Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Jezioro


Revelation By Dimotai

Powoli opadała. Włosy falowały wokół jej twarzy. Wyciągnęła rękę w górę, jakby chciała chwycić księżyc, albo złapać mężczyznę, który wypuścił ją z objęć. Zacisnęła pięść, jakby chciała zatrzymać wspomnienie…

Jego zimne dłonie obejmujące jej plecy. Serce bijące z ekscytacji, kiedy oparła ręce o jego tors w geście obrony. Wiedziała, że go nie odepchnie. Nie była już tak silna jak kiedyś. Nie wiedziała, czy znów będzie. Niczego nie wiedziała. Jego teren. Proszę odejdź. Nie chcę krzywdy… Krzyk i ból kiedy wbił kły. One zawsze są głodne. Nie weź wszystkiego...

Tafla zamknęła się za nią. Czy wiedział, że jeszcze żyła? W okół niej, robiło się coraz ciemniej, coraz zimniej. Kim był? Czy był to od zawsze…? Czy istniał od czasu Harpii i Syren, czy może skądś przywędrował? Nawet nie zdążyła go poznać…

Delikatnie opadła na dno pentagramu. Dotknęła prawą dłonią gładkiego kamienia. Fiolet rozjarzył się jak głodne oczy bezimiennego mężczyzny, który wrzucił ją do jeziora jak zużytą zabawkę. Moc, którą tak pieczołowicie i z ledwością zamknęła w krysztale wepchnęła się w nią najpierw pojedynczym strumieniem, aż w końcu cała falą.

Dzika i nieokiełznana.

Fioletowe żyły pojawiły się na jej nadgarstku i wystrzeliły w stronę ramienia. Poczuła wypełniającą ją moc. Wrzasnęła i przed oczami zobaczyła fioletowo zabarwione bąbelki. W panice zerknęła w lewo, żyły ozdobiły już lewą rękę. Czuła, jak policzki palą ją od napływającej magii, jak skóra pęka, jak moc sączy się przez pęknięcia wokół ust. Wiedziała, że jest za słaba by ją teraz utrzymać.

Mocno odbiła się stopami od dna i wystrzeliła w górę jak z armaty. Nawet nie zauważyła czy wzięła haust powietrza gdy znalazła się nad jeziorem. Dłonie paliły ją żywym ogniem. Błyszczące fioletem oczy skierowała na odchodzącego mężczyznę.

- Uciek...aj… - wydobyło się z niej zwielokrotnionym głosem.

Obrócił się i uniósł głowę patrząc na nią. W jego czerwonych oczach najpierw zobaczyła zaskoczenie, a potem lęk. Czuła jakby zaraz ją miało rozsadzić. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, a jego kły błysnęły w świetle księżyca. Poczuła, jak koło oka pękła jej skóra. Powiedziała więc pierwsze co przyszło jej do głowy. Zamknęła w słowa początek zaklęcia które nie istnieje.

- System Call – zabrzmiało to jak „systemu kolu”

Wsunąć fiolet w ramy, okiełznać nieokiełznane, nazwać nienazwane. Uciekaj! Chciała krzyknąć, ale miast tego z jej ust wydobyło się wiązanie. Fioletowe skrzydła wystrzeliły z jej pleców

- Salamandra!

Kiedy ametystowy ogień opadł, a jej stopy dotknęły ziemi, na śniegu pozostała tylko nadpalona trawa wokół kupki popiołu. Vill spojrzała na to i zapłakała. Chwile później ciemność pochłonęła jej jestestwo, a ostatnie co poczuła, to zimna tafla wody zamykająca się nad nią i ostatni chłodny płatek śniegu głaszczący jej policzek tuż przed tym...

środa, 25 grudnia 2019

A spróbuj na nowo

- Spróbuj na nowo - powiedział Znaczek
- Ale jak na nowo, przecież stracę ich wszystkich... Neila, David, Elenea... Inuki?
- Pewnie tak, ale niektórzy z nich może się odnajdą - odparł - skoro od dwóch lat nie możesz odzyskać PozaŚwiata to spróbuj stworzyć nowy.

Czasem biorę sobie cudze rady do serca...

Sybrid - Planinski Briz | EPIC VOCAL ACTION

Zamknięte oczy. Pustka. Nicość i dryfowanie w ciemności. Ręce i nogi szukające oparcia i wszechobecny spokój. Uczucie zbliżania się czegoś W oddali jakby śpiew... Kilka głębokich oddechów... i uczucie opadania...

Nagle stopy dotknęły podłoża, rozpoczęła bieg. Trawa, była zielona i zdrowa, po prawej minęła jezioro, kątem oka zauważyła je i już wiedziała, że będzie ważne. Przyśpieszyła. Przeskoczyła kilka pomniejszych skałek i biegła dalej. Trawa, kwiaty, jasne niebo, słońce, w oddali śpiew, fortepian i bieg!

Wpadła między drzewa. Śpiew wzmógł się i nagle leciała. Ptasie skrzydła harpii rozłożone były na pełną szerokość, leciała w stadzie, była Harpią, była stadem, była radością odkrywania, wiatr szumiał w jej piórach. Szybowała, wzlatywała i opadała. Głęboki wdech...

