Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotorelacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotorelacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2020

Paznokciowych perypetii ciąg dalszy

Wspominałam już Wam ze dwa razy, że miałam uczelnie na hybrydy. Jak również to, że w końcu znalazłam markę, która mnie nie uczula. Jak również to, że mimo wszystko co jakiś czas zdradzam tę markę, bo trwałość, bo krycie, bo kolory (jak słowo daję, nadal nie mogę doczekać się królewskiej ciemnej zieleni w ich ofercie)






Previously:

Po przepiłowanej płytce i odrośniętych paznokciach postanowiłam spróbować wychwalaną bazę budująca Indigo. Byłam zachwycona jej blaskiem i tym, jak układała się na paznokciach, a także blaskiem gęstością i.. czy wspominałam jak to pięknie błyszczało? To czym mniej byłam zachwycona okazało się wysypanie mnie na obu rękach, jakby ktoś mnie po nich przeczesał pokrzywką. W związku z powyższym musiałam się pozbyć wydanej stówy za odzyskane 35zł i dopisać kolejny punkt na rzecz uczulenia.




Punktacja wygląda następująco 2:2 między mną a uczuleniem, czyli

MOGE
- Kabos
- Costance Carroll

NIE MOGĘ
- Cosmetic Zone
- Indigo
(Następne w kolejce mam Perrie Renne, ale o tym ciii :P )

W dzisiejszym odcinku:

Naprawdę nieźle podkurwiona opchnęłam raz użyta bazę, raz użyty kolor i całkowicie nowy top za bagatela 35 zł. Tym bardziej wkurzona, że mój przeczuwany znak wiążący się z dostępnością Indigo na miejscu okazał się totalnym fiaskiem.


Ale ja zawsze mam plan. I plan zapasowy i zapasowy plan zapasowego planu. Sięgnęłam więc po kolejna opcję i wróciłam do Kabosa z podkulonym ogonem sięgając po ich bazę budującą.


Pierwsze wrażenie? "Myślałam, że będzie bardziej kryjąca" Jako tako jednak udało mi się ją położyć na paznokciu. Pierwsze szpony po przerwie miały być w naprawdę wielkim stylu a ... wyszło tak, że nawet Wam nie pokażę (spędziłam nad nimi cały niedzielny ranek, a potem popołudnie nad poprawieniem ich i wyszło tak:).


Set wytrzymał dwa tygodnie bez odprysku, ale już bardzo ostrożna byłam przy zachwycie. Zwyczajnie bałam się zapeszyć. Zrobiłam więc drugi set z kolorem z CC (kolor chodził za mną od jakiegoś czasu do tego jest gęsty, kremowy i pięknie się nakłada) Niestety set wytrzymał tydzień czasu i do dziś nie wiem czy winą było połączenie obu marek, tego, że kolor nie do końca się utwardził (odkryłam to całkiem przypadkowo przejechawszy paznokciem po kartce i zostawiwszy zielony ślad), czy może źle zmatowiłam płytkę przy tej zmianie. Nie wiem, już wnikać nie będę. Koloru się pozbyłam i położyłam (nieudolnie i na szybko) beżowy odpowiednik podkładu pod francuski manicure.

Po tygodniu (również robiły się odpryski,a ja byłam coraz bardzie zła) zdjęłam i w końcu zrobiłam prawilny set pomarańczowo nektarowy), na pseudo owalnych paznokciach i okazało się, że wytrzymało całe dwa tygodnie.


Spróbowałam więc znów z kwadratami, ale budowa wyszła mi jakoś koślawo, choć połączenie kolorystyczne bardzo mnie urzekło (pomijając moją nieudolność w robieniu pionowego ombre na paznokciach - na wzornikach łatwiej) Ta stylizacja również wytrzymała dwa tygodnie dając mi zdecydowanie za długie paznokcie.


