Długo zwlekałam z napisaniem tego posta. Posta. Po części dlatego, że pierw chciałam przetestować pewne rzeczy. Po części zaś, bo nie wiedziałam jak. Postanowiłam jednak napisać co mi palce na klawiaturę przyniosą, a zatem zbierzcie się i posłuchajcie historii zmian.
Nienawidziłam swojego obozu pracy. Nienawidziłam całym sercem duszą i PozaŚwiatem ( z którego zostało kilka schodów i wszechogarniająca ciemność.. ). Nienawidziłam do tego stopnia, że uruchomiłam wszystkie swoje marne znajomości by dostać choć cokolwiek innego niż te pierdolone kable.
Przez koleżanki moich koleżanek moje CV rozesłało się w kilka miejsc, sama słałam jak zawsze w inne miejsca. Pokusiłam się nawet o napisanie postu na spotted:
Młoda, entuzjastyczna, empatyczna, uśmiechnięta i uczciwa pracownica pozna uczciwego pracodawcę na terenie Jaworzna (tudzież wszelkich miejsc, gdzie dojadę naszym cudownym miętowym PKM’em) Mogę (i chcę!) pracować w biurze (mam niejakie doświadczenie), fabryce (na dwie zmiany) tudzież jako pomoc kuchenna, albo bardzo, bardzo początkujący kasjer sprzedawca (uczyć się będę pilnie przez ranki całe z moich kolorowych notatników małych 🙂 ) Dostępna jestem w standardowych dniach roboczych, a także w niektóre weekendy. Atmosfera w pracy jest dla mnie ważna, aczkolwiek nie koniecznie młody i dynamiczny zespół (wiek nie jest dla mnie żadnym wyznacznikiem). Książeczkę sanepidowską posiadam, lecz za uśmiechniętego żółto czerwonego klauna i inne fast foody bardzo serdecznie podziękuję. Nie szukaj mnie proszę po facebookach pracodawco uczciwy. Zostaw komentarz, na pewno się odezwę 🙂
Ale admini mi tego nie wystawili, bo podobno tylko ogłoszenia o prace ze strony pracodawców mogą się pojawić.
Nadszedł w końcu długo wyczekiwany dzień. Po porażkach na rozmowach, po milczeniach na wysyłki, bo nie oddzwanianiach, w końcu.. ktoś łaskawie zadzwonił. Pani Ti, która dostała CV pokątnie od mojej znajomej zaprosiła mnie pewnego wtorku na rozmowę. W środę zatem uznałam, że czuje się paskudnie i do obozu pracy nie pójdę, miast tego pojechałam pogadać z Panią Ti. Okazało się, że dwie zmiany to problem bo autobus mi nie jedzie, ale podobno można było to w jakiś sposób ogarnąć. Pogadałyśmy pokazano mi miejsce i, jak zawsze, obiecano zadzwonić.
W tym czasie na Facebuku odezwała