Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2020

Rzecz o czajniku i problem za trzy złote

Usiądźcie sobie wygodnie, albowiem opowiem Wam historię kolejną z mojego burdelu zwanego pracą. 

(Czy wspominałam, że z babami się źle pracuje?) 

Otóż siedzimy w jednym pokoju, jakieś osób obecnie szesnaście. W pokoju tym mamy kącik socjalny gdzie stoi czajnik (wymieniany już od czasu gdy tam pracuje z jakieś 4 razy), dwa krzesła na krzyż i jakieś szuflady zawierające przeterminowane herbaty, które nikomu nie smakują, więc są wspólne :P 

Rzeczony czajnik, bo o nim będzie ta opowieść zrypał się po raz n-ty. W związku z powyższym Białowłosa postanowiła zabrać go na gwarancję i kupić nowy, tym razem droższy coby z jakością wyższą dłużej zechciał podziałać. Zapytała wszystkich czy złożą się na takowy i zgodę uzyskawszy spacerkiem po wódeczkę do marketu się udała czajnik przy okazji kupując.

Nadmienić trzeba, że i na poprzedni czajnik się składaliśmy. 

Reklamacja (o której niemal wszyscy już zapomnieli) przebiegła pomyślnie i pieniądze za sprzęt poprzedni zostały zwrócone. 

I tutaj cały ambaras się zaczął, bo przecie Białowłosa miast oddać hajsy tym co je dały postanowiła ręce umyć i rzeczone złotówki w łapki Wszechwiedzącej złożyć, tym samym odpowiedzialność na nią zrzucając. Wszechwiedząca natomiast, dobrym pomysłem (nie przeczę) postanowiła coś dla ogółu zrobić i zebrawszy głosów większość (bo ustrój polityczny demokratyczny jest u mnie w pracy się dowiedziałam właśnie) piniądze (za las?:P ) czym prędzej wydać poleciała. 

Przychodzę więc ja po urlopie i staje przed faktem dokonanym jakoby dla dobra ogółu Kawa z biedronki została kupiona i cieszcie się dziewczynki. 

Zaraz, zaraz, protest song mi się włączył, przeca ja z tego dobra ogółu zupełnie nic nie mam. Bierę więc telefon i błąd pierwszy życiowy poczyniam, do Turystki Japońskiej pisząc z zapytaniem, o co pięć z tą kawa i pieniędzmi resztą, co wiszą na tablicy przypięte w woreczku. Ja kawy nie pije, czy zatem te heajsy są dla mnie i dziewczyn które napoju kofeinowego w pracy nie tykają kijem ani palcem?  Turystka Japońska kazała mi się Wszehcwiedzacej zapytać dnia następnego, co też uczyniłam i to był mój drugi błąd życiowy.

Wchodzę na pokój na zmianę drugą, pierwsza jeszcze siedzi, ja od wejścia spokojnie, choć gotuje się we mnie w środku. 

- Cześć dziewczyny, powiedzcie mi proszę która z Was tymi pieniążkami rozporządza co z czajnika zwrot był? 

I wtedy się zaczęło. Wrzask, zgrzytanie zębów, szpony, kły, pazury, jakby nie paleciak, to Wszechwiedząca na kawałeczki by mnie rozszarpała. Albo drugiego zawału dostała, nie wiem co szybciej. 

Że problemy robię, że o trzy złote, że to nie poważne jest. Żebym sobie te pieniądze wzięła. Że (tu wtrąciła się Jot Odpowiedzialna) konfliktową osobą jestem, że szukam dziury w całym. Że (tu Lodówkowa swoje trzy grosze wrzasnąć musiała) dziewczyny na wodę nie jeżdżą, że paliwo marnują, że też im się za ich czas należy. 

No więc stoję tam sobie na środku atakowana ze stron trzech, czekająca, bo wiem, że akurat Wszechwiedzącej nie przewrzeszcze, bo szkoda strzępić ryja. Dopiero za trzecim "czemu się pani unosi" lekko spuściła z tonu. 

Drogie Panie, po pierwsze nie chodzi o to, że to trzy złote są. Chodzi o fakt, że a) pominięto mnie mimo, że dałam takie same pieniądze jak Wy. b) nie poinformowano mnie jakoby cokolwiek z tymi pieniędzmi zostanie zrobione, co za tym idzie bez mojej wiedzy i zgody rozporządzono moją ciężko zarobioną gotówka c) ja kawy nie piję i z tego co wiem nie tylko ja, więc nawet dla większego dobra nie skorzystam z tego wcale, co za tym idzie, gdzie tu sprawiedliwość. d) z tego co wiem Białowłosa przy okazji poszła spacerkiem po ten czajnik więc jakie to paliwo, poza tym co to ma być, że Wy kawę będziecie pić za wspólne a dziewczyny rekompensatę dostaną za moje? 

Tak chciałam powiedzieć, w rezultacie może połowę z tego usłyszały. 

Pewnie mniej. 

Wszechwiedząca zakrzyczała mnie tak bardzo, że w pierwszej kolejności nie wiedziałam co mówiła do mnie JotOdpowiedzialna "co miałyśmy podzielić 50 zł na 17 osób" A dlaczego nie? Jeśli dziewczyny chciały za wspólne kawę to świetnie, niech mają kawę za wspólne ale by była pełna sprawiedliwość te, które kawy nie piją powinny dostać swój zwrot. I znów Wszechwiedząca swoje, że to niepoważne i weź sobie te pieniądze. 

No kurwa. Nie pogadasz... 

Ostatecznie chyba stanęło na tym, że herbata powinna się pojawić za wspólne. Jak dotąd widziałam tam dwie kawy rozpuszczalne, jedną sypaną i jedną cappuccino. 

Tak więc tego... 

niedziela, 12 stycznia 2020

A żal dupę ściska


W swoim ponad 30 letnim życiu udało mi się zebrać trochę doświadczenia zawodowego. Wzorem starego porzekadła, że żadna praca nie hańbi byłam już w swym życiu sprzątaczką, pomocą kuchenną, ale także urzędnikiem (całe dwa razy w dwóch różnych urzędach), pracownikiem fabryki, no kilku fabryk.

Jednak to, co się w mojej obecnej robocie odjaniepawla, to ja takich rzeczy jeszcze nigdzie nie widziałam.

Absolutnie nigdy nie miałam takich cyrków.

Po prostu jestem zasmucona, zszokowana i generalnie odechciewa mi się rano wstawać.

U mnie w tym moim popierdolonym grajdołku są dwie zmiany. Same baby. Kierowniczka – kobieta, koordynatorka – kobieta, w drugim pokoju same kobiety, no kurwa babiniec jak się patrz. Około 30 dziewuch na jeden dział i dwóch chłopa od przynieś zanieś pozamiataj.

Nie umiem, nie potrafię wytłumaczyć dlaczego kobiety tak się zachowują. Stwierdziłam dziś, że ja to chyba jestem kosmitką, nie rozumiem kurwa kobiet.

Jedna na drugą napierdala. Jedna na drugą psioczy. Jedna na drugą donosi. Jedna drugiej marudzi, że coś źle robi a potem sama robi dokładnie tak samo. No kurwa kosmos i cyrk za jednym zamachem. Takich rzeczy to nawet Dr Who nie widział w swoich wszystkich podróżach.

W piątek zebranie było. Mamy miesiąc opóźnienia, zarząd chce, byśmy mieli opóźnienia, bagatela trzy dni. I „miałam Wam tego nie mówić, ale od tego zależą nasze podwyżki w tym roku” Czyli rozumiem, że gdyby nam nie powiedziała, to byśmy same stwierdziły, ze warto zamieszkać u nas w firmie, żeby od razu po obudzeniu robić korekty, po bo chuj tracić czas na dojazdy.

Aha no i oczywiście mamy się zdyscyplinować na drugich zmianach, bo „ktoś życzliwy” podpierdala nas gdzieś wyżej, że my tylko „śmiechy chichy, paznokcie i facebooki” No płacz i zgrzytanie zębów, bo nie można porozmawiać podczas pracowania.

Komuś tak bardzo żal dupę ściska, że możemy siedzieć na krzesłach przed komputerami, że aż mu sprezentuje maść na ból dupy, jak się dowiem kto to.

Nie macie pojęcia jak ja bardzo zrobiłam się nieufna przez ten ponad rok w tej durnej firmie. Człowiek nie może mieć swojego zdania, bo nie wiadomo kto kiedy i komu podpierdoli, że nie podoba Ci się to czy tamto, albo gorzej, że podoba Ci się to czy tamto. Każdy słucha i dalej przekazuje. Głuchy telefon to ulubiona zabawa w hurtowni farmaceutycznej.

Po prostu najlepiej jest siedzieć sobie w ciszy przez te osiem godzin i ni słowem się nie odzywać, chyba, że służbowo, bo inaczej będzie źle.

Jak ja kurwa nienawidzę takiej atmosfery...

czwartek, 3 października 2019

Hajdi

O Hajdi chciałam Wam już wcześniej opowiedzieć, ale jakoś nie mogłam się zebrać.

Dziewczynę poznałam w pracy. Szkoliła mnie i początkowo miałam wrażenie, że mnie nie lubi. Może to za sprawą miliona pytań, które zadawałam, bo chłonna byłam wiedzy i wszystko chciałam mieć zapisane na już. Z czasem jednak okazało się, że mamy trochę wspólnych zainteresowań, a szczytem było kiedy Hajdi miała wysłać mi coś na messangera.