Postawiłam teraz na króciaki, które mnie nie denerwują, ale kształtem też nie bardzo się podobają bo to ni kwadrat ni owal ni to sinokoperkowwy róż :P Do tego (bez zaskoczenia) dowiedziałam się, że moja lewa ręka nawet nie zamierza w współpracować w kwestii tak prostej jak robienie kropek sondą, czego rezultatem są bardzo, ale to bardzo koślawe stokrotki :P


W między czasie podszkoliłam się również ze zdobień, a nawet zaliczyłam kurs taki pół poważny. Z certyfikatem. I co z tego, że certyfikat jest w PDF i nie ma na nim informacji co dokładnie uczyłam się na kursie? Zdobienia zrobiłam wszystkie więc uważam, że zasłużyłam ;-)





środa, 26 lutego 2020

Ten wyjazd planowany

To już tradycja, pomyślałam sobie bukując urlop i bilety. Hah, tradycja, ledwie powielona po zeszłorocznym wypadzie, ale i tak w sumie miło by było taką tradycję sobie ogarnąć. Szczególnie, że w tym roku w tym dniu przypadał tłusty czwartek i wymigałam się w ten sposób od przynoszenia pączków do pracy (jak słowo daje, u mnie jak w przedszkolu, masz urodziny to przynosisz cukierki).

Zapakowałam się więc najpierw w autobus, a potem w pociąg wyobrażając sobie jakie to będzie fajne kilka dni.

Rzeczywistość zweryfikowała moja wyobraźnie już w przesiadce między pociągowej, kiedy to we Wrocławiu mój, jak się sam nazywa 'brat" zapomniał kompletnie o moim święcie lat trzydziestu trzech.

Zgorzelec przywitał mnie deszczem, a wręcz ulewą co dla mojego zasmarkanego i zakaszlanego Ja było jedynie znakiem, że ni cholery zdrowym na wyjeździe nie będziemy.

Cioteczka Toć to Anioł Nie Kobieta przyjęła mnie jak zwykle gościnnie i smacznie łącznie z babcią którą mocno wy przytulałam ;-)

Rozczarowaniem jednak wielkim okazał się Łojciec, który wzorem tego nazywającego się mym "bratem" totalnie zapomniał, że jego jedyne dziecko ma urodziny. W związku z powyższym tłusty czwartek był jedynie pełen pączków bez jednego słowa "najlepszego" od kochanego łojczulka jak i jego kobiety. Nie mówiąc już o tym, że mój dawny pokój woła o pomstę do nieba za każdym razem gdy tam jadę, a jedyne o co prosiłam to żeby nie było syfu (w związku z powyższym poza łóżkiem do niczego się w tym pokoju nie przyznaje..)

I zimno też było, bo kamienica, mojemu przeziębieniu ino w to graj.

Dwudziesty zatem przeminął pod znakiem szybkich zakupów na rynku, gorącej czekolady, trzech pączków i dwóch kawałków ciasta oraz przepysznych klopsików z ziemniakami w sosie. Poza tym nic. Aha, wyprowadziłam psa.


Piątek znów spędziłam u Cioteczki gdzie wymieniłyśmy się usługami jak za dawnych czasów. Ona mi pofarbowała włosy, a ja jej zrobiłam paznokcie (zwykłymi lakierami, bo cioteczka jakoś nie ma ochoty odmaczać hybryd). Wieczorem skoczyłam do Cioteczki nr 2 i dowiedziałam się, że jej jeden syn się ogarnął natomiast drugi nadal jest szczupły wysoki i wredny ;/ Strach się odzywać normalnie. Z wielkim żalem nie ruszyłam moich ukochanych pałeczek z kremem śmietankowym z Lidla, bo poprzednia Cioteczka tak mnie nakarmiła że od 15stej do nocy nie przełknęłam już nic :P



W sobotę w drodze do wspomnianego wyżej Lidla wywiało mnie na wszystkie strony, a także dowiedziałam się moi dawni nauczyciele (ona z podstawówki, on z liceum) nie ogarniają co to RODO i radośnie pokazują wszelkie zebrane dane osobowe na listach poparcia ludzi wcześniej wpisywanych ludziom później wpisywanym. Gdy moim oczom ukazało się z osiem nazwisk/adresów/peselów uznałam, że swoich danych nie zamierzam tam dorzucać, szczególnie gdy od niegdysiejszego historyka z liceum usłyszałam, że "RODO phfru...", bo to na czas wyborów (a poza tym dalej mam na niego focha za tróje na świadectwie maturalnym gdy ewidentnie wychodziła mi czwórka). Zadrżałam wewnętrznie nad głupotą ludzi i poszłam do domu, bo jeszcze chwila, a wiatr wywiałby mnie z powrotem do niemieckiego marketu.

