środa, 26 września 2018

Zalatana

Ło jeruna jakam zalatana dziołcha ostatnimi czasy! Wszystko przez to, że prawie wsio mi się składa na październik. I tym sposobem praktycznie nie mam wolnego czasu dla siebie, bo ciągle coś załatwiam.

W zeszłym tygodniu w poniedziałek poleciałam zamawiać biurko dla Zaklęcia, żeby to swoje bydle komputerowe miał gdzie postawić jak już się wprowadzi, zaraz potem do galerii bo czegoś mi tam brakło, na koniec do lekarza ustalić termin wizyty do medycyny pracy.

We wtorek do domu wróciłam po 19stej mimo, że wylazłam o 5tej, a powodem tego był mój kochany LG. Wychodząc z pracy przesiadłam się na PKM w stronę Katowic. Dojechałam, lecę na przystanek KZKGOP. Na kartce od Zaklęcia mam wypisane autobusy które mnie do serwisu LG zawiozą. 15:18 - linia nr 37, 15:26 - linia nr 48, 15:30 - linia nr 12. No to przyleciałam i stoję. Jakież było moje zdziwienie gdy o pierwszej z wymienionych godzin przyjechała dwunastka. Ale mówię nic to, ludzi od groma wsiadło, zaraz będzie 37 nie będę się kisić.

Nic bardziej mylnego.

37 nigdy nie przyjechało, podobnie jak 48 za to minutę po widmowej czterdziestce ósemce zajechała kolejna dwunastka. Stwierdziłam, że skorzystam, byleby dojechać. Dwunastka niestety stara jak świat, ani ekran nie pokazuje przystanków ani Krystyna Czubówna ich nie czyta. W związku z powyższym chwała smartphon'owi zastępczemu (wielkie podziękowania dla Łojca z tej strony!) i internetowi z Play. Na koniec okazało się, że przystanków nie musiałam przecież liczyć, bo jak wjeżdżaliśmy na miejsce to taki jebutny napis z nazwą ulicy mnie przywitał, że ślepy by zauważył. Wpadłam więc ja do serwisu LG i tymi słowami się witam:
- Pragnę wyrazić me najszczersze ubolewanie
(Spojrzenie babeczki: heee? )
- z faktu iż mój ukochany telefon trafia do was już drugi raz w przeciągu roku.
- Co się stało? - pyta pani.
- Ten telefon jaja sobie ze mnie robi - poskarżyłam się. - Jakiś czas temu pisałam maila do serwisu z zapytaniem co zrobić jak mi głośnik ścisza. Poradzono mi format systemu, co odkładałam do momentu aż głośnika szlag jasny na ament w pacierzu nie trafił. W sensie, że nie działa (działa nie)
- Czyli głośnik pani nie działa zewnętrzny?
- Sekundę - uniosłam palec, wszak to nie koniec tej porywającej historii - Zrobiłam więc format a tu pyk, nadal nie działa ni w ząb. Poleżał więc tydzień w pudełku i teraz znów działa, ino zaś się ścisza, błagam zróbcie coś z tym.

Zostawiwszy telefon poszłam na kawę i doczekałam do 18stej by Zaklęcie choć przytulić zanim o domu pojadę. W domu dostałam oczywiście zjeby od Koty, więc musiałam środę poświecić na jej ugłaskanie :P

W czwartek jak burza wpadłam do domu po rzeczy, wcześniej cała logistykę ogarniając, celem niezbyt późnego dostania się do Wiedźmy Rodzicielki bo chciała bym ją odwiedziła. Zapakowawszy papierów stertę, firanki i bluzkę co miałam matce oddać wpakowałam się w autobus, podjechałam do centrum, do cukierni zaszłam i jeszcze na wcześniejszy autobus do Rodzicielki zdążyłam tyle że... ten akurat nie jechał na ten przystanek.

Trzeba Wam wiedzieć, iż Wiedźma Rodzicielka mieszka na zadupiu. Jakiejś wiosce przyklejonej dzielnicowo do miasta, która rozciąga się w około trzech kierunkach. Jeździ tam jedna linia autobusu i to czasami skręca tam, a czasami gdzie indziej, a czasami w ogóle zawraca na pierwszej pętli i ma wyjebane ^^

Siedzę więc sobie na przystanku i gadam ze spotkaną znajomą z angielskiego co się z nią uczyłam jakiś rok wcześniej, Pani Danusiu co tam słychać? W końcu podjechał mój autobus i bach wycieczka krajoznawcza. Zamiast mi skręcić tam gdzie powinien on se w drugą stronę odbił i sobie jedzie i podziwia. Dotarłszy do Matki tymi słowami się przywitałam:

- Matko moja kochana wyciągaj flachę pijemy!