Wiecie wszak, bo wspominałam nie raz, że na Facebuku jestem poukrywana jak się tylko da, więc gdy podałam Hajdi nazwę mojego konta była troszkę zaskoczona. Ja byłam bardziej kiedy zawołała mnie na antresole i konspiracyjnym szeptem zapytała, czy lubię anime.

I tak pojawiła się miedzy nami więź. Więź łącząca wspólną tajemnicę "chińskich bajek". Pojawiło się zaufanie i coś w rodzaju kumplowania.

I tak się to rozwijało. Ta dziewczyna jak nikt inny potrafi sprawić, że dni w pracy bywają znośne, a na spacer z nią w stronę przystanku czekam z utęsknieniem. W końcu umówiłyśmy się na piwo, które jeszcze nie doszło do skutku, ale mam nadzieję, że soon.

Jednak nie ze wszystkimi dziołchami w pracy da się dobrze żyć. Jak to z kobietami jest, jedna na drugą nagaduje. Nie jestem lepsza, ale zdaje sobie z tego sprawę przynajmniej i potrafię wytknąć także własne błędy. Tak czy owak Hajdi jest specyficzna, wesoła i pozytywna,  na popołudniówkach zachowuje się inaczej niż na rankach, zresztą, jak my wszystkie.

Nie obyło się jednak bez donoszenia i jakimś cudem szefowa wie, że Hajdi podśpiewuje w pracy (dziwne bo ja śpiewam na rankach i jeszcze nikt na mnie nie doniósł) i parę innych rzeczy. Skąd? Wniosek nasuwa się sam. Ktoś chlapie.

Nawet wiemy kto. Z Hajdi doszłyśmy do wspólnego wniosku. I właśnie wczoraj ta osoba jakimś cudem domyśliła się/dowiedziała, że jest podejrzewana. Wygłosiła mowę. Zupełnie z dupy i nie do tematu który był poruszany chwilę przed tym. Mowa miała na celu niby udowodnienie, że rzeczona osoba nie jest kablem (czy wspomniałam jak nie cierpię pracować z babami?), zwróciła się zresztą bezpośrednio do Hajdi z tekstem, że to nie od niej szefowa wie, że Hajdi podśpiewuje. Niby nic, bo Hajdi podśpiewując też pracuje, zresztą tak samo jak ja, ale chodzi o fakt.

W związku z powyższym Hajdi napisała do mnie, że ktoś musiał tej osobie powiedzieć i ona już nikomu nie ufa. Więc siła rzeczy zapytałam, czy mnie również. Zdążyłam się prawie popłakać w kącie zanim odpisała, że mi ufa.

Dlaczego czułam się tak podle?

Nie, nie dlatego, że ja powiedziałam tej osobie, bo tajemnice Hajdi trzymam głęboko ukryte. Poczułam się podle, bo poczułam się bezsilnie. Bo ktoś namieszał, a ja przez to mogłam stracić zaufanie Hajdi, zaufanie, którym i ja ją obdarzyłam pokazując jej "Melodie" i moje wydane opowiadanie Yuri. Zaufanie które w jakiś sposób jest mocno dla mnie ważne.

I powiem szczerze, że jestem przerażona.

Przerażona faktem, że Hajdi może tyle dla mnie znaczyć, mimo, że znam ją rok.

Przerażona faktem, że ja dla niej nie znaczę tyle co ona dla mnie.

Przerażona faktem, że mogę przekroczyć jakąś granicę, jak kiedyś pewna mała Asurka i stać się dla Hajdi ciężarem.

Przerażona tym, że chciałabym mieć w Hajdi przyjaciółkę...

poniedziałek, 3 czerwca 2019

No ja pierdole

O samochodzie będzie w następnym poście, obiecuje. Tymczasem chciałabym Wam opowiedzieć bajkę.

W zasadzie to dramat.
Jednoaktowy.

Wystepuja:
1. A - prowodyrka całego zamieszania dwulicowa krówka od dziś
2. B - paskudne dziewczę z charakteru, które mnie osobiście wkurwia swoim samouwielbieniem
3. C - niewyparzona gęba bezpośrednia bardzo, lubię ja nawet ale dziś przegięła.
4. Reszta słuchaczy oniemiałych nie wiedzących czy się śmiać czy płakać.

Akcja właściwa:
Wchodzi A do pokoju podchodzi do palety i bierze w łapy karton z napisem 3/6 co oznacza, że takich kartonów ma być ogólnie sześc. Znalazła pięć. Nikt nie mówił, że ma pierwszy albo druk, wiec odstawiła na bok i może się znajdzie.

Wzięła jakieś inne zwroty i poszła do swojego pokoju i tam sobie robi. Wraca za trzy godziny i do mnie z tekstem: "nikt tego nie zrobił?" (jakbym ja była za to odpowiedzialna) Mówię, że nie, bo przecież nie ma druku, nikt nie znalazł. A ona wyjeżdża z jakimś pudełkiem i ze ona to ma i dawaj ci ładuje te ciężkie kartony na wózek.
B: Co ty robisz ? Będziesz to tam targać? Jak zaraz trza to z powrotem przywieźć bo to idzie na magazyn gabarytowy"
A: "A wiesz jak jest" i wymownie patrzy na nas i dalej pakuje

B. wzruszyła ramionami i wtedy C. ogarnęła co się dzieje.

C: "A co Ty, A robisz? Po co to targasz niech któraś tu zrobi"
A: "A bo wiesz jak jest, nikt się nie ruszy" .
C: "Bo się kurwa żadnej nie chce! Na magazynie nie robiły (pomijam fakt, że część z obecnych robiła na magazynie) nie wiedza co to praca!"

A. zabrała się i poszła, a ja w tym czasie normalnie gotowałam się ze złości i zalewa lam ze śmiechu jednocześnie.

Hugo z tym, że jak jesteśmy na popołudniu, nie ma B. ani C, to A potrafi przyjść do mnie : " no weź Vill, zrobimy to tutaj, nie będę targać tych ciężarów, ja Ci serie sprawdzę a ty wprowadzisz ok?"

Nigdy jej kurwa nie odmówiłam. A ona od jebała taka dramę jakbyśmy wielce focha na nią miały (biedna A. no kurwa nikt jej w życiu nie pomógł!) i trza było się komuś poskarżyć

No ja pierdole.

Weź tu pracuj z babami...

czwartek, 21 marca 2019

To nic, bo są tacy co się wyrabiają

Jak ja norm nienawidzę to wiecie nie od dziś. Po prostu kurwica mnie trzaska i szlak mnie jasny trafia jak jakaś norma stoi nade mną z batem i popędza. Pośpiech jest złym doradcą, jak to mówią. W moim przypadku jest robieniem błędów.

Szefowa mnie na stronę ostatnio wzięła i zaczęła słowami "bardzo się zawiodłam na Tobie" no już mnie wbiła w ziemię na dzień dobry. Dobry młot, nie ma co. Że niby za mało robię.

Wypomniała mi, że zatrudnili mnie już po dwóch miesiącach, że ona raporty wysyła codziennie, że góra pytała która to taka tak dużo robi i bla bla. No i że w ogóle powinnam robić co najmniej dwieście. Że wcześniej ponad dwieście robiłam, a teraz marne 150 no co ja robię całymi dniami?

Ale szefowo, przeca nowy system...
Ale są tacy co się wyrabiają.

No to fajnie. Jak rodzice z anegdot. Jak wszyscy dostają to Ty nie jesteś wszyscy, a jak jesteś gorszy od kogoś to masz nadgonić bo są tacy co wyrabiają. Damn!

Ale to nic, że nowy system wymusza na nas wpisywanie daty i serii i wybieranie opcji że nie posiada lek kodu data pierdolnika matrix 2D i wybieranie ilości bez podglądu ile tej ilości jest maksymalnie.
To nic, że czeto nie mówi nam przed tym że lek jest rozbity na kilka pozycji.
To zupełnie nic, że jak się jebniesz na jednej cyferce bo seria jest tak wybita, że nie wiesz czy to I, czy 1, albo sobie wpiszesz z rozpędu ze luty ma 28 dni w roku 2020r, to musisz całą rzecz od nowa zaczynać.
To jeszcze nic, że jak masz serie której nie ma w systemie to on nie raczy Cię poinformować dając do podglądu inne serie.
To wszystko nic, że musisz szukać danych po innych modułach żeby ogarnąć czy faktycznie masz przed oczami co masz.
To nic, że kurwa polowa leków przestała się skanować i trzeba je sprawdzać w drugim programie czy numer towaru się zgadza, żeby w pierwszym programie wpisać go z ręki i nie narobić byków które i tak wychodzą.

To jest kurwa nic, bo są tacy co się wyrabiają.

No przepraszam, musiałam się wyżalić.

czwartek, 17 stycznia 2019

Nie dam się obedrzeć

Ja zawsze, ale absolutnie zawsze mam jakieś przygody. Jak nie w sferze zakupowej to w przepisowo pracowej, ale do rzeczy.

Jak zapewne wiecie (albo i nie) jestem słuchaczem szkoły policealnej o wdzięcznym kierunku technik administracji. Sama administracja, przyznam, nudna jest jak flaki z olejem. Jednak prawo pracy, to już zupełnie inna bajka. Sama nie wiem czemu aż tak mnie te przepisy interesują, ale to pewnie dlatego, że nie cierpię być oszukiwana. A polscy pracodawcy.. cóż, jak polscy pracownicy, kombinują, jak mogą. 

