poniedziałek, 29 października 2018

Leto


Krzyknęła, kiedy uderzył nią o ścianę wieżowca. Jęknęła próbując się podnieść. Skrzydlaty w jednym momencie znalazł się przy niej. Zacisnął zimną dłoń na jej szyi i pociągnął do góry. Czuła twardość ściany budynku wbijającą jej się w plecy. Była chropowata.

- Wchłoń go – warknął.

Wciąż to powtarzał, wciąż tego żądał. Chciał by wchłonęła wieżowiec, by oddała mu energię, którą mu ukradła. Nie potrafiła zrozumieć o co mu chodzi. Nie potrafiła też wchłonąć wieżowca, co rodziło tylko więcej gniewu.

- Wchłoń go! - powtórzył.
- Wiesz.. że .. nie .. umiem – zaprotestowała słabo.
- Głupia. Bezużyteczna. Dziewucha. - z każdym słowem coraz mocniej uderzał nią o ścianę.

Poczuła lepką krew, barwiącą jej krótkie czerwone włosy. Obraz zawirował. Kolejne uderzenie. I jeszcze jedno.

- Gabrielu.. proszę… - jęknęła i zapłakała.

Niespodziewanie uwolnił ją. Postanowiła wykorzystać okazję. Puściła się biegiem, lecz nie dane jej było długo cieszyć się wolnością. Dopadł ją po czasie nie dłuższym niż uderzenie serca. Wrzasnęła czując jego kły wbite w szyję.

- Przestań, to boli..

Nie przestał. Przycisnął ją do siebie w żelaznym uścisku jego silnych ramion. Nie mogła się wyrwać. Nie mogła uciec. Tym razem była pewna, że wypije ją do cna, że weźmie jej życie w zamian za wieżowiec, który rzekomo mu ukradła. Chciała krzyknąć. Zawołać kogokolwiek. Kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc ale w tym czarnym Pozaświecie była sama. Ona i jej oprawca.

Świst.

Została uwolniona. Upadła na ziemię. W jej polu widzenia pojawił się wściekły skrzydlaty i czerwone cichobiegi. Tak bardzo nie na miejscu, że niemal się zaśmiała.

- Villandro oddychaj – powiedziały cichobiegi. Miały luźne pomarańczowe spodnie.
- Co…? - nie zrozumiała.
- Weź głęboki wdech – powiedziały cichobiegi ze spodniami. Znała ten głos, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd. - Przypomnij sobie, że wszystko oddycha. Wszystko potrzebuje powietrza.

I wtedy zrozumiała. Choć nie wiedziała jak i dlaczego znalazł się tu właśnie on, widziała w tym szansę. Szansę dla siebie, dla własnego Pozaświata. Wiedziała, że jest tu by jej pomóc, by pokonać tego, który podszywał się pod Gabriela. By razem z nią wezbrać w silę. Wiedziała, że cichobiegi ze spodniami są jej wybawieniem.

Leto.

Wzięła głęboki oddech.

***

Stali przed wieżowcem.

- Zabiłeś go? - zapytała.

Stojący obok niej łysy, wysoki, barczysty mężczyzna w kwiecie wieku skinął głową, choć minę miał niezadowoloną. Jego luźne pomarańczowe spodnie łączyły się z czerwoną tuniką rozciętą po bokach co sprawiało, że wyglądał trochę jak mnich z shaolin. Vill nie pamiętała, czy zawsze tak wyglądał. Pamiętała tylko, że był wysoki, łysy i uprzejmy. I nie lubił zabijać.

- Kim on był? - zapytała.
- Nie jestem pewien, na pewno nie Gabrielem – powiedział. - Może jakimś rodzajem pasożyta.
- Mówił, że to jego energia – powiedziała, wskazując na wieżowiec.
- Być może, a teraz jest twoja.

Zapadła dłuższa chwila milczenia.

- Leto, dlaczego tu jesteś? - zapytała.