Pochwaliwszy się, że umowę dostanę i obgadawszy kilka spraw stwierdziłam, że pora do domu autobusem o 20:45 coby się choć trochę wyspać, bo o czwartej wstaje. Stoję więc na przystanku czekam i czekam, a miętowego PKMu jak nie było tak ani widu. Cześć mamo to znowu ja. Po weryfikacji rozkładu jazdy okazało się, że zaczął się rok szkolny więc autobus mój był 20 min wcześniej, a następny będzie 21:21.

W końcu zasiadłam jak na tronie i gadając z Magiem na fb pognałam w ciemną wycieczkę krajoznawczą. Serio tak długą trasą to ja z tej wioski jeszcze nie jechałam. Tym bardziej stało się awkward, kiedy okazało się, że jestem jedynym pasażerem :P Pan kierowca miał za to totalnie wyjebane i puszczał sobie ostro ACDC na całą parę. Tutaj mamy nowoczesne autobusy więc u mnie zawsze gada gdzie jedziemy, nawet jak zepsuty jest ekran. W pewnym momencie słyszę nazwę "Jeleń, centrum handlowe". Se myślę, galeryja jakaś na wiosce. Patrzę przez okno, a tam... biedronka ^^ Do domu dotarłam kawałek po 22. Średnio wyspana poszłam do pracy, by dowiedzieć się, że do domu od razu nie wracam bo telefon mam do odebrania.

I kolejny raz KZKGOP, alem teraz już mądra dziołcha i od razu wiedziałam, że co podjedzie to mam wsiadać. Nawet na zegarek nie patrząc. Tym razem okazał się zaginiony wtorkowym popołudniem autobus 37 :P

Tyle na dziś moi drodzy :)

Aha, kawa mrożona z pistacjami z Costy - byle jaka, nie polecam. Za to sernik dobry :)

czwartek, 13 września 2018

Jak też i wtorki i środy

Cioteczka, Toć to Anioł Nie Kobieta poleciła mi dać kotu lekarstwo, dałam i Miziaka już znów cała szczęśliwa i jakby bardzie tulaśnia odkąd biegunka się skończyła. Obyło się bez alarmowania weterynarza. 

Za to znów śpię na raty, bo: 
- Ej, jestem głodna
- Ej, znów jestem głodna
- Ej, nudzę się
- Ej pomiziaj
- Ej, jest piąta rano, czemu jeszcze śpisz
- Miau, pomiziaj 

We wtorek już poszłam na przystanek o odpowiedniej porze, toteż spokojnie wsiadłam do autobusu. Usadowiwszy się zaraz za kierowcą, odpaliłam sobie epic music (bo jestem na zastępczym to nie chce mi się książki odpalać, ze swoim LG jadę dopiero we wtorek do serwisu) i zamknęłam oczka pod okularami przeciwsłonecznymi. Jak słowo daje, ten wrzesień to gorzej jak czerwiec! 

Po kilku przystankach wsiadł pan i do kierowcy coś tam mówił. Nie słyszałam co, otwierając tylko jedno oko zresztą. Gorzej, że potem pan mówił coś do mnie. No to zdjęłam słuchawki i grzecznie proszę by pan powtórzył. 

- Czy mogłaby pani zadzwonić po karetkę bardzo boli mnie w klatce. 
- Ojoj... - tyle mi się wyrwało.

Chwyciłam za telefon, ręce mi się zaczęły trząść, bo przecież kurde! Pani zadzwoni po karetkę, a my jedziemy w autobusie. Będę musiała z panem wysiąść i poczekać, a co jeśli pan zemdleje?! Przecież ja nie zdałam resuscytacji, bo miałam blokadę psychiczną i nie mogłam się za cholerę przekonać, by nadmuchać Adasia. Nie mówiąc już o tym, że spóźnię się do pracy, a jaki tam był numer? A już wiem 911, zaraz kutwa, Vill w Polsce jesteś! To 112 czy 999?! Help me someone! 