...Znów śpiew i kopyta dotknęły piachu, wiatr czesał grzywę kiedy w stadzie koni przebiegała plażę. Po prawej miała białe klify, po lewej szumiące morze Radość odkrywania, radość nowości, radość wolności. Zarżała wyszczerzona. 

Troszkę zwolniła oglądając zarośnięte puszczą ruiny kolumn i niedawnych budynków. Wbiegła na okolone trawą schody i minęła kamienną bramę, trawa połaskotała ją w łydki, kiedy na chwile się zatrzymała i przeszła w marsz...

.... Woda była przyjemnie słona kiedy wraz z innymi syrenami skakała między falami, słońce mieniło się iskierkami w ich włosach i jej ogonie, wszystkie były uśmiechnięte, fale napierały, a one ścigały się z wodą i same ze sobą.Coraz szybciej i szybciej by wyprzedzić koleżanki...

... Widziała z góry stado syren, kiedy wiatr przeczesywał jej harpie pióra, jakiż to był cudowny widok! 

Śpiew i wrzask odkrywania, ponownie była w wodzie, szybciej, szybciej, by wyprzedzić rybie siostry... Wyskoczyła w górę i łukiem zanurkowała. Szybciej!  I już wiedziała, że zostaną w tyle, ponieważ napędza ją moc odkrywania...

... i nagle skończyło się morze. Odwróciła się gwałtownie i jednocześnie zawisła w przestrzeni. Świat był dyskiem na wielkiej skale pełnej kryształów. Jeszcze się tworzył. Uśmiechnęła się tylko zadowolona, wyczerpana biegiem i szczęśliwa... 

środa, 27 listopada 2019

Widziałam nuty...


Bezkres ciemności.

Gdzieś bardzo daleko błyszczą gwiazdy

Droga mleczna usłana jest ciszą, planety milczą

Czas.. kierunki.. i przestrzeń… nie istnieją

Bezkresny, bez grawitacyjny bezwład

Uczucie dryfowania...

Była nigdy.. i nigdzie..

Nagły, pierwszy oddech!

***
Otworzyła oczy gwałtownie od razu usiadła. Pokój był w opłakanym stanie. Wielkie łoże z baldachimem połamane. Ciężkie zasłony przy oknach pozrywane. Za szybą panowała ciemność. Komoda z ciemnego drewna była przewrócona, nie miała dwóch nóg, leżały nieopodal. Lustro toaletki rozbite, kawałki szkła ozdabiała krew. Na podłodze kilka porwanych ubrań. Przewrócone krzesło nie dawało się już do niczego. Dywan był podarty, jakby poharatany szponami. Rozglądała się po pomieszczeniu próbując ustalić co właściwie się stało, czuła przerażenie. Bolała ją głowa, a w gardle ugrzązł wrzask. Objęła się ramionami.

Dostrzegła długi sztylet na dywanie, leżący na zerwanej zielonej zasłonie niczym na ołtarzu, zupełnie jakby chciał by go wzięła. Patrzyła przez chwilę na niego, a serce chciało wyskoczyć jej z piersi. Ostrze upstrzone było posoką, rękojeść z ciemnego zdobionego drewna nawoływała by ją chwycić. Widok był hipnotyzujący, przyciągający, pełen chciwości. Pełen mroku i niebytu. Wyciągnęła drżącą dłoń w jego stronę ale się zawahała. Kosmyk czerwonych włosów opadł jej na twarz, nawet tego nie zauważyła. Nóż wołał a ona tak bardzo chciała go wziąć jak bardzo uciec stąd do nigdy i nigdzie. Trzymając rękę nad bronią, czuła dziwne dygotanie powietrza, jakby wypełniony był czymś więc niż tylko stalą i drewnem.

Chwyciła rękojeść w zakrwawioną dłoń.

***
Z ledwością uniknęła ciosu siedemnastolatki o długich czarnych włosach. W czerwonych oczach dziewczyny kryła się szczera nienawiść. Próbowała unikać ciosów i nienawiści, bolała ją..

- Nienawidzę Cię! - wrzeszczała Celestial – Nienawidzę tego jaka jesteś słaba! Wszyscy przez Ciebie umrzemy!

Została pchnięta na krzesło, pod plecami usłyszała trzask mebla. Od turlała się dokładnie na sekundę przed kolejnym uderzeniem. Zerwała się tylko po to by trzasnąć o ścianę. Chwyciła się zasłony i razem z nią upadła na ziemię.

- Przestań Celestial!

Została pchnięta na toaletkę. Lustro roztrzaskało się na jej policzku. Przestała unikać, zaczęła się bronić, atakować. Babka uderzyła o ramę łóżka, ale naprawdę szybko się pozbierała. Kolejny doskonały unik Pani Rodu. Nie ważne skąd nadchodziły ataki, ona zawsze unikała, a jej czerwone oczy jarzyły się złowrogo. Cios o włos uniknięty trafił w komodę. Czerwonowłosa odłamała dwie nogi.
- Wbije Ci to w serce jeśli nie przestaniesz – ostrzegła.
- I tak zginiemy przez Ciebie – wrzasnęła tamta, dopadając do toaletki. Wyrwała coś z szuflady i obróciła się z mordem w oczach.
- Nie możesz! - zawołała Vill. - Nie rób tego!
- Przestań, Celestial, nie..
Uderzenie łokciem w brzuch pozbawiło ją tchu, sierpowy w brodę sprawił, że zachwiała się na nogach. Już .. już sięgała w stronę baki kiedy poczuła nagłe ukłucie. Zabolało. Wszystko zamarło na chwilę, spojrzała w dół… Potem podniosła zbolałe spojrzenie na Panią Rodu i jęknęła. Odrzuciła głowę w tył, jej oczy poczerniały.