Potem to już kaszlałam prychałam i rękoma przerzucałam węgiel, by mieć napalone i w miarę ciepło (w piwnicy węgiel był w 10 kg workach i ani pół łopaty zdatnej do użytku a nie byłam w stanie podnieść tego wora i przechylić). Odmówiłam wyjścia do knajpy z powodu właśnie powyższego. A gdy w niedziele wychodziłam rano na pociąg nie zostałam nawet pożegnana bo wróciwszy o trzeciej nad ranem spali sobie w najlepsze. Więc zostawiłam Łojcu buziaka na policzku i kartkę na stole i pognałam na peron.


Zgorzelec pożegnał mnie deszczem i ten cholerny deszcz przywiozłam aż do siebie.

Tak oto przebiegła moja tradycyjna urodzinowa wycieczka do Miasta Rodzinnego.

Wróciłam z mocnym postanowieniem, że więcej w lutym nie jadę, bo pizga ;/

poniedziałek, 18 listopada 2019

Koncert

Przybyliśmy trzy godziny wcześniej, by załapać się na obiad. Sfinksa nie polecam, szału ni ma za takie ceny. Poszliśmy na krótki spacer, ale nieuchronnie kierowaliśmy się do Katowickiego Spotka. Dopiero przy wejściu zorientowałam się jak wielka to jest impreza. Ochroniarze, obmacywanie, zaglądanie do toreb (mam to na co dzień w robocie, więc żadna nowość). Pani która mnie sprawdzała chyba znudziła się moją nadgorliwością, bo ani mnie nie obmacała ani nie dała do końca pokazać kieszonek w torebce, a trochę ich mam.

Koncert zaczął się jakieś 20 min po czasie, no ale jak na taką impreze przychodzi 8 (słownie osiem) tysięcy osób, to mają prawo porobić się korki w okół budynku. Szczególnie, że w wyniku tego brakło krzesełek i w rezultacie znaleźliśmy się pod samą sceną. Chociaż mnie powoli cierpliwość zaczynała się kończyć. Nie mniej jednak w końcu światła zgasły i zaczęło się.

Na pierwszy ogień poszedł motyw z Transformersów. Potem weszli Avengersi. Spłakałam się przy tym, bo ta seria dała mi wiele emocji. Rozglądałam się po scenie przyglądając się instrumentom, tym jak ludzie grają, patrzyłam urzeczona na chór, ale to wszystko było nic. Avatar i Piraci z Kraibów nie wywołali już łez, jedynie lekkie drżenie wargi.

Pan Krzysztof Iwaneczko jako solista dawał z siebie... no całego siebie, szczególnie przy "I see the fire" z Hobbita, jak szłam do domu, dziewczyna za mną skomentowała, że jeszcze nie widziała, żeby ktoś aż tak cieszył się, że zostanie spalony :P

Za to pierwsze skrzypce (ruda, długie proste włosy) naprawdę idealnie pasowała mi na osobę która gra pierwsze skrzypce. W ruchach jej włosów było widać tą cudowną pasję do muzyki.
To wszystko jednak nic. Naprawdę nic. Już później po prostu słuchałam głośnej muzyki, która psuła się za każdym razem gdy głośniej wchodziły trąbki, ale to może być wina siedzenia pod samymi głośnikami. Czekałam z utęsknieniem aż skończy się muzyka filmowa i zacznie ta część dla której naprawdę tam poszłam. A potem weszło to:
Two Steps From Hell - Inpossible
I serce zaczęło mi dudnić, łzy pocisnęły się do oczu. Bo mimo, że nie mam tego utworu w swojej playliście, słuchanie tego na żywo naprawdę mnie poruszyło (choć to znów mogła być wina siedzenia przy głośnikach). Dobrze, że było tak głośno, bo nikt nie słyszał jak w pierwszym rzędzie płakałam.

Drugiem utworem, który zagrali był:
Two Steps From Hell - Empire of Angels
I ponownie, brak utworu na mojej playliście, ale znam go doskonale. Moje serce ponownie załomotało i spłakałam się po raz kolejny tego dnia. 

Próbowałam coś zobaczyć, ale tak naprawdę widziałam głównie tylko cinematic tych utworów (Zaklęcie mówi, że włączył mi się YT w głowie :P) i parę twarzy z Pozaświata, w zasadzie dwie i wyglądało to raczej jak wspomnienie, a nie połączenie. 

Może gdybym dłużej miała zamknięte oczy...? 

Tak czy owak obudzona się nie czuję. 
Poruszona tak, ale nie obudzona. 

I mam bardzo duży niedosyt, to czytając "utwory wytwórni Two Steps From Hell" liczyłam na jakieś osiem... Dostałam dwa. 

