Revelation By Dimotai
Powoli opadała.
Włosy falowały wokół jej twarzy. Wyciągnęła rękę w górę,
jakby chciała chwycić księżyc, albo złapać mężczyznę, który
wypuścił ją z objęć. Zacisnęła pięść, jakby chciała
zatrzymać wspomnienie…
Jego zimne dłonie
obejmujące jej plecy. Serce bijące z ekscytacji, kiedy oparła ręce
o jego tors w geście obrony. Wiedziała, że go nie odepchnie. Nie
była już tak silna jak kiedyś. Nie wiedziała, czy znów będzie.
Niczego nie wiedziała. Jego teren. Proszę odejdź. Nie chcę
krzywdy… Krzyk i ból kiedy wbił kły. One zawsze są głodne. Nie
weź wszystkiego...
Tafla zamknęła się
za nią. Czy wiedział, że jeszcze żyła? W okół niej, robiło
się coraz ciemniej, coraz zimniej. Kim był? Czy był to od zawsze…?
Czy istniał od czasu Harpii i Syren, czy może skądś przywędrował?
Nawet nie zdążyła go poznać…
Delikatnie opadła
na dno pentagramu. Dotknęła prawą dłonią gładkiego kamienia.
Fiolet rozjarzył się jak głodne oczy bezimiennego mężczyzny,
który wrzucił ją do jeziora jak zużytą zabawkę. Moc, którą
tak pieczołowicie i z ledwością zamknęła w krysztale wepchnęła
się w nią najpierw pojedynczym strumieniem, aż w końcu cała
falą.
Dzika i
nieokiełznana.
Fioletowe żyły
pojawiły się na jej nadgarstku i wystrzeliły w stronę ramienia.
Poczuła wypełniającą ją moc. Wrzasnęła i przed oczami
zobaczyła fioletowo zabarwione bąbelki. W panice zerknęła w lewo,
żyły ozdobiły już lewą rękę. Czuła, jak policzki palą ją od
napływającej magii, jak skóra pęka, jak moc sączy się przez
pęknięcia wokół ust. Wiedziała, że jest za słaba by ją teraz
utrzymać.
Mocno odbiła się
stopami od dna i wystrzeliła w górę jak z armaty. Nawet nie
zauważyła czy wzięła haust powietrza gdy znalazła się nad
jeziorem. Dłonie paliły ją żywym ogniem. Błyszczące fioletem
oczy skierowała na odchodzącego mężczyznę.
- Uciek...aj… -
wydobyło się z niej zwielokrotnionym głosem.
Obrócił się i
uniósł głowę patrząc na nią. W jego czerwonych oczach najpierw
zobaczyła zaskoczenie, a potem lęk. Czuła jakby zaraz ją miało
rozsadzić. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, a jego
kły błysnęły w świetle księżyca. Poczuła, jak koło oka pękła
jej skóra. Powiedziała więc pierwsze co przyszło jej do głowy.
Zamknęła w słowa początek zaklęcia które nie istnieje.
- System Call –
zabrzmiało to jak „systemu kolu”
Wsunąć fiolet w
ramy, okiełznać nieokiełznane, nazwać nienazwane. Uciekaj!
Chciała krzyknąć, ale miast tego z jej ust wydobyło się
wiązanie. Fioletowe skrzydła wystrzeliły z jej pleców
- Salamandra!
Kiedy ametystowy
ogień opadł, a jej stopy dotknęły ziemi, na śniegu pozostała
tylko nadpalona trawa wokół kupki popiołu. Vill spojrzała na to i
zapłakała. Chwile później ciemność pochłonęła jej jestestwo, a ostatnie co poczuła, to zimna tafla wody zamykająca się nad nią
i ostatni chłodny płatek śniegu głaszczący jej policzek tuż
przed tym...