Ostatnie, co zapamiętała, to czarne skrzydła wyskakujące jej z pleców.

***
Łza pociekła po bladym policzku, kiedy siedziała na podłodze wśród połamanych mebli i tuliła sztylet do siebie jakby miał dodać jej otuchy. Powoli wstała, podeszła do okna i zapatrzyła się w bezkresną ciemność za szybą…

poniedziałek, 18 listopada 2019

Koncert

Przybyliśmy trzy godziny wcześniej, by załapać się na obiad. Sfinksa nie polecam, szału ni ma za takie ceny. Poszliśmy na krótki spacer, ale nieuchronnie kierowaliśmy się do Katowickiego Spotka. Dopiero przy wejściu zorientowałam się jak wielka to jest impreza. Ochroniarze, obmacywanie, zaglądanie do toreb (mam to na co dzień w robocie, więc żadna nowość). Pani która mnie sprawdzała chyba znudziła się moją nadgorliwością, bo ani mnie nie obmacała ani nie dała do końca pokazać kieszonek w torebce, a trochę ich mam.

Koncert zaczął się jakieś 20 min po czasie, no ale jak na taką impreze przychodzi 8 (słownie osiem) tysięcy osób, to mają prawo porobić się korki w okół budynku. Szczególnie, że w wyniku tego brakło krzesełek i w rezultacie znaleźliśmy się pod samą sceną. Chociaż mnie powoli cierpliwość zaczynała się kończyć. Nie mniej jednak w końcu światła zgasły i zaczęło się.

Na pierwszy ogień poszedł motyw z Transformersów. Potem weszli Avengersi. Spłakałam się przy tym, bo ta seria dała mi wiele emocji. Rozglądałam się po scenie przyglądając się instrumentom, tym jak ludzie grają, patrzyłam urzeczona na chór, ale to wszystko było nic. Avatar i Piraci z Kraibów nie wywołali już łez, jedynie lekkie drżenie wargi.

Pan Krzysztof Iwaneczko jako solista dawał z siebie... no całego siebie, szczególnie przy "I see the fire" z Hobbita, jak szłam do domu, dziewczyna za mną skomentowała, że jeszcze nie widziała, żeby ktoś aż tak cieszył się, że zostanie spalony :P

Za to pierwsze skrzypce (ruda, długie proste włosy) naprawdę idealnie pasowała mi na osobę która gra pierwsze skrzypce. W ruchach jej włosów było widać tą cudowną pasję do muzyki.
To wszystko jednak nic. Naprawdę nic. Już później po prostu słuchałam głośnej muzyki, która psuła się za każdym razem gdy głośniej wchodziły trąbki, ale to może być wina siedzenia pod samymi głośnikami. Czekałam z utęsknieniem aż skończy się muzyka filmowa i zacznie ta część dla której naprawdę tam poszłam. A potem weszło to:
Two Steps From Hell - Inpossible
I serce zaczęło mi dudnić, łzy pocisnęły się do oczu. Bo mimo, że nie mam tego utworu w swojej playliście, słuchanie tego na żywo naprawdę mnie poruszyło (choć to znów mogła być wina siedzenia przy głośnikach). Dobrze, że było tak głośno, bo nikt nie słyszał jak w pierwszym rzędzie płakałam.

Drugiem utworem, który zagrali był:
Two Steps From Hell - Empire of Angels
I ponownie, brak utworu na mojej playliście, ale znam go doskonale. Moje serce ponownie załomotało i spłakałam się po raz kolejny tego dnia. 

Próbowałam coś zobaczyć, ale tak naprawdę widziałam głównie tylko cinematic tych utworów (Zaklęcie mówi, że włączył mi się YT w głowie :P) i parę twarzy z Pozaświata, w zasadzie dwie i wyglądało to raczej jak wspomnienie, a nie połączenie. 

Może gdybym dłużej miała zamknięte oczy...? 

Tak czy owak obudzona się nie czuję. 
Poruszona tak, ale nie obudzona. 

I mam bardzo duży niedosyt, to czytając "utwory wytwórni Two Steps From Hell" liczyłam na jakieś osiem... Dostałam dwa. 

Także to co najbardziej chyba zapamiętam z tego koncertu to łzy, łomotanie serca i za mało Stepsów!  

niedziela, 17 listopada 2019

Dzień przebudzenia

- Vill już nie istnieje, nie widzę jej, nie czuje. Jestem sama, rozumiesz? Całkiem sama, jestem tylko ja a ona i cały Pozaświat zniknęli.. 
- Poczekaj do 17stego - odpowiedział Zaklęcie - wtedy nowa Vill się przebudzi. 
- Naprawdę myślisz, że to coś pomoże? Że słuchanie tego na żywo pomoże mi znów widzieć muzykę? Znów nabrać sił? 


