, ale uparła się, że sama do tego dojdzie.

W końcu zbudowała dom, a to już nie byle co. Przyłożyła pióro do czystej kartki i znów zaczęła kreślić obliczenia. Kropki, przecinki, nawiasy, przeniesienia, znaki mniejszości, większości i dziwne runy oraz pomniejsze zawijasy. Doszła do połowy strony i wróciła na jej początek zastępując jedną z run innym znakiem. Postukała się końcówką pióra w policzek w zamyśleniu. W końcu poprawiła kolejną runę, zmazała jeden z nawiasów po czym znów odchyliła się i spojrzała na zapiski krytycznym okiem. Nie minęła sekunda, a zapiski znalazły się na podłodze wśród innych papierowych kulek.

Wstała, podeszła do ławy i zapaliła kadzidełko. Musiała oczyścić umysł, bo myśli prowadziły ją wciąż błędnymi ścieżkami. Była pewna, że jest bliżej niż w połowie drogi do odkrycia odpowiedniej formuły, ale musiała otworzyć myśli na nowe ścieżki. Przygasiła światła zostawiając tylko to nad matą do medytacji. Usiadła po turecku, ręce złożyła na podołku i wzięła głęboki oddech. Potem drugi i...

... Ktoś zapukał do drzwi piwnicy. Vill nie poruszyła się. Pukanie powtórzyło się, Vill machnęła ręką, jakby chciała odgonić muchę, ale najwyraźniej pukający nie dostrzegł przez zamknięte drzwi tego gestu.

- Go away - powiedziała po angielsku, jakby to miało cokolwiek zmienić.

Zmieniło. Pukanie zamilkło. Zamiast tego usłyszała otwierane drzwi i kroki po kamiennych schodach.

- Vill jesteś tu? - Jego głos zabarwiony nutką wesołości jak zawsze.
- Nikt nie nauczył cię pukać?! - zrugała go, wstając.
- Pukałem - powiedział i stanął u podnóża schodów.

Zlustrowała go o stóp do głów. Miał na sobie luźne, krótkie spodenki i rozpiętą koszulę. Tak granatowe, że niemal czarne włosy zgolone miał po bokach, ale na czubku głowy były całkiem długie. Tak długie, że zaplecione w warkocz opadały mu na pierś. Jego zielone oczy nie miały pionowych źrenic jak oczy jego siostry i .. Zaraz, stóp?!

-  Rithan... - zaczęła - Jak..? - spojrzała na jego bose stopy.
- Oh to? - roześmiał się, miał ładny, pogodny śmiech - Kolejne kompaktowe zaklęcie Lerry - wskazał na naszyjnik. Znaczy.. - zawahał się - ogólnie jesteśmy w stanie wiesz, wychodzić z oceanu o własnych nogach, ale to zaklęcie sprawia, że gdybyś oblała mnie wodą, nie będę się rzucał jak...ah! - krzyknął gdy Vill oblała go wodą. - Widzisz? - powiedział.
- Fakt - przyznała. - To ciekawe - z akademicką ciekawością zaczęła przyglądać się jego naszyjnikowi. - A właściwie to po co przyszedłeś? - zapytała mimochodem.
- Dziś w nocy mamy święto nowego roku. Przejście zodiaku z wodnika na ryby. Taki nasz syeni sylwester - rzekł. - A ty masz urodziny i pomyślałem, że mogłabyś się wybrać ze mną na tą imprezę jako moja plus jeden.

Przestała przyglądać się jego naszyjnikowi, cofnęła się o krok i spojrzała mu w oczy.

- Dlaczego? - zapytała, z miejsca stała się podejrzliwa i spięta.
- Bo jest impreza na plaży, a ty siedzisz tu już ładnych kilka dni i pewnie nie widziałaś słońca od sporego czasu. Nie mówiąc już o gwiazdach.

Milczała przez chwilę przyglądając mu się uważnie, w końcu rzekła.

