czwartek, 22 grudnia 2016

Rewolucje pokojowe, stare i nowe graty podróże pociągowe, oraz kolejny kot, który znikł mi sprzed nosa.

Kot, którego znalazłam, który już dwa razy był oddawany okazał się wzięty po raz trzeci. Szkoda, bo już sobie wyobrażałam  go u mnie w mieszkanku witającego mnie, gdy tylko wrócę z pracy (jakiej pracy?) Dwie sekundy później zakochałam się w kotce. jej imię - Ciri - przyciągnęło mnie chyba bardziej niż jej ugodowy charakter. Tak bardzo jej zapragnęłam ze wyśpiewałam aż cztery zaklęcia. Niestety, jak to zwykle bywa przy kotach miziających się, znalazła szybko kochający dom. Przez chwile czułam się strasznie, bo wierzyłam tak niesamowicie mocno, że Ciri jest mi przeznaczona, że cudownie będzie nam razem, niech tylko chwilkę poczeka aż znajdę tę przeklętą pracę... Na koniec użalania się i po tabliczce czekolady (kobiece dni niestety swoje robią, ktoś powinien wymyślić tabletkę na PMS. Chyba to opatentuję!) uznałam, że Ciri faktycznie była znakiem. Znakiem, by poczekać. Więc przestałam ganiać po stronach internetowych schronisk i innych kocich domów w poszukiwaniu pupila który sprawi, że oboje nawzajem się uszczęśliwimy.

W zamian za to postanowiłam trochę ogarnąć swoją przeszłość. Przejrzałam masę papierów zdjęć starych zeszytów i rzeczy, które po takim czasie absolutnie nic dla mnie nie znaczyły. W związku z tym, ze Łojciec zrobił mi graciarnie z pokoju, ja zrobiłam tam tajfun sprzątania. Do tego poprzestawiałam kilka rzeczy tak, że nie do końca przypomną mój pokój z zastałą energią lat szkolnych i przed Krótkowych. Do tego w ramach oczyszczenia ścięłam włosy, a Wiedźma Rodzicielka stwierdziła, że odmłodniałam. Zabrałam tez kilka swoich gratów, jak ulubiony sztylet który o ile pamiętam chyba własnie w Jaworznie został kupiony przez mojego ex (serio teraz sobie przypomniałam, a pół dnia zachodziłam w głowę skąd ja go mam), oraz dostałam kilka nowych jak książka, durszlak i komplet pościeli.

(Przy okazji -  Jeśli kiedykolwiek kupicie coś do kuchni, miskę albo coś i nie będziecie mogli się pozbyć kleju spod naklejki na produkcie, pomaga na to oliwka dla dzieci - moja ciotka jest genialna! :P)

Wizyta w rodzinnym mieście była złym i dobrym pomysłem jednocześnie. Dobrym, bo spędziłam dużo czasu z rodzina, której tak mi brakowało przez te osiem lat. Mnóstwo czasu gdzie nikt mnie nie poganiał i gdzie nie musiałam patrzeć, że ktoś chce mnie jeszcze do swojego ojca na kolacje czy o babci z Niemiec na obiad. Zła bo jednak w rodzinnym mieście znajduje się kilka miejsc które wybitnie kojarzą mi się z Krótkim, przez co odwiedzanie ich bolało. Na całe szczęście Krótki nigdy nie lubił chodzić ze mną na spacery po Zgorzelcu, więc wycieczki na nogach były dość przyjemne i nie okraszone bólem wspomnień.

Po raz drugi prowadziłam po polskich drogach, choć mój ciężko tyrający Łojciec ( po którego pojechałam samochodem jego kobiety, bo jego się zepsuł) uznał, że egzamin bym oblała, chociaż uwag miał całe dwie, no może trzy biorąc po uwagę to, że nie zaparkowałam tam gdzie chciał :P

Za to powrót pociągiem był mega męczący. Okazało się że pociąg z rezerwacją przy oknie jest przedziałowy, a że ja miałam gratów więcej w tą stronę niż w tamta w pewnym momencie wręcz zaklinowałam się w korytarzu :P Na całe szczęście z Katowic złapałam szybciej autobus, wiec byłam w domu całe pół godziny wcześniej.




















sobota, 17 grudnia 2016

Ta pustka i to choróbsko i te podróże i te tęsknoty

Zapakowałam się w sumie trzy torby. Całe szczęście, że laptoka brać nie musiałam, chwała nowoczesnym telefonom.

Spontaniczne spotkanie z kolegą z internetu do którego wcale dojść nie miało początkowo okazało się nawet dobrze zagospodarowanymi dwudziestoma minutami. W drodze powrotnej mam chęć spotkać się z przyjacielem, ale znając moje szczęście pewnie nic z tego. W końcu to tylko godzina między pociągami. Chociaż do Wrocławia nie ma aż tak daleko ani z jednej ani z drugiej strony. Kiedyś do spotkania na pewno dojdzie.

Obecnie siedzę u Łojca. Na nowo musiałam się nauczyć palić w piecu. Stety albo niestety wybrałam sobie na powroty porę zimową. Oczywiście Polska przywitała mnie smogiem w Krakowie, śniegiem w Chorzowie, rozwalonym zamkiem od kurtki w Katowicach, kolegą we Wrocławiu i choróbskiem w Zgorzelcu. No bo czemu nie, dawno już nie chorowałam tak, żeby mnie do wyra położyło. Od czasu do czasu takie rzeczy trza nadrobić, zwłaszcza, że polskie apteki kochają moje oszczędności. Po trzech dniach picia Theraflu przerzuciłam się na Gripex i syrop cebulowo czosnkowy. Swoją drogą jak na ironię ubezpieczenia jeszcze nie mam, wiec .. hm... nie pochwalę się czym mnie przywitała Polska Służba Zdrowia.

Udało mi się jednak pospacerować po rodzinnym mieście i odkryć jak bardzo... nie czuję nic chodząc wspomnieniowymi drogami i uliczkami. Wydaje mi się, jakby to już nie miało znaczenia, że gdzieś coś kiedyś z kimś... a tam na tamtej ławce... a tu kiedyś stał ten sklep.. a tam do szkoły i na boisku ... Pusto.. jak film, życie toczące się gdzieś obok. W innym wymiarze.

U babci siedzę na łóżku i wpatruje się w zdjęcie w różowej ramce. On, szczupły, niewysoki, uśmiechnięty z brodą i czarnymi włosami, ze stalowo niebieskimi oczyma idzie trzymając ją za rękę. Tą czerwonowłosą w bordowej sukience ze studniówki z długimi włosami, niebieskimi roziskrzonymi oczami i wyszczerzonymi zębami ( bo nigdy jakoś się nie przejmowała tym, że są nie do końca proste czy ładne), zadowoloną i też szczupła jak nigdy jeszcze wcześniej i pewnie nigdy później. Patrze na nich i czuję... chyba nic, albo i pustkę. Patrzę na nich i zastanawiam się, czy ja znam tych ludzi, czy to naprawdę byłam ja i Krótki?

Mój własny pokój u taty w mieszkaniu, jak to zwykle bywa przy pokojach nie używanych, zakurzony i zawalony gratami. Za każdym razem jak przyjeżdżam muszę go sobie ogarnąć, odkurzyć, przejrzeć graty, pobawić się wspomnieniami. Tylko, że tym razem te wspomnienia są.. puste... Jakby z innego życia, innej rzeczywistości...

Patrzę na zdjęcia znajomych ze szkoły, wizyt w Krakowie, spagetti z doniczki ulubionej knajpki gdzie na dworze zamiast krzeseł pod Wawelem mają huśtawki ogrodowe, patrze na twarze uśmiechnięte i zadowolone, z 15 lat młodszą Wiedźmę Rodzicielkę, z 15 lat młodszą mnie. Połowę życia temu.. Życia, które przed Krótkim wydaje się nie istnieć...