Dziś idziemy na mój wymarzony koncert muzyki filmowej i epickiej. Jeden z tych niewielu momentów prawdziwej radości kiedy dowiedziałam się, że mamy bilety, że Zaklęcie mimo wszystko spełnia moje marzenia, chociaż ja nie spełniam jego... Że usłyszę, że może zobaczę, że znów zacznę widzieć nuty. 

Ostatnio jest ze mną obojętnie/neutralnie. Przestałam płakać po kątach, czasem nawet się śmieje, czasem nawet często, choć nie potrafię zliczyć ile z tego jest prawdziwym śmiechem, a ile udawanym. Nowej już nie uczę, uciekła z pracy, ale nie sądzę, by to oznaczało, że zły ze mnie nauczyciel. Co najwyżej wymagający.

Z Nekusiem rzadziej rozmawiamy. Tabletki na niego działają, więc też stał się obojętny. 

Ja znalazłam psychiatrę, ale jeszcze nie odważyłam się pójść. 

Liczę, że koncert naprawdę mnie rozbudzi. 

Liczę, że Zaklęcie będzie miał rację. 

Liczę, że zacznę widzieć nuty, albo chociaż Pozaświat.

Liczę, że jakoś zdobędę energię, by robić coś więcej niż oglądanie filmików na YT

Liczę, że uda mi się rozwinąć, że malowanie paznokci stanie się pasją, a nie tylko hobby. 

Liczę, że koniec roku będzie lepszy niż jego środek

Liczę, że wrócę do Was bardziej chętna do życia 

Gdzie mój kalkulator, trochę dużo tego liczenia...

piątek, 17 maja 2019

I muzyka do auta

Kochani, mam okazję pojeździć samochodem po cholernie długiej przerwie.

Jestem mega podekscytowana.

Kompletuje właśnie muzykę do auta.

Energiczną i wygodną ;-)

Buziaki :*

Odezwę się :)


środa, 26 września 2018

Zalatana

Ło jeruna jakam zalatana dziołcha ostatnimi czasy! Wszystko przez to, że prawie wsio mi się składa na październik. I tym sposobem praktycznie nie mam wolnego czasu dla siebie, bo ciągle coś załatwiam.

W zeszłym tygodniu w poniedziałek poleciałam zamawiać biurko dla Zaklęcia, żeby to swoje bydle komputerowe miał gdzie postawić jak już się wprowadzi, zaraz potem do galerii bo czegoś mi tam brakło, na koniec do lekarza ustalić termin wizyty do medycyny pracy.

We wtorek do domu wróciłam po 19stej mimo, że wylazłam o 5tej, a powodem tego był mój kochany LG. Wychodząc z pracy przesiadłam się na PKM w stronę Katowic. Dojechałam, lecę na przystanek KZKGOP. Na kartce od Zaklęcia mam wypisane autobusy które mnie do serwisu LG zawiozą. 15:18 - linia nr 37, 15:26 - linia nr 48, 15:30 - linia nr 12. No to przyleciałam i stoję. Jakież było moje zdziwienie gdy o pierwszej z wymienionych godzin przyjechała dwunastka. Ale mówię nic to, ludzi od groma wsiadło, zaraz będzie 37 nie będę się kisić.

Nic bardziej mylnego.

37 nigdy nie przyjechało, podobnie jak 48 za to minutę po widmowej czterdziestce ósemce zajechała kolejna dwunastka. Stwierdziłam, że skorzystam, byleby dojechać. Dwunastka niestety stara jak świat, ani ekran nie pokazuje przystanków ani Krystyna Czubówna ich nie czyta. W związku z powyższym chwała smartphon'owi zastępczemu (wielkie podziękowania dla Łojca z tej strony!) i internetowi z Play. Na koniec okazało się, że przystanków nie musiałam przecież liczyć, bo jak wjeżdżaliśmy na miejsce to taki jebutny napis z nazwą ulicy mnie przywitał, że ślepy by zauważył. Wpadłam więc ja do serwisu LG i tymi słowami się witam:
- Pragnę wyrazić me najszczersze ubolewanie
(Spojrzenie babeczki: heee? )
- z faktu iż mój ukochany telefon trafia do was już drugi raz w przeciągu roku.
- Co się stało? - pyta pani.
- Ten telefon jaja sobie ze mnie robi - poskarżyłam się. - Jakiś czas temu pisałam maila do serwisu z zapytaniem co zrobić jak mi głośnik ścisza. Poradzono mi format systemu, co odkładałam do momentu aż głośnika szlag jasny na ament w pacierzu nie trafił. W sensie, że nie działa (działa nie)
- Czyli głośnik pani nie działa zewnętrzny?
- Sekundę - uniosłam palec, wszak to nie koniec tej porywającej historii - Zrobiłam więc format a tu pyk, nadal nie działa ni w ząb. Poleżał więc tydzień w pudełku i teraz znów działa, ino zaś się ścisza, błagam zróbcie coś z tym.

Zostawiwszy telefon poszłam na kawę i doczekałam do 18stej by Zaklęcie choć przytulić zanim o domu pojadę. W domu dostałam oczywiście zjeby od Koty, więc musiałam środę poświecić na jej ugłaskanie :P

W czwartek jak burza wpadłam do domu po rzeczy, wcześniej cała logistykę ogarniając, celem niezbyt późnego dostania się do Wiedźmy Rodzicielki bo chciała bym ją odwiedziła. Zapakowawszy papierów stertę, firanki i bluzkę co miałam matce oddać wpakowałam się w autobus, podjechałam do centrum, do cukierni zaszłam i jeszcze na wcześniejszy autobus do Rodzicielki zdążyłam tyle że... ten akurat nie jechał na ten przystanek.

