Krzyknęła, kiedy
uderzył nią o ścianę wieżowca. Jęknęła próbując się
podnieść. Skrzydlaty w jednym momencie znalazł się przy niej.
Zacisnął zimną dłoń na jej szyi i pociągnął do góry. Czuła
twardość ściany budynku wbijającą jej się w plecy. Była
chropowata.
- Wchłoń go –
warknął.
Wciąż to
powtarzał, wciąż tego żądał. Chciał by wchłonęła wieżowiec,
by oddała mu energię, którą mu ukradła. Nie potrafiła zrozumieć
o co mu chodzi. Nie potrafiła też wchłonąć wieżowca, co rodziło
tylko więcej gniewu.
- Wchłoń go! -
powtórzył.
- Wiesz.. że .. nie
.. umiem – zaprotestowała słabo.
- Głupia.
Bezużyteczna. Dziewucha. - z każdym słowem coraz mocniej uderzał
nią o ścianę.
Poczuła lepką
krew, barwiącą jej krótkie czerwone włosy. Obraz zawirował.
Kolejne uderzenie. I jeszcze jedno.
- Gabrielu.. proszę…
- jęknęła i zapłakała.
Niespodziewanie
uwolnił ją. Postanowiła wykorzystać okazję. Puściła się
biegiem, lecz nie dane jej było długo cieszyć się wolnością.
Dopadł ją po czasie nie dłuższym niż uderzenie serca. Wrzasnęła
czując jego kły wbite w szyję.
- Przestań, to
boli..
Nie przestał.
Przycisnął ją do siebie w żelaznym uścisku jego silnych ramion.
Nie mogła się wyrwać. Nie mogła uciec. Tym razem była pewna, że
wypije ją do cna, że weźmie jej życie w zamian za wieżowiec,
który rzekomo mu ukradła. Chciała krzyknąć. Zawołać
kogokolwiek. Kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc ale w tym czarnym
Pozaświecie była sama. Ona i jej oprawca.
Świst.
Została uwolniona.
Upadła na ziemię. W jej polu widzenia pojawił się wściekły
skrzydlaty i czerwone cichobiegi. Tak bardzo nie na miejscu, że
niemal się zaśmiała.
- Villandro oddychaj
– powiedziały cichobiegi. Miały luźne pomarańczowe spodnie.
- Co…? - nie
zrozumiała.
- Weź głęboki
wdech – powiedziały cichobiegi ze spodniami. Znała ten głos, ale
nie mogła sobie przypomnieć skąd. - Przypomnij sobie, że wszystko
oddycha. Wszystko potrzebuje powietrza.
I wtedy zrozumiała.
Choć nie wiedziała jak i dlaczego znalazł się tu właśnie on,
widziała w tym szansę. Szansę dla siebie, dla własnego
Pozaświata. Wiedziała, że jest tu by jej pomóc, by pokonać tego,
który podszywał się pod Gabriela. By razem z nią wezbrać w silę.
Wiedziała, że cichobiegi ze spodniami są jej wybawieniem.
Leto.
Wzięła głęboki
oddech.
***
Stali przed
wieżowcem.
- Zabiłeś go? -
zapytała.
Stojący obok niej
łysy, wysoki, barczysty mężczyzna w kwiecie wieku skinął głową,
choć minę miał niezadowoloną. Jego luźne pomarańczowe spodnie
łączyły się z czerwoną tuniką rozciętą po bokach co
sprawiało, że wyglądał trochę jak mnich z shaolin. Vill nie
pamiętała, czy zawsze tak wyglądał. Pamiętała tylko, że był
wysoki, łysy i uprzejmy. I nie lubił zabijać.
- Kim on był? -
zapytała.
- Nie jestem pewien,
na pewno nie Gabrielem – powiedział. - Może jakimś rodzajem
pasożyta.
- Mówił, że to
jego energia – powiedziała, wskazując na wieżowiec.
- Być może, a
teraz jest twoja.
Zapadła dłuższa
chwila milczenia.
- Leto, dlaczego tu
jesteś? - zapytała.
Spojrzał na nią i
delikatny wietrzyk zmierzwił jej włosy.
- Nie wiem –
przyznał. - Wygląda na to, że po prostu cię znalazłem.
- Szukałeś mnie?
- Nie wiem, może to
Ty znalazłaś mnie?
- Leto, gdzie są
inni? Czy przestali istnieć, czy gdzieś błądzą w ciemności?
- Ja nie znam
odpowiedzi na te pytania.
- A kto je zna?! -
naburmuszyła się.
- Ty – odparł
spokojnie. - A jeśli nie znasz ich teraz to w końcu poznasz.
Patrzyła na niego
przez chwilę milcząc, jakby próbowała wyczytać coś z jego oczu.
W końcu podeszła do wieżowca i położyła poraniona, pełną
śladów ugryzienia dłoń na betonie.
- Raifu.. -
wyszeptała, przywołując zaklęcie, którego przecież nie mogła w
obecnym stanie używać. Poczuła jak magia wysunęła się z jej
nadgarstków i niemal natychmiast wsunęła się w wieżowiec.
Poczuła chropowaty chłód. Oporną lodowatą energię. Skupiła się
i już po chwili wiedziała jak zrobić to czego wcześniej od niej
żądano. Zamknęła oczy, skupiając się na tym by zaklęcie
wysysające pozostało utrzymane. Nie drgnęła nawet gdy Leto
położył dłoń na jej ramieniu. Tak bardzo skupiała się na
zaklęciu, że dopiero ostry ból przeszywający jej prawe ramię
sprowadził ją na ziemię. Syknęła i skuliła się. Byłaby
upadła, ale mnich ją przytrzymał.
- Jeszcze trochę
Vill, już prawie jest twój – powiedział.
Syknęła raz
jeszcze, bo ból się nasilał. Mlaszczącemu dźwiękowi
towarzyszyła ciepła ciecz płynąca po plecach. Otworzywszy oczy
ujrzała dwie rzeczy. Brak wieżowca i zadowoloną minę Leto.
- Bardzo ładnie
panno De Lavayett – powiedział.
Spojrzała przez
swoje prawe ramie, potem przez lewe. Przeniosła wzrok na Leto i
zamachnęła oba kościanymi skrzydłami.




