Znaczek zawsze.. był. Pisałam o nim kiedyś. To taki typ człowieka, który jak już się przyczepi to rozpuszczalnikiem nie oderwiesz. Pech chciał, że Znaczek, jakoś niefortunnie ulokował we mnie swoje uczucia. W związku z powyższym był jeszcze bardziej i bliżej. Będąc na drugim końcu świata, a gdy wróciłam do kraju, na drugim końcu Polski usilnie udowadniał jak bardzo mu zależy.
No i zależało.
Aż za bardzo.
Jestem osobą, która ma dużą cierpliwość do ludzi. Osobą, która szczyci się dużą tolerancją. Osobą wyrozumiała, ciepłą i wybierającą zawsze rozmowę nad fochem, czy to z przytupem, czy bez.
Charakter Znaczka jest...depresyjny. Ten chłopak, mimo swego młodego wieku (23 lata, ale przecież nie wiek czyni człowieka), przeżył już w życiu swoje "piekło" i co najgorsze nadal w nim tkwi. To taki typ człowieka, który będzie się użalał, marudził, narzekał i czekał aż poczujesz choć nutkę współczucia.
Jego "piekło" to jego własna rodzina.
Siostra, która się wypięła i wyjechała.
Matka, która go nie zauważa, a w chwilach nawet przytakuje ojcu.
I ojciec, który się na nim wyżywa, wyzywając od pedałów, bo zapuścił włosy, od kurew i tym podobnych.
Tak wiem. ZGROZA. Jak można żyć w takim domu? Jak można sobie na to pozwalać? Jak można...? No właśnie najwidoczniej można. Znaczek jest taką osobą, która dupy nie ruszy z piekła dopóki ktoś czegoś za niego nie zrobi, albo solennie mu czegoś wielkiego nie obieca.
Zatem znaczek, przez lata swego dorosłego już życia siedział jak ten nolife, we własnym pokoju, grał i wieszał się na ludziach w internecie. Nie szukał pracy, bo i po co, nie próbował z domu wyjść, bo nie miał pracy. Przyzwyczaił się wszak, że ojciec tak, a nie inaczej się do niego odnosi.
Pech chciał, że Znaczek złapał i mnie na to swoje uwieszanie.
Niestety moja cecha głębokiego współczucia dla ludzi cierpiących tym razem nie przyniosła nic dobrego. Ja, mając swoje własne problemy z Krótkim, nie byłam w stanie obronić się przed nadchodzącą katastrofą.
I nie chodzi nawet o to, że Znaczek jest osobą dalece nieporadną, której ja musiałam powiedzieć co i jak zrobić, by znaleźć jakiekolwiek zatrudnienie, a nawet napisałam mu CV. Chodzi raczej o to, że on zwyczajnie woli siedzieć i narzekać.
A potem wszystko nagle ucichło. Znaczek znalazł staż, poszedł do pracy, skupił się na mnie i moich problemach. Pomagał, wspierał, doradzał, głaskał. Snuł plany, na które ja - będąc zaślepioną własnym cierpieniem i wizją tego, że jednak ktoś inny poza Krótkim mnie chce - pozwoliłam. A zatem "ustalone zostało", że Znaczek uzbiera pieniądze przyjedzie, zamieszka ze mną i będziemy żyć długo i szczęśliwie.
I wtedy dostałam nagrodę SUKI ROKU.
Jakoś dotarło do mnie, że nie mam najmniejszej ochoty w nowy związek teraz wchodzić. Że chcę być wobec Znaczka fair i nie wykorzystywać go w ramach zastępstwa za Krótkiego. Że potrzebuje czasu, że potrzebuje pomyśleć, odbudować własną wartość i generalnie swoje życie, które przecież właśnie rozsypało się na kawałki.