Trzeba Wam wiedzieć, iż Wiedźma Rodzicielka mieszka na zadupiu. Jakiejś wiosce przyklejonej dzielnicowo do miasta, która rozciąga się w około trzech kierunkach. Jeździ tam jedna linia autobusu i to czasami skręca tam, a czasami gdzie indziej, a czasami w ogóle zawraca na pierwszej pętli i ma wyjebane ^^

Siedzę więc sobie na przystanku i gadam ze spotkaną znajomą z angielskiego co się z nią uczyłam jakiś rok wcześniej, Pani Danusiu co tam słychać? W końcu podjechał mój autobus i bach wycieczka krajoznawcza. Zamiast mi skręcić tam gdzie powinien on se w drugą stronę odbił i sobie jedzie i podziwia. Dotarłszy do Matki tymi słowami się przywitałam:

- Matko moja kochana wyciągaj flachę pijemy!

Pochwaliwszy się, że umowę dostanę i obgadawszy kilka spraw stwierdziłam, że pora do domu autobusem o 20:45 coby się choć trochę wyspać, bo o czwartej wstaje. Stoję więc na przystanku czekam i czekam, a miętowego PKMu jak nie było tak ani widu. Cześć mamo to znowu ja. Po weryfikacji rozkładu jazdy okazało się, że zaczął się rok szkolny więc autobus mój był 20 min wcześniej, a następny będzie 21:21.

W końcu zasiadłam jak na tronie i gadając z Magiem na fb pognałam w ciemną wycieczkę krajoznawczą. Serio tak długą trasą to ja z tej wioski jeszcze nie jechałam. Tym bardziej stało się awkward, kiedy okazało się, że jestem jedynym pasażerem :P Pan kierowca miał za to totalnie wyjebane i puszczał sobie ostro ACDC na całą parę. Tutaj mamy nowoczesne autobusy więc u mnie zawsze gada gdzie jedziemy, nawet jak zepsuty jest ekran. W pewnym momencie słyszę nazwę "Jeleń, centrum handlowe". Se myślę, galeryja jakaś na wiosce. Patrzę przez okno, a tam... biedronka ^^ Do domu dotarłam kawałek po 22. Średnio wyspana poszłam do pracy, by dowiedzieć się, że do domu od razu nie wracam bo telefon mam do odebrania.

I kolejny raz KZKGOP, alem teraz już mądra dziołcha i od razu wiedziałam, że co podjedzie to mam wsiadać. Nawet na zegarek nie patrząc. Tym razem okazał się zaginiony wtorkowym popołudniem autobus 37 :P

Tyle na dziś moi drodzy :)

Aha, kawa mrożona z pistacjami z Costy - byle jaka, nie polecam. Za to sernik dobry :)

poniedziałek, 3 września 2018

Festiwal świetlnej Energii

Cześć, w zasadzie to przyszłam podzielić się kilkoma filmikami odnośnie niedawnego festiwalu dobrej energii który został zorganizowany przez dostawce prądu u mnie w mieście w centrum i w parku. Byłam tam w sumie na sam koniec (dojechałam z pracy dopiero na dwudziestą trzecią), ale niektóre rzeczy wyglądały naprawdę magicznie :)
Grzybki halucynki xD 

Muzyczno świetlny taniec na budynkach :) 

Oczywiście nie mogło zabraknąć kotów :) 

wtorek, 8 sierpnia 2017

A żeby ta... równowaga wróciła.

Normalnie upadłam. Wahadło mnie złapało, zakleszczyło, oczy zawiązało, zmysły przytępiło. Cokolwiek jeszcze...

Pomyślałam sobie, że jeśli napiszę to tutaj to może w końcu dotrze do tego przytłumionego łba (już nie czerwonego, ale o tym za moment), że nie jest tak źle jak sobie to gówniane wahadełko wymyśla. Bo przecież:

- Mam gdzie mieszkać.
- Mam kota
- Mam Zaklęcie
- Mam staż

Tutaj się zatrzymać muszę, w tym własnie miejscu, gdzie lista ta wydaje się bardzo krótka, a przecież ja zawsze chełpiłam się tym, że niewiele mi do szczęścia potrzeba. Tak, czy owak lista jest króciutka tak naprawdę. Ta druga wydaje się dłuższa...
  • Bo kot mój coraz bardziej się na mnie irytuje, bo nie pozwalam jej włazić na komputer, z czystej chęci chronienia drogiego sprzętu (Na którego naprawę czy tez kupno nowego stać mnie w Polsce nie będzie - podpowiada mi wahadełko), więc mamy ciche dni. 
  • Bo Zaklęcie jest jak chłopak z lat szkolnych, bo chodzić z kimś, a z kimś być to wielka różnica dla mnie. Jestem już w takim wieku, że taka różnica jest dość istotna. Gdy tak myślę sobie o nim, piosenka mi do głowy przychodzi... 