Tęsknie za nim i to niezaprzeczalny fakt. Nie wiem tylko do czego to mnie doprowadzi, bo póki co doprowadza mnie do łez. Uznałam, że już nie tylko z własnej zachcianki ale i terapeutycznie muszę koniecznie zaadoptować kota.

I nie ma zmiłuj. Tylko znaleźć pracę i od razu jadę do schroniska.


niedziela, 4 grudnia 2016

Sernik i lodówka

Wprowadziłam się wczoraj. Jako, że w piątek czeka mnie podroż na dolną partię polskiej mapy postanowiłam jeszcze nie włączać lodówki, bo jaki sens jest, by teraz tydzień chodziła, a potem dwa tygodnie biegała na darmo.  Funkcję lodówki zatem pełni parapet za oknem.

Molly dziś do mnie przyjechała, więc wybrałyśmy się na spacer. Trafiwszy do jednego z francuskich marketów od razu rzuciły mi się w oczy czerwone talerze. Co tam, że wczoraj w Ikei wydala tyle forsy, że nie chcę o tym myśleć. Z drugiej strony nie dalej jak dziś rano stwierdziłam, że racja w tym iż dom to nie rzeczy, a ludzie. A te talerze z Ikieły to przecież tylko rzeczy. (Nie nie kupiłam kolejnych. )

Idąc dalej tym tropem przejrzałam dostępne w owym markecie kolorowanki antystresowe, które mnie coraz to bardziej stresują ostatnim czasem, bo przecież ŻADNA nie jest taka jak ta, co miała Pani Krainy. Każda jedna ma zawijasy i te inne farmazony zamknięte w kształcie zamiast kształt z tego stworzony. Po marudziłam trochę i poszłyśmy dalej. W oczy  rzucił mi się mikser, który miałam sobie kupić. Był w promocji więc się skusiłam.

Szukając mięsa mielonego, potraw i innej maści rzeczy, a także trochę leków i zmiotki z szufelką (moja niestety okazała się złamana) opowiadałam jaka to radocha, że w środę jak Molly znów przyjedzie, to sernik zrobimy i będzie fajnie bo w czwartek Wiedźma Rodzicielka wpada to też się załapie i w ogóle super wypas, bo już mam ten mikser.

Kolejka była długa, niemal na całą sklepu długość. Stoimy w tej kolejce patrze po produktach i nagle jak mnie coś nie trafi.

Przecież ten sernik jest na zimno.
A ja nie mam lodówki :P

Zatem sernik dopiero po powrocie z domu rodzinnego, a tymczasem sama siedzę już w domu czekając na panów z moimi gratami z UK i zastanawiam się, czy dam radę cokolwiek dziś rozpakować, bo oczy mi się zamykają.. a ciało wciąż pragnie ciepła drugiego człowieka.. a co Krótki..? Podobno zapisał się na siłownie i terapię. Podobno chce o mnie walczyć. Podobno ważna jestem dla niego...

A ja tęsknie.. tylko nie wiem czy za nim czy za wspomnieniem ciepła..

Edit: Przyjechali parę minut po północy. Ma ktoś ochotę powciskać sobie milion kilometrów folii bombelkowej? :P

czwartek, 1 grudnia 2016

Zimno...

Nie lubię zimy. Nigdy nie lubiłam. Śniegu też nie lubię. Jedynie ładnie wygląda, nic więcej. Same z nim kłopoty.

Tramwaje i autobusy są koszmarnie drogie i nawet radość z nowej suszarki do prania nie umie przyćmić żałości wydawania na podróże.

Zimno. Nie lubię zimy, nie lubię nie mieć samochodu, chociaż miałam go ledwie trzy lata. Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do dobrego.

Umowa na Internet zawarta na dwa lata, co za tym idzie trochę się uziemiłam. Żona Pana Murów - Panika (Panika Mur, czy to nie zabawnie brzmi?) towarzyszy mi ostatnimi dniami nadzwyczaj często. Wciąż mam wrażenie, że o czymś zapomniałam, albo coś się mocno spierdoli w niedługim czasie. Pewnie trafi mnie zbłąkana kula i w końcu zakończy moje wywody myślowe z samą sobą.

Z nim nigdy nie mogłam rozmawiać. Z sobą rozmawiałam o nim i tym jak mnie denerwuje. Teraz mam już sama siebie dość, bo zastanawiam się co u niego, jak sobie radzi, jaką terapię mu przydzielili i czy w ogóle jeszcze o mnie myśli. Czy naprawdę się zmieni. Czy aż tak bardzo kocha i czy po naszej kolejnej rozmowie nie zrezygnuje. Przecież to ja od niego odeszłam bo traktował mnie jak śmiecia, wiec dlaczego tęsknie? Pierdolony syndrom sztokholmski?

- Nie odzywa się.
- Sama mu kazałaś zamilknąć.
- Wiem, ale się nie odzywa.
- Jesteś nielogiczna
- Jestem kobietą.

Zimno jest, nie cierpię zimy. Przez ten wielki szalik nie mogę normalnie obracać głową, a kolczyki wiecznie się do niego przyczepiają. Czapek też nie lubię. Za to moje buty za najtańszą możliwą kwotę z angielskiego supermarketu chyba nie ogarniają, co to zima. Ani razu się jeszcze nie pośliznęłam i nawet nie przemokły.

Na domiar tego moje emocje chyba zapadły w sen zimowy. Nie mogę płakać, nie mogę się cieszyć nie mogę nic.

Czuje się nijak.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Bo pierwsze razy istnieją zawsze

Wycofaliśmy, ledwie to poczułam, lekkim kołysaniem. Ciasno było, ale co się dziwić. Upchałam plecak z laptopem między nogami i zapatrzyłam się w małe okienko. Start był, jak jazda na kolejce górskiej. Wyrwał mi się krzyk, sama nie wiem czy zachwytu czy przerażenie. Zatkane uszy, o których ostrzegała Wiedźma Rodzicielka nie były jakimś wielkim albo długotrwałym problemem.

Spać jednak się nie dało. Samoloty to jednak hałaśliwe bestie. Ludzie w samolotach też hałaśliwe.

Kiedy już pod skrzydłami pojawiły się światła miasta nie mogłam oderwać wzroku. W głowie jedna myśl, wyciskająca słone łzy na policzki JESTEM W DOMU.

Koty Wiedźmy Rodzicielki niespecjalnie zadowolone są, że ciągle je przytulam, ale co tu dużo gadać, stęskniłam się. Pół niedzieli spędziłam na kolorowankach starając się jakoś zamaskować przerażenie samodzielnego powrotu.

Panika znów wkradła się w moje myśli, mimo, że podobno mam pierw odpocząć, ona odpocząć mi nie chce dać. A jak nie znajdę pracy, a jak sobie nie poradzę, a jak skończą się pieniądze a nawet nie mam samochodu (moją ukochaną KAtkę oddać musiałam za śmieszną cenę 100 funtów... poryczałam się za samochodem, dacie wiarę?).

Staram się zająć czymś myśli w związku z czym robię dosłownie wszystko co się da. Średnio to pomaga, ale podobno potrzebny jest czas. Niestety z panem Czasem chyba ostatnio jestem pokłócona bo ni jak mi nie pomaga...

Słyszę:
Czas dla siebie
Odpocznij
Poukładaj sobie w głowie
Daj czas sobie i Krótkiemu (który notabene dziś ma pierwszą sesję terapeutyczną)
Kot
Mieszkanie
Poradzisz sobie
Znajdziesz pracę
Daj czas

Czas
Czas
Czas...