I wtedy się zaczęło. Zazdrość, wypominanie, wymuszanie poczucia winy. Jak ja w ogóle śmiem się teraz od niego odwracać, on tak bardzo mi pomógł. Miał przecież przyjechać na moje urodziny, mieliśmy mieć kotka. Miało być nasze wspólne niebo. W ogóle jak śmiałam się spotkać z kolegą we Wrocku na 20 (słownie dwadzieścia) minut, skoro ze Znaczkiem nie chcę się spotkać, bo nie chcę teraz mieć faceta. Na nic były tłumaczenia, że przecież kolega ów jest moim znajomych od blisko 4 lat, ma dziewczynę i generalnie nic ode mnie nie chce. W końcu jednak jakoś sprawa ucichła, choć moje zszargane nerwy nie. Znaczek na nowo zaczął snuć plany, jak przyjedzie do mnie na urodziny, jak obejrzymy sobie film, jak mnie dotknie przytuli i tym podobne. Nieopatrznie (o ja nierozważna!) powiedziałam wtedy, że miło byłoby się do kogoś przytulić. I ponownie się zaczęło. Że jak to do KOGOŚ?! Skoro on wie, że on chce się tulić do mnie, a ja do byle kogo! Tłumaczę spokojnie, że tak, do kogoś, bo sorry kolego, ale nie znam cie na żywo, nie dotknęłam, nie utuliłam, jeszcze nie wiem czy tym kimś jesteś ty, aczkolwiek jest spora szansa, ze owszem możesz być ty, po spotkaniu się dowiem. Ale przecież jak to do kogoś, skoro on chce się do mnie przytulać...
Jestem osobą tolerancyjną. Dużo rozumiem. Potrafię ogarnąć lęki innych ludzi, wytłumaczyć na kilka różnych sposobów, aż jeden w końcu dotrze. Ale do Znaczka nie dotarło...Zresztą nie pierwszy raz, bo w przeszłości również były podobne akcje, kiedy to nie chciałam zgodzić się na coś, czego chciał on.
Więc się odcięłam, bo toksyczność tej znajomości zaczęła mi mocno nie leżeć. Kły mnie świerzbiły, nóż sprężynowy w kieszeni (którego nie mam) się sam otwierał, a szpony i magia chciały wyskoczyć do przodu i zwyczajnie pociąć go na kawałeczki. Odcięłam się zatem bez słowa od toksyczności Znaczka, który tak naprawdę nie rozumiał nic, ani z żadnej strony.
I tak oto zostałam suką roku, bo on przecież tyle mi pomógł: był, wspierał, wysłuchiwał. Bo on przecież nie może być smutny, nie może czuć, nie może mi o niczym mówić. Bo ja mu zatrzasnęłam drzwi i uwięziłam w jego piekle. Bo on przecież tak bardzo kocha.
Dlaczego ja trafiam na takich ludzi?
sobota, 28 stycznia 2017
piątek, 20 stycznia 2017
Jak stara zużyta szmata rzucona pod stół
- Nijak... - odparłam - Jak stara, brudna, zużyta szmata rzucona pod stół.
- To nie brzmi jak nijak.
- Myślę sobie, że kiedy widzę taką starą, brudną szmatę rzuconą pod stół to ona wygląda właśnie nijak. Tak, jak ja się czuję.
To jest dziwne i nie mogę przestać tego rozkminiać. Fakt. Traktował mnie jak gówno. Darł się, nie szanował, był egoistą i tak dalej etc. Jednak, gdy już zebrałam się, by odejść (a samo zbieranie się do podjęcia takiej decyzji trwało w cholerę długo), obiecał, że się zmieni. Deklarował, że kocha. Nawet przy tej rozmowie naszej przed nowym rokiem rzekł, że nie może sobie wyobrazić rozwodu ze mną. Ani innego mężczyzny koło mnie. Ani innej kobiety koło niego. Zapewniał, że kocha, że tęskni, za głosem, zapachem, ciepłem...
Tydzień później jego postępowanie całkowicie się zmieniło. Podjął decyzję, że jednak nie ma sensu tego ciągnąć. I ja rozumiem, mimo, że w sumie nie powiedział mi co przeważyło. I ja się nawet cieszę, bo nie wiem czy bym potrafiła się znów przy nim swobodnie poczuć. I ja rozsądnie wiem, że to najlepsze wyjście, tylko...
No właśnie tylko co...?
Nie mogę wyzbyć się uczucia... jakiegoś dziwnego podszeptu, że to co mówił, dwa miesiące wcześniej, miesiąc wcześniej, czy nawet tydzień wcześniej to były zwykłe bujdy... A ja naiwnie uwierzyłam, że on tak mocno i bezgranicznie kocha, jak ja kochałam...
Kiedy wysłał mi pieniądze na rozwód, jakoś mnie to dobiło.
Po pierwsze, bo sama nie jestem w stanie za to zapłacić, co jeszcze bardziej mnie wkopało w nastrój całkiem oddalony od tego jaki powinna posiadać kobieta wolna. Zwłaszcza, że nasiliło się myślenie typu "nadal nie masz pracy". Po drugie, kiedy powiedział "podjęte decyzje trzeba realizować" jakoś dziwnie odniosłam wrażenie, że śpieszy się do tego rozwodu. Że teraz już nie tęskni a wręcz chce mnie jak najdalej, jak najszybciej, jak najmniej formalnie...