- Czy jeśli z tobą pójdę stanę się częścią twojego stada/watahy/ławicy niepotrzebne skreślić?
- Eee..? - spojrzał na nią, nie rozumiejąc.
- Czy jeśli przyjdę tam z tobą okaże się, że należę do ciebie, twojej rodziny, czy w cokolwiek się tam zbieracie? A może będę zobowiązana wykonać jakieś zadanie, znaleźć kogoś, zabić, albo odszukać jakiś artefakt, oddać krew, duszę, kawałek ciała, albo całe? - dopytywała.
- Czy ciebie nikt nigdy tak po prostu nie zaprosił na imprezę? - zapytał po chwili

Zastanowiła się wspominając szczególnie Celestial, Neile i paru innych krwiopijców.

- Nie - przyznała po dłuższej chwili.
- Podobno na wszystko musi być ten pierwszy raz - powiedział wesoło i wyciągnął do niej rękę.

Spojrzała na jego dłoń wciąż nieufna i spięta, potem przeniosła wzrok na jego roześmiane zielone oczy. Przez jej głowę przewinęły się obrazy świata, który już nie istniał, przełknęła ślinę kalkulując w głowie wszelkie możliwe ryzyko. W końcu zapytała.

- Czy obowiązują jakieś konkretne stroje?
- Najlepiej plażowe, ale głównie chodzi o wygodę, muzykę, taniec, drinki i gwiazdy - odparł z uśmiechem.

środa, 12 lutego 2020

Nowy dom?

- "Możesz wracać do domu, albo do miejsca gdzie powinien być i tam go zbudować"

Te słowa Syreny dźwięczały jej w głowie kiedy stała nad jeziorem i wpatrywała się w fioletowy kryształ. Może to jest właśnie to? Może właśnie to powinna zrobić. Stworzyć swój nowy dom. Przecież to nie może być trudne, skoro stworzyła PozaŚwiat? No cóż, to było kłamstwo. PozaŚwiat praktycznie sam się stworzył czerpiąc z jej energii i muzyki którą słuchała. Ale dom? Dom to było celowe działanie. Celowe nadawanie kształtu czemuś, co nie istniało. Celowe ubieranie rzeczywistości, naginanie jej. Używanie mocy.

Tak, to właśnie tego najbardziej się bała. Używania mocy. Bała się jej nieokiełznania, jej siły, jej braku posłuszeństwa.

Z drugiej jednak strony przecież w końcu musiała się nauczyć nad nią panować. Przecież nie mogła ciągle żyć w strachu, że rozwali cały PozaŚwiat nieumiejętnością okiełznania magii. Dom mógł być dobrym treningiem i ... miejscem należącym tylko do niej.

Spojrzała więc jeszcze raz na kryształ, po czym zamknęła oczy i skoncentrowała się. Uspokoiła oddech .... i usłyszała muzykę...

Kiedy otworzyła oczy znów spojrzała na kryształ i już wiedziała, że ma tylko swoje miejsce, do którego może wracać niezależnie od wszystkiego...

czwartek, 6 lutego 2020

We Polsce na wynikach

Trochę zmuszona przez Wiedźmę Rodzicielkę raz do roku niczym tradycję pielęgnuje robienie wyników ogólnych krwi. Jestem w Polsce od roku 2016 końcówki, więc na termin tradycji wybrałam początek roku 2017 i tak to już trzeci raz celem sprawdzenia ogólnego stanu zdrowia (bo jak nie boli nie znaczy, że zdrowa jesteś) latam do laboratorium na badania.

W tym roku też udało mi się dostać na cito na rezonans magnetyczny łepetyny (zawroty głowy). Cito oznacza oczywiście skierowanie z grudnia, a rezonans na luty ^^ Nie cito mam na kręgosłup uwaga..... We wrześniu! Zaznaczam, że oba skierowania wystawione w grudniu (pomijam fakt, że do Pani co mi dała skierowanie na cito czekałam od września do grudnia ^^). Kiedy się zapisywałam kazano mi zrobić badanie kreatyniny na tydzień przed rezonansem, co też dziś właśnie próbowałam uczynić.