A wewnątrz mnie coś krzyczy silnie i szarpie....
Bo nie umiem okiełznać emocji i nie wiem co mam zrobić z własną głową i sercem...

wtorek, 22 listopada 2016

Kolorystycznie antystresowo?

Spraw załatwianie, nawet jak ma się plan, bywa czasami chaotyczne. Wiedźma Rodzicielka mawia, że jak chcesz rozbawić boga, powiedz mu o swoich planach. Coś w tym definitywnie jest.

Czas, który pozostał mi w UK staram się wykorzystać do maximów. Co znaczy, że uczę się do nowego kursu, by zdobyć pracę w Polsce, odprawiam się na lot zamówiony miesiąc temu (przepłacony mocno bo spóźniłam się jeden dzień ;/), próbuję sprzedać samochód i .. nie udaje mi się to.

Katunia moja najcudowniejsza, srebrne dziecię na własnej.. karcie bankowej wychowane, z wymienionym, półtorarocznym sprzęgłem, naprawionym światłem na desce rozdzielczej wymienionymi światłami i zaspawaną podłogą nie jest warta nawet połowy tego co za nią zapłaciłam, nie licząc tego co w nią włożyła. Ba nie jest warta nawet ćwierci ani jednej ósmej pieniędzy w nią włożonych. Za to jest i to bardzo... stara. Przejechałam dziś chyba z osiem komisów z czego w siedmiu powiedzieli mi, że jest za stara by ją brać. Serio? Autko ma 11 lat...

W związku z powyższym, jak również tym, że Krótki solennie obiecał zmiany, do parę dni dobija się do mnie z "kocham nad życie i na zawsze" jak również dobija się do Szwagrzycy, pisząc do niej listy miłosne do mnie, wiedząc zapewne, że one do mnie trafią, zwyczajnie wysiada mi psychika. Powoli wysiada mi też siła woli i zaczynam wierzyć Krótkiemu, że naprawdę, naprawdę kocha tak bardzo, że się zmieni.

Stop, mówi Pani Krainy i pod nos podkłada mi ... kolorowanki. Kolorowanki antystresowe, żeby było śmiesznie. Więc wzięłam te kredki i drugi dzień z rzędu koloruje co popadnie, żeby myśli zajęte były tylko i wyłącznie nie wychodzeniem za linię.

I wiecie co?

To działa.. dopóki kredki jeżdżą po papierze, do bólu ręki, a umysł zajmuje się łączeniem kolorów. Działa dopóki to robisz, dopóki widzisz te małe fragmenty i efekt jakie one dają..

.. a potem.. myśli wracają...

Sądzę, że te trzy kolorowanki które kupiłam wczoraj szybko zostaną zapełnione..


czwartek, 17 listopada 2016

Dzień pod dniu

Mijają dni, których staram się nie liczyć. Całą swoją energię próbuje przekierować na sprawy bieżące.

Pierw humor mi zepsuł bank, bo okazało się, że jeśli pragnę wypisać się ze wspólnego konta muszę z Krótkim stawić się na spotkanie. Dopiero jak wyznałam, że będzie rozwód i że wyjeżdżam, gdzieś w zakamarkach papierologii znalazła się forma, która nie wymaga naszej obecności, Wypisałam swoją część i wczoraj wysłałam do niego. Powiedział, że nie będzie mi robił z tym problemów. Cóż, pozostaje mi trzymać za słowo.

Powiedział również, że bierze antydepresanty, że idzie na terapię, co mnie osobiście dobiło maksymalnie i pękł mój łańcuszek dni bez płaczu, który i tak póki co składał się z całego jednego dnia...

Od wczoraj usiłuje sprzedać moje srebrne dziecię. Wydałam niebotyczną sumę dwunastu funtów na wypucowanie mojej KA-chan i wystawiłam ją za śmieszną cenę 350 funtów do negocjacji. Sama kupiłam ją za jakieś 1200 trzy lata temu, ale cóż. niestety wartości aut spadają wraz z wiekiem a moje dziecię ma już jedenaście lat. Mam nadzieję, że ktoś się nią zaopiekuję, bo wiem, że będzie mi jej brakować. Przywiązałam się, co tu dużo gadać, w końcu to moje pierwsze auto.

Jako, że moje nowe mieszkanko cud, miód i orzeszki po remoncie, ma nawet w zestawie meble, pozostaje mi dokupić tylko rzeczy użytku codziennego. I tak w tej kwestii wychodzi na jaw mój brak cierpliwości, bo zamiast kupować plastikowe łyżki do gotowania w Wilko, powinnam zerknąć co do zaoferowania ma amazon. Gdybym to zrobiła bogatsza bym była o piękny sylikonowy zestaw kuchenny, do tego czerwony, ale nie, ja musiałam już. Nie wiedzieć czemu, zaprzątnięta myślami kupiłam aż trzy duże deski do krojenia, zamiast trzech w różnych wielkościach. do tego kilka innych drobiazgów które są ledwie wierzchołkiem góry lodowej.

Ogólnie plan był taki, by zaopatrzyć się w rzeczy codziennego użytku w UK po czym wysłać je do polski firmą przeprowadzkową. Pierwsi znalezieni w necie usługodawcy wywalili z dupy cenę 270 funtów. Potem było już gorzej. Ostatni pan, który początkowo wydawał mi się dość ułożony i konkretny wycenił przewóz rzeczy, które upchnęłam w fordzie KA na 1250 euro. Podziękowałam ładnie i z ciężkim sercem postanowiłam wysłać swoje dobra kurierem. Przeraża mnie fakt, że w związku z tym będę musiała wyplątać z komputera obie moje karty graficzne i dysk, co poleci ze mną samolotem. Zgroza.

Najbardziej z UK będzie mi chyba brakować charity (są to sklepy z używanymi rzeczami , głownie odzieżą, z których dochód idzie na cele charytatywne.). Moja tradycja i pasja wyszukiwania spódnic i bluzek w owych niestety będzie musiała zostać w kraju wyspiarskim.

Póki co staram się jakoś trzymać i nie zważać na jego listy i prośby, na jego mocne postanowienie poprawy i długi oraz bolesny rachunek sumienia. Próbuje się skupić na rzeczach w tej chwili do zrobienia i załatwienia, wczoraj był kolejny dzień bez płaczu. Yay, brawo ja. Oby tak dalej...

niedziela, 13 listopada 2016

Najciężej

Najciężej chyba czytać jego prośby i obietnice. Zdaje sobie sprawę, że zostawiłam go w wielkim szoku i bólu. Zdaje sobie sprawę, że złamałam mu serce. Jednak to już był ten moment, kiedy wybór był zbyt prosty i zbyt bolesny, by go nie podejmować.

Wiem, że zajmie mu trochę by się uspokoić i przyzwyczaić do tego, że mnie nie ma.

Twierdzi, ze teraz rozumie, teraz wie, jak się czułam. Mówi, że zawinił ignorancją i niewiedzą. Proponuje terapię i prosi o spotkanie. Uważa się za potwora i obwinia się za wszystko.

Najciężej jest nie odpisywać mu... bo jestem osobą, która pragnie pomagać, pragnie niwelować krzywdy, a nie je tworzyć. Część mnie chce wrócić, chce posłać nas na terapię, chce spróbować ten ostatni raz i zobaczyć, czy on faktycznie jest w stanie zmienić się dla mnie. Część mnie tęskni i chyba nadal trochę kocha...

Jednak druga część mnie nakazuje mi przestać. Nakazuje spojrzeć ku przyszłości i ku przeszłości. Przypomina co robił, jak się zachował, jak kurwował i jak jego zabawki były najważniejsze. I to, że nie ma racji. Nie zawinił niewiedzą, jedynie ignorancją. Rozmawiałam z nim wiele razy, prosiłam by się tak nie odnosił, że mnie to boli... prosiłam, płakałam, błagałam.. jedynie widział to jak on się czuję.. pisałam listy, a nawet zebrałam się na odwagę i zaproponowałam terapię... ze łzami w oczach. Odmówił (twierdzi, że nie wiedział, że nie sądził, że to tak poważne, bo przecież jak się komuś proponuje wspólną terapię to nie jest poważne, czyż nie?).