Tym razem rzecz się do urlopu miała. A mianowicie do jego wymiaru. Dość rzec, iż swoje już przepracowałam, co prawda zagramanicą, ale od czego jest ustawa o promocji zatrudnienia. 

Jeszcze w tamtym roku się nie przejmowałam, bo jako, iż zatrudnili mnie dopiero w październiku na umowę o pracę, tym samym pięknie pozbawiając dodatku świątecznego, to i o ten jeden dzień urlopu więcej się nie plułam.

Jednakowoż na cały rok sześć dni to w cholerę czasu, czyż nie? 

Polazłam więc zatem do kadr i grzecznie zwróciłam uwagę, iż mój urlop został źle naliczony i bardzo proszę o korektę. Pani powiedziała, że sprawdzi i mam przyjść za tydzień, bo teraz są wypłaty. Za tydzień więc poczłapalam, zła już trochę jak osa, bo nic się w moim programie urlopowo -pracowniczym nie zmieniło, a ja nie mam czasu latać i się z nimi użerać. Korekty się same nie zrobią. 

I co się okazuje. 

Panie mi nie policzą lat zagramanicznych. 

No w jednej chwili jakby smok w mnie wstąpił. Gniew rozszalał się wewnątrz, ale trzymam go w ryzach. Pytam z jakiego powodu. 

- Ponieważ na dokumencie nie ma napisane, czy to było zatrudnienie, czy samozatrudnienie. 

No to grzebie w oryginale po angielsku. Pokazuje pani PALCEM gdzie napisane jest zatrudniona. Pani mi na to, że oni po polsku muszą mieć. Coraz bardziej zła, grzebie po tłumaczeniu przysięgłym za które zapłaciłam bagatela 260 zł! Pokazuje pani PALCEM w sekcji czwartej napisane, zaznaczone Iksem "praca najemna" 

I moi drodzy państwo o te właśnie dwa słowa się rozchodzi. O pracę najemna, która w rozumieniu pani kadrowej pomimo przedstawionego oryginału nie oznacza tego samego co praca na angielską umowę o pracę. No szlag mnie trafił. Głos mi nieco zadrżał i się podniósł. Pytam czy dobrze rozumiem, że ona chce mi powiedzieć, że mnie obedrą z ośmiu i pół roku pracy z powodu DWÓCH słów? SŁOWNIE DWÓCH?!  

Stanęło na tym, że pójdzie od kierowniczki sprawę wyjaśnić a ja ze swej strony zobowiązałam się poczekać z wybuchami do piątku. Później tego samego dnia zadzwoniono do mnie z informacją, że sprawa poszła do działu prawniczego. Ja już ochłonąwszy nieco z planem w głowie grzecznie podziękowałam. 

Dnia następnego rano zeskanowałam stronę oryginału angielskiego dokumentu i tłumaczenia i wysłałam bardzo grzecznego maila do pana tłumacza z zapytaniem o korektę tłumaczenia bo mnie, powtarzam z powodu DWÓCH SŁÓW chcą ograbić z ponad ośmiu lat pracy. Mój kraj taki kurwa piękny. 

Pan tłumacz mi napisał, że tak jest w urzędowym wzorze i ni jak tego zmienić nie można. Wysłał mi pusty arkusz urzędowego wzoru i polecił pójść z tym do kadr. Na arkuszu znalazły się tez rozporządzenia dotyczące mojego ukochanego art 86 ustawy o promocji zatrudnienia. Co zabawne nigdzie, ale to nigdzie nie było napisane, że dokument ma być przetłumaczony. Jedynie, że lata pracy mają być udokumentowane, czym tez były. 

A zatem uzbrojona z nowe przepisy i wzór urzędowy poleciałam do pracy nastawiona na batalię.

Obiecałam jednak poczekać do piątku, a że obietnic i terminów dotrzymuję, siedziałam sobie wczoraj i normalnie pracowałam.

I wtedy nagle poczułam coś. Spłynęło na mnie jak całun, delikatne niczym muśnięcie wiosennego wiatru. Ciepłe i milutkie, choć chwilowe - uczucie spokoju. Znak, ani chybi. 

Wlazłam więc na swój program kadrowy do urlopów i ujrzałam 26 dni jak nic. Normalnie aż sobie wydruknęłam screena, bo nie mogłam uwierzyć. Najwyraźniej dział prawniczy doszedł do tych samych wniosków co ja :)

Wojna wygrana w pierwszej bitwie. Najs!  

środa, 5 grudnia 2018

Taka sytuacja.

Dnia kolejnego, któraś z rzędu ranka. Pół śpiąca jeszcze o godzinie 10tej otwieram kolejny karton. Wyciągam leki na biurko i nagle olśnienie, że nie ma papieru. Ani kawałka nawet. No nic! Zero w tyłka leki się wziąwszy.

Jak zwykle do Pani E rzuciłam się po pomoc, coby swoją magiczną rączką po numerze plomby kierowce mi znalazła, co to ja go będę musiała przekabacić coby mi łaskawie znalazł ten druk. Po odprawieniu czarów rączkami Pani E. okazało się, że nie kierowca, a kierownica, a raczej pani kierowiec.

No to łapię za słuchawkę, uradowana, bo z kobietą pewnie się łatwiej dogadam (zważywszy na to, ze ostatnio panowie kierowcy straszliwie mnie irytują obietnicami pomocy i nie wywiązywaniem się z nich). Dryyyyyń. Sygnał, jeden, drugi, trzeci....

- Słucham - odzywa się męski głos.

Ja skonsternowana, bo przecież z kobietą miałam rozmawiać. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to, że to jakiś jej facet czy coś.

- A przepraszam, a mogę z panią Ewa?
- No nie bardzo.
- A kiedy będzie można? - wciąż w szoku lekkim.
- A może wypadałoby się najpierw przedstawić?

No fakt, z tego szoku zupełnie zapomniałam zwyczajowej formułki. Powiedziałam więc skąd dzwonie, pominąwszy własne nazwisko, bo sam mi się nie przedstawił i widzę od wejścia, że wrogo nastawiony.

Z dalszej rozmowy wywnioskowałam, że pan jest szefem pani kierowiec, albo nie wiem kim, ale kimś rozporządzającym owa osobą do której dostępu mi bronił. Pozostawiłam więc na jego barkach problem znalezienia druku, albo chociaż apteki z plomby numer podany i zobowiązałam go do wysłania mi maila.

Pół godziny później z tej samej palety otwieram kolejne pudło. W środku Vibowit i... druki mi brakujące 12 pudełek wcześniej. Druku na Vibowit brak.

Kurtyna.

Bis.

Postanowiłam po drukach odnalezionych zlokalizować aptekę do której ów Vibowit na pewno należy.

poniedziałek, 22 października 2018

Wkurwienie wzmaga pragnienie

Zaprawdę powiadam Wam, marudzić będę, bo wyrzucić z siebie trochę fqrwa miesiąca muszę.

Po raz, jako, że cięta jestem jak kosa Śmierci na wszelkie marketingowe gówno, gdzie tylko się da cofam zgody, (bo w tym porytym kraju nie można zwyczajnie się nie zgodzić. Zgadzasz się z automatu, w związku z czym do Ciebie należny cofnięcie zgód, których i tak wyrażać nie chciałeś) marketingowe, bo nic mnie tak nie wkurwia jak wydzwanianie z banków i innych chujów mujów i namawianie mnie na coś czego nie chcę. Przechodząc do meritum, cofnęłam ostatnio zgodę na marketing od netodawcy. Zaowocowało to podwyższeniem abonamentu o całe 17 zł. Dzwoniąc na infolinię dowiedziałam się, że został wysłany do mnie mail w tej sprawie. Tak, chyba na mamyciewdupie@mail.pl. Reasumując. W jakim kurwa kraju żyjemy, że trzeba płacić za nie dostawanie spamu od zajebania?!

Po dwa, polazłam w sobotę rano do dentysty celem sprawdzenia dlaczego ostatnio mnie lewa góra strona pobolewała. Wyszłam biedniejsza o 200 zł za wymianę plomby, którą prawdopodobnie nie dalej jak rok temu ten sam rzeczony dentysta zakładał (kasując mnie dokładnie tyle samo). Hajs się musi zgadzać, nie ma co. Jakby tego było mało cały dzień bolał mnie ten zrobiony ząb i żadna tabletka na to nie pomagała.

Po trzy. Jakiś czas temu dostałam od swojego oszczędnościowego banku (w którym zarabiam całe 4 zł miesięcznie z czego dwa wydaje na podatki i prowadzanie konta, więc szał!) informacje o jakichś zmianach, aneksach do umowy coś tam. Pofatygowałam się więc tam by dowiedzieć się, że:
a) bank po raz TRZECI odkąd mam tam swoje środki (czytaj od roku 2007) zmienił nazwę i kolor.
b) pani w banku ni chuja pojęcia nie ma co za aneksy i o co właściwie chodzi, ale może mi oczywiście zaproponować nową formę oszczędzania (ja nie po to kurwa przylazła!). Kazała mi się zalogować u nich na kompie dla klientów do swego konta. Mówię jej ze nie mam kajeciku z hasłami, bo po x latach nagle stwierdzili, że hasło które pamiętam jest za stare i mam je zmienić. Nie pamiętam tego nowego, więc pani wysłała mi reset SMSem. To miało miejsce miesiąc temu. SMS do mnie nadal nie dotarł.
Jako, że te pieniądze tam sobie tylko leża i kurzem obrastają niespecjalnie interesowałam się rzeczonym kontem dopóki nie dostałam SMSa o zmianach w płatnościach. Chcę więc zajrzeć tam i poczytać ile mi przydupią więcej za prowadzenie konta i czy już powinnam uciekać do innego banku kiedy.. okazuje się, że za chuj nie mogę się zalogować. Pan na infolinii twierdzi, że moje hasło jest jakie było i żaden reset się nie odbył. Znów mnie czeka wycieczka do placówki.