Reasumując.

Uznałam, że jak już kreatynina to zrobię od razu te roczne celem pielęgnowania tradycji. Poszłam więc sobie jak zawsze prywatnie, za to w innym miejscu, pokazałam kartkę z poprzedniego roku i powiedziałam, że chcę te same badania. Pani mi podliczyła bagatela 200 zł. DWIEŚCIE złotych...

Szybko przeliczyłam co nieco i zostawiwszy 120 zrobiłam badania witaminy D, cholesterol oraz tą nieszczęsną kreatyninę. Dopiero po badaniu powiedziano mi, że w zasadzie to ja mogę przeca skierowanie wziąć od lekarza rodzinnego. Tak o, bez przypału na badania krwi.

No kurwa olśnienie!

Że przychodnie miałam niedaleko, pognałam czym prędzej pięć po ósmej już będąc pod recepcją. Okazało się, że mogę wejść na już (znaczy za 10 minut) do mojej "ulubionej" pani doktor (nie cierpię kobity bo zawsze patrzy na mnie dziwnie i traktuje protekcjonalnie jakby była debilem co prosi o badania po konsultacji z wujkiem google). Weszłam więc i przedstawiam sprawę, że badania, że raz w roku, że ot tak dla sprawdzenia, że mi powiedziano, że mogę skierowanie, że bardzo proszę.
Że zrobiłam cholesterol
Że zrobiłam kreatyninę
Że zrobiłam witaminę D (i tak bym na to nie dostała bo za drogie)
Że proszę na RESZTĘ tamtych badań.

I dostałam, a jakże.

Na cholesterol
Na kreatyninę
Na glukozę
Na TSH i trójglierydy.

Taaaak.. Czy wspominałam, że nie lubię tej pani? Więc na badania pójdę sobie za miesiąc może dwa, zbadam drugi raz to, za co już zapłaciłam plus i tak dopłacę, bo zabrakło, wapnia, żelaza, mocznika i kilku innych rzeczy...

Za to na drugi rok będę mądrzejsza.
Najpierw pójdę do lekarza po skierowanie i dopłacę dopiero potem do tego na co nie dał.

czwartek, 30 stycznia 2020

To nie Pani kot

Trochę miałam załatwiania w tym tygodniu. Między innymi kolejna kroplówka (i kolejne kolosalne hajsy u  Weta). W środę rano wstałam grzecznie zapakowałam Miziakę do transporterka i zabrałam ją na spacer. Siedząc już w poczekalni głaskałam ją delikatnie celem uspokojenia jej palpitacji serca i całej tej tachykardii, bo mnie serducho zaraz wyskoczy!

W poczekalni nikogo, nawet mojej ulubionej Pani Kasi dla której przyniosłam leki na nerki (gdyż dla Miziaka mieliśmy zmieniać bo to strasznie jedzie rybą, a ona nie lubi). Nagle wpada jakaś słusznej budowy kobiecina z zdecydowanie nie słusznej budowy psiakiem, mniejszym od mojej Mizi nawet.

- O jaki zmarznięty jestem... - zagajam do psa bo trzęsie się jak galareta.

No kuźwa nic dziwnego przeca pizga wiatrem jak w kieleckim, dobrze, że ja miałam niedaleko (normalnie nie mieszkam w centrum, a wszędzie mam blisko ^^). Piesek się telepie, słusznej budowy pani od pieska odpowiada mi, że no tak bo wieje mocno (no mówię, pizga jak w kieleckim :P). I tak sobie zapadła cisza. Ja z ręką w transporterku głaskając kota, ona stojąc z owiniętym w kocyk piesełkiem na środku poczekalni.

- O cholera! Muszę wrócić do auta! - woła nagle kobieta - Zapomniałam kupy!

Po tej uwadze następuje kolejnych kilka minut ciszy kiedy ona wymownie wzrokiem, a nie mową, wręcz nakazuje mi bym jej pomogła, a ja sobie spokojnie głaskam kota i patrzę na trzęsącego się pieseła. W końcu skapitulowałam.