Najciężej jest czytać, że on nie zauważał tego jak się do mnie odnosił, że był ślepy, że powinien wiedzieć, że robi mi krzywdę. Tak powinien..

Wina leży po obu stronach. Bo też i ja zawiniłam pozwalając mu na to wszystko, cofając się przed nim, korząc i ulegając. I myślę o przyszłości jaką mogłabym mieć z nim, o tym, że nie chcę mieć dzieci a on pragnie "przedłużenia rodu" o tym, że jestem czasem infantylna, emocjonalnie głośna, niezdarna i czasami po prostu mam ochotę robić coś na odpierdol, albo się powygłupiać, pośpiewać, potańczyć... Myślę, że nawet jakby poszedł na tą terapię, to nie spodobałoby mu się jaka jest swobodna Vill.. bo Vill już od bardzo bardzo dawna przy nim swobodna nie była. Myślę, że uznałby, że jestem już całkiem inną osobą.. A ja po prostu wracam powoli do bycia sobą. Tą nie stłamszoną, tą wesołą głośną infantylną wariatką pełną wiary w uśmiech.

Tak więc najciężej jest czytać jego prośby i nie reagować. Ale wiem, ze muszę to przetrwać, że to zaprowadzi mnie do lepszej przyszłości do MOJEJ przyszłości. Do mojego domu i moich zasad i mojego szczęścia, gdzie nie będę musiała ustępować na każdym kroku, bo komuś się coś nie podoba...

sobota, 12 listopada 2016

Koniec

Rano wyszedł do pracy, przytuliłam go i życzyłam miłego dnia...

Dziesięć minut później przyjechała Jo mi pomóc. Spakowałyśmy mnie w godzinę z kawałkiem.

Kilka godzin później byłam już na miejscu.

Bitwa w moim wnętrzu nadal trwa.
Ledwo trzymam się na nogach...

On.. prosi... przeprasza... obiecuje terapię...

Ja.. płaczę, bo choć bardzo bym chciała, nie umiem uwierzyć... nie umiem ...

czwartek, 10 listopada 2016

Bitwa

Horyzont rozpościerał się jasnym, bezchmurnym niebem. Wiał lekki wiatr, jakby cała okolica dawała znać, że wyczekuje tego, co ma nastąpić. Patrzyła w niebo przez chwile. Błękit kończył się, a może zaczynał czernią. Przekrzywiła głowę.

Błyszczały wypolerowane jak lustra. Jakby spędzili miliony godzin przed bitwą, by nadać im blask chwały jeszcze przed zwycięstwem, które na pewno przeczuwali. Miliony jej odbić patrzyły z lekkim lękiem na nią samą. Czarne miecze i łuki na ich plecach dodawały tylko elegancji, jak obudowy flagowych smartphonów. Uśmiechnęła się na te myśl. Miliony uśmiechów dodało jej otuchy. Powiodła wzrokiem dalej i ujrzała Jego. Starcza w szacie, z twarzą skrytą pod kapturem, wyciągał ku niej kościsty palec obleczony biała niemal skórą, a zakończony długim, czarnym, zakrzywionym szponem - Pan Murów.

- Jesteś sama - powiedział, stojąc za swoją armią.

Przekrzywiła jedynie głowę w zaciekawieniu. Na sobie miała wygodne skórzane spodnie, wysokie buty z cholewami, tunikę przepasaną pasem i krótką skórzaną kurtkę. Znad ramion wystawały jej dwie rękojeści średnich mieczy, włosy miała związane w koński ogon. Wiatr zabawił się czerwienią jej kosmyków w milionach odbić czarnych zbroi.

- Nie, nie sama - odparła.

Niebo rozdarł ryk czarnego smoka, który rzucił cień na rycerzy czarnej armii. Vill uśmiechnęła się pod nosem, kiedy obok niej pojawił się białowłosy Znaczek, z drugiej strony stanęła Molly, elektryczność otaczała ją całkowicie ujarzmiona. Przybycie Wiedźmy Rodzicielki oznajmiły dwa miauknięcia czarnych kotów. Brązowe włosy Pani Krainy rozwiał wiatr, kiedy zjawiła się wraz ze swoimi wilkami. Jej zielone oczy jarzyły się ekscytacją. Armia Znaczka pojawiła się za nimi, niczym wyłoniona z mgły, której przecież nie było. Smok na niebie zatoczył koło i ryknął raz jeszcze.

Vill wyszczerzyła kły.

- Nie sama - powiedziała.

Zagrzmiało, niebo pociemniało.

Dwie armie ruszyły do ataku!

Chappell Music - Great Ambition (Epic)

poniedziałek, 7 listopada 2016

A działo się cz 14 - Księżniczka

Księżniczka to typ kobiety rządzącej. Taka damska wersja Krótkiego. Kiedy ma zły humor wszystkim na około się obrywa. No, wszystkim, którzy są niżsi rangą, czyli generalnie wszystkim poza szefostwem.

Bo Księżniczka wszystko wie.
Bo Księżniczka na wszystkim się zna.
Bo Księżniczka ma zawsze racje.
Bo Księżniczka ma prawo się stresować.

Zdarzyło się, iż Księżniczka w przypływie dobrego humor ostrzegła lojalnie, że może powarkiwać, bo przecież córkę lat czternaście do polski puszcza samolotem, samą. Nerwy mogą ją zeżryć, a że Wy za to oberwiecie to już inna broszka.

Zdarzyło się także, iż największy z klientów fabrycznego kurnika, jak zwykle potrzebował zamówienie, jak zwykle duże, jak zwykle na wczoraj. Jak zwykle w 9 godzinach trza było zmieścić trzy doby.

Księżniczka na maszynie mrożącej od rana latała jak szalona, jakby miała mrówki w gaciach. Vill raz jej niechcący stanęła na drodze.

- Vill, kurwa rusz się, pot mi się po dupie leje, nie mam czasu!

Odsunęła się zatem grzecznie. Dnia poprzedniego z powodu właśnie tego klienta została w pracy aż do siódmej. Tegoż dnia Biurokrata poprosił ją, by zapakowała ostatnie 20 sztuk. Uczyniła to więc.

W tej felernej chwili Księżniczka wpadła do pokoju.

- Po chuj to kurwa robisz? - wydarła się - tamto ci kazałam robić, to cie powinno chuj obchodzić.

Pękło coś w Vill tego dnia. A może terapia w końcu zaczęła skutki przynosić. Dość wiedzieć, że nerw ją wziął i słusznym okoniem stanęła do Księżniczki.

- Chciał bym mu to kurwa zapakowała, to mu pakuje tak?!

Księżniczka słowa nie powiedziała. Wyszła. za to Vill usiadła do swojej pracy, lekko oszołomiona cała sytuacja.

- Przysięgam ci Jo - powiedziała - jak bogackiego się z nią dziś pokłócę.
- Co? - zapytała Jo, bo maszynka do drilowania jej halasowała.
- Nic - odparła Vill, widząc, że Księżna znów nadchodzi.
- Co?
- Nic!
- Musisz poczekać aż wyjdę - powiedziała Księżna.
- No - odparła Vill zerkając na Księżniczkę, tak zwyczajnie zgodnie z prawdą.