Spojrzał na nią i delikatny wietrzyk zmierzwił jej włosy.

- Nie wiem – przyznał. - Wygląda na to, że po prostu cię znalazłem.
- Szukałeś mnie?
- Nie wiem, może to Ty znalazłaś mnie?
- Leto, gdzie są inni? Czy przestali istnieć, czy gdzieś błądzą w ciemności?
- Ja nie znam odpowiedzi na te pytania.
- A kto je zna?! - naburmuszyła się.
- Ty – odparł spokojnie. - A jeśli nie znasz ich teraz to w końcu poznasz.

Patrzyła na niego przez chwilę milcząc, jakby próbowała wyczytać coś z jego oczu. W końcu podeszła do wieżowca i położyła poraniona, pełną śladów ugryzienia dłoń na betonie.

- Raifu.. - wyszeptała, przywołując zaklęcie, którego przecież nie mogła w obecnym stanie używać. Poczuła jak magia wysunęła się z jej nadgarstków i niemal natychmiast wsunęła się w wieżowiec. Poczuła chropowaty chłód. Oporną lodowatą energię. Skupiła się i już po chwili wiedziała jak zrobić to czego wcześniej od niej żądano. Zamknęła oczy, skupiając się na tym by zaklęcie wysysające pozostało utrzymane. Nie drgnęła nawet gdy Leto położył dłoń na jej ramieniu. Tak bardzo skupiała się na zaklęciu, że dopiero ostry ból przeszywający jej prawe ramię sprowadził ją na ziemię. Syknęła i skuliła się. Byłaby upadła, ale mnich ją przytrzymał.

- Jeszcze trochę Vill, już prawie jest twój – powiedział.

Syknęła raz jeszcze, bo ból się nasilał. Mlaszczącemu dźwiękowi towarzyszyła ciepła ciecz płynąca po plecach. Otworzywszy oczy ujrzała dwie rzeczy. Brak wieżowca i zadowoloną minę Leto.

- Bardzo ładnie panno De Lavayett – powiedział.

Spojrzała przez swoje prawe ramie, potem przez lewe. Przeniosła wzrok na Leto i zamachnęła oba kościanymi skrzydłami.

poniedziałek, 22 października 2018

Wkurwienie wzmaga pragnienie

Zaprawdę powiadam Wam, marudzić będę, bo wyrzucić z siebie trochę fqrwa miesiąca muszę.

Po raz, jako, że cięta jestem jak kosa Śmierci na wszelkie marketingowe gówno, gdzie tylko się da cofam zgody, (bo w tym porytym kraju nie można zwyczajnie się nie zgodzić. Zgadzasz się z automatu, w związku z czym do Ciebie należny cofnięcie zgód, których i tak wyrażać nie chciałeś) marketingowe, bo nic mnie tak nie wkurwia jak wydzwanianie z banków i innych chujów mujów i namawianie mnie na coś czego nie chcę. Przechodząc do meritum, cofnęłam ostatnio zgodę na marketing od netodawcy. Zaowocowało to podwyższeniem abonamentu o całe 17 zł. Dzwoniąc na infolinię dowiedziałam się, że został wysłany do mnie mail w tej sprawie. Tak, chyba na mamyciewdupie@mail.pl. Reasumując. W jakim kurwa kraju żyjemy, że trzeba płacić za nie dostawanie spamu od zajebania?!

Po dwa, polazłam w sobotę rano do dentysty celem sprawdzenia dlaczego ostatnio mnie lewa góra strona pobolewała. Wyszłam biedniejsza o 200 zł za wymianę plomby, którą prawdopodobnie nie dalej jak rok temu ten sam rzeczony dentysta zakładał (kasując mnie dokładnie tyle samo). Hajs się musi zgadzać, nie ma co. Jakby tego było mało cały dzień bolał mnie ten zrobiony ząb i żadna tabletka na to nie pomagała.