- A boi się obcych? - pytam, zamykając transporterek.
- No właśnie, gdyby pani była tak miła...

Kobieta wcisnęła mi psa i poleciała do auta. Stoję więc z tym psiakiem i tulę zmarzniętą kulkę do siebie (dopóki on nie zaczyna się wyrywać, ale ma się te wprawę :P) i nagle z gabinetu wychodzi pani doktor widzi mnie z tym piesem w rękach i rzuca mi takie zdziwione spojrzenie, jakby nagle odkryła, że jest w innym uniwersum.

- Przecież to nie pani kot.
- No to w ogóle nie jest kot. My jesteśmy tam - wskazuje na transporterek na krześle - a to jest piesek jakiejś pani, która pobiegła do auta po próbkę, a nie chciała już chłodzić maleństwa.

Pani doktor popatrzyła na mnie z ulgą, bo chyba już miała wrażenie, że od soboty poczyniłam jakieś dziwne experymenta generyczne i zamieniłam kota na psa, albo co gorsza wymieniłam się na Jaworznickim portalu "oddam/kupie/sprzedam/zamienię" :P

P.S Dodam, że pańcia pieseła wróciła po czasie dłuższym niż ja bym dotarłą do domu i z powrotem. niestety aż do ostatniej chwili nie wierzyłam, że nie zrobiła mnie w jajo i naprawdę wróci. Także wiara w ludzi przywrócona ;P

środa, 22 stycznia 2020

Ocean

Pierwsze co poczuła to ciemność. Pierwszym co zobaczyła, była zbliżająca się fioletowa iskra. I nagle iska znalazła się w oku... Oku Mocy ukształtowanej na jej podobieństwo. Zawieszona w próżni Vill przekrzywiła głowę przyglądając się swojemu odwzorowaniu stworzonemu z Mocy. Moc również przekrzywiła głowę. To było trochę jak przefiltrowane odbicie lustrzane. Jedyną różnicą było to, że czerwonowłosa nie miała skrzydeł. Vill uniosła rękę i Moc również to zrobiła. Vill się zbliżyła i Moc również się przysunęła. Teraz dokładniej widziała przepływające przez postać fioletowe wstęgi, zauważyła też kilka czerwonych i, o zgrozo, niewiele czarnych. Coś ciągnęło ją w stronę fioletowego odbicia. Przełknęła ślinę i wysunęła rękę. Odbicie również to zrobiło. Kiedy ich palce zetknęły się, odbicie uśmiechnęło się szalonym, nieokiełznanym, szerokim uśmiechem. Poczuła jak Moc wlała się w nią gwałtownie pełna energii niszczenia!

Wrzasnęła!
__________________

Śpiew był czymś czego się nie spodziewała. Powoli i delikatnie przywracał ją do rzeczywistości, jakby prowadził. Obudziła się na czymś miękkim i dziwnie mokrym. Ona również była mokra. Chociaż nie tak ociężale jakby właśnie wyszła z jeziora, a to właśnie jezioro było ostatnim co pamiętała. Wszystko w okół, łącznie z powietrznem było mokre. Tyle, że nie było żadnego powietrza. Była pod wodą! Wrzasnęła po raz kolejny wyrzucając z siebie chmarę bąbelków.

- No już już spokojnie - usłyszała kojący, śpiewny głos. - Wdech i wydech, nie panikuj, bo niczego przez te bąbelki nie zobaczysz. Możesz oddychać, więc oddychaj.