Zanim się zorientowałam pan kierowca zjechał na pobocze i zadzwonił po karetkę. Moje telepotanie się jeszcze wzrosło nie wiedzieć, czy z obawy, że pan się źle czuje (przecież nie udzielenie pomocy jest karalne!) czy z tego ze spóźnię się do roboty. No nie tylko ja się spóźnię, bo spóźni się cały autobus. Zadzwoniłam więc do szefowej i powiedziałam, że mam postój autobusu i możliwe, że się spóźnię. 

Po 17 minutach wyczekiwania zabrał nas drugi miętowy PKM jadący w tę stronę i stający na przystanku, który potrzebuje. Karetka przyjechała praktycznie w tym samym czasie. Do pracy na wpół biegłam (należy pamiętać, że od przystanku mam jeszcze kwadrans spaceru). Na pikaczu odbiłam się spóźniona dwie minuty, spocona zziajana i zdenerwowana. 

Na koniec dnia dostałam SMSa, że paczka dla mnie czeka na poczcie. Kurde. Otwieram przymierzam. Za duże. Mattaku, kolejna odsyłka kolejne 11 zł w plecy. Nie kupię więcej spodni przez neta!

Idąc do pracy środowym popołudniem natknęłam się na przystanku na pana klęczącego i wywijającego wszystkimi kończynami. Pamiętaj Vill, że nie udzielenie pomocy jest karalne. Podeszłam więc do pana, smucąc się w duchu w stronę drugiego pana, który uciekł autobusem, a wcześniej tylko się przyglądał. Zapytałam, czy panu pomóc trzeba, po karetkę zadzwonić (Ichi mnie przestrzegł, żebym zawsze pamiętała, że karetka to NFZ, a NFZ to zło, a zło to 666 tylko zakamuflowane więc 999 xD). Pana za chiny zrozumieć nie można było, tak bardzo był niepełnosprawny. Sam na przystanku, bez opieki. Pomogłam mu wstać i posadziłam na ławce. Udzieliłam pomocy! Pytam po raz ósmy czy zadzwonić po karetkę, pan kręci głową przecząco, więc mówię mu, że idę do pracy, on pokiwał głową coś tam po bełkotał i poszłam. 

W robocie złapałam koleżankę, która idzie na ten sam przystanek i z niego jedzie do domu. Ona mi powiedziała, że zna tego pana i że on jest niepełnosprawny, ale sobie radzi, także nie mam się czym martwić, ale przecież nie udzielenie pomocy jest karalne. Ale udzieliłam. Posadziłam pana na ławce. Dziś muszę zapytać koleżanki czy jeszcze był, jak szła na przystanek. 

Za to ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, gdyż jest dopiero wrzesień, dostałam skierowanie na badania wstepne i kwestionariusz osobowy, znakiem, że chyba dostanę umowę. 

In other news, mój Promyczek z fabryki z UK wyjeżdża do USA do chopa. Jestem w szoku, ale ona jest mocno przekonana. Zresztą co ja mogę marudzić? Sama zrobiłam coś podobnego. Mam tylko nadzieję, że pójdzie jej lepiej niż mnie z Krótkim. 

A skoro już o chopach mowa. Wielkie dylematy mam przemeblowaniowe, bo Zaklęcie wprowadza się od października i potrzebujemy trochę mebli kupić. 

wtorek, 11 września 2018

Te poniedziałki parszywe

Poniedziałek to powinien mieć w swej definicji na wikipedii zawarte zdanie, że jest to dzień, który daje ulgę, jak już się kończy. Zwykle właśnie w poniedziałki zdarzają się jakieś masakryczne rzeczy, które w skali tygodnia są najbardziej zapamiętane.

U mnie zaczęło się od nocy. Kot mój pięć razy (i wcale nie koloryzuje) był w toalecie. Przy moim słabym śnie za każdym razem, gdy próbowała się po tym dokopać do chin, dokopywała się jedynie do większych moich nerwów.

Nerwów, które przerodziły się w przerażenie, gdy już obdarta ze snu zauważyłam, że kota moja ma biegunkę. Oczywiście naczytałam się w internecie przeróżnych rewelacji na ten temat i, swoim zwyczajem, podniosłam alarm.