Na koniec burdel nad burdele u mnie w robocie, które skutkują tym, że na moich dokumentach i moim nazwisku wiszą braki o wartości bagatela koło 300 zł i ni jak się nikogo doprosić nie można coby mi się doliczył gdzie jakaś łachudra te leki odłożyła. Najwyraźniej kurwa wkładam do pojemników leki widmo.

Zaiste wkurwienie wzmaga pragnienie w związku z powyższym idę się znieczulić.

niedziela, 14 października 2018

Mentalność niewolnika?

Dziwi mnie polska mentalność. Ludzi, którzy mają już swoje lata i przeżyli już co nieco. Dziwi mnie jak słyszę kiedy tacy ludzie wypowiadają się jak to młodzi niewdzięczni są bo za tyle pracować nie będą. Dziwi mnie, że tacy ludzie na oczy nic nie widzą, że aż tak stereotypowo patrzą.

Siedź cicho i ciesz się, że masz pracę.

Dlaczego stękasz, masz ciepło na dupie siedzisz, na magazynie to mają przejebane.

Nie rozumiem ciebie, przecież jako świeżak nie powinnaś się odzywać.

Nie po to do pracy chodzę by słuchać stękania.

Jak Ci się nie podoba, to sobie znajdź inną pracę, albo załóż działalność gospodarczą, to zobaczysz jak to jest.

Jak słyszę coś takiego, to przypomina mi się moja znajoma z Litwy, Violet zawsze była kobietą pełną wdzięczności. Była też pełna doświadczeń życiowych. Takich doświadczeń, które w wieku ponad 50  lat doprowadziły ją do sprzątania na jednostce wojskowej gdzieś na wyspach. Nie wiem dokładnie co ona przeżyła z jakim brakiem pieniędzy i bezrobociem się mierzyła, ale doprowadziło ją to do takiego stanu, że gdyby spotkała Elkę The Secend to by jej stopy całowała za to, że może sprzątać kible.

Ja rozumiem, że różne rzeczy się zdarzają w życiu, ja rozumiem, że ludzie różne rzeczy przechodzą. Ja rozumiem, że z pracą jest ciężko zarówno w Polsce, jak i niekiedy na świecie. Też swoje wyczekałam, swoje wyszukałam, swoje przeryczałam.

Ale to do nędzy nie oznacza, że mam siedzieć i dziękować szefowi korporacji, za to, że łamie przepisy BHP. Ja rozumiem, że przychodzi nowy logityk, rozumiem, że mogą mieć problemy i że chcą temu zapobiec. Ja rozumiem nawet pewne zmiany jakie wprowadzili. No większość.

Nie rozumiem jednak za chuj wielki (i dwa bąbelki) z jakiej paki zapobiec problemom ich ma zamknięcie nam swobodnego dojścia do kibla, co równa się z łamaniem podstawowych przepisów BHP, załącznika 3 rozdziału pierwszego i czwartego.

Nie dość, że dojście do tego kibla i tak było przez special kartę Vip, która miały dwie dziołchy na zmianie, to jeszcze drugi kibel piętro niżej od dwóch miesięcy jest zepsuty. Nie, tego nie było dość. Teraz okazuje się, że do kibla latać trzeba przez cały magazyn prawdziwym hektarem, marnując zamiast minutę na dojście to cale trzy, co równa się z mniejszą ilością wyrobionej pracy, co równa się poleceniu po premii.

No do kurwy nędzy, czy ci ludzie mają mózg?

Ale ja nie o tym, ja o tym, że wedle starej wyjadaczki, pracownicy zakładu ze stażem  20 letnim powinnam zamknąć ryj i z wdzięcznością i uśmiechem nr 5 na ustach latać hektary do kibla bo mam wypłatę co miesiąc na koncie.

Może ja się mylę, ale czy to nie zakrawa na mentalność niewolnika?

czwartek, 13 września 2018

Jak też i wtorki i środy

Cioteczka, Toć to Anioł Nie Kobieta poleciła mi dać kotu lekarstwo, dałam i Miziaka już znów cała szczęśliwa i jakby bardzie tulaśnia odkąd biegunka się skończyła. Obyło się bez alarmowania weterynarza. 

Za to znów śpię na raty, bo: 
- Ej, jestem głodna
- Ej, znów jestem głodna
- Ej, nudzę się
- Ej pomiziaj
- Ej, jest piąta rano, czemu jeszcze śpisz
- Miau, pomiziaj 

We wtorek już poszłam na przystanek o odpowiedniej porze, toteż spokojnie wsiadłam do autobusu. Usadowiwszy się zaraz za kierowcą, odpaliłam sobie epic music (bo jestem na zastępczym to nie chce mi się książki odpalać, ze swoim LG jadę dopiero we wtorek do serwisu) i zamknęłam oczka pod okularami przeciwsłonecznymi. Jak słowo daje, ten wrzesień to gorzej jak czerwiec! 

Po kilku przystankach wsiadł pan i do kierowcy coś tam mówił. Nie słyszałam co, otwierając tylko jedno oko zresztą. Gorzej, że potem pan mówił coś do mnie. No to zdjęłam słuchawki i grzecznie proszę by pan powtórzył. 

- Czy mogłaby pani zadzwonić po karetkę bardzo boli mnie w klatce. 
- Ojoj... - tyle mi się wyrwało.

Chwyciłam za telefon, ręce mi się zaczęły trząść, bo przecież kurde! Pani zadzwoni po karetkę, a my jedziemy w autobusie. Będę musiała z panem wysiąść i poczekać, a co jeśli pan zemdleje?! Przecież ja nie zdałam resuscytacji, bo miałam blokadę psychiczną i nie mogłam się za cholerę przekonać, by nadmuchać Adasia. Nie mówiąc już o tym, że spóźnię się do pracy, a jaki tam był numer? A już wiem 911, zaraz kutwa, Vill w Polsce jesteś! To 112 czy 999?! Help me someone! 

Zanim się zorientowałam pan kierowca zjechał na pobocze i zadzwonił po karetkę. Moje telepotanie się jeszcze wzrosło nie wiedzieć, czy z obawy, że pan się źle czuje (przecież nie udzielenie pomocy jest karalne!) czy z tego ze spóźnię się do roboty. No nie tylko ja się spóźnię, bo spóźni się cały autobus. Zadzwoniłam więc do szefowej i powiedziałam, że mam postój autobusu i możliwe, że się spóźnię. 

Po 17 minutach wyczekiwania zabrał nas drugi miętowy PKM jadący w tę stronę i stający na przystanku, który potrzebuje. Karetka przyjechała praktycznie w tym samym czasie. Do pracy na wpół biegłam (należy pamiętać, że od przystanku mam jeszcze kwadrans spaceru). Na pikaczu odbiłam się spóźniona dwie minuty, spocona zziajana i zdenerwowana. 

Na koniec dnia dostałam SMSa, że paczka dla mnie czeka na poczcie. Kurde. Otwieram przymierzam. Za duże. Mattaku, kolejna odsyłka kolejne 11 zł w plecy. Nie kupię więcej spodni przez neta!

Idąc do pracy środowym popołudniem natknęłam się na przystanku na pana klęczącego i wywijającego wszystkimi kończynami. Pamiętaj Vill, że nie udzielenie pomocy jest karalne. Podeszłam więc do pana, smucąc się w duchu w stronę drugiego pana, który uciekł autobusem, a wcześniej tylko się przyglądał. Zapytałam, czy panu pomóc trzeba, po karetkę zadzwonić (Ichi mnie przestrzegł, żebym zawsze pamiętała, że karetka to NFZ, a NFZ to zło, a zło to 666 tylko zakamuflowane więc 999 xD). Pana za chiny zrozumieć nie można było, tak bardzo był niepełnosprawny. Sam na przystanku, bez opieki. Pomogłam mu wstać i posadziłam na ławce. Udzieliłam pomocy! Pytam po raz ósmy czy zadzwonić po karetkę, pan kręci głową przecząco, więc mówię mu, że idę do pracy, on pokiwał głową coś tam po bełkotał i poszłam. 

W robocie złapałam koleżankę, która idzie na ten sam przystanek i z niego jedzie do domu. Ona mi powiedziała, że zna tego pana i że on jest niepełnosprawny, ale sobie radzi, także nie mam się czym martwić, ale przecież nie udzielenie pomocy jest karalne. Ale udzieliłam. Posadziłam pana na ławce. Dziś muszę zapytać koleżanki czy jeszcze był, jak szła na przystanek. 

Za to ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, gdyż jest dopiero wrzesień, dostałam skierowanie na badania wstepne i kwestionariusz osobowy, znakiem, że chyba dostanę umowę. 

In other news, mój Promyczek z fabryki z UK wyjeżdża do USA do chopa. Jestem w szoku, ale ona jest mocno przekonana. Zresztą co ja mogę marudzić? Sama zrobiłam coś podobnego. Mam tylko nadzieję, że pójdzie jej lepiej niż mnie z Krótkim. 