Zamknęła oczy starając się opanować wyrywającą się na wolność panikę. Minęło dobrych kilka chwil, zanim pozwoliła sobie uwierzyć w to, że oddycha pod wodą. Otworzyła oczy i ujrzała uśmiechniętą twarz. Kobieta miała najbardziej kolorowe włosy jakie Vill kiedykolwiek widziała. Od czubka głowy były fioletowe, potem w okolicach szyi przechodziły na niebieskie, by zakończyć się morską zielenią. Falowały delikatnie jakby bawiły się prądem wodnym. Oczy jej także były intensywnie zielone z pionowymi źrenicami. Ubrana była... O, aha, zielony przewiązany materiał imitujący stanik i równie kolorowy jak włosy rybi ogon. Zaraz. Ogon?! Bąbelki powietrza znów na chwilę zasłoniły jej widok. Kiedy opanowała się na tyle by móc coś powiedzieć, postanowiła zadać najrozsądniejsze pytanie.

- Jak oddycham? - jej własny głos zabrzmiał trochę obco, jakby z butelki.
- Masz zaklęcie na wisiorku - syrena wskazała niebieskawy krysztalik. - Jestem Lerra - powiedziała i wyciągnęła rękę.
- Vill - czerwonowłosa przedstawiła się.
- Jesteś tą czarownicą mieszkającą przy jeziorze - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Póki co - odparła. - Jak się tu znalazłam? -rozejrzała się.

Były w niedużym pomieszczeniu, Obok kanapy w kształcie muszli na której siedziała Vill znalazło się kilka skalnych półek z jakimiś kryształami w różnym kolorze i kształcie. Ściany były lekko zmatowione jakby ktoś między dwa okna nasypał piasku, a przez drzwi widziała przepływające tu i ówdzie syreny, ryby i delfiny. Mignął jej granatowy ogon, który też wydał się znajomy, choć nie zdążyła zauważyć do kogo należał.

- Rithan cię przyniósł - powiedziała Lerra - trochę poszalałaś, aż zatrzęsło całym oceanem. Rithan to mój brat - od razu wyjaśniła.
- W jaki sposób mnie przyniósł? nie jest..? - Vill wskazała na rybi ogon Lerry.
- Oh, ależ jest Syrenem, owszem - powiedziała tamta rozpromieniona - Po prostu mamy swoje sposoby - wskazała na wisiorek dzięki któremu czerwonowłosa mogła oddychać.
- Ammm.. a gdzie jest teraz ten... Rithan..?
- Pewnie się speszył, jak tylko usłyszał że przestałam śpiewać - Lerra wyglądała na jeszcze bardziej rozbawioną - Onieśmielasz go - zachichotała. - Ale nie mów mu, że ci powiedziałam.
- Aha.. amm... okey... - popatrzyła na nią długo.- Ja cię chyba skądś znam...? - Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już widziała tę syrenę.
- Być może - odparła Lerra - Śniłaś mi się kiedyś - rzekła i uśmiechnęła się promiennie.
- Hmm... - Vill przyjrzała się dziewczynie uważnie. Skoro wymieniły jako tako uprzejmości, czas było na fundamentalne pytanie. - Czy jestem tu więźniem?

Lerra wyglądała na zszokowaną, potem zdruzgotaną, potem znów jakby dostała w twarz, a za chwilę jakby miała się popłakać. Spuściła oczy jakby chciała ukryć smutek. Wyglądało na to, że nieufność Vill sprawiła jej przykrość.

- Pomogliśmy ci - powiedziała, cichym melodyjnym głosem. Umilkła na chwilę, a potem podniosła oczy i uśmiechnęła się szeroko ukazując rekinie zęby, chociaż uśmiech ten nie miał w sobie nic drapieżnego. - więc wisisz nam za to kubełek lodów i dobrą kawę - powiedziała po czym roześmiała się serdecznie. - Nie Czarownico Znad Jeziora, nie jesteś tu więźniem. Myślę, że spokojnie możesz wrócić do domu - zamilkła na chwilę i zlustrowała Vill swymi zielonymi oczami - Albo wrócić tam gdzie powinien on być i go zbudować.

piątek, 17 stycznia 2020

Lęk

Jakoś w maju zeszłego roku pojechaliśmy z Zaklęciem do jego rodziny w Czechach, podczas naszej nieobecności Wiedźma Rodzicielka zajmowała się moją Kicią. Kiedy wróciliśmy usłyszałam, że Mizia jest bardzo chuda, wręcz przerażająco, ale ona przecież zawsze była mała i chudziutka. Jednak Wiedźma Rodzicielka upierała się, że coś jest nie tak.