Nie daje mi to spokoju...
Zapłaciłam więc przelewem, napisałam ten pozew i wysłałam go dziś.
- Żałujesz? - zapytała mnie Pani Krainy
- Żałuje, że tak szybko przestał walczyć. Żałuje, że tak chujowo się przez to czuje, jakbym nie była warta. Żałuje, że uwierzyłam, że możne się zmienić, jak również tego ze nie mam pracy. Żałuje, że jestem sama, ale nie żałuje, że od niego odeszłam. Przegrałabym życie, gdybym została...
Tymczasem za horyzontem, zatapiam się w muzykę i próbuje z całych sił unosić kąciki ust, przy każdym kolejnym dniu...
Kari Sigurdsson - Beyond The Horizon
środa, 11 stycznia 2017
Decyzje o zapadniętych klamkach
"Między świtem a mgłą
Między okiem a łzą
Świat się rozszczepia.
Między sercem a krwią
Między Tobą a mną -
Zieje przepaść!"
Gdy meldowałyśmy mnie tymczasowo na nowym mieszkaniu, Wiedźma Rodzicielka stwierdziła, że w ogóle nie widać po mnie zdenerwowania. Rano tego samego dnia dowiedziałam się, ze Krótki podjął decyzję, a rozmowę mamy przeprowadzić dnia następnego wieczorem. Odparłam spokojnie, że przecież nerwy nic nie zdziałają. Ani nie przyśpieszą, ani owej decyzji nie zmienią (czyta się trochę tych mądrych książek od czasu do czasu :P )
Tak czy inaczej dzień następny zaczęłam od spędzenia całego ranka w PUPie, przedstawiłam całe mnóstwo papierzysk moja rejestracja trwała coś koło godziny. Podobno nawet dostałam własnego "doradce klienta" bo termin "pośrednik pracy" to już widocznie przeżytek. Spotkanie mam 17stego stycznia i zobaczymy do jakiej kategorii się nadaje (bo teraz bezrobotny nie jest po prostu bezrobotnym, teraz jest dumnie bezrobotnym z kategorią! :P)
Wieczorna rozmowa trwała całe pięć minut. Płakanie po niej było nieco dłuższe.
Krótki, ten, który jeszcze miesiąc temu zarzekał się, że wróci do polski byśmy zaczęli wszystko od nowa. Który twierdził, że pójdzie na terapię, że się zmieni, by dać mi szczęście. Z którym tego przedostatniego dnia roku rozmawiało mi się tak długo i szczerze jak nie rozmawiało się od kilku lat. Ten, który twierdził, że jestem jego Wampirką, jego Vill, który mówił, że nie wyobraża sobie, by się ze mną rozwieść ani tego, że jakiś inny facet jest koło mnie a koło niego inna kobieta.... Hyp... zapowietrzyłam się...
Ten sam Krótki w ciągu tych pięciu minut oznajmił bardzo rzeczowym tonem (na ile może być rzeczowy ton na czacie facebuka), że z całym szacunkiem i dobrymi wspomnieniami, on nie żywi do mnie negatywnych uczuć, dziękuje za wszystko co dla niego zrobiłam, oraz za to, że otworzyłam mu oczy i pokazałam mu jaki jest i czego pragnie od życia i od siebie. Na koniec, podobnie jak i na początek powiedział, że skoro oboje nie możemy dać sobie tego, czego pragniemy to najlepiej będzie, byśmy się rozstali w szacunku i przyjaźni.
Jak z jednej strony mnie to zabolało okrutnie bo to jednak osiem lat i fakt, że to ja od niego odeszłam jakoś tego bólu nie łagodził...
... tak z drugiej strony wcale mu się nie dziwie (O ironio: ma dobrą pracę, taką, z której nie chce rezygnować dla ukochanej kobiety, mimo, że kilkakrotnie zdarzało mu się rezygnować bo "ludzie go wkurwiali". Siedzi w Kraju, który mu w sumie nie utrudnia a wręcz ułatwia życie. Zona, która od niego uciekła przestała go wkurwiać za głośnym mieszaniem herbaty. Poza tym, jeśli tak bardzo pragnie potomka to faktycznie powinien innej pani do tego celu poszukać.)
