poniedziałek, 29 lipca 2019

Ponarzekam sobie.

No dobra, wiem, że długo mnie nie było. No cóż, fest długo. Złożyło się na to kilka czynników, więc postaram się nieco usprawiedliwić i proszę nie skreślajcie mnie :)

Przez ten czas działo się kilka rzeczy ale głównie zaczęło się od nawrotu depresji, Niestety niejednokrotnie przekonałam się, że z tej choroby nie da się całkowicie wyleczyć. Ona siedzi sobie, psia córka, w kącie i czeka na możliwość ataku, a nawrót tym razem był szczególnie paskudny. Tak paskudny, że rozważałam szukania psychologa, choć wiem, że w PL dla mnie to niemal niewykonalne.

Taką możliwością okazała się choroba mojego kota. Nadczynność tarczycy, niewydolność nerki, podniesione ciśnienie, spadek wagi. Obecnie jesteśmy na lekach i kicia przytyła 100 gram, więc jestem dobrej myśli. Nie mniej jednak przez jakieś dwa tygodnie chodziłam jak zombie, napychałam się słodyczami i roztaczałam w głowie czarne wizje uśpienia kota strzykawką i pustego domu bez tej futrzastej wredotki. Na szczęście leki się przyjmują, więc na razie trochę podniosłam się z dołka.

Do lekarzy z poprzedniego posta w końcu się dodzwoniłam i poumawiałam na wizyty, gdzie pierwsza mam już w czwartek (olaboga jak szybko, zwłaszcza, że dodzwoniłam się jakoś dwa dni po poprzedniej notce). Ze skierowaniem z lutego polazłam do innego lekarza, także na początku czerwca i już osiemnastego lipca, po wysiedzeniu w przychodni około półtorej godziny dowiedziałam się, że mam uczulenie na laktozę.

No kurwa cudownie zważywszy na to, że to niweluje niemalże wszystko co uwielbiam. Czekolada. Lody. Ciastka. Z drugiej strony fajnie, schudnę.

Nie, no gówno prawda.

Jest przecież mleko bez laktozy, są serki jogurty i tego typu bezedury. Da się żyć, nawet lody znalazłam (i nie mówię o sorbetach bo za takimi w sumie nie przepadam), ale czekolady już nie. I dobrze, przecież to kalorii w chuj.

A propos w chuj kalorii ostatnio doszłam do wniosku, że żrem za dużo, bo jedzeniem tego nazwać nie można. Nawet jak wczoraj zrobiłam sobie zdrowe żarcie na parze warzywa, to napchałam się tak, że brzuch mnie bolał (zwłaszcza że jeszcze pobolewa z pozostałości laktozy, bo nie ze wszystkiego potrafię wykluczyć), bo to przecież zdrowe i przecież nie wyrzucę. Dodam, że brokuł w ogóle mi nie smakował, mimo 40 minut w parowarze był niedogotowany.

Tak więc moja samoocena w ostatnich dniach mocno spadła poniżej krytycznej, zwłaszcza, gdy zauważyłam, że już mi ciasno w jednych rybaczkach, a jedna z ulubionych bluzek także opina ten mój wielki brzuch.

Na wagę nie staje, bo panicznie się boję, że zobaczę trzycyfrową, a przecież obiecałam sobie nigdy w życiu już się do czegoś takiego nie doprowadzać.

Tylko co robić, jak steper/orgitrek nie przynoszą efektów, na spacery nie chodzę bo upał taki że nosa nie wyściubiam jak absolutnie nie muszę, na basen nie pójdę bo ludzi od chuja i ciut ciut, siłownia odpada, dietetyk też, bo aż mnie skręca jak sobie pomyśle ile w kuchni będę siedzieć, a ja tak nienawidzę gotować. Nie mówiąc już o tym ile kasy na to wszystko pójdzie. Biegać nie mogę ( i nie chce) areobiku też nie zrobię, bo kolano, a zatem Zumba także odpada. Wiem, bo już próbowałam. Kolano nie słucha moich argumentów ;/  Jakieś rady?

Na koniec tego postu narzekań dodam, że upały są może nie kurewskie, ale i tak nie zachęcające, na domiar przestałam robić ćwiczenia na kręgosłup (a szlo mi nieźle wytrzymałam 3 tygodnie) bo mnie pan masażysta przyszły zjechał żem leniwa buła, że to co mam od pani internisty doktor to chujnia i ze potrzebuje czegoś innego. Po czym zarzucił mnie fotkami ze swojego podręcznika i uwieńczył to tekstem, że i tak nic z tego nie będę robić,czym wybitnie mi obrzydził dalsze próby.

4 komentarze:

  1. Są lody syrenka :D i jest dużo rzeczy hehe :P
    Mam nadzieję, że będzie lepiej u Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja również kocham koty. Myślę, że czas najwyższy to stworzenie z pazurkami mieć, ponieważ męża jeszcze nie posiadam a przydałoby się mi w mieszkaniu towarzystwo. Z tymi psychologami to naprawdę ciężko o porządnego. Czasami zamiast leczyć to wtrącają się jedynie w Twój styl bycia & życia mając na Ciebie swój własny pomysł. I jeszcze się taki uprze, że ma rację. A lekarze? Ja miałam taką sytuację, że poszłam do trzech tych samych specjalistów & usłyszałam trzy różne rozwiązania na ten sam problem ze zdrowiem. I bądź tu człowieku mądry oraz wybieraj, nie będąc przecież samym po medycynie :/ Także tak samo jak i Ty też spotkałam się w różnych dziedzinach życia z osobami, które nie nadają się do własnego wykonywanego zawodu tak jak Twój masażysta. A więc narzekajmy razem ;) :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymam kciuki za Ciebie i kotka - wspaniałe zwierzęta.
    Dużo siły, dziewucho! Niewątpliwie Ci się przyda.

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  4. ja jem czekoladę dziennie... totalne uzależnienie...
    ps. zdrówka dla Ciebie i kota. No i siły by przetrwać to cholerstwo!

    OdpowiedzUsuń