Po trzy. Jakiś czas temu dostałam od swojego oszczędnościowego banku (w którym zarabiam całe 4 zł miesięcznie z czego dwa wydaje na podatki i prowadzanie konta, więc szał!) informacje o jakichś zmianach, aneksach do umowy coś tam. Pofatygowałam się więc tam by dowiedzieć się, że:
a) bank po raz TRZECI odkąd mam tam swoje środki (czytaj od roku 2007) zmienił nazwę i kolor.
b) pani w banku ni chuja pojęcia nie ma co za aneksy i o co właściwie chodzi, ale może mi oczywiście zaproponować nową formę oszczędzania (ja nie po to kurwa przylazła!). Kazała mi się zalogować u nich na kompie dla klientów do swego konta. Mówię jej ze nie mam kajeciku z hasłami, bo po x latach nagle stwierdzili, że hasło które pamiętam jest za stare i mam je zmienić. Nie pamiętam tego nowego, więc pani wysłała mi reset SMSem. To miało miejsce miesiąc temu. SMS do mnie nadal nie dotarł.
Jako, że te pieniądze tam sobie tylko leża i kurzem obrastają niespecjalnie interesowałam się rzeczonym kontem dopóki nie dostałam SMSa o zmianach w płatnościach. Chcę więc zajrzeć tam i poczytać ile mi przydupią więcej za prowadzenie konta i czy już powinnam uciekać do innego banku kiedy.. okazuje się, że za chuj nie mogę się zalogować. Pan na infolinii twierdzi, że moje hasło jest jakie było i żaden reset się nie odbył. Znów mnie czeka wycieczka do placówki.

Na koniec burdel nad burdele u mnie w robocie, które skutkują tym, że na moich dokumentach i moim nazwisku wiszą braki o wartości bagatela koło 300 zł i ni jak się nikogo doprosić nie można coby mi się doliczył gdzie jakaś łachudra te leki odłożyła. Najwyraźniej kurwa wkładam do pojemników leki widmo.

Zaiste wkurwienie wzmaga pragnienie w związku z powyższym idę się znieczulić.

czwartek, 18 października 2018

Gabriel


W krainie było słonecznie. Stała przed domem nieco zlękniona. Obejrzała się przez lewe ramie, zerkając na Panią Krainy, stojącą kilka kroków za nią. Przeczesała dłonią krótkie czerwone włosy i spojrzała na fiolkę, którą trzymała. Dawno temu jej opiekun, jej Anioł Śmierci dał tą fiolkę jej służebnicy, by w razie czego mogła go wezwać, nawet jeśli on zniknie. Zważywszy na to, że zniknął, tak jak cały Pozaświat, Vill postanowiła spróbować.

- Wzywam cię Gabrielu – powiedziała pełnym napięcia głosem.

Odkorkowała flaszeczkę i wypiła. Nastała pełna napięcia cisza. Nic się nie stało.

- No wzywam cię – powiedziała.
- Gabrielu Vill Cię potrzebuje – szepnęła Pani Krainy.

W Krainie się zachmurzyło. Vill spojrzała w niebo, a potem na swoją gospodyni. Tamta pokręciła przecząco głową, jakby chciała powiedzieć „To nie ja” Wiatr zaszeleścił w koronach pobliskich drzew. Czyżby miało zacząć padać? Vill obróciła się w tamtą stronę i zamarła. Pod jednym z drzew stała postać. Szczupła, wysoka i tak czarna, jakby była cieniem.

- Vill…. - zaczęła Pani Krainy

Czerwonowłosa jednak bez namysłu ruszyła do przodu.

- Gab…

Zrobiła jednak ledwie dwa kroki, nim postawiła trzeci on już był przy niej. Wyglądał, jakby wyszedł z pożaru, Cały czarny i pomarszczony. Z jego czarnej bezwłosej twarzy spoglądały na nią piwne oczy. Jego imię ugrzęzło jej w gardle gdy złapał ją za szyję. Szybko uniosła dłoń, powstrzymując Panią Krainy przed reakcją. Drugą ręką chwyciła go i wtedy to poczuła.