Po dwóch i pół godzinie Księżniczka wróciła spokojna, radosna jak skowronek i wesolutka. Co się stało w jej jej blond łepetynie do dziś nie wie nikt.

piątek, 4 listopada 2016

A działo się cz 13 - Odzywki

- Chcesz pepsi do obiadu? - zapytała Krótkiego.
- Znowu poisz mnie pepsi? Chcesz mnie utuczyć?
- Pepsi kupiłam dla siebie, ciebie częstuje z grzeczności - powiedziała zagniewana nieco.
- Też nie powinnaś tego pić, dupa ci od tego rośnie.
- Przeszkadza ci to?
- Tak.

Ręce jej opadły, nie powiedziała nic więcej. Cała butelkę pepsi, dwa litry wypił sam, ona nie dotknęła, wyrzuciła wszystkie słodycze, poczuła się jak gówno... "dupa ci rośnie" dźwięczało jej w głowie.

_________________

Ruszanie z trzeciego biegu nigdy nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza jak ma się takiego Krótkiego koło siebie.

- Co Ty kurwa robisz, ja pierdole, myślisz chociaż?

_________________

Nalał sobie pepsi do butelki na napoje w drodze, poszedł do łazienki, a pepsi buzowała sobie w najlepsze. Ona nie powiedziała nic, bo po tekście o rosnącym dupsku, nie miala ochoty się odzywać. Wrócił więc zagniewany że mu się wylewa.

- Pomóż mi kobieto! - rzucił rozkaz.

Zerwała sie wiec z kanapy i przyniosła mu ścierkę.

- Papier przynieś (w domyśle ręcznik kuchenny)!
- Nie ma! - podniosłą głos zdenerwowana.
- Nie drzyj na mnie kurwa ryja!

Niedowierzanie jakie malowało się na jej twarzy zapewne nie zrobiło na nim wrażenia.

- Wiesz co, spadaj - powiedział - na drzewo najlepiej.

__________________

- Kochanie - zagaiła, już prawie zrobiła zupę ogórkowa - nie ma śmietany.
- Nie pojadę teraz. Albo będzie bez albo zabiel zabielaczem.
- Do kawy? - zapytała zaskoczona - nie, do herbaty - odburknął.
- Więc będzie bez - odparła, zaczęła przygotowywać stół. Sos sojowy dla niego, magi dla niej, pieprz sól...
- O co ci znowu chodzi, czego się zachowujesz jak głupie dziecko?! - wrzasnął ni stąd ni zowąd, najwyraźniej za głośno postawiła solniczkę i pieprzniczkę, bo nie mogła zrozumieć o co mu chodzi.. że niby ona robi problem bo nie ma śmietany, co?

__________________

Obudziła się w środku nocy głodna jak wilk. Po kilkunastu minutach poświęconych na bezskuteczne próby zaśnięcia poszła do toalety. W żołądku kiszki zrobiły sobie niezły koncert. Uznała, że nie zaśnie. Wstała udała się do maleńkiej kuchni i sięgnęła do lodówki po kabanosy.

- Co ty robisz? - zapytał Krótki.
- Głodna jestem.
- Czy ty rąbnięta jesteś? Kabanosy w środku nocy jeść? O tej porze się śpi, a nie je kabanosy.

Od tej pory zapychała się wodą, jeśli w środku nocy obudził ją głód.. wszak nie chciała być rąbnięta...

___________________

Nie cierpiała kiedy do niej kurwował.. kiedy miał pretensje o byle co. Kiedy próbował wmówić jej, że sobie coś wmawiała. Nienawidziła tych chwil... chwil, które po śmierci teścia stały się coraz częstsze, wręcz codzienne..

środa, 2 listopada 2016

A działo się cz 12 - Konto bankowe

Tego już było jej za wiele. Poczuła się oszukana i na domiar tego niezbyt bezpieczna finansowo. Bo skoro wydał pieniądze po tacie, to co go powstrzyma przed wydaniem ich oszczędności?

Po kilku dniach namysłu utworzyła osobne konto bankowe. Uznała, że skoro i tak wszystko jest na niego, to ona mu będzie wysyłać część swojej wypłaty, ale połowę ich oszczędności weźmie do siebie.

Chorobliwie uczciwa z niej jednak dziewczyna...

Był wtedy długi weekend. Przez całe cztery dni tulił się i uśmiechał, głaskał i nawet obejrzeli film. Ona zaś przez całe cztery dni zastanawiała się jak mu powiedzieć. Bolał ją żołądek z nerwów, bo przecież się wścieknie, bo przecież to wbrew temu co on sobie postanowił.. Ale powiedzieć trzeba, ślubowała uczciwość małżeńską..

- Założyłam osobne konto - powiedziała drżącym głosem.
- A kiedy się rozwodzimy ? - zapytał krótki.
- Za tydzień - odparła, myśląc, że gładko poszło, że żartował.

Jakże się myliła,,,

On poczuł się zdradzony. No bo jak ona może mu nie ufać? Dlaczego? Co on takiego zrobił, przecież nie ruszył ich wspólnych pieniędzy. Jak ona mogła tak postąpić. To co? Nie ufa mu teraz? To może od razu powinien się wyprowadzić? Ależ proszę, niech ona to zrobi, ale niech weźmie także konsekwencje na siebie, niech przekieruje część obciążeń konta na swoje. Proszę bardzo skoro tak bardzo mu nie ufa. On się najlepiej wyprowadzi, bo już ma wszystkiego dość.

Potem oczywiście zagrał najgorszą kartką, taką, którą wiedział, że ją zrani.

- I co na podłodze będziesz spać? - zapytała przez łzy.
- A po co masz spać w jednym łóżku z kimś komu nie ufasz?
- No dobra, nic nie zrobię! - skapitulowała.

Spał na podłodze przez tydzień czasu, potem na łóżku, ale nogami przy jej głowie. Kara przecież musi być. Nieposłuszna żona śmiała mężowi nie ufać!

niedziela, 30 października 2016

A działo się cz 11 - Karty Graficzne

Krótki zawsze był fanem nowinek technicznych. Obecnie posiada komputer, który kosztuje tyle co roczna pensja w Polsce, laptopa, który kosztuje polowe tego, smartphone'a, a także tableta. należy też wspomnieć o całej masie pomniejszych ale nie mniej kosztownych zabawek, jak cały zestaw, wierna kopia z jakiegoś samolotu do latania, bo przecież w grze Starcityzen jakimś tam byle gównem latać nie będzie po kosmosie. Mikrofon studyjny, który kupił do nagrywania na YouTube oraz masę innych pomniejszych rzeczy, bo za jakość trzeba płacić.

Krótki kocha grać. Gier ma tyle, że gdyby miał wszystkie w pudełkach zabrakłoby miejsca na suficie. Oczywiście, jako zapalony gracz musi mieć wszystko co najlepsze, wiec i grafika musi być co najmniej zajebista.

W Polsce Krótki nie mógł sobie pozwolić praktycznie na nic, bo bo jak z taką pensją? Zatem w UK odbijać sobie zaczął, począwszy od porządnego samochodu, poprzez telefon, komputer, rower, sprzęt... Osiem lat odbijania sobie Polski..

Pan Murów zabraniał jej się sprzeciwiać na zabawki Krótkiego, toteż zgadzała się na kolejny dysk twardy, nową obudowę, ramy do laptopa...

Jego karty graficzne kosztowały zawsze najwięcej, odkładał na nie pracującymi sobotami. No dobrze odłożył na 80% pierwszej... drugą kupił mu ojciec. Vill nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego karty graficzne muszą być dwie, ale Krótki znał się na komputerach. Jeśli Krótki mówił, że mają być dwie bo to zwiększa wydajność to miały być dwie. Nawet jeśli jedna kosztowała 400 funtów.

Jakieś dwa miesiące po śmierci ojca Krótkiego wyszły najnowsze Tytany X od Nvidii. Super mega hiper zajebiste karty graficzne. Najlepsze, najnowsze długotrwałe, wydajność szybka jak japońskie pociągi i gładka jak pupcia niemowlęcia. Pikseli nie uraczysz, chyba że gra spierdolona. No po prostu cud miód i orzeszki.

