W zeszłym tygodniu w poniedziałek poleciałam zamawiać biurko dla Zaklęcia, żeby to swoje bydle komputerowe miał gdzie postawić jak już się wprowadzi, zaraz potem do galerii bo czegoś mi tam brakło, na koniec do lekarza ustalić termin wizyty do medycyny pracy.
We wtorek do domu wróciłam po 19stej mimo, że wylazłam o 5tej, a powodem tego był mój kochany LG. Wychodząc z pracy przesiadłam się na PKM w stronę Katowic. Dojechałam, lecę na przystanek KZKGOP. Na kartce od Zaklęcia mam wypisane autobusy które mnie do serwisu LG zawiozą. 15:18 - linia nr 37, 15:26 - linia nr 48, 15:30 - linia nr 12. No to przyleciałam i stoję. Jakież było moje zdziwienie gdy o pierwszej z wymienionych godzin przyjechała dwunastka. Ale mówię nic to, ludzi od groma wsiadło, zaraz będzie 37 nie będę się kisić.
Nic bardziej mylnego.
37 nigdy nie przyjechało, podobnie jak 48 za to minutę po widmowej czterdziestce ósemce zajechała kolejna dwunastka. Stwierdziłam, że skorzystam, byleby dojechać. Dwunastka niestety stara jak świat, ani ekran nie pokazuje przystanków ani Krystyna Czubówna ich nie czyta. W związku z powyższym chwała smartphon'owi zastępczemu (wielkie podziękowania dla Łojca z tej strony!) i internetowi z Play. Na koniec okazało się, że przystanków nie musiałam przecież liczyć, bo jak wjeżdżaliśmy na miejsce to taki jebutny napis z nazwą ulicy mnie przywitał, że ślepy by zauważył. Wpadłam więc ja do serwisu LG i tymi słowami się witam:
- Pragnę wyrazić me najszczersze ubolewanie
(Spojrzenie babeczki: heee? )
- z faktu iż mój ukochany telefon trafia do was już drugi raz w przeciągu roku.
- Co się stało? - pyta pani.
- Ten telefon jaja sobie ze mnie robi - poskarżyłam się. - Jakiś czas temu pisałam maila do serwisu z zapytaniem co zrobić jak mi głośnik ścisza. Poradzono mi format systemu, co odkładałam do momentu aż głośnika szlag jasny na ament w pacierzu nie trafił. W sensie, że nie działa (działa nie)
- Czyli głośnik pani nie działa zewnętrzny?
- Sekundę - uniosłam palec, wszak to nie koniec tej porywającej historii - Zrobiłam więc format a tu pyk, nadal nie działa ni w ząb. Poleżał więc tydzień w pudełku i teraz znów działa, ino zaś się ścisza, błagam zróbcie coś z tym.
Zostawiwszy telefon poszłam na kawę i doczekałam do 18stej by Zaklęcie choć przytulić zanim o domu pojadę. W domu dostałam oczywiście zjeby od Koty, więc musiałam środę poświecić na jej ugłaskanie :P
W czwartek jak burza wpadłam do domu po rzeczy, wcześniej cała logistykę ogarniając, celem niezbyt późnego dostania się do Wiedźmy Rodzicielki bo chciała bym ją odwiedziła. Zapakowawszy papierów stertę, firanki i bluzkę co miałam matce oddać wpakowałam się w autobus, podjechałam do centrum, do cukierni zaszłam i jeszcze na wcześniejszy autobus do Rodzicielki zdążyłam tyle że... ten akurat nie jechał na ten przystanek.
Trzeba Wam wiedzieć, iż Wiedźma Rodzicielka mieszka na zadupiu. Jakiejś wiosce przyklejonej dzielnicowo do miasta, która rozciąga się w około trzech kierunkach. Jeździ tam jedna linia autobusu i to czasami skręca tam, a czasami gdzie indziej, a czasami w ogóle zawraca na pierwszej pętli i ma wyjebane ^^
Siedzę więc sobie na przystanku i gadam ze spotkaną znajomą z angielskiego co się z nią uczyłam jakiś rok wcześniej, Pani Danusiu co tam słychać? W końcu podjechał mój autobus i bach wycieczka krajoznawcza. Zamiast mi skręcić tam gdzie powinien on se w drugą stronę odbił i sobie jedzie i podziwia. Dotarłszy do Matki tymi słowami się przywitałam:
- Matko moja kochana wyciągaj flachę pijemy!
Pochwaliwszy się, że umowę dostanę i obgadawszy kilka spraw stwierdziłam, że pora do domu autobusem o 20:45 coby się choć trochę wyspać, bo o czwartej wstaje. Stoję więc na przystanku czekam i czekam, a miętowego PKMu jak nie było tak ani widu. Cześć mamo to znowu ja. Po weryfikacji rozkładu jazdy okazało się, że zaczął się rok szkolny więc autobus mój był 20 min wcześniej, a następny będzie 21:21.
W końcu zasiadłam jak na tronie i gadając z Magiem na fb pognałam w ciemną wycieczkę krajoznawczą. Serio tak długą trasą to ja z tej wioski jeszcze nie jechałam. Tym bardziej stało się awkward, kiedy okazało się, że jestem jedynym pasażerem :P Pan kierowca miał za to totalnie wyjebane i puszczał sobie ostro ACDC na całą parę. Tutaj mamy nowoczesne autobusy więc u mnie zawsze gada gdzie jedziemy, nawet jak zepsuty jest ekran. W pewnym momencie słyszę nazwę "Jeleń, centrum handlowe". Se myślę, galeryja jakaś na wiosce. Patrzę przez okno, a tam... biedronka ^^ Do domu dotarłam kawałek po 22. Średnio wyspana poszłam do pracy, by dowiedzieć się, że do domu od razu nie wracam bo telefon mam do odebrania.
I kolejny raz KZKGOP, alem teraz już mądra dziołcha i od razu wiedziałam, że co podjedzie to mam wsiadać. Nawet na zegarek nie patrząc. Tym razem okazał się zaginiony wtorkowym popołudniem autobus 37 :P
Tyle na dziś moi drodzy :)
Aha, kawa mrożona z pistacjami z Costy - byle jaka, nie polecam. Za to sernik dobry :)