A skoro już o chopach mowa. Wielkie dylematy mam przemeblowaniowe, bo Zaklęcie wprowadza się od października i potrzebujemy trochę mebli kupić. 

wtorek, 11 września 2018

Te poniedziałki parszywe

Poniedziałek to powinien mieć w swej definicji na wikipedii zawarte zdanie, że jest to dzień, który daje ulgę, jak już się kończy. Zwykle właśnie w poniedziałki zdarzają się jakieś masakryczne rzeczy, które w skali tygodnia są najbardziej zapamiętane.

U mnie zaczęło się od nocy. Kot mój pięć razy (i wcale nie koloryzuje) był w toalecie. Przy moim słabym śnie za każdym razem, gdy próbowała się po tym dokopać do chin, dokopywała się jedynie do większych moich nerwów.

Nerwów, które przerodziły się w przerażenie, gdy już obdarta ze snu zauważyłam, że kota moja ma biegunkę. Oczywiście naczytałam się w internecie przeróżnych rewelacji na ten temat i, swoim zwyczajem, podniosłam alarm.

Wszystko jednak po kolei. Kiedy w końcu usnęłam (chwała mojej robocie za popołudniówki w tym tygodniu) obudził mnie nie dźwięk budzika a cholerne nachalne wibracje. Zdziwiona przeogromnie postanowiłam sprawdzić o co kaman. Ustawiłam budzik na za pięć minut i zadzwonił normalnie. Po czym okazało się, ze jak chciałam sobie puścić książkę na głośnik to usłyszałam głuchą ciszę. Ponowne uruchomienie telefonu dało pięć może dziesięć sekund dźwięku po czym głośnik wysiadł na ament. W związku z powyższym, jako, że do otwarcia banku miałam jeszcze trochę czasu, zrobiłam format systemu (jak radziło mi LG) . Niestety najwyraźniej mój Windows na kompie ma się nijak do androida i format dysku C nie pomógł. ŻARCIK :P A tak poważnie to format telefonu nie dał zupełnie nic (poza tym, że wsio należy poustawiać na nowo), czyli nie oddał mi dźwięku w głośniku (o dziwo na słuchawkach działa), a zatem w przyszły wtorek zamierzam się napaść na serwis LG i ładnie ich poprosić by wzięli i się moją gwarancją grzecznościową zajęli (dochodzę do wniosku, że więcej LG nie kupię, opatuliłam go pancernie by mu się krzywda nie stała, a on już drugi raz wyląduje w serwisie nie mając jeszcze dwóch lat na karku!).

Podczas gdy kota moja odpoczywała po nocce w kuwecie, ja poleciałam do banku dowiedzieć się co u licha za aneksy oni chcą bym podpisywała. Na sam przód dowiedziałam się, że zielony bank zachodni od wczoraj stał się czerwonym bankiem Santander. Na dzień dobry pani mnie zagadała z ofertą nowego konta (nie po to przyszłam kurde) po czym kazała mi się zalogować do internetowego konta tego co mam, żebym jej pokazała o jaki mail od nich chodzi (no sorki nie pamiętam hasła, a wy nie macie wejścia od swojej strony?), na koniec zostało o mnie wysłane hasło re-startowe na SMSa (które nie dotarło do mnie do dziś:P) i jednak udało się ujrzeć (od strony pani Joanny - doradcy) co to za aneksy oni ode mnie chcą. Reasumując: Są to dokumenty (odświeżenia umowy?) dla osób które zakładały konta przed 2014 (no ja to konto zakładałam jeszcze jak oni byli kredyt bankiem i byli niebiescy), jeśli je podpiszę (oczywiście bezpłatnie) nic się nie zmieni dla mnie z tego tytułu. Jeśli je nie podpiszę (również bezpłatnie) tak samo nic się nie zmieni. Jednym słowem - zawracanie dupy.

Straszliwie przerażona apatią mojego kota i wkurzona na LG za ponowne zepsucie się, poczłapałam się na przystanek do pracy, by dowiedzieć się, że zaczął się rok szkolny i mój autobus jest przestawiony o całe 10 minut (jak ja uwielbiam kwitnąć na przystanku, takie ładne kwiatki mi wtedy rosną z paznokci :P).

Kiedy już w końcu dojechałam do roboty, po drodze pisząc SMSa do Taty z serdecznym podziękowaniem za Szajsunga J3 który jest obecnie moim telefonem zastępczym, dowiedziałam się, że magazyn znów coś popierdolił. I tak pierwszą godzinę roboty wyjaśniałam sprawy: braki które byłam pewna, że włożyłam do pojemnika nadwyżki które przyszły cholera wie dlaczego skoro korekta była zrobiona poprawnie i tego typu bezedury. Słowem zawracanie dupy . Jak tak dalej pójdzie szefowa znów mi przyjdzie, że mało korekt robię, ale jak tu robić więcej, jak się takie cyrki dzieją?

Miejmy nadzieję, że wtorek przyniesie mniej spraw i więcej korekt. Kota wygląda na zdrową, więc dałam jej tylko lekarstwo na dolegliwości jelitowe i miejmy nadzieje, że jej się poprawi.
A co u Was słońca i skarby? Jak Wam minął poniedziałek?

czwartek, 6 września 2018

O tym jak popsułam oj bardzo bardzo

Wtorkowy wieczór, siedzi sobie Vill przy stoliku i trzaska zwroty. Otwiera już chyba któryśset z kolei i widzi cztery litry jakiegoś soku. No super. Raz ze jakiś sok w lekach, dwa, że to gabaryt na pewno, trza będzie naklejkę dodać na magazyn konkretny przypisać słowem trochę więcej roboty niż zwykle, ale nie tak znowu dużo.

Cztery sztuki, z czego trzy w porządku. Sprawdzam standardowo serię, datę ważności. O Shit! Krótka data, a to jest gabaryt, na normalna przecenę to nie pójdzie. Pamiętam, jak mi wcześniej w podobnej sytuacji system robił problemy, jakby ktoś kto go tworzył nie przewidział, że wielkim rzeczom też może się skończyć przydatność do spożycia (dwoją drogą, wiecie, że nawet pieluchy mają datę ważności?)

Aha no tak i zapomniałabym o jednym drobnym szczególe. Mianowicie, że producent chyba się naćpał, bo nie wiem kto normalny wytłacza na produkcie datę ważności i serię, ale kodu kreskowego już nie. W tym konkretnym napoju był on przyklejony cholerną ulotką. Ulotką, która oczywiście była zagubiona w akcji na jednym z towarów i która akurat musiała zginąć na tym z krótką datą (chociaż gdyby brakowało jej na innych sytuacja byłaby taka sama).

Zaaferowana byłam. Przyznaje się bez bicia. W pamięci zakamarkach próbowałam odszukać recepturę na wysłanie krótkiej daty poprzez magazyn towarów wielkogabarytowych.

A powinnam pomyśleć.
A powinnam zastanowić się logicznie.
A powinnam ochłonąć.
A powinnam zapytać.
A przede wszystkim powinnam odesłać!

Ale co tam. Vill sobie towar przyjęła, co z tego, że nie było kodu do skasowania. Przecież zawsze można skasować kod z innych tych samych towarów, czyż nie? (no nie, tak gwoli ścisłości, zwłaszcza jak jest różnica w serii!).

Jakaś była moja radość, gdy system przyjął mi Gabaryt na zwykły magazyn przecen (z powodu krótkiej daty). Hura Hura i chwalmy system.

Na drugi dzień towar do mnie wrócił z powodu że bez kodu. No super i co ja mam teraz z tym fantem zrobić?

1) Zadzwoniłam grzecznie do apteki z zapytaniem czy Pani może mi to wymienić (apteki i tak nakładają swoje kody). Niestety nic z tego, gdyż albowiem ponieważ pani zamawiała te konkretne cztery sztuki i te odesłała bo jednak pacjent się rozmyślił, co za tym idzie choćby chciała to nie ma innych na wymianę.
2) Poleciałam na magazyn coby ogarnąć czy ulotkę ową można jakoś zeskanować, skserować, cokolwiek, ja się pytam co za debil umieszcza kod kreskowy na ulotce która tak łatwo może się oderwać?!. No nie, kopiowanie nie wchodzi w grę z powodu kolorystyki i foliowania owej ulotki.

Zostało mi już ino jedno wyjście.

3) Polazłam z pokorną miną do kierowniczki, przepraszając jak to bardzo popsułam bo wiem, wiem oh na bogów wiem już teraz, mądra ja po szkodzie, iż powinnam to odesłać, zamiast przejmować. Oh tak strasznie mi przykro jak ja już mądrzejsza jestem o tą wiedzę, szkoda, że tak późno. Co? Nie, nie wiem ile to kosztuje. Aha, dobrze, dziękuję.

Pani kierownik stwierdziła, że jak nie ma szans odzyskać kodu to mam dać towar do utylizacji (skoro to ino litr), ewentualnie mogę go sobie sama wypić :P

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Te szalone poniedziałki...

Tydzień zaczęłam wiadomością, że magazyn opędzlował wszystkie moje pojemniki i nie przyniósł mi tego co powinien przynieść. Mało tego ktoś zamknął pojemnik w którym był mój brak i tym kimś nie byłam ja. Od tygodnia trzymałam pudełko z zapisem że brakuje w nim dwóch maści (wedle logów w systemie być powinny, ale magazyn twierdzi, że ich nie było). Jako, że bazuje na dwóch pudełkach zamysł był taki, że jak w jednym brakuje to w drugim powinna być nadwyżka (towar, którego nie ma na liście) i wszystko powinno się wyzerować. No cóż, najwyraźniej wymyślam sobie te dwie maści, bo żadnej nadwyżki mi nie przyniesiono.