Także to co najbardziej chyba zapamiętam z tego koncertu to łzy, łomotanie serca i za mało Stepsów!  

piątek, 7 czerwca 2019

Rapcia

Muszę się przyznać, że bałam się bardzo. No przeogromnie. A, jako, że jestem rybką to dualnie w tym samym momencie byłam święcie przekonana, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku! Ale do rzeczy.

Postanowiliśmy wyjechać na wakacje w maju, gdzieś w okolicach już marca Zaklęcie wpadł na pomysł pojechania samochodem. Ogarnął koszty i wybraliśmy auto. Mieliśmy dostać Toyotę Yaris, czerwoną do tego, więc mocno się przygotowywałam na taki właśnie samochód. Z racji oszczędnej części osobowości postanowiłam, że skoro mam tyle wydać na wynajmem auta to zahaczymy też Zgorzelec przed wyjazdem do Czech (wakacje zagramanicą, nie ma co, powodzi się :P), na urodziny mamy Zaklęcia (wspominałam Wam kiedyś, że moje Zaklęcie jest Czechem? :P )

W dniu wyjazdu jednak okazało się, że Yarisa jest w warsztacie (w Czechach właśnie) i w związku z tym dostaliśmy Skodę Rapid. Jak zobaczyłam ten wóz w internetach to normalnie przeraziłam się na maksa! Przecie to limuzyna, ja nie umiem takim wielkoludem jeździć!

Ale twardo postanowiłam jechać!

I okazałam się urodzonym kierowcą BMW! Już na samym wyjeździe z miasta wrypałam się na prawy pas zupełnie bez kierunku, a potem na lewy na rondzie, bo jakoś mi się nie ogarnęło, że to rondo jest dwu pasowe. Pan w samochodzie za mną chyba przeklina mnie do dziś. I ma do tego pełne prawo. Na swoją obronę powiedzieć mogę jedynie, że byłam tak przerażona wielkością tego auta, iż nie myślałam po kierowcowemu. Ubolewam i mocno przepraszam!

Na autostradzie byłam drugi raz w życiu, pierwszy raz na polskiej. Wedle Zaklęcia jeżdżę miodzio po trasie, tylko w mieście się gubię :P Pod Wrocław jednak dojechałam i potem zmieniłam się z Zaklęciem. Pozwoliłam mu prowadzić do Czech i po Czechach, podczas gdy ja z siedzenia pasażera zaznajamiałam się z Rapcią i przyzwyczajałam do jej gabarytów :)

Zaowocowało to pięknym powrotem do domu (łącznie z półtora godzinnym korkiem) kiedy po drodze w Zgolku zabraliśmy Cioteczkę Toć to Anioł Nie Kobietę :) Usłyszałam, że prowadzę pięknie i w ogóle Ciotencja ze mnie dumna. No nie powiem, serce pokraśniało ;-)

Wakacje się udały, czeskiego nadal nie umiem, choć sporo rozumiem ;-) Rodzinka Zaklęcia nadal przyjmuje mnie dość miło, a jego mama nadal totalnie nie przejmuje się tym, czy ją rozumiem, czy nie ^^

 Spokojnie, nie zjadłam tego sama ;P 




niedziela, 3 marca 2019

Zgorzelec - City

Tak ja wim, nie było mnie od groma czasu. Nie pisałam nic i tak się nie martwiliście :P Nie było mnie, bo w końcu wzięłam upragniony urlop i na cale sześć dni wyrwałam się z domu do.. domu.

Z okazji urodzin zrobiłam sobie sama prezent i dokładnie w ich dniu wsiadłam w pociąg do Zgorzelca. Pierwszym zaskoczeniem było, że przesiadka we Wrocławiu nie była pierwsza i jedyną. Węgliniec przywitał mnie małym zamieszaniem ale idąc za tłumem trafiłam w końcu do dobrego pociągu.