To było jak połączenie wspomnienia. Zapadła się w jego piwnych oczach, tak samo jak on w niej. Jakby oboje znaleźli się w innym miejscu. W jednej chwili poczuła jak wieżowiec wznosi się z nicości. Wystrzelił z ciemności jak rakieta. Na zewnątrz łza popłynęła jej po policzku, kilka pasm jej włosów posiwiało. Oboje byli pod wieżowcem który sięgał w nieskończoność. Kolejne siwe pasma. Kolejne łzy. Nie wiedziała kiedy znaleźli się na górze. To tak jakby jakiś portal przeniósł ich wprost na dach.
Powinno wiać, wiedziała, że na tej wysokości, jaka ona by nie była powinno wiać.
Powietrze jednak było nieruchome.

Jego włosy , krótkie o różnych odcieniach pasemek. Prosty nos, okulary, blada skóra.

Zrozumiała, że on nie stoi już obok niej, a może nigdy nie stał.
Podszedł do krawędzi.

Chciała krzyknąć, ale przecież trzymał ją za gardło.

Zrobił krok i… zniknął jej z oczu. Bez namysłu rzuciła się za nim.

Jego włosy poczerniały, oczy zaś poczerwieniały.

Leciała nad nim widząc jak spada.
Spadała pod nim, widząc jak leci za nią.

Czarne włosy wydłużyły się, a ciało wysmukliło.
Patrzył na nią, jakby jej nie poznawał.

Próbowała spotkać jego spojrzenie, dotknąć jego dłoni. Rozłóż skrzydła Gabrielu, pomyślała. Rozłóż skrzydła proszę. Znów leciała nad nim, próbując go dogonić. Kolejne uderzenie serca sprawiło, że spadała, jakby uciekając przed nim. Zamieniali się miejscami, a ona zastanawiała się, jak daleko jeszcze do ziemi, która przecież nie istniała.

Pani Krainy nagle zorientowała się, że czarna postać jest ubrana. Jeansy i koszula. Przydługie włosy sięgały mu do karku. Czerwone oczy wpatrywały się w Vill, jak oczy woskowej figury, bez życia. Bez emocji. Włosy Vill nabierały coraz więcej siwych pasm.


Proszę rozłóż skrzydła. Gabrielu inaczej zginiemy!

Skóra Vill zbladła i pomarszczyła się, włosy były niemal całe białe, kiedy z pleców Gabriela wyskoczyły czarne skrzydła.

Ile jeszcze mieli do ziemi? Czy mieli spadać w nieskończoność?

- Vill nie rób tego – zawołał – zniszcz to, to nie jest ci potrzebne.
Dopiero teraz jakby przestał być posągiem. Nagle zorientowała się, że stoją przed domem w Krainie. Poczuła się słabo. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
- Krew – poprosił stanowczo Panią Krainy, a kiedy ta podawała Vill swój nadgarstek zapytał. - Kim u licha jesteś?
- O ja pierdole… - powiedziała Pani Krainy zaskoczona.

niedziela, 14 października 2018

Mentalność niewolnika?

Dziwi mnie polska mentalność. Ludzi, którzy mają już swoje lata i przeżyli już co nieco. Dziwi mnie jak słyszę kiedy tacy ludzie wypowiadają się jak to młodzi niewdzięczni są bo za tyle pracować nie będą. Dziwi mnie, że tacy ludzie na oczy nic nie widzą, że aż tak stereotypowo patrzą.

Siedź cicho i ciesz się, że masz pracę.

Dlaczego stękasz, masz ciepło na dupie siedzisz, na magazynie to mają przejebane.

Nie rozumiem ciebie, przecież jako świeżak nie powinnaś się odzywać.

Nie po to do pracy chodzę by słuchać stękania.

Jak Ci się nie podoba, to sobie znajdź inną pracę, albo załóż działalność gospodarczą, to zobaczysz jak to jest.