(Jak wczorajszy śnieg
Który stopniał
Chcę ci z oczu zejść
Byś zapomniał

Nic, nic a nic
Nie chcę cię obchodzić

Jak pod meble kurz 
Zamieciony
Wyparować jak
Kropla wody

Nic, nic a nic
Nie chce cię obchodzić)

Tak naprawdę pretensje powinnam mieć jedynie do siebie. Przecież nie sprecyzowałam zamówienia. Ani słowem nie wspomniałam, ze Zaklęcie nie ma być chłopakiem do chodzenia, a do bycia. Moja wina nie?

  • Staż mam co prawda, ale jak wspomniałam wyżej, załapałam się w miejsce, które od wejścia mi mówi, ze tak samo szybko jak przylazłam to pójdę, mimo, ze napisałam dziś 15 decyzji i jestem święcie przekonana, że w końcu jestem we właściwym miejscu. 

Jak zatem widzicie, mam tu ciężką przeprawę z samą sobą od dłuższego czasu, gdyż żadne racjonalne argumenty, ani nawet techniki z terapii nie pomagają przegonić wahadełka. Ba, nie pomagają go ani olać, ani stłamsić. Cóż więc mam robić? Kiedy łepek już nie czerwony (bo wedle teorii Wiedźmy Rodzicielki kolor ów przeszkadza mi zdobyć prace, zatem sprawdzam tę teorię od dnia dzisiejszego :P) nie chce się uspokoić a serducho kluje w piersi, zamiast spokojnie bić przepełnione szczęściem tego co posiadam?

Anna Wyszkoni - Nie chcę Cię obchodzić/

czwartek, 15 czerwca 2017

Dlaczego walczysz? Dla siebie.

Stała na klifie. Woda oceanu szalała, rozbijając się o skały. Niebo pociemniało, kiedy pomarańcz i fiolet zachodzącego słońca ustępowały pola nadchodzącej nocy. Wiatr rozwiewał jej czerwone włosy, jakby czesał każdy kosmyk z osobna. Jasny sierp księżyca rozpoczynał wędrówkę, odbijając swe światło w klindze jej miecza. Runy zajarzyły się czerwienią, gdy na nie spojrzała. jej własne oczy przybrały podobny kolor.

Nuciła, melodia mocy otaczała ją z ochotą niemal tuląc do siebie. Delikatne wstęgi krążyły w okół jej dopasowanych spodni i wysokich butów. oplatały długie, luźne, rozszerzane rękawy i skórzane karwasze pod nimi skryte.

Skrzydlaty mężczyzna o piwnych oczach i czarnych długich włosach stał nieopodal. Pióra jego skrzydeł stroszyły się, pobudzone jej delikatnym śpiewem. Patrzył na nią, na gniewne fale w oddali, patrzył na jej czerwone, tańczące z wiatrem włosy. Patrzył i widział, jak siła w niej wzbiera, jak głos się w niej podnosi, jak moc do niej napływa, jak energia, ją otacza.

Obróciła się w jego stronę i w jej czerwonych oczach zobaczył determinację. Łzy już wysychały, niemal nie pozostawiając po sobie śladu. Jednak jeszcze lśniły nieco. Dość, by mógł je zauważyć, choć nikt inny poza Aniołem Śmierci pewnie by nie zdołał. Chciał podejść, powiedzieć coś, ale wyciągnęła do niego rękę powstrzymując go. Zamknęła oczy.

Sekundę później moc wybuchła. Białe skrzydła wystrzeliły z jej łopatek, pióra wyrwały się na wolność śpiewając pieśń wraz z nią. Czuł, jak siła jej wzrasta, mimo, że jeszcze przed chwilą klęczała pokonana. Teraz wzrastała. Kilka centymetrów nad ziemią wzrastała wraz z wiedźmim śpiewem swojej mocy. Mocy swojej i swoich piór, mocy słów i zamiarów. Mocy krzyku i chęci, mocy zdecydowania i broni. Dobyła drugiego miecza i otworzyła czarne oczy.

- Dlaczego walczysz? - zapytał.
- Dla siebie - odparła.

Opadła powoli. Gotowa. Odziana w zbroje, uzbrojona i skrzydlata.

Z podniesioną głową.

Ivan Torrent - Iron Poetry
Jedenaście dni.

sobota, 20 maja 2017

Pospolite ruszenie przestrzeni wariantów, czyli przeskoki na inne drogi i stęskniony operator

Po przyjeździe ze Zgorzelca odczekałam grzecznie kilka dni i w końcu zadzwoniłam do ludzi zajmujących się moim kursem pracownika biurowego. Odpowiedź na pytanie nurtujące mnie od dłuższego czasu wcale mi się nie spodobała. Ja lubię konkrety, tam konkretów nie było. Jako, że tego samego dnia miałam termin do PUP poszłam i wzięłam do cali.

We wtorek rano zadzwoniła Pani z Kursu i poinformowała mnie, że kurs oczywiście się odbędzie, tylko nastąpiły pewne zmiany. Przede wszystkim został on przechrzczony, jest teraz kursem na pracownika kancelaryjnego, miast biurowego. Drugą zmiana było zwiększenie godzin, natomiast trzecią podzielenie na dwa moduły. Ja oczywiście zainteresowana nadal, a wręcz mocniej jak tylko usłyszałam magiczne słowo exel ;-) Kurs ma się rozpocząć jeszcze w maju. Czekam na kolejny telefon z harmonogramem.