Po badaniach u weterynarza okazało się, że Mizia ma nadczynność tarczycy, nadciśnienie i niewydolność nerki (Mizia ma jedną nerkę od urodzenia). Dostaliśmy leki i co miesiąc lataliśmy na kontrole próbując dopasować poziom hormonu (lek apelka) by jakoś wyrównać jej tą tarczycę...

Mizia miauczała. Jeszcze przed wizyta u weta. Najpierw po nocach, potem po dniach, potem na chwilę przestała jak zaczęła brać leki, potem znów po nocach i dniach... Ryk nie do wytrzymania, z samego wnętrza kota, już nie mówiąc o tym, że nie dało się spać. Nie wiedziałam już co robić. Wet uznał, że demencja (Mizia ma 13 lat)

Ostatecznie, głownie z powodu dojazdów (naprawdę nie uśmiecha mi się targać kota autobusem do weterynarza), ale też trochę dlatego, że miałam wrażenie, że u tego weta robią wizyty taśmowo, postanowiłam zasięgnąć drugiej opinii, zwłaszcza, że wszelakie sposoby na załagodzenie kociej demencji wyczytane w necie nie dawały rezultatów.

Poszłam zatem tam, gdzie mam pięć minut drogi. Zaniosłam kartę kota i ostatnie wyniki, zaniosłam też samego kota celem dowiedzenia się dlaczego u licha ona tak miauczy. Pani Dr Ilona dokładnie obejrzała kotkę. Naprawdę nie widziałam by wcześniejszy wet tak ją oglądał. Uznano, że Kicia ma infekcje w pyszczku ("czy państwo czują jak jej śmierdzi z pyszczka?"), w związku z tym leki które bierze mogą nie przynosić rezultatu, a miauczeć może, bo ją boli.

Zrobiliśmy ponownie badania, dostaliśmy kroplówki na nerkę (latałam tam przez pól swojego urlopu dzień w dzień) i poszliśmy na zabieg. Ryczałam ze dwie godziny nie mając pewności, czy Kicia wybudzi się z zabiegu. Ale udało się, dostaliśmy kolejne leki, antybiotyk, lek przeciwbólowy, do tego dochodził lek na tarczycę, na nerkę i na nadciśnienie. W tamtym momencie Mizia brała więcej leków za jednym razem niż ja kiedykolwiek. Cały dzień praktycznie podawania leków.

Miauczeć nie przestała, więc dostała lek na uspokojenie, ale nie spełnił swojego zadania.

Ja za to stałam się bardzo wyczulona na jej zachowanie. Na to ile je, kiedy chodzi do kuwety ile śpi, kiedy miauczy.

Rozpłakałam się kiedy pierwszy raz się do mnie przytuliła...

Obecnie leczymy ją drugi miesiąc u nowego weta, musieliśmy przejść na dietę, bo w krwi miała za dużo cholesterolu,  nadal chodzimy na kroplówki (dwa razy w tygodniu), bierzemy antybiotyk, bo Kicia ma infekcje w moczu (mogła przejść od zębów, wcześniej nie badaliśmy moczu), tarczyca się ustabilizowała, a Kicia wygląda trochę lepiej, sierść jej nieco odżyła, jest bardziej kontaktowa, dużo śpi, ale też dużo się tuli (mój mały TuliKotek) nie tylko na parapecie w swoim pokoju ale też ostatnio na kanapie!

I patrzę na nią jak śpi sobie spokojnie i lęk mnie ogarnia....

Za każdym razem jak wracam do domu, a ona śpi, nie wstanie, nie przywita się, wtedy od razu muszę sprawdzić czy nadal oddycha. Za każdym razem jak wychodzimy do weta, a ja znów zostawiam tam kolosalne pieniądze, dopada mnie lęk, że o nic nie da. Za każdym razem jak się nie przypilnuje dopadają mnie bardzo złe myśli, że moja mała TuliKocia...