Następnie dostałam tak cudowny zwrot, że przekonana jestem iż nadawca wypił coś, zaćpał, zjarał, abo wsio na raz! Na jednej z faktur brakowało towaru. Drugi był uszkodzony. Trzeci natomiast był zupełnie nie do naszej placówki, ale nie mogłam go wysłać przesyłką wewnętrzną na odpowiedni oddział, gdyż albowiem ponieważ ktoś bazgrząc po druczkach zwrotu nabazgrolił numer wręcz nieistniejący (powinni zakazać pisania ręcznego na tych drukach, bo naprawę niekiedy tak ciężko rozszyfrować co tam jest namalowane, że słów brak). Oczywiście jak to w takich wypadkach bywa, wszelkie próby kontaktu telefonicznego zakończyły się niepowodzeniem. Wnerwiłam się, zabrałam to wsio i wysłałam na powrót do apteki, niech se ogarną własny burdel.

Jakiś czas później, widząc kolejną krótką datę (w związku z czym miała ona iść na przecenę, ale najpierw trzeba było zrobić dokument), nakreśliłam swoimi inicjałami podpisany dokumencik i wrzuciłam maść na stopy do pudełka gdzie grzecznie miała czekać na następne towary.

Minęła godzina, otwieram kolejny zwrot, znów bazgrany, znów ledwie odczytywany. Numer zjedzony o jedną cyfrę. Szukam, wpisuje, kombinuje, co to u licha mogło być? Grzebie się w bazie danych po numerze kontrahenta szukam po dacie wystawienia faktury źródłowej. No ni cholery nic mi się nie zaczyna na dwie siódemki! W końcu znalazłam jakiś numer, który wydawał się blisko, wchodzę na spis towarów, no zgadza się. Łapie za telefon, dzwonie do apteki, żeby się upewnić.

-Halo?
- Dzień dobry tu dział reklamacji kłaniam się, ja dzwonię w sprawie państwa druczku zwrotu, otóż jest na nim błąd pisemny, ale znalazłam numer faktury źródłowej, więc dzwonie, by się upewnić. Ja pani podam ten numer dobrze, a Pani mi powie czy się zgadza tak?
- No dobrze
- Więc tak, siedemdziesiąt cztery, dwadzieścia, trzydzieści osiem.
- Nie, nie ja mam inny, siedemset czterdzieści dwa, zero trzydzieści osiem.

Kurtyna.

Chwilę później okazało się, że mój świeżo utworzony dokument krótkiej daty ZUPEŁNIE SAM się zamknął i nie zostało mi nic innego jak zmarnować trochę drzew i wydrukować zlecenie przeniesienia tej jednej maści na stopy do odpowiedniego magazynu. Tu jednak jestem skłonna zrzucić winę na dziewczyny, bo przed końcem miesiąca sprzątają dokumenty, wiec i mój niechcący mogły zamknąć. Ale przecież żadna się nie przyzna :P

Na sam koniec dnia okazało się, że mój telefon chyba słyszał moją rozmowę z Zaklęciem na temat wzięcia innego sprzętu bo ten się psuje już od kilku tygodni marudzi, że ma aktualizację systemu, a jak próbuję to zrobić to wywala błąd na trzech procentach. Poza tym ekranowi zdarza się nie reagować no i kurcze, troszkę się zawiesza i wywala aplikacje internetu szczególnie. Czybym powinna go znów zanieść do LG? W ogóle to dlaczego on u licha pobiera aktualizacje aplikacji jak mu wyraźnie powiedziałam, że nie, no i jeszcze ciągle się psioczy o tę aktualizację systemu.

Dziś postanowiłam znów spróbować i pozwoliłam mu zaktualizować androida. I co się okazało? Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie zawiesił się tym razem, nie wywalił błędu. Pobrał wszystko i zainstalował. Tak sobie, najzwyczajniej w świecie.

Bo czemu nie?

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Wymysły zarządu

Wiadomo, że za każdym wnioskiem stoją jakieś motywy. Niby nic, ale czasem można źle zrobić wszystkim na około. Zastanawia mnie dlaczego ludzkie lenistwo bywa tak krzywdzące. Mówię patrząc z boku na reakcję koleżanek. Mnie sprawa osobiście nie dotyczy a to za sprawą rocznego biletu naszego cudownego miętowego PKMu.

Ale do rzeczy.

Ostatnio się ciekawe rzeczy dzieją. Oglądam je z boku, przysłuchuję się i obserwuję. Zastanawia mnie (w sensie czysto akademickim) czyje nadmierne lenistwo zmusiło do złożenia takich propozycji. Mianowicie: Zarząd firmy wymyślił sobie, że od teraz parkingi będą dedykowane. Co za tym idzie każde miejsce parkingowe będzie miało swego pracownika. Celowo nie mówię, że każdy pracownik będzie miał wyznaczone miejsce parkingowe, bo byłoby to kłamstwo. Kompleks jest wielgachny miejsca w bród, nawet trochę trawy. Komuś jednak nogi do dupy uciekały jak trza było się przejść trochę z miejsca zaparkowania samochodu do biura, gdy zaczyna się na ósmą, a pracownicy z pierwszej zmiany zastawili już cały parking pod drzwiami. No sorry, ale nie widzę innego powodu tego zarządzenia. Mnie to osobiście nie rusza. Codziennie mam 15 minutową wycieczkę z przystanku do firmy i jakoś nie narzekam. No ale cóż.. gdybym ja łaziła w szpilach na kilometr to też pewnie miałabym problem z taaaaaką odległością.

Niestety miejsc parkingowych nie ma tyle ile pracowników. Ba nie ma nawet tyle ile dojeżdżających pracowników (odejmując tych korzystających z komunikacji miejskiej), w związku z tym zarząd rozdzielił jak chciał, a reszta.. zwyczajnie na teren zakładu nie wjedzie (u nas jest 19 dojeżdżających dziewczyn, dostaliśmy osiem miejsc :P). A wszystko ze "względów bezpieczeństwa" Oburzeniu nie ma końca. Vill jedynie słucha i obserwuje.

Z innej beczki. W piątek miałam straszne zawroty głowy. W związku z tym do pracy iść nie byłam w stanie (nawet nie wim czy kierowniczka uwierzyła, mimo iż przyniosłam L4). Straszliwie żałuje, że mnie tam nie było w chwili gdy na jaw wyszedł kolejny genialny plan zarządu, aby wszystkich nas umieścić w tym jednym pokoju w którym urzędujemy my - czyli zwroty. Wszystkich nas, mam na myśli inne trzy czy cztery pokoje. Ha.Ha. No śmiechu warte :P Biurko przy biurku, podobno szefową chcieli przenosić podczas jej nieobecności (Ha. Ha!).

Ale nikt nie pomyślał o tym, że nasza praca to nie tylko siedzenie przy biurku ale też (w zasadzie przede wszystkim) operowanie zwracanym towarem. No kurcze, ale na suficie to ja tych kartonów wszystkich, wózków i palet kłaść nie bydę :P Szczególnie dlatego, że pewnie posypie mi się to na głowę :P

Także śmieszkowo jest.

Chociaż auta to raczej w takim wypadku nie kupię.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Stop, proszę Stop!

Nie miałam prawdziwego urlopu od nie wiem kiedy. Serio. Wyjazdy do polski z Krótkim nie były urlopem. Byłe kalejdoskopem jeżdżenia by "zaliczyć wizyty" u każdego możliwego członka rodziny, żeby nikt nie poczuł się pokrzywdzony, że nawet na kawę nie wpadliśmy (pomijam już fakt, że do jego rodziny jeździliśmy razem, do mojej - ja sama). Nie był to jednak urlop.

Myślicie pewnie, że kiedy wróciłam do PL i przez te pół roku pierwsze, a potem znów nie pracowałam, to odpoczęłam? Gówno prawda. Każdy kto kiedykolwiek szukał pracy wie, że jest to ciężka praca.

Życie zapierdala.
Serio.
Jakby włączyło ósmy bieg.

Praca -> dom -> praca-> dom. 
W domu nie ma mnie 10 godzin. Miziak już ma mi za złe, więc po nocach nie daje mi spać, co oznacza, że czuje się z dnia na dzień jeszcze bardziej zmęczona.

Urlop mi się marzy.
Taki prawdziwy, taki wyjazd gdzieś z dala od ciągłego zamartwiania się o jutro. Czy mogłabym je wsadzić w kopertę i wysłać na Grenlandię?

Zamiast tego (bo w tej chwili to niemożliwe) postanowiłam trochę zatrzymać czas.
Musze Wam powiedzieć, że silny to jest skurczybyk. W nogach ma tyle pary, że zwykle zamiast go zatrzymywać to czepiam się jego muskularnego ramienia i wiszę, powiewając jak chorągiewka na wietrze, kiedy on zapierdala przez kolejne okrążenie. Dzień za dniem, dzień za dniem.

W moim myślach tylko przyszłość, za minutę, za godzinę, za dwa dni, za tydzień, miesiąc, w przyszłym roku. Wszystko co robię jest tylko przejściowe. Prowadzi do tego co ma się zdarzyć.

Próbuję więc zatrzymać czas, na moment wyłączyć gonitwę myśli, skupić się na chwili bieżącej. Przecież on jest, kolejny dzień nadejdzie, czyż nie?

Tymczasem w mojej łepetynie odbija się echem: "Nie marnuj czasu, musisz mieć plan, przecież jedno po drugim następuje, nie ma chwili wytchnienia."