Wszystko jednak po kolei. Kiedy w końcu usnęłam (chwała mojej robocie za popołudniówki w tym tygodniu) obudził mnie nie dźwięk budzika a cholerne nachalne wibracje. Zdziwiona przeogromnie postanowiłam sprawdzić o co kaman. Ustawiłam budzik na za pięć minut i zadzwonił normalnie. Po czym okazało się, ze jak chciałam sobie puścić książkę na głośnik to usłyszałam głuchą ciszę. Ponowne uruchomienie telefonu dało pięć może dziesięć sekund dźwięku po czym głośnik wysiadł na ament. W związku z powyższym, jako, że do otwarcia banku miałam jeszcze trochę czasu, zrobiłam format systemu (jak radziło mi LG) . Niestety najwyraźniej mój Windows na kompie ma się nijak do androida i format dysku C nie pomógł. ŻARCIK :P A tak poważnie to format telefonu nie dał zupełnie nic (poza tym, że wsio należy poustawiać na nowo), czyli nie oddał mi dźwięku w głośniku (o dziwo na słuchawkach działa), a zatem w przyszły wtorek zamierzam się napaść na serwis LG i ładnie ich poprosić by wzięli i się moją gwarancją grzecznościową zajęli (dochodzę do wniosku, że więcej LG nie kupię, opatuliłam go pancernie by mu się krzywda nie stała, a on już drugi raz wyląduje w serwisie nie mając jeszcze dwóch lat na karku!).

Podczas gdy kota moja odpoczywała po nocce w kuwecie, ja poleciałam do banku dowiedzieć się co u licha za aneksy oni chcą bym podpisywała. Na sam przód dowiedziałam się, że zielony bank zachodni od wczoraj stał się czerwonym bankiem Santander. Na dzień dobry pani mnie zagadała z ofertą nowego konta (nie po to przyszłam kurde) po czym kazała mi się zalogować do internetowego konta tego co mam, żebym jej pokazała o jaki mail od nich chodzi (no sorki nie pamiętam hasła, a wy nie macie wejścia od swojej strony?), na koniec zostało o mnie wysłane hasło re-startowe na SMSa (które nie dotarło do mnie do dziś:P) i jednak udało się ujrzeć (od strony pani Joanny - doradcy) co to za aneksy oni ode mnie chcą. Reasumując: Są to dokumenty (odświeżenia umowy?) dla osób które zakładały konta przed 2014 (no ja to konto zakładałam jeszcze jak oni byli kredyt bankiem i byli niebiescy), jeśli je podpiszę (oczywiście bezpłatnie) nic się nie zmieni dla mnie z tego tytułu. Jeśli je nie podpiszę (również bezpłatnie) tak samo nic się nie zmieni. Jednym słowem - zawracanie dupy.

Straszliwie przerażona apatią mojego kota i wkurzona na LG za ponowne zepsucie się, poczłapałam się na przystanek do pracy, by dowiedzieć się, że zaczął się rok szkolny i mój autobus jest przestawiony o całe 10 minut (jak ja uwielbiam kwitnąć na przystanku, takie ładne kwiatki mi wtedy rosną z paznokci :P).

Kiedy już w końcu dojechałam do roboty, po drodze pisząc SMSa do Taty z serdecznym podziękowaniem za Szajsunga J3 który jest obecnie moim telefonem zastępczym, dowiedziałam się, że magazyn znów coś popierdolił. I tak pierwszą godzinę roboty wyjaśniałam sprawy: braki które byłam pewna, że włożyłam do pojemnika nadwyżki które przyszły cholera wie dlaczego skoro korekta była zrobiona poprawnie i tego typu bezedury. Słowem zawracanie dupy . Jak tak dalej pójdzie szefowa znów mi przyjdzie, że mało korekt robię, ale jak tu robić więcej, jak się takie cyrki dzieją?

Miejmy nadzieję, że wtorek przyniesie mniej spraw i więcej korekt. Kota wygląda na zdrową, więc dałam jej tylko lekarstwo na dolegliwości jelitowe i miejmy nadzieje, że jej się poprawi.
A co u Was słońca i skarby? Jak Wam minął poniedziałek?

czwartek, 6 września 2018

O tym jak popsułam oj bardzo bardzo

Wtorkowy wieczór, siedzi sobie Vill przy stoliku i trzaska zwroty. Otwiera już chyba któryśset z kolei i widzi cztery litry jakiegoś soku. No super. Raz ze jakiś sok w lekach, dwa, że to gabaryt na pewno, trza będzie naklejkę dodać na magazyn konkretny przypisać słowem trochę więcej roboty niż zwykle, ale nie tak znowu dużo.