Któregoś wtorku wróciła z terapii nieco uspokojona i z nowym zadaniem domowym. Krótki jak zwykle, gdy wracała z terapii, był w łazience, bo jak przyszedł z pracy musiał najpierw pograć, nim poszedł się myć, nie mówiąc już o tym, że jak obiadu poprzedniego dnia nie zrobiła to liczyć nie mogła nawet na to by wstawił zupę..

Weszła więc do domu, położyła torebkę na swoje miejsce, zdjęła buty i ruszyła do kuchni. Strona Nvidii odpalona na jego komputerze rzuciła jej się w oczy. Zatrzymała się, przyjrzała... przetarła oczy i przyjrzała raz jeszcze. Ponownie przetarła oczy, przerażenie wkradło się do jej wnętrza gdy przecierała oczy po raz trzeci.

Ale nie, nie pomogło. Nic się na ekranie nie zmieniło.

Krótki zamówił dwie karty graficzne.
Nie mówiąc jej nic.
Wydal na nie nieco ponad 2 tysiące funtów.

Serce zamarło jej ze strachu, rzuciła się na konto bankowe sprawdzając czy nie użył ich oszczędności. Na szczęście nie, czyli odpowiedź była tylko jedna.

Zapytany o to stwierdził, że przecież pieniądze po jego tacie to są jego pieniądze, ze on to odda, że nakład się kończył, a poza tym ona dostanie jego karty graficzne, że po cholerę marudzi, że to jego pieniądze były i niech go nie wkurwia....

czwartek, 27 października 2016

A działo się cz 10 - Dom?

Jakiś czas wcześniej Krótki wpadł na cudowny pomysł powrotu do Polski. Dopiero gdy to rzekł zrozumiała, jak bardzo pragnie wrócić do domu. Ustalili zatem, że jak znajdzie pracę, w jakieś dwa lata uzbierają na kredyt hipoteczny znaczną część, kupią mieszkanie w rodzinnym mieście Vill i w końcu wrócą do domu.

Podjęła ten pomysł radośnie, mimo, że on wtedy nadal nie miał pracy, ale myśl o powrocie do domu, po ośmiu latach siedzenia w klatce (kawalerce z pokojem trzy metry na pięć) napawała ją nadzieją, że może w końcu się ułoży...

Plan był prosty. Zarobić, odłożyć, wrócić, pomieszkać trochę u teścia, a potem kupić mieszkanko i pójść na swoje. Vill udała się nawet do swojej wymarzonej pracy w której pracowała nim wyjechała i rozpuściła małe wici o chęci powrotu. Co prawda znajomości miała żadne, ale przez osiem lat była jedyną stażystką, która odwiedzała dziewczyny za każdą wizytą w Polsce. Co dużo mówić, uwielbiała to miejsce i wiedziała, że to byłaby jej wymarzona praca.

Po śmierci ojca Krótkiego, okazało się, że zostały po szanownym teściu jakieś pieniądze i nawet mieszkanie. Teściowa zrzekła się swej części na rzecz swoich synów, ale Krótki stwierdził, że jego brat i Szwagrzyca powinni zamieszkać w owym mieszkaniu z racji posiadania dziecka. Vill sama w sobie nic przeciw nie miała bo raz ze mieszkać w mieście Krótkiego nie chciała, dwa, że na czwartym piętrze nie chciała, trzy, że Szwagrzyce uwielbiała i uważała, że naprawdę im się to wszystko należy. Tutaj więc pragnienia Vill jak i Krótkiego, jak nigdy zgadzały się w zupełności.

Dodatkowym plusem było to, że ojciec krótkiego zostawił też jakieś pieniądze, które jak się okazało miały bardzo pomóc i przyśpieszyć powrót do domu.

Miały...

poniedziałek, 24 października 2016

A działo się cz 9 - Pan Murów

Każdy ma swojego Pana Murów - strach, który nie pozwala im zrobić czegoś lub wręcz pcha ich do zrobienia czegoś innego.

Jej Pan Murów miał używanie przez ostatnie osiem lat. Rósł w siłę i powiększał swoje królestwo.

Kiedy po Tomku pojawił się Mag, jeszcze przed ślubem z Krótkim, Vill walczyła wszystkimi siłami z czarnymi rycerzami Pana Murów. Tymi myślami, które przekonywały ją, jak będzie i że Mag, to nie jest dobry wybór na przyjaciela. Rzeczywiście nie był, ale to nie zmieniło faktu, że rycerze ranili ją, gonili, sprawiali, że czuła się zaszczuta.

Podobnie było z Krótkim. Z tym, że w przeciwieństwie do Maga, Krótki wydawał się zawrzeć pakt z Panem Murów. Wiedziała, że to fizycznie nie możliwe, a jednak odnosiła takie wrażenie...

Niemal za każdym razem, gdy chciała czegoś innego niż Krótki, on wzbudzał w niej poczucie winy. Krzyczał, wymagał swojego, tak nią zakręcał, że w rezultacie rezygnowała z tego co zamierzała, byleby jemu było dobrze. Byleby on był szczęśliwi. Wszak jej rola tkwiła w uszczęśliwianiu Krótkiego czyż nie? To Krótki był ważny, nie ona.

Nie mów mu, że Ci się to nie podoba, zezłości się.
Nie mów mu, że chciałabyś coś innego, będzie się gniewał.
Ukryj swoje pragnienia, jeśli nie zgadzają się z jego, bo i tak po kłótni na jego wyjdzie.
Nie wyjawiaj mu jego wad, bo się obrazi.
Nie żądaj od niego zmiany, bo znów będzie spał na podłodze.

Tak więc kryła się i kuliła ze swoimi pragnieniami, a Pan Murów miał używanie...

sobota, 22 października 2016

A działo się cz 8 - Przyjaźń za darmo

Zrób coś dla nich, by coś zrobili dla Ciebie. Tak przecież działa świat. Jeden wielki interes. Nie ma nic za darmo. By coś dostać, musisz coś dać.

Takie przekonanie żywiła bardzo długo. Dawała więc, siebie, swój czas, swoje zdrowie, duszę... Dawała istnienie by tylko zadowolić kogokolwiek. Tkwiło w niej głębokie przekonanie, że nikt jej nie lubi, że musi zasłużyć na jakikolwiek szacunek.

I tak służyła, by zasłużyć na miłość Krótkiego. Pozwalała mu na zabawki, choć wcale nie mieli na to pieniędzy. Dawała mu czas, choć wolała go przeznaczyć na coś innego. Pozwalała mu rezygnować z pracy, mimo, że wiedziała, że popadną w długi. Oddawała mu ciało, mimo, że wcale nie chciała niekiedy (a nawet jak mu o tym powiedziała i tak nie słuchał). Oddawała mu cała siebie w zamian dostając przytulenia, składanie nowego kompa, jeżdżenie na zakupy...

Kiedy zaczynała nową znajomość, zakodowane miała w głowie, że najpierw musi dać, by cokolwiek dostać. Świat działa jak jedna wielka korporacja, wszystko to biznes. Wiec dawała siebie Tomkowi i Magowi, dawała gildii i swojemu przyszywanemu "bratu" dawała siebie, swój czas i jestestwo komu mogła, by zatrzymać ich przy sobie, by znów nie zostać samą, by ponownie nie pogrążyć się w otchłani zapomnienia...

Ale oni odchodzili, wszystko tak czy owak po czasie odchodzili, pozostawiając głębokie rany w jestestwie dziewczyny uwięzionej po drugiej stronie kabla...

Aż pojawiła się ona.

Pani Krainy.