Sama nie wiem co byłoby gorsze, czy decyzja o uśpieniu, bo by cierpiała, czy gdyby umarła we śnie, czy może gdyby nagle dostała zawału (to małe serduszko tak mocno jej bije za każdym razem jak wychodzimy na kroplówkę)...

A najgorsze jest to, że ona wygląda, jakby czuła się lepiej, nawet nie miauczy już tak dużo, a ja mimo wszystko nie umiem pozbyć się lęku, że za chwilę ją stracę :(

niedziela, 12 stycznia 2020

A żal dupę ściska


W swoim ponad 30 letnim życiu udało mi się zebrać trochę doświadczenia zawodowego. Wzorem starego porzekadła, że żadna praca nie hańbi byłam już w swym życiu sprzątaczką, pomocą kuchenną, ale także urzędnikiem (całe dwa razy w dwóch różnych urzędach), pracownikiem fabryki, no kilku fabryk.

Jednak to, co się w mojej obecnej robocie odjaniepawla, to ja takich rzeczy jeszcze nigdzie nie widziałam.

Absolutnie nigdy nie miałam takich cyrków.

Po prostu jestem zasmucona, zszokowana i generalnie odechciewa mi się rano wstawać.

U mnie w tym moim popierdolonym grajdołku są dwie zmiany. Same baby. Kierowniczka – kobieta, koordynatorka – kobieta, w drugim pokoju same kobiety, no kurwa babiniec jak się patrz. Około 30 dziewuch na jeden dział i dwóch chłopa od przynieś zanieś pozamiataj.

Nie umiem, nie potrafię wytłumaczyć dlaczego kobiety tak się zachowują. Stwierdziłam dziś, że ja to chyba jestem kosmitką, nie rozumiem kurwa kobiet.

Jedna na drugą napierdala. Jedna na drugą psioczy. Jedna na drugą donosi. Jedna drugiej marudzi, że coś źle robi a potem sama robi dokładnie tak samo. No kurwa kosmos i cyrk za jednym zamachem. Takich rzeczy to nawet Dr Who nie widział w swoich wszystkich podróżach.

W piątek zebranie było. Mamy miesiąc opóźnienia, zarząd chce, byśmy mieli opóźnienia, bagatela trzy dni. I „miałam Wam tego nie mówić, ale od tego zależą nasze podwyżki w tym roku” Czyli rozumiem, że gdyby nam nie powiedziała, to byśmy same stwierdziły, ze warto zamieszkać u nas w firmie, żeby od razu po obudzeniu robić korekty, po bo chuj tracić czas na dojazdy.

Aha no i oczywiście mamy się zdyscyplinować na drugich zmianach, bo „ktoś życzliwy” podpierdala nas gdzieś wyżej, że my tylko „śmiechy chichy, paznokcie i facebooki” No płacz i zgrzytanie zębów, bo nie można porozmawiać podczas pracowania.

Komuś tak bardzo żal dupę ściska, że możemy siedzieć na krzesłach przed komputerami, że aż mu sprezentuje maść na ból dupy, jak się dowiem kto to.

Nie macie pojęcia jak ja bardzo zrobiłam się nieufna przez ten ponad rok w tej durnej firmie. Człowiek nie może mieć swojego zdania, bo nie wiadomo kto kiedy i komu podpierdoli, że nie podoba Ci się to czy tamto, albo gorzej, że podoba Ci się to czy tamto. Każdy słucha i dalej przekazuje. Głuchy telefon to ulubiona zabawa w hurtowni farmaceutycznej.

Po prostu najlepiej jest siedzieć sobie w ciszy przez te osiem godzin i ni słowem się nie odzywać, chyba, że służbowo, bo inaczej będzie źle.

Jak ja kurwa nienawidzę takiej atmosfery...