Cztery sztuki, z czego trzy w porządku. Sprawdzam standardowo serię, datę ważności. O Shit! Krótka data, a to jest gabaryt, na normalna przecenę to nie pójdzie. Pamiętam, jak mi wcześniej w podobnej sytuacji system robił problemy, jakby ktoś kto go tworzył nie przewidział, że wielkim rzeczom też może się skończyć przydatność do spożycia (dwoją drogą, wiecie, że nawet pieluchy mają datę ważności?)

Aha no tak i zapomniałabym o jednym drobnym szczególe. Mianowicie, że producent chyba się naćpał, bo nie wiem kto normalny wytłacza na produkcie datę ważności i serię, ale kodu kreskowego już nie. W tym konkretnym napoju był on przyklejony cholerną ulotką. Ulotką, która oczywiście była zagubiona w akcji na jednym z towarów i która akurat musiała zginąć na tym z krótką datą (chociaż gdyby brakowało jej na innych sytuacja byłaby taka sama).

Zaaferowana byłam. Przyznaje się bez bicia. W pamięci zakamarkach próbowałam odszukać recepturę na wysłanie krótkiej daty poprzez magazyn towarów wielkogabarytowych.

A powinnam pomyśleć.
A powinnam zastanowić się logicznie.
A powinnam ochłonąć.
A powinnam zapytać.
A przede wszystkim powinnam odesłać!

Ale co tam. Vill sobie towar przyjęła, co z tego, że nie było kodu do skasowania. Przecież zawsze można skasować kod z innych tych samych towarów, czyż nie? (no nie, tak gwoli ścisłości, zwłaszcza jak jest różnica w serii!).

Jakaś była moja radość, gdy system przyjął mi Gabaryt na zwykły magazyn przecen (z powodu krótkiej daty). Hura Hura i chwalmy system.

Na drugi dzień towar do mnie wrócił z powodu że bez kodu. No super i co ja mam teraz z tym fantem zrobić?

1) Zadzwoniłam grzecznie do apteki z zapytaniem czy Pani może mi to wymienić (apteki i tak nakładają swoje kody). Niestety nic z tego, gdyż albowiem ponieważ pani zamawiała te konkretne cztery sztuki i te odesłała bo jednak pacjent się rozmyślił, co za tym idzie choćby chciała to nie ma innych na wymianę.
2) Poleciałam na magazyn coby ogarnąć czy ulotkę ową można jakoś zeskanować, skserować, cokolwiek, ja się pytam co za debil umieszcza kod kreskowy na ulotce która tak łatwo może się oderwać?!. No nie, kopiowanie nie wchodzi w grę z powodu kolorystyki i foliowania owej ulotki.

Zostało mi już ino jedno wyjście.

3) Polazłam z pokorną miną do kierowniczki, przepraszając jak to bardzo popsułam bo wiem, wiem oh na bogów wiem już teraz, mądra ja po szkodzie, iż powinnam to odesłać, zamiast przejmować. Oh tak strasznie mi przykro jak ja już mądrzejsza jestem o tą wiedzę, szkoda, że tak późno. Co? Nie, nie wiem ile to kosztuje. Aha, dobrze, dziękuję.

Pani kierownik stwierdziła, że jak nie ma szans odzyskać kodu to mam dać towar do utylizacji (skoro to ino litr), ewentualnie mogę go sobie sama wypić :P

poniedziałek, 3 września 2018

Festiwal świetlnej Energii

Cześć, w zasadzie to przyszłam podzielić się kilkoma filmikami odnośnie niedawnego festiwalu dobrej energii który został zorganizowany przez dostawce prądu u mnie w mieście w centrum i w parku. Byłam tam w sumie na sam koniec (dojechałam z pracy dopiero na dwudziestą trzecią), ale niektóre rzeczy wyglądały naprawdę magicznie :)
Grzybki halucynki xD 

Muzyczno świetlny taniec na budynkach :) 

Oczywiście nie mogło zabraknąć kotów :)