Ta, która pokochała za nic. Ta, która obdarzyła prawdziwą przyjaźnią i pomocą zupełnie za darmo. Ta, która przewróciła do góry nogami cały porządek świata, jaki Vill miała w głowie.

A więc przyjaźń istnieje za darmo...?

czwartek, 20 października 2016

A działo się cz 7 - Sumeriusz

Tego felernego dnia wspomniała, że może pojechałaby na pół roku do Polski... odpocząć, naładować baterię, cokolwiek.

- Tak, pewnie, zostaw mnie samego - powiedział Krótki, wielce oburzony - sam będę zapierdalał, a Ty sobie jedź i odpoczywaj i zostaw mnie tu, będę sam zapierdalał. Najlepiej poznaj kogoś jeszcze.
- Ja.. tylko.. myślałam o pobycie u mamy.. - jęknęła jedynie.

Skuliła się w sobie. Wewnątrz świata poczuła jak Sumeriusz wbił w nią kolejny kolec.

Sumeriusz pojawił się dość dawno, ale ostatnimi czasy przybrał na sile na tyle, że stanowił już nie tylko istnienie ale i kształt. Wysoki, chudy w czarnym płaszczu z kolczykiem w nosie i wardze, z czarnymi włosami uformowanymi w irokeza. Jego ciemne oczy wpatrywały się w nią z pogardą. Kolce były jego bronią.

Krzywdził Poza Światami, tak jak Krótki krzywdził w realności.

- Co robisz do cholery,
- Czy Ty myślisz w ogóle?
- No rusz się!
- Nie stój tak jak kołek,.
- No zdecyduj się w końcu.
- Czemu robisz takie głupie rzeczy?!

Te i wiele podobnych słów tak często słyszanych od Krótkiego w tak prozaicznych sytuacjach jak zbicie kubka, upuszczenie łyżki, ruszenie z drugiego biegu, szarpnięcie samochodem. Każdy krzyk i podniesienie głosu sprawiało, że czuła się winna, że żyje, że istnieje, że jest kłopotem... problemem... nic nie wartym wrzodem na dupie...

A Sumeriusz wbijał igły.

Każdy pomysł, każda próba swobody, choćby odrobinę nie pasująca do wizji świata Krótkiego zwyczajnie zostawały stłamszone. Głośno mówisz? Ciszej! Śmiejesz się? No przecież nic przez Ciebie nie słyszę. Masz słuchawki na uszach? "mogłabyś mieć tyle przyzwoitości by zdjąć kurwa słuchawki jak do Ciebie mówię"

I stawała się coraz mniejsza i mniejsza, ugodzona, leżąca w kałuży krwi, leczona przez Znaczka i Panią Krainy, ale wciąż umierająca...

wtorek, 18 października 2016

A działo się cz 6 - Maski

Czerwiec przyniósł dwie wiadomości. Dobrą i .. no tragiczną.

Dobra była taka, że w końcu Krótki znalazł pracę. Lepiej płatną niż poprzednia z szansą dużego rozwoju i, co dziwne, to oni zadzwonili do niego. Hurra, chwalmy pana! Krótki ma prace. Teraz będzie wszystko w porządku - dopóki znów go ktoś nie wkurwi... 

Druga wiadomość nadeszła tydzień po chwalebnym pracy rozpoczęciu. 

Zmarł ojciec Krótkiego. Nie mieliśmy innego wyjścia jak zabrać dupska w troki i pojechać do Polski. 

- Nie mam butów, ale sandały mam czarne, nie musimy nic kupować, dopiero przyjechaliśmy 20 godzin w drodze - powiedziała, 

Ale i tak zabrał ją 30 km dalej żeby kupiła te cholerne buty. Przymierzając czuła na sobie jego wzrok i milczące ponaglanie. 

- Nie będę się malować, popłaczę się i wszystko mi się rozmaże ... - powiedziała
- Masz się umalować, nie idziesz na grilla do koleżanki - odparł Krótki .

Maski, maski maski... Na pogrzebie nawet łzy nie zmyły maski. Była wszędzie i przy każdym, każdego przytulała, każdego pytała jak się czuje, każdemu dawała wsparcie. Jej nie zapytał nikt...

W domu uśmiechała się do Łojca i jego kobiety w duchu płacząc, że nie jest w stanie tej maski przed nimi zdjąć. Nie mów, nie zdradzaj, nikt ci nie pomoże, jesteś sama... krzyczały myśli, a ona paliła papierosa głaszcząc psa, powstrzymując łzy, cisnące się do oczu na widok radości Łojca i jego nowej dziołchy. 

Tuliła się do babci, modląc się w duchu, by nie był to ostatni raz kiedy ją widzi. Tuliła się do ciotki umierając z tęsknoty, Wreszcie tuliła się do Wiedźmy Rodzicielki, próbując wypowiadać postępy w terapii nie wylewając jednocześnie łez, bo dla własnej matki ma tylko jeden dzień. 

- Mam taki motyw Mamusiak - mówiła wtedy - że czasem nie dociera do mnie co ludzie mówią. Znaczy ja ich słyszę, ale jakoś jakby sens do mnie nie dociera. I mam tak odkąd te leki biorę. Błoga obojętność Mamusiak.. - urywała wtedy zapatrując się w niebo i myśląc o tym, że ma się umalować na pogrzeb...

W końcu jedna z masek pękła, przy winie, przy Szwagrzycy, wyznała, że leczy się na depresje... Wyznała, jak traktuje ją Krótki i jak bardzo czasem ma ochotę po prostu zejść mu z drogi, zejść wszystkim z drogi... 

niedziela, 16 października 2016

A działo się cz 5 - Ostrza bólu

Przez kilka dni po pogrzebie Lindy wpatrywała się tępo w skalpel. Nie było trudno go zdobyć, wszak pracowała z nożami i nożyczkami. Patrzyła na ostrze, jakby mogło jej odpowiedzieć dlaczego tak. Dlaczego Linda, ta, która tak cieszyła się każdym dniem. Ta, która miała męża, dzieci i wnuki, ta, która tryskała humorem mimo bólu jaki odczuwała.

Dlaczego ona...?
Dlaczego nie ja...?

Powinnaś być twarda, zakładać maski, przecież nikt nie może się dowiedzieć. Będą pytać, przecież im nie powiesz, co nie? Nikt nie weźmie Cie poważnie, jak bardzo trzeba być beznadziejnym człowiekiem, żeby nie radzić sobie do tego stopnia? Jakim gównem trza być, żeby dać się powalić jakiejś gównianej depresji?!

Skalpel leżał w dłoni idealnie. Zbyt idealnie. Wybrała miejsce w okolicach łokcia, nie chcąc by było to widoczne. Nikt nie może wiedzieć. Nikt jej nie pomoże...

Pięć długich nacięć, niby gwiazda, sykniecie z bólu i plaster wyjęty z szuflady.

Oszalałaś? Głupia, jesteś jakimś pieprzonym Emo czy co? Co za durny pomysł wpadł ci do głowy by się ciąć?! Nienormalna jesteś?! Zła, zła dziewczyna!

- Możesz mi coś obiecać? - zapytał Znaczek, gdy mu o tym powiedziała.
- Co takiego?
- Nie rób tego więcej proszę - rzekł lagodnym głosem - martwię się. Jestem przy tobie Vill, zawsze, pamiętaj. Jestem twoją siłą. Nie rób sobie krzywdy.

Krótki jedynie popatrzył i pokręcił głową z dezaprobatą. Poczuła wstyd i obiecała, że więcej tego nie zrobi...

Lekarka przypatrzyła się wybranemu miejscu i przepisała o połowę zwiększenie dawki leków.

Pani psycholog za to uspokoiła ja, że nie wyśle jej do wariatkowa.

W Polsce pewnie by ją wysłali.