Gdy tylko zajechałam moja ciotencja Toś to Anioł nie Kobieta przywitała mnie obiadem i smacznym torto ciastem ;-) Siedziałam u nich do wieczora :)

Następne dni minęły pod znakiem spotykania się z ludźmi. Niestety mój guru od komputerów, kumpel z podstawówki/gimnazjum/ liceum nie miał dla mnie czasu, ale odwiedziłam Szwagrzycę i spędziłam trochę czasu z Łojcem :) Spacerów też nie ominęłam, co też czynie zawsze, sprawdzając jak bardzo zmieniło się moje miasto od ostatniego pobytu. Niestety już dawno stwierdziłam, że miasto może i moje, ale ludzie już nie. Zero znajomej twarzy na ulicach. Gdzież to oni wszyscy wybyli? Za to wygłaskałam koty i wyprzytulałam pieseła :) 


Jak wspomniałam spacer po mieście również mnie nie ominął :) 





Natrafiłam również na pijalnie czekolady, gdzie nie mogłam się zdecydować czy chcę kawę czy czekoladę, więc dostałam...  Kawę z Czekoladą xD 
Urlop niestety minął bardzo szybko i ani się obejrzałam, a trza było wracać do roboty. Nie ma jednak tego złego, bo w przerwie między pociągami, we Wrocławiu aż dwa razy (w tę i na zad) udało mi się spotkać z Nekusiem ;-) 

czwartek, 7 lutego 2019

Moje (byłe) pasje

Pamiętam, że od zawsze uwielbiałam coś robić. W ogóle uwielbiałam coś robionego. Nie kupionego. Coś stworzonego z czegoś innego, tak po prostu wyjątkowego. Bo ktoś przelał na to kawałek swojego czasu, swojej energii, swojej duszy. 

Odkąd pamiętam uwielbiałam postrzegać świat w nieco innych barwach, bardziej fantastycznych, wyobrażeniowych. Nasz świat realny też był piękny chwilami, więc zapragnęłam tak bardzo dzielić się z nim tym co widzę. 

Na osiemnastkę między innymi dostałam swój pierwszy, maleńki aparat cyfrowy. Pragnęłam dzielić się widzianym pięknem. Pokazać innym jak cudowne momenty można uchwycić. Swego czasu zamieniłam aprat na lepszy i potem jeszcze lepszy, ale wciąż czegoś mi brakowało. 
Widok ode mnie z balkonu z mieście rodzinnym
Kiedy pojechałam do UK, po wydaniu ćwierci pierwszej wypłaty na ukochany laptop (który teraz spędza swoją emeryturę u mojego łojca zupełnie nie używany), zajęło mi kolejne dwa lata na uzbieranie na porządny, niewiele droższy od laptopa aparat. Upatrzone lustro. Kupiłam też do niego kilka drobiazgów i razem z Krótkim wychodziliśmy na polowania. 



A czasem nawet nie wychodziliśmy bo przecież moją ukochaną techniką było (i nadal jest jeśli mam wybierać): macro. Ustawiałam więc plany zdjęciowe w domu, kombinując jak koń pod górę z pustym wozem. 

I pewnego dnia po prostu odłożyłam aparat i leży do tej pory. Potem przyszła pora na biżuterię, no bo przecież można to sprzedawać, a koro siedzę na bezrobociu to każdy funt się przyda. 


Niestety nie wyszło mi to ani jakoś specjalnie zajebiście, ani kokosów nie zarobiłam. Potem drut zupełnie przestał mnie słuchać i jak wiecie z posta o pentagramach mam z nim niezłe przejścia. 

W między czasie po uwielbiałam jeszcze robienie łapaczy snów i kotków ze skarpetek. Był także maleńki epizod z origami. 



Tak więc po zrobieniu kilku kotów, skarpetki mnie przestały lubić, zapewne dlatego, że je dźgam igłą. Zatem Nekuś obiecanego prezentu nie dostał, bo zwyczajnie mi wychodziło jakieś koślawe coś zamiast kota. Origami poszło do lamusa bo jednak nie okazało się takie fajne jak bym chciała. A moje zdolności manualne takie zdolne jak tego oczekiwałam. Łapacze porobiłam dla tych którzy je chcieli, nawet chyba dwa sprzedałam, ot interes życia. 

Nie mówiąc już o tym o czym pisałam poprzednio czyli pisanie jako takie. A nawet wiersze (!) 

No nie ma co. Twórcza ze mnie osoba.

Tylko co z tego skoro właśnie wszystko mi umknęło. Papier do origami leży gdzieś w teczkach, skarpetki noszone są na nogach, tasiemki leżą odłogiem tak samo jak druty i koraliki, aparat schowany głęboko w szafie. Pliki z pisaniem poukrywane w folderach, a zeszyty z wierszami na półkach. 

Czuje się tak jakoś nijako bez pasji, tak szaro i buro jak zwykły człowiek. A ja przecież całe życie pragnęłam najbardziej by być niezwykła!