Stop, proszę stop!

Zdradźcie mi lek na spokój.
Sprzedajcie patent na nie zaglądanie co chwile do telefonu/komputera celem sprawdzenia godziny. Jeszcze tyle i coś tam, jeszcze tyle i gdzieś muszę iść coś zrobić. Nawet teraz jak siedzę i piszę tą notkę w tył głowy puka mnie cała kolejka rzeczy które muszę zdążyć uczynić, zanim wyjdę do pracy, a za nimi kolejne rzeczy mówiące o tym co muszę zrobić tam i jak wrócę do domu.

Stop Stop Stop!
Do nędzy...
Głupi mózgu czy nie umiesz odpoczywać?

środa, 25 lipca 2018

O decyzjach, zmianach i zaskoczeniach

Długo zwlekałam z napisaniem tego posta. Posta. Po części dlatego, że pierw chciałam przetestować pewne rzeczy. Po części zaś, bo nie wiedziałam jak. Postanowiłam jednak napisać co mi palce na klawiaturę przyniosą, a zatem zbierzcie się i posłuchajcie historii zmian.

Nienawidziłam swojego obozu pracy. Nienawidziłam całym sercem duszą i PozaŚwiatem ( z którego zostało kilka schodów i wszechogarniająca ciemność.. ). Nienawidziłam do tego stopnia, że uruchomiłam wszystkie swoje marne znajomości by dostać choć cokolwiek innego niż te pierdolone kable.

Przez koleżanki moich koleżanek moje CV rozesłało się w kilka miejsc, sama słałam jak zawsze w inne miejsca. Pokusiłam się nawet o napisanie postu na spotted:

Młoda, entuzjastyczna, empatyczna, uśmiechnięta i uczciwa pracownica pozna uczciwego pracodawcę na terenie Jaworzna (tudzież wszelkich miejsc, gdzie dojadę naszym cudownym miętowym PKM’em) Mogę (i chcę!) pracować w biurze (mam niejakie doświadczenie), fabryce (na dwie zmiany) tudzież jako pomoc kuchenna, albo bardzo, bardzo początkujący kasjer sprzedawca (uczyć się będę pilnie przez ranki całe z moich kolorowych notatników małych 🙂 ) Dostępna jestem w standardowych dniach roboczych, a także w niektóre weekendy. Atmosfera w pracy jest dla mnie ważna, aczkolwiek nie koniecznie młody i dynamiczny zespół (wiek nie jest dla mnie żadnym wyznacznikiem). Książeczkę sanepidowską posiadam, lecz za uśmiechniętego żółto czerwonego klauna i inne fast foody bardzo serdecznie podziękuję. Nie szukaj mnie proszę po facebookach pracodawco uczciwy. Zostaw komentarz, na pewno się odezwę 🙂

Ale admini mi tego nie wystawili, bo podobno tylko ogłoszenia o prace ze strony pracodawców mogą się pojawić.

Nadszedł w końcu długo wyczekiwany dzień. Po porażkach na rozmowach, po milczeniach na wysyłki, bo nie oddzwanianiach, w końcu.. ktoś łaskawie zadzwonił. Pani Ti, która dostała CV pokątnie od mojej znajomej zaprosiła mnie pewnego wtorku na rozmowę. W środę zatem uznałam, że czuje się paskudnie i do obozu pracy nie pójdę, miast tego pojechałam pogadać z Panią Ti. Okazało się, że dwie zmiany to problem bo autobus mi nie jedzie, ale podobno można było to w jakiś sposób ogarnąć. Pogadałyśmy pokazano mi miejsce i, jak zawsze, obiecano zadzwonić.

W tym czasie na Facebuku odezwała się do mnie restauracja (do której pisałam uprzednio za rada adminów spotted, a która mi powiedziała wcześniej, że ogłoszenie na pomoc kuchenną jest już nieaktualne), że jeśli nadal szukam pracy, to mam się zgłosić. Odmówiłam gdyż wierzyłam Pani Ti, że na dniach się do mnie odezwie.

Jako, że Pani Ti pracuje od 6 do 14, następne dwa dni siedziałam w obozie pracy jak na szpilkach czekając na telefon. On nie nadszedł. Jednak w piątek już wiedziałam. Więcej nie zdzierżę! Po prostu więcej nie zniesę!

Koło piętnastej dostałam telefon z przychodni, że wysłali mi maila z zaproszeniem na rozmowę. Wielce zdziwiona dowiedziałam się, iż we wtorek mam test merytoryczny z wiedzy o prawach pacjenta, dokumentacji medycznej i RODO. No wow, tyle musi wiedzieć kandydat na rejestratorkę medyczną.

Postanowienie było pełne pewności. W poniedziałek rano zadzwoniłam do Pani Ti z zapytaniem co w mojej sprawie. Powiedziała, że jeszcze nie, żeby czekać na telefon. W związku z powyższym pojechałam do obozu pracy składając rezygnacje, a we wtorek rano pobiegłam na ten test.

We wtorek koło 10tej zadzwoniła Pani Ti z poleceniem bym przyjechała podpisać papierologię w środę. No radość!
Gówno.
Niepewność i niezdecydowanie, bo zaraz po Pani Ti zadzwonili z rejestratorki bym w czwartek przyszła na ostatni etap rekrutacji.
W związku z powyższym przełożyłam podpisywanie na piątek, a w czwartek.. ostatecznie nie poszłam na tę rozmowę.

Wedle wiedzy jaką posiadałam na tamtą chwilę bardziej (pomimo dojazdów) pasowało mi jednak podpisać papierologię u Pani Ti, tym bardziej, że to już była pewna robota, a tu dopiero rozmowa bez pewności i wiedzy kiedy i czy w ogóle się odezwą. Poza tym tak bardzo już nie chciałam sobie mieszać w łepetynie(wiem, jestem okropna jeśli o decyzję chodzi! Wolę jasny algorytm za którym mogę podążać).

Reasumując pomimo, że wstaje o 4 rano by doczłapać się na pierwszą zmianę, w domu nie ma mnie 10 godzin, mam zlecenie do końca października, a stawka jest jedynie niewiele większa od najniższej krajowej, to jednak od około dwóch tygodni jestem pracownikiem reklamacji (korektorką faktur) w firmie farmaceutycznej.

I serdecznie mam nadzieję.
Że w końcu coś się ustabilizuje.
Że nie będę musiała wyjeżdżać.
I że w końcu odetchnę...

sobota, 30 czerwca 2018

Rozczarowana

Rozczarowana jestem bardziej niż sądziłam, że będę (bo, że będę to wiedziałam na pewno). Coś takiego jak rynek pracownika nie istnieje, albo nie istnieje na śląsku, gdzie obecnie przebywam. Słysze tu i ówdzie, że jest miejsce, że jest praca, ale są to miejsca tak daleko ode mnie, że nawet z samochodem dojeżdżać bym nie mogła (minus posiadania znajomych rozsianych po Polsce). 

Poprzez jakieś skromne znajomości, które zawarłam przez te półtora roku staram się jakoś coś zorganizować. Nie jest to łatwe. I na razie bez rezultatu.

Na rozmowach bywam rzadko. Mimo, że wkładam całe serce w CV,  w to, co jest tam napisane, jak jest napisane i jak to graficznie wygląda. Nie przekonuje to jednak pracodawców do tego stopnia by zechcieli ze mną rozmawiać. Kiedy jednak przychodzi chwalebny dzień, że chcą - całe przedsięwzięcie kończy się fiaskiem. Strata czasu. To, że przygotowuje się indywidualnie do każdej rozmowy, ubieram się najlepiej jak mogę. Już nawet nie trzęsą mi się ręce.

I tak mnie nikt nie chce. 

Bo nie jestem długonogą, cycatą blondynką z kilo tapety na ryju z 20 letnim doświadczeniem i ośmioma językami na full blaszkę wyrytymi. Bo nie jestem przebojowa, bo nie błyszcze, bo nie jestem wnuczką teścia bratowej ze strony wujka. 

Przykre to w chuj. 
Rozczarowujące. 
Strata czasu. 

Zatrudniłam się więc w obozie pracy (bo trzeba coś jeść i za coś pić), gdzie tyram na akord, pożerając na kilogramy tabletki na żołądek, bo pracowanie pod presją czasu to nic innego jak pierdolenie o normie trzy razy dziennie i pośpieszanie, gdzie ręce nie mają motorka w dupie. 

Zawijam kable, nakładam uszczelki. Wyrabiam na osiem godzin połowę normy. Jak zobaczę wypłatę to chyba ją przepiję najtańszymi trunkami. Nie mówiąc już o tym, że nawet podstawowych sanitariów nie ma w tej pożal się losie firmie (od trzech dni noszę własny papier toaletowy). Warunków do pracy też nie ma, a niedługo okaże się, że więcej dokładam jak zarobię. Bo bilet, bo rękawiczki, bo srajtaśma bo coś tam. Dziewczyny robotę do domu biorą, by wyrobić normę po to, by dostać najniższą krajową. Nikt nie ma czasu iść na przerwę, nie mówiąc już o tym by się chociaż wysikać. 

Wąż powiedział, że światło nie istnieje, a ja mam wrażenie, że ma rację. 

W związku z tym wszechobecnym rozczarowaniem postanowiłam wypierdalać z kraju. Na emigracje, gdzieś z dala od rozczarowania i wieżowców z których chcę skakać za każdym razem jak jadę do tyry. 