Nie wiem ile prawdy i szczerości było w tym, co mówił przed tygodniem, ale i to nie ma większego znaczenia już teraz. Jedyne co, to muszę ogarnąć biurokracje rozwodową (zaoferował, że poniesie połowę kosztów) i rozejdziemy się w szacunku i przyjaźni.
"Nad tą przepaścią, tą rozpadliną
Tylko nabierać tchu...
Na takiej grani - kto jest bez winy:
Ty tam? Ja tu?
Nic tylko szukać, szukać w otchłani
Ścieżek, mostów i bram...
Byle nie zatrzeć granic:
Kto tu! - Kto tam!"
Między okiem a łzą
Świat się rozszczepia.
Między sercem a krwią
Między Tobą a mną -
Zieje przepaść!"
Gdy meldowałyśmy mnie tymczasowo na nowym mieszkaniu, Wiedźma Rodzicielka stwierdziła, że w ogóle nie widać po mnie zdenerwowania. Rano tego samego dnia dowiedziałam się, ze Krótki podjął decyzję, a rozmowę mamy przeprowadzić dnia następnego wieczorem. Odparłam spokojnie, że przecież nerwy nic nie zdziałają. Ani nie przyśpieszą, ani owej decyzji nie zmienią (czyta się trochę tych mądrych książek od czasu do czasu :P )
Tak czy inaczej dzień następny zaczęłam od spędzenia całego ranka w PUPie, przedstawiłam całe mnóstwo papierzysk moja rejestracja trwała coś koło godziny. Podobno nawet dostałam własnego "doradce klienta" bo termin "pośrednik pracy" to już widocznie przeżytek. Spotkanie mam 17stego stycznia i zobaczymy do jakiej kategorii się nadaje (bo teraz bezrobotny nie jest po prostu bezrobotnym, teraz jest dumnie bezrobotnym z kategorią! :P)
Wieczorna rozmowa trwała całe pięć minut. Płakanie po niej było nieco dłuższe.
Krótki, ten, który jeszcze miesiąc temu zarzekał się, że wróci do polski byśmy zaczęli wszystko od nowa. Który twierdził, że pójdzie na terapię, że się zmieni, by dać mi szczęście. Z którym tego przedostatniego dnia roku rozmawiało mi się tak długo i szczerze jak nie rozmawiało się od kilku lat. Ten, który twierdził, że jestem jego Wampirką, jego Vill, który mówił, że nie wyobraża sobie, by się ze mną rozwieść ani tego, że jakiś inny facet jest koło mnie a koło niego inna kobieta.... Hyp... zapowietrzyłam się...
Ten sam Krótki w ciągu tych pięciu minut oznajmił bardzo rzeczowym tonem (na ile może być rzeczowy ton na czacie facebuka), że z całym szacunkiem i dobrymi wspomnieniami, on nie żywi do mnie negatywnych uczuć, dziękuje za wszystko co dla niego zrobiłam, oraz za to, że otworzyłam mu oczy i pokazałam mu jaki jest i czego pragnie od życia i od siebie. Na koniec, podobnie jak i na początek powiedział, że skoro oboje nie możemy dać sobie tego, czego pragniemy to najlepiej będzie, byśmy się rozstali w szacunku i przyjaźni.
Jak z jednej strony mnie to zabolało okrutnie bo to jednak osiem lat i fakt, że to ja od niego odeszłam jakoś tego bólu nie łagodził...
... tak z drugiej strony wcale mu się nie dziwie (O ironio: ma dobrą pracę, taką, z której nie chce rezygnować dla ukochanej kobiety, mimo, że kilkakrotnie zdarzało mu się rezygnować bo "ludzie go wkurwiali". Siedzi w Kraju, który mu w sumie nie utrudnia a wręcz ułatwia życie. Zona, która od niego uciekła przestała go wkurwiać za głośnym mieszaniem herbaty. Poza tym, jeśli tak bardzo pragnie potomka to faktycznie powinien innej pani do tego celu poszukać.)
Nie wiem ile prawdy i szczerości było w tym, co mówił przed tygodniem, ale i to nie ma większego znaczenia już teraz. Jedyne co, to muszę ogarnąć biurokracje rozwodową (zaoferował, że poniesie połowę kosztów) i rozejdziemy się w szacunku i przyjaźni.
"Nad tą przepaścią, tą rozpadliną
Tylko nabierać tchu...
Na takiej grani - kto jest bez winy:
Ty tam? Ja tu?
Nic tylko szukać, szukać w otchłani
Ścieżek, mostów i bram...