- Pamiętaj Vill, jestem przy tobie, zawsze - powtórzył Znaczek.

piątek, 14 października 2016

A działo się cz 4 - Znaczek

Pojawił się znikąd, jak każdy z nich. Nefilim, złapany gdzieś na ukochanej wówczas grze. Od samego początku napawał ją strachem. Widziała w nim ból i ciemność, do której chciał ją wciągnąć. Stanęła okoniem. Nie tym razem, nie po Tomku, nie po Magu, dość... Nie będzie misji, nie będzie ratowania.

Na pierwszym, jakże przypadkowym, spotkaniu Poza Światami, próbował ją pocałować. Mimo ostrzeżeń zrobił to, więc przebiła go mieczem. Padł u jej stóp brocząc krwią, ale nie umarł.

Gabriel go nie cierpiał, od samego początku ostrzegał ją, że to się źle skończy, tak jak z Tomkiem, tak jak z Magiem, tak jak... zaraz, przecież mylił się co do Pani Krainy!

Nie będę go ratować, nie będę znów przechodzić tego samego, wmawiała sobie, przecież to już się działo, nie raz. Przecież wiedziała jaki będzie tego scenariusz, ile bólu jej to przyniesie. Wiedziała, że podobnie jak przez Tomka i przez Maga - umrze.. rozerwana na miliard srebrno złotych kryształów.

Wzbraniała się rękoma i nogami, Gabrielem, Panią Krainy i nawet Molly. Wzbraniała się najmocniej jak mogła, nie chcąc po raz n-ty przechodzić tego samego. Smutnym ludziom nie warto ufać, ciągną nas w swoją ciemność, otulają sobą, zaplatają łańcuchy... Broniła się mieczami i sztyletami.

Ale on wciąż trwał.

Wciąż był.

Nie chciała go ratować.

Ale on wciąż trwał.

Był obok, nawet jak kazała mu odejść. Był obok nawet gdy sama odeszła. Był obok nawet gdy wszystkim na około mówiła jaki jest zły bo ciągnie w stronę ciemności. Był obok... kiedy zasypiał Gabriel i wtedy...

... gdy pierwszy raz sięgnęła po skalpel.

czwartek, 13 października 2016

A działo się cz 3 - Schowaj się

Schowaj się, zniknij, nie mów nikomu. Wyjawić nie możesz, to zło. To wstyd, to hańba. Nie radzisz sobie. Schowaj się, bo to Twoja wina.

Biła się z myślami, skulona siedząc przy biurku, kuląc się jeszcze bardziej, gdy Księżna darła o coś ryja. W myślach w wyobraźni stawała przed Księżnej gniewem, z wymyśloną ripostą, z gotowymi odpowiedziami. W myślach, w wyobraźni pokazała jej, jaka jest silna. Wziąc tylko oddech i wypuścić słowa, tyle musiała..

I nie podołała.

Jesteś beznadziejna, nie razisz sobie. Jak mogłaś w ogóle iść po pomoc? Co Ci to da? Przecież i tak nie ma to sensu. Do końca życia będziesz na psychotropach, do końca swoich dni, będziesz kulić się przed krzykiem.

Nie mów nikomu, nie możesz. Zrobisz sobie jedynie więcej problemów i po co? Mało ich masz? Księżna na pewno wykorzysta to przeciwko Tobie. Wszyscy będą patrzeć w politowaniem, pogardą, nikt nie rozumie.

Krótki przecież nie rozumie.

On, ten, który powinien być najbliżej Ciebie, ten, który powinien najbardziej Cię rozumieć. W końcu ten, który chełpi się zawsze tym, że jak czegoś nie wie to zawsze doczyta, bo rozwój jest ważny...

Krótki nie poczytał. Krótki nie przyswoił. Krótki nie zrozumiał.

Więc biła się z myślami sama, żyjąc z człowiekiem, który pojęcia nie miał jak postępować z kimś kto ma tak silną depresję, że miejscami marzy o wieżowcu, a czasami tylko o ostrym nożu.

Ale udawała, że wszystko jest w porządku. Mimo, że wiedział, mimo, że widział, że brała leki - udawała. Nie mogła nikomu powiedzieć, przecież to oznaka słabości. Krótki nauczył ją, że radzić trzeba sobie samemu, że liczyć nie może na nikogo. A już na pewno nie na niego. Płakała więc w łazience zagłuszając łzy prysznicem.

Kiedy umarła Linda, koleżanka z pracy, która przegrała walkę z rakiem, myśli nasiliły się. To Ty powinnaś umrzeć, to Ty powinnaś być chora. Linda cieszyła się życiem, Ty nigdy sobie nie radziłaś. Ty jesteś beznadziejna. A gdybyś tak zachorowała, może w końcu wszyscy daliby Ci spokój i pozwolili w końcu umrzeć...

Księżna tuliła, gdy Vill płakała w łazience z powodu Lindy, poczęstowała papierosem, gdy trzęsącymi się rękoma trzymała zapalniczkę. Jo stala obok i pilnowała, by nie straciła przytomności od nadmiaru emocji i fajek. Na pogrzebie Vill płakała jak bóbr. Siedząc w ostatniej ławce biła się z emocjami, jednocześnie czując ulgę. Ulgę, że otwarcie może płakać i nikt nie dowie się, co jest jednym z powodów. Nikt nie zapyta, nikt nie odkryje...

Bo to taki wstyd...

środa, 12 października 2016

A działo się cz 2 - Tik tak

Tik tak, tik tak, zegar tykał, kiedy pani doktor czytała list napisany niezgrabną angielszczyzną. Tik tak, tik tak, czas mijał, a ona siedziała wpatrując się we wskazówkę sekundnika, ledwo powstrzymując łzy. Pani Doktor kiwała głową za każdym akapitem. To był stary, sprawdzony sposób, napisać list ze słownikiem, wtedy miała pewność, że niczego nie zapomni, bo medyczny angielski nie był jej najlepszym. Zresztą żaden nie był, była przecież taka beznadziejna..

Pani doktor podniosła na nią oczy i dała kartkę z testem. Zegar tykał, a słowa odmierzały czas.

Dwadzieścia pięć punktów - wynik maksymalny. Jak wyrok. To, czego się obawiała stało się faktem. Dopadło ją i puścić nie chciało. Jaki sens z tym walczyć, jaki sens robić cokolwiek? A może by tak po prostu to skończyć, zejść wszystkim z drogi, odpocząć, zasnąć.. już się nie obudzić.

Zmęczenie dawało o sobie znać nawet, gdy wypełniała test.

Wstyd nałożył na nią swój płaszcz, gdy szła do apteki po przepisane leki. Pierwsze dwa tygodnie okazały się koszmarem. Łazienka w domu i w pracy stała się stałym świadkiem płynących łez. Wewnętrzny ból aż piszczal i ranił od środka krwawiąc myślami niewypowiedzianymi. Klatka. Gdzieś głęboko w środku, klatka i łańcuchy,

Tik tak, zegar tykał. Minuty jak godziny. W środku całe dni, miesiące, lata tortur, rozrywane bólem istnienia. Tik tak, dwa tygodnie do kosza. Ból i łzy. Zmiana leków.

Dwadzieścia miligramów na początek i jakoś powoli zaczyna się uspokajać. Obojętność otula delikatnym swetrem całość jestestwa. Wszystko i nic przestaje obchodzić.

Pierwsza wizyta u psychologa, półtorej godziny płaczu i żalu. Diagnoza na odpowiednią terapię i kolejne tygodnie czekania. Nadzieja, która wyrywa się jak z procy, lecz gaśnie bardzo szybko, jakby nigdy nie istniała, jak płomień zapałki, nie zostawiając po sobie nic..

Tik tak, ten czas i ten wyrok.

Depresja...