Sęk w tym, że jeszcze rok. Szkołę chcę skończyć, chociaż wedle Wiedźmy Rodzicielki nic mi nie da technik administracji, ale skończyć chcę i tak. Jeśli ten rok przeżyje i do tej pory niczego normalnego nie znajdę, to jak bogowie mi świadkami i Wy moi czytelniczy nieliczni - wypierdalam z tego kraju... 

czwartek, 14 czerwca 2018

A idźcie Wy z pizdu

Drogi FRAPZie

Zważywszy na to, iż Wasze jakże żałosne próby znalezienia mi stażu i polepszenia mojej sytuacji, a także jakiegokolwiek w tym kierunku wywiązania się z zawartej ze mną umowy spełzły na niczym, a raczej pełzły na niczym od lutego tego roku uprzejmie informuje, że cierpliwość mi się skończyła.

Na nic się zdały bzdurne tłumaczenia pana pośrednika, jakoby pracodawcy odrzucali moje CV ze względu na miejsce zamieszkania lub brak doświadczenia (ja się uprzejmie kurwa pytam czym zatem jest staż z definicji?!)

Cierpliwie czekałam na kolejne, coraz to odraczane kursy i kolejne, coraz to rzadsze telefony z ofertami. Uprzejmie pytałam i dzwoniłam we własnym zakresie, lecz niczego oczywiście nie wskórałam. Nie mówiąc już o tym, że w przeciągu tego czasu wasza Fundacja dwa razy poszukiwała pracowników, a waszym sekretariacie spotkałam (niespodzianka!) dziewczynę z kursu. Mnie nawet nie powiadomiono, że taki staż jest w stanie zaistnieć.

W związku z powyższym śmiem wątpić, że podejmowaliście jakiekolwiek sensowne próby by pomóc mi "wybrać ścieżkę kariery" jaką zresztą sami mi zaproponowaliście.

Nadmienić muszę iż przykro mi bardzo, że sprawy musiałam wziąć w swoje ręce, które teraz bolą mnie kurewsko podobnie jak kręgosłup, gdyż niemożność Wasza i czas jaki na Was straciłam zmusił mnie do podjęcia drastycznych kroków i zatrudnienia się byle gdzie, byle jak i za byle co.

Wywiązując się z naszej umowy oraz dając zadość regulaminowi fundacji uprzejmie donoszę iż od dnia wczorajszego tj 13.06.2018r. zatrudniona jestem w fabryce pierdolonych kabelków.

A zatem drogi FRAPZie, idźcie Wy w pizdu. Sama se poradzę.

________________________

Takiego właśnie maila powinnam im napisać.. Zamiast tego po prostu wyślę im skan tej mojej śmieciowej umowy...

Niby powinnam się cieszyć, że pracuję.

Ale czuję się tam tak kurewsko nie na miejscu, a cała akcja jest tak daleka do tego czego pragnę jak tylko może być. W związku z tym nie. Nie ciesze się nawet krzty...

I płakać mi się chce na myśl..

... że znów wylądowałam w jakimś fizycznym pokurwim rozpierdolu...

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Ten uczuć, kiedy myślisz, że to TO, by dostać znowu w ryj.

Nie chce mi się naprawdę już użalać. Przepłakałam dość. Zwłaszcza, że zgodnie z Zelandem i zasadą Transerfingu naprawdę "odbębniłam" wszystko co powinnam, no chyba, że szanowny Zeland ma inną definicje nadmiernego potencjału.

A było tak pięknie! Tak obok! Tak szybko! W środę rano wysłałam CV. W środę popołudniem zaproszono mnie na rozmowę. W czwartek pięknie się przygotowałam poczytałam, dowiedziałam, przeanalizowałam i nawet by być trochę nad wyraz obejrzałam parę szkoleń w internecie.

Słowa nikomu nie rzekłam. Po chuj robić w okół tego szum. Uda się. No musi. Nie ma innej opcji.

Wait...
...jest!

Ucieszyłam się jak durna kiedy pani Marzena napisała do mnie SMSa ze zmianą godziny rozmowy. No kurcze cudownie bo troszkę się bałam, że jednak źle ją zrozumiałam w końcu 16:50 to taka niecodzienna godzina (mimo ze codzienna). Zmiana była na jeszcze bardziej niecodzienna 14:25. Od rana w piątek zatem siedziałam i raz jeszcze przeglądałam, co i dlaczego. Wyciągnęłam materiały ze szkolenia szukania roboty. Przeanalizowałam średnie zarobki na danym stanowisku oraz to co się na nim robi (ogłoszenie było dość tajemnicze, wnioskuje, że chciano oszczędzić znaków). Przygotowałam odpowiedź na każde ze standardowych pytań, by mnie niczym nie zaskoczono. Ubrałam się uczesałam, biżuterię zmieniłam (by się nikt pentagramów i Ankh'a nie przestraszył) i poszłam.

4 minuty. Słownie CZTERY minuty. Tyle szłam z domu do tego przecudnego miejsca wielkiej szans zatrudnienia. Żałując, że nie mam ze sobą książki potulnie siedziałam w poczekalni wśród innych panien aż do pięknej szesnastej, bo jakoś tak się przedłużyło.

Pan Andrzej okazał się bardzo miłym i sympatycznym młodym człowiekiem (nawet mam wrażenie, że młodszy był ode mnie) zapytał mnie o kilka standardowych rzeczy. O klienta trudnego jak sobie z nim poradzić (och, jak kocham się dzielić wiedzą) o zarobki ile bym chciała, o godziny jakie bym chciała, o to czy wiem co oni w ogóle robią (no ba no raczej nie inaczej), o to czy to nie problem czasem umyć podłogę, bo przecież kafelki a jesienią i zimną chlapa,piasek błoto ( panie szanowny mam pięć lat doświadczenia w mopowaniu za pieniądze :P). Nadgodziny? Spoko, mieszkam zaraz OBOK, żadnego problemu zero autobusu, korków, nic! Obsługa komputera? Biegła. Anglojęzyczny klient - jak złoto! Pytania pani ma? Ano czy szkolenie z RODO będzie. Oj pani zabłysła, pierwsza, co się o RODO pyta!.

Cudnie, pięknie, skontaktujemy się. No wyszło super, sympatycznie, zupełnie mnie nie zagięli. Idealne stanowisko dla mnie, idealna ja dla stanowiska. What possibly could go wrong?

O Wait....

I tym sposobem, nie tylko się załamałam jak też wkurwiłam i do tej pory mnie nosi. Nosi mnie tym bardziej bo doszłam do wniosku, że wszystko co robię od dwóch lat to... PIEPRZONA STRATA CZASU. Bo jakiekolwiek kroki nie podejmę... i tak dostaje w ryj :(

wtorek, 8 maja 2018

Jestem rozżalona

Dnia pięknego kwietnia dwudziestego siódmego zadryndał mój telefon ukochany motywem przewodnim z Fairy Tail. Jak się okazało w trakcie rozmowy pani z Agencji Zatrudnienia dostała w łapki moje CV z Fundacji i zapragnęła ze mną taką rozmowę przeprowadzić. Odpowiadałam szczerze, ale przeszkolona na pytania zadawane, nieco w duchu się zdziwiwszy, że taka rozmowa na telefon jest ogarniana.

Na koniec jednak okazało się, że cieszyć się co nie ma wcale, gdyż, jak mi wyjaśniono, rozmowa face to face będzie jeszcze przeprowadzona. Kiedy? Hugo wie (albo Hugolina i dzieci), bo weekend długi i wszystko poprzesuwane, koleżanka z którą ma być rozmowa na majówkę wyjechała i Pani do mnie zadzwoni najpóźniej do siódmego.

Oczywiście, zdziwiona nie byłam, że siódmy minął (u Wiedźmy Rodzicielki na urodzinach) a telefonu jak nie było tak milczał.

Dzisiejszym za to rankiem dwie próby z Panem pośrednikiem skontaktowania podjęłam aż za trzecia się udało i gradem pytań zasypałam. Wedle Pana znawcy powody dwa główne być mogą powściągliwości pracodawców w dzwonieniu do mnie.

Numero uno, ze w Jaworznie mieszkam, a przeca oferty z Katowic, "a jak Pani wie, im bliżej , tym lepiej". Szkoda ino, że mi tego, gdy się zapisywałam nie powiedzieli, że pracodawcy kryterium mieszkaniowe aż tak rozważać będą.

Numero duo, że na CV napisane mam prace fizyczne (cóż, mogłam o nich nie pisać, ale ośmioletnią przerwę w zatrudnieniu pewnie by na karp małolata posiadania by zwalili i byłoby gorzej) i że doświadczenia nie mam. No ja bardzo przepraszam, ale skoro projekt nazywa się Wybierz Drogę Kariery, to ja właśnie taką drogę wybrałam. Dodam, że staże z definicji mają przygotować świeżaka do pracy w zawodzie.

Szkoda tylko, że z definicji.

Pan pośrednik kazał mi zadzwonić tam gdzie nie oddzwoniono, bo to podobno pokaże, że mi zależy. Dowiedziałam się, że termin rozmowy oczywiście będzie i że do trzynastej mnie powiadomią.

I zgadnijcie co?

Oczywiście, że do mnie nie oddzwoniono.

(zastanawiam się, czy ponowny telefon jutro będzie zależeniem mi, czy może już natręctwem?) 

I ja wszystko rozumiem, że weekend długi, ze ludzie pracują, że zajęci są i tym podobne. Ale nie mogę jakoś powstrzymać swego rozżalenia. Bo już zwyczajnie minęło tyle czasu, że ja im w nic już nie wierzę...