Byle nie zatrzeć granic:
Kto tu! - Kto tam!"
poniedziałek, 2 stycznia 2017
Festiwal dobrych myśli ... miał być
Frida nominowała mnie na festiwal dobrych myśli. Jestem pewna, że zdecydowanie mi to potrzebne, ale jakoś nie mogę znaleźć nic, czym chciałabym się dzielić z uśmiechem...
Cały grudzień prawie czułam się jak w tej piosence [KLIK]. Do tego wszystko było pusto mechaniczne i nawet jak starałam się uśmiechać, nie trwało to zbyt długo. Słońce za oknem jednak poprawiało humor, spacery jakoś mijały i zabijały czas. Nie siedzieć w domu i nie rozpaczać - taki był plan. Realizowałam go nawet, jeśli nie bardzo miałam na to ochoty. Codzienna lista rzeczy do zrobienia stawała się jednak coraz krótsza...
Trzydziestego grudnia postanowiłam odezwać się do Krótkiego. Porozmawiać z nim, powiedzieć mu co i jak czuje, wysłuchać jego racji i ustalić co dalej robimy z naszą sytuacją. Rozmowa przyniosła pewny.. Ulga to chyba za dużo powiedziane, ale przyniosła pewien wylew rzeczy, które od lat nie były wyjaśnione.
Ostatecznie powiedziałam, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz, ale są warunki, dwa z nich dość mocne i zmieniające życie.
1) Nie chcę wracać do UK (choćby mnie wołami ciągnęli, jeśli nie będę absolutnie zmuszona, nie wrócę.. )
2) Nie chcę mieć dziecka. Nie, że z nim. W ogóle nie chcę. Nie uważam, że mogłabym, mimo, że on uważa, że byłabym cudowną mamą.
Ostatecznie stanęło na tym, że pomyśli i podejmie jakąś decyzję, wtedy będziemy myśleć co dalej i czy jest jakieś dalej.
Od tego czasu, czekając na jego decyzję i na to by ktoś w końcu do mnie zadzwonił w sprawie pracy (zostawiłam CV w salonie T-mobile, a dziś albo jutro idę do Play, bo w necie jest oferta), czuje, że coraz bardziej zapadam się w poczucie beznadziei. Wczorajszy atak paniki i ogólnego mega zdołowania mi to uzmysłowił.
Przeczytałam masę literatury na temat pozytywnego myślenia, jak również obejrzałam parę filmów. Mam wiedzę i świadomość, że moje szczęście i lepsze samopoczucie jak również przyciąganie dobrych rzeczy zależy wyłącznie ode mnie. Od moich emocji i nastawienia. I .. przez jakiś czas udawało mi się nawet to nastawienie utrzymać ale..
Znowu coś pękło...
Część mojego Ja pragnie spakować się, poprosić Krótkiego by po mnie przyjechał, wrócić do UK, do starej fabryki i do końca życia przepraszać za ten wybryk...
Druga część, ta rozsądna, twierdzi, że w takim razie wszystkie moje dotychczasowe działania, które doprowadziły mnie do Polski z dwupokojowym mieszkaniem, w ogóle nie miały sensu.
Trzecia część twierdzi, że cokolwiek byleby on znów był obok, byleby przytulił, byleby było dobrze (na chwilę?).
Ta paniczna część przekonuje mnie, że nie znajdę pracy, że będę musiała złapać coś na rozkładaniu towaru, albo w jakiejś fabryce, a nie po to uciekłam z dobrze płatnej fabryki, by tyrać w gówniano płatnej..
I czuje się winna, bo kazałam mu wybierać w tak poważnych sprawach, bo niezależnie co wybierze zapewne będzie nieszczęśliwy, a to wszystko przeze mnie i nawet świadomość, że mam pełne prawo nie chcieć tego dziecka, w ogóle nie pomaga...
O ironio...
Zamieszkałam w mieście, którego kiedyś nienawidziłam, w którym stoi wieżowiec, ten, który wybrałam by ze sobą skończyć zanim (znów o ironio) uratowała mnie postać z japońskiego anime. Jestem w kraju do którego jeszcze parę lat temu nie chciałam wracać, bo po co (a teraz wcale nie jest lepiej), głównie chyba dlatego, że tęsknota po prostu mnie zabijała i tutaj przynajmniej jeśli czuję się idiotką, to czuje się idiotką we własnym języku...
Mieszkam bez mężczyzny z którym trzy lata temu brałam ślub myśląc ze teraz będzie między nami lepiej i że do końca życia będę miała jego ciepłe ramiona na własność..
Siedzę i pytam siebie co ja takiego wyprawiam ...?
.. I czy faktycznie prowadzi to ku lepszemu...?
Cały grudzień prawie czułam się jak w tej piosence [KLIK]. Do tego wszystko było pusto mechaniczne i nawet jak starałam się uśmiechać, nie trwało to zbyt długo. Słońce za oknem jednak poprawiało humor, spacery jakoś mijały i zabijały czas. Nie siedzieć w domu i nie rozpaczać - taki był plan. Realizowałam go nawet, jeśli nie bardzo miałam na to ochoty. Codzienna lista rzeczy do zrobienia stawała się jednak coraz krótsza...
Trzydziestego grudnia postanowiłam odezwać się do Krótkiego. Porozmawiać z nim, powiedzieć mu co i jak czuje, wysłuchać jego racji i ustalić co dalej robimy z naszą sytuacją. Rozmowa przyniosła pewny.. Ulga to chyba za dużo powiedziane, ale przyniosła pewien wylew rzeczy, które od lat nie były wyjaśnione.
Ostatecznie powiedziałam, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz, ale są warunki, dwa z nich dość mocne i zmieniające życie.
1) Nie chcę wracać do UK (choćby mnie wołami ciągnęli, jeśli nie będę absolutnie zmuszona, nie wrócę.. )
2) Nie chcę mieć dziecka. Nie, że z nim. W ogóle nie chcę. Nie uważam, że mogłabym, mimo, że on uważa, że byłabym cudowną mamą.
Ostatecznie stanęło na tym, że pomyśli i podejmie jakąś decyzję, wtedy będziemy myśleć co dalej i czy jest jakieś dalej.
Od tego czasu, czekając na jego decyzję i na to by ktoś w końcu do mnie zadzwonił w sprawie pracy (zostawiłam CV w salonie T-mobile, a dziś albo jutro idę do Play, bo w necie jest oferta), czuje, że coraz bardziej zapadam się w poczucie beznadziei. Wczorajszy atak paniki i ogólnego mega zdołowania mi to uzmysłowił.
Przeczytałam masę literatury na temat pozytywnego myślenia, jak również obejrzałam parę filmów. Mam wiedzę i świadomość, że moje szczęście i lepsze samopoczucie jak również przyciąganie dobrych rzeczy zależy wyłącznie ode mnie. Od moich emocji i nastawienia. I .. przez jakiś czas udawało mi się nawet to nastawienie utrzymać ale..
Znowu coś pękło...
Część mojego Ja pragnie spakować się, poprosić Krótkiego by po mnie przyjechał, wrócić do UK, do starej fabryki i do końca życia przepraszać za ten wybryk...
Druga część, ta rozsądna, twierdzi, że w takim razie wszystkie moje dotychczasowe działania, które doprowadziły mnie do Polski z dwupokojowym mieszkaniem, w ogóle nie miały sensu.
Trzecia część twierdzi, że cokolwiek byleby on znów był obok, byleby przytulił, byleby było dobrze (na chwilę?).
Ta paniczna część przekonuje mnie, że nie znajdę pracy, że będę musiała złapać coś na rozkładaniu towaru, albo w jakiejś fabryce, a nie po to uciekłam z dobrze płatnej fabryki, by tyrać w gówniano płatnej..
I czuje się winna, bo kazałam mu wybierać w tak poważnych sprawach, bo niezależnie co wybierze zapewne będzie nieszczęśliwy, a to wszystko przeze mnie i nawet świadomość, że mam pełne prawo nie chcieć tego dziecka, w ogóle nie pomaga...
O ironio...
Zamieszkałam w mieście, którego kiedyś nienawidziłam, w którym stoi wieżowiec, ten, który wybrałam by ze sobą skończyć zanim (znów o ironio) uratowała mnie postać z japońskiego anime. Jestem w kraju do którego jeszcze parę lat temu nie chciałam wracać, bo po co (a teraz wcale nie jest lepiej), głównie chyba dlatego, że tęsknota po prostu mnie zabijała i tutaj przynajmniej jeśli czuję się idiotką, to czuje się idiotką we własnym języku...
Mieszkam bez mężczyzny z którym trzy lata temu brałam ślub myśląc ze teraz będzie między nami lepiej i że do końca życia będę miała jego ciepłe ramiona na własność..
Siedzę i pytam siebie co ja takiego wyprawiam ...?
.. I czy faktycznie prowadzi to ku lepszemu...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