Jak słyszę coś takiego, to przypomina mi się moja znajoma z Litwy, Violet zawsze była kobietą pełną wdzięczności. Była też pełna doświadczeń życiowych. Takich doświadczeń, które w wieku ponad 50  lat doprowadziły ją do sprzątania na jednostce wojskowej gdzieś na wyspach. Nie wiem dokładnie co ona przeżyła z jakim brakiem pieniędzy i bezrobociem się mierzyła, ale doprowadziło ją to do takiego stanu, że gdyby spotkała Elkę The Secend to by jej stopy całowała za to, że może sprzątać kible.

Ja rozumiem, że różne rzeczy się zdarzają w życiu, ja rozumiem, że ludzie różne rzeczy przechodzą. Ja rozumiem, że z pracą jest ciężko zarówno w Polsce, jak i niekiedy na świecie. Też swoje wyczekałam, swoje wyszukałam, swoje przeryczałam.

Ale to do nędzy nie oznacza, że mam siedzieć i dziękować szefowi korporacji, za to, że łamie przepisy BHP. Ja rozumiem, że przychodzi nowy logityk, rozumiem, że mogą mieć problemy i że chcą temu zapobiec. Ja rozumiem nawet pewne zmiany jakie wprowadzili. No większość.

Nie rozumiem jednak za chuj wielki (i dwa bąbelki) z jakiej paki zapobiec problemom ich ma zamknięcie nam swobodnego dojścia do kibla, co równa się z łamaniem podstawowych przepisów BHP, załącznika 3 rozdziału pierwszego i czwartego.

Nie dość, że dojście do tego kibla i tak było przez special kartę Vip, która miały dwie dziołchy na zmianie, to jeszcze drugi kibel piętro niżej od dwóch miesięcy jest zepsuty. Nie, tego nie było dość. Teraz okazuje się, że do kibla latać trzeba przez cały magazyn prawdziwym hektarem, marnując zamiast minutę na dojście to cale trzy, co równa się z mniejszą ilością wyrobionej pracy, co równa się poleceniu po premii.

No do kurwy nędzy, czy ci ludzie mają mózg?

Ale ja nie o tym, ja o tym, że wedle starej wyjadaczki, pracownicy zakładu ze stażem  20 letnim powinnam zamknąć ryj i z wdzięcznością i uśmiechem nr 5 na ustach latać hektary do kibla bo mam wypłatę co miesiąc na koncie.

Może ja się mylę, ale czy to nie zakrawa na mentalność niewolnika?

wtorek, 9 października 2018

Rdzeń


Ciemność. Ciemność Pokrywała wszystko. Z całego Pozaświata pozostała tylko ciemność. I, nie wiedzieć czemu, dwa samotne schody, będące niegdyś częścią areny Pogranicza. Tam też u ich, z braku lepszej nazwy, szczytu, pojawiła się wyrwa. Przeszli przez nią.

Potrzebowała jego krwi. Potrzebowała jego mocy. I, jeśli miała rację, potrzebowała jego broni.

Jej czarne jak noc, długie jak peleryna ciągnące się za nią na prawie dwa metry włosy były już bardzo ciężkie. Czuła, że jest blisko pierwszego kroku. Moc i krew, którą zebrała do tej pory w połączeniu z dodatkową porcją jej gościa powinna przepełnić ją do tego stopnia, że będzie w stanie zacząć.

Zacząć zaczynać…

- Dlaczego tu? - zapytał białowłosy.
- Masz miecz? - odparła pytaniem.

Dotknął ziemi i w tym samym momencie jego ciało pokryło czarną jak noc idealnie dopasowana zbroją.

- Pięknie wtapiasz się w otoczenie – powiedziała z grymasem.

Podniósł brew hełm zasłonił mu twarz. Przez kilka otworów w przyłbicy rozświetliło się światło barwy kości słoniowej. Sam hełm wyglądał jak smukła czaszka z rogami wiodącymi od skroni w tył.