Parę godzin później poszłam na rozmowę o staż. Jaworznickie PTTK jest naprawdę biedne. Ma mnóstwo pucharów, ale na ścianie przedpotopową meblościankę rodem z PRLu, biurka z odzysku, jeden komputer i siedzibę w miejscu, w którym na pewno będę marzła. Pan Prezes bardzo ucieszył się na wieść, że posiadam własnego laptoka i mogę go swobodnie targać codziennie do pracy. Zadzwonił ponownie dwie godziny po spotkaniu i powiedział, że mnie chce. Zapytałam, czy szuka pracownika po stażu czy jeno stażysty. Odparł szczerze, że ino stażysty. W związku z czym ja również byłam z nim szczera co do kursu (w rezultacie czego zostanę wypisana z PUP a staż i tak miał być od lipca dopiero). Ostatecznie ustaliliśmy, że jeśli po kursie (który staż mi gwarantuje) nie zaproponują mi (lub sama nie znajdę) miejsca, które po stażu może chcieć również pracownika, spokojnie do Pana Prezesa mogę się zgłosić, on mnie przyjmie i usadzi obok tej stażystki z pup, co ją własnie zamiast mnie wybierze.

Tego samego dnia zobaczyłam na internecie ogłoszenie, że ktoś poszukuje domku dla kotka. Przy czym ten ktoś za tego kotka może płacić, utrzymywać i tak dalej. Skontaktowałam się z Dorotą od Kota i okazało się, że babcia Doroty zmarła pozostawiając w spadku nie młodą już koteczkę (która w rzeczywistości wygląda na 10 miesięcy a nie na 10 latek). Jako, że mąż Doroty od Kota nie życzy sobie kota, a ciotka, u której owy przebywa, także jej nie chce na dłuższą metę, wstępnie ustaliliśmy, że Kicia wyląduje u mnie, a na mocy podpisanej umowy Dorota od Kota będzie przynosić żwirek i jedzonko oraz pokrywać ewentualna opiekę weterynaryjną, dopóki nie znajdę stałego zatrudnienia.

Wygląda na to, że moje przestrzenie wariantów wedle Zelanda zaczynają się poruszać, czy też ja zaczynam przeskakiwać na inne linie życia i może w końcu coś się wyklaruje w tą pozytywną stronę ;-)

Uwieńczeniem ostatniego tygodnia jest zatroskany operator mojej angielskiej komórki na kartę, który zadryndał z zapytaniem lekko jakby przestraszonym, czy nadal jestem zadowolona z ich usług. Odparłam, że jak najbardziej jestem, a co się stało? Pan po drugiej stronie rzekł, że w bazie danych widnieje jako nie doładowująca konta już spory kawał czasu. Powiedziałam grzecznie, że jestem w Polsce już ładny kawał czasu (swoją drogą angielskie karty nie mają ważności, nie trzeba lądować by móc dzwonić jeśli masz kasę na koncie.), na co on podziękował i pożegnał się pośpiesznie :)

Piosenka, która chodzi mi po głowie cały czas:
Grzegorz Hyzy - o Pani 

wtorek, 28 marca 2017

Dobre Wibracje

Nie było mnie tu prawie cały miesiąc. Czas w którym wydarzyło się tak wiele i tak mało zarazem. Czas, w którym zaczęłam odzyskiwać równowagę za sprawą kilku nakładających się czynników. Postaram się zatem składnie napisać niezbyt nużąco o co kaman :)

Za sprawą Wiedźmy Rodzicielki w moje łapki wpadł ZELAND i jego Transerfing - Przestrzeń wariantów -tom1 (tak też pierwszy raz wariatów przeczytałam ^ ^ ). Na czym transerfing polega możliwe, że opowiem jak go bliżej poznam. Tak czy owak książka ta nieco mnie uspokoiła i rozpoczęła mały zalążek procesu zwracania równowagi.

Kolejnym czynnikiem stał się Zaklęcie, który odwiedza mnie teraz co weekend. Okazał się człowiekiem wprost nie pozwalającym, by minka była w podkówkę choć na chwilę. Wesoły, żartujący, przytulaśny guardian na straży dobrego samopoczucia ;) (Do tego jest większy ode mnie, więc w końcu mogę się poczuć jak to małe wredne, co rzuca się do kostek ^ ^)

Moja droga Molly odwiedza mnie dość często, co sprawia, że ciągle się uśmiecham. Wczoraj na spacerku byłyśmy świadkami niesamowicie śmiesznej sceny jak to Biały Terier wziął i się zwyczajnie fochnął  na swoją panią. Pani idzie, pieseł się zatrzymał
- Nie siadaj - mówi pani
Pies się na nią spojrzał wymownie i zad posadził.
- No chodź - mówi pani
Pies jeszcze wymowniej łepek odwrócił demonstrując swe jakże arystokratycznie niezadowolenie z obecnego stanu rzeczy ^ ^ Dowiedziałyśmy się, że pieseł kaprysi, bo pojawił się nowy członek rodziny i już nie jest tym, na którego najwięcej uwagi jest zwrócone. Jak widać pieseły także maja swoje humory ;) (Szkoda, że fotki nie zrobiłam)

Jestem rozradowana również tym, że ostatnio nawet udało mi się popisać. W jeden wieczór sześć stron, gdyż wena łaskawa była. Tym sposobem rozdział piąty nowego opowiadania został ładnie, acz zaskakująco zakończony.

W weekend za to same miłe rzeczy mnie spotkały, bo pierw Szklana okazała się łaskawa i pokazała półtorej kilo mniej, potem wyszło na jaw, że straciłam też centymetr w pasie, zapisałam się do szkoły od września, do tego zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Wisienką na torcie był przyjazd Zaklęcia z kolejnym sezonem gry o tron ;)

Od paru dni rozkochałam się wręcz w słowiańskich Mantrach. W związku z tym podśpiewuje sobie je jak sprzątam, albo siedzę na słoneczku i się cieszę ciepełkiem. Dziś właśnie rano na ławeczce siedząc Mantrę sobie nuciłam, kiedy gdzieś tam 50 metrów za mną jakaś matka z dzieckiem się bawiła. Musiałam chyba się małej spodobać, bo dziewczynka przyszła do mnie, dotknęła mojego kolana i uśmiechnęła się uroczo rozradowana moim śpiewem. Chwile potem przywędrował do mnie jej pies, czy tez raczej namiastka psa, bo był taki mały, że do torebki mogłabym go wsadzić :P Zażyczył sobie pieszczot, co też otrzymał. Podziękowawszy machaniem ogona poszedł sobie w najlepsze. Mała znów posłała mi uśmiech i także poszła sobie do zabawy. Chwilę potem mijała mnie jakaś babcia w berecie, zerknąwszy na mnie wyraziła swą aprobatę jak to pięknie ten plac zabaw odnowili i poszła w swoją stronę ;-) Idąc do domu okazało się ze znalazłam coś, co zgubiłam (wypadło mi z torebki, z bocznej kieszonki) kilka tygodni temu.

Tak więc hej, dobre wibracje w okół mnie ;-)

piątek, 20 stycznia 2017

Jak stara zużyta szmata rzucona pod stół

- Jak się czujesz? - zapytała mnie dziś Pani Krainy
- Nijak... - odparłam - Jak stara, brudna, zużyta szmata rzucona pod stół.
- To nie brzmi jak nijak.
- Myślę sobie, że kiedy widzę taką starą, brudną szmatę rzuconą pod stół to ona wygląda właśnie nijak. Tak, jak ja się czuję.

To jest dziwne i nie mogę przestać tego rozkminiać. Fakt. Traktował mnie jak gówno. Darł się, nie szanował, był egoistą i tak dalej etc. Jednak, gdy już zebrałam się, by odejść (a samo zbieranie się do podjęcia takiej decyzji trwało w cholerę długo), obiecał, że się zmieni. Deklarował, że kocha. Nawet przy tej rozmowie naszej przed nowym rokiem rzekł, że nie może sobie wyobrazić rozwodu ze mną. Ani innego mężczyzny koło mnie. Ani innej kobiety koło niego. Zapewniał, że kocha, że tęskni, za głosem, zapachem, ciepłem...

Tydzień później jego postępowanie całkowicie się zmieniło. Podjął decyzję, że jednak nie ma sensu tego ciągnąć. I ja rozumiem, mimo, że w sumie nie powiedział mi co przeważyło. I ja się nawet cieszę, bo nie wiem czy bym potrafiła się znów przy nim swobodnie poczuć. I ja rozsądnie wiem, że to najlepsze wyjście, tylko...

No właśnie tylko co...?

Nie mogę wyzbyć się uczucia... jakiegoś dziwnego podszeptu, że to co mówił, dwa miesiące wcześniej, miesiąc wcześniej, czy nawet tydzień wcześniej to były zwykłe bujdy... A ja naiwnie uwierzyłam, że on tak mocno i bezgranicznie kocha, jak ja kochałam...

Kiedy wysłał mi pieniądze na rozwód, jakoś mnie to dobiło.

Po pierwsze, bo sama nie jestem w stanie za to zapłacić, co jeszcze bardziej mnie wkopało w nastrój całkiem oddalony od tego jaki powinna posiadać kobieta wolna. Zwłaszcza, że nasiliło się myślenie typu "nadal nie masz pracy". Po drugie, kiedy powiedział "podjęte decyzje trzeba realizować" jakoś dziwnie odniosłam wrażenie, że śpieszy się do tego rozwodu. Że teraz już nie tęskni a wręcz chce mnie jak najdalej, jak najszybciej, jak najmniej formalnie...

Nie daje mi to spokoju...

Zapłaciłam więc przelewem, napisałam ten pozew i wysłałam go dziś.

- Żałujesz? - zapytała mnie Pani Krainy
- Żałuje, że tak szybko przestał walczyć. Żałuje, że tak chujowo się przez to czuje, jakbym nie była warta. Żałuje, że uwierzyłam, że możne się zmienić, jak również tego ze nie mam pracy. Żałuje, że jestem sama, ale nie żałuje, że od niego odeszłam. Przegrałabym życie, gdybym została...

Tymczasem za horyzontem, zatapiam się w muzykę i próbuje z całych sił unosić kąciki ust, przy każdym kolejnym dniu...
Kari Sigurdsson - Beyond The Horizon