- No właśnie – dodała z przekąsem. - Czego się boisz?
- Kazałaś wziąć broń, więc mam też zbroje – odparł.
- Jeśli mam rację, to potrzebuję ostrza – powiedziała. - Nie musisz się obawiać, że coś cię zaatakuje.

Ruszyła przed siebie. Szedł za nią w milczeniu przekonany, że jego gospodyni wie, gdzie zmierza.
W istocie nie wiedziała. W zasadzie to po prostu szła. Jeśli dobrze wszystko wyliczyła musiała się jedynie oddalić od wyrwy. Jednak odległość w Pozaświecie czerni nie miała większego znaczenia. Nie dało się jej przecież obliczyć. Nie wiedziała ile czasu minęło zanim w końcu przystanęła.

- Może być tu. Miejsce dobre, jak każde inne – powiedziała.
- Dobre jak każde inne? - zapytał. - To po co szliśmy taki kawał?
- Bo czuje, ze to nie powinno być blisko wejścia – odparła, po czym dodała – Ready when you are.

Skinął głową. Miecz i zbroja zaczęły się rozpływać. Podeszła do niego i objęła go delikatnie. Nie lubiła tego. Nienawidziła prosić. Nie cierpiała potrzebować pomocy. Mimo to zwróciła się zarówno do niego jak i do Pani Krainy ponieważ wiedziała, że tylko ich moc i ich wieź jest na tyle silna, by pomóc jej cokolwiek zacząć. Zamknęła oczy i zbliżyła usta do jego szyi. Odchylił głowę posłusznie, a ona wbiła kły.

Czuła jak jego krew przepływa przez jej gardło, kropla za kroplą, jak naczynie się napełnia. Nie mógł być pewien, ale chyba zobaczył iskrę która pognała od nasady do końców włosów. Zamruczała. Kolejna iskra, pognała jeszcze dalej w ciemność niż poprzednia, czy to oznaczało, że włosy stały się jeszcze dłuższe..? Jeszcze jedna iskierka, tym razem jaśniejsza, popłynęła bardzo bardzo daleko. Vill jęknęła, ale nie z przyjemności. Usłyszał trzask, jakby łamane kości. Gwałtownie przycisnęła go do siebie. Kolejne krople, kolejny jęk, poczuł jak pazury jej się wydłużyły kiedy lekko zadrapała jego plecy. Jeszcze jeden trzask. Już prawie. Ból rozdarł jej plecy, krew pociekła po nich kiedy nieomal wrzasnęła. Białowłosy zobaczył wysuwającą się nad lewym ramieniem złamaną pod kątem 90 stopni kość. Jeszcze kilka łyków. Otworzyła szeroko czerwone oczy.

I wtedy naczynie się przepełniło. Oderwała się z wrzaskiem bólu, bo złamana kość nad lewym ramieniem wysunęła się całkowicie, ukazując okrwawione kościane skrzydło. Vill krzyknęła raz jeszcze, kiedy oderwało ją od niego. Zawisła w powietrzu z rozłożonym jednym okrwawionym skrzydłem. Jej włosy niesione siła zebranej mocy podzieliły się na trzy części. Trzy kolory.

Czerń nocy.
Czerwień krwi.
Fiolet magii.

Pociągnęły jak niewidzialnymi rękami zdenerwowanego dziecka i przy wtórze krzyku zaplotły się w ciasny, długi, bardzo długi warkocz.

- Odetnij! - wrzasnęła błagalnie. - Odetnij proszę!

Rękoma próbowała chwycić włosy, które już zaplecione, zaczęły ciągnąć ją w ciemność. Wykrzyknęła jego imię pełnym rozpaczy głosem. Nagle opadła na ziemię, usłyszawszy tylko jak trójkolorowy warkocz pognał gdzieś w ciemność. Białowłosy stał nad nią z mieczem w dłoni. Bezwiednie sięgnęła do swoich włosów i przeczesała je palcami. 

Były krótkie, obcięte nierówno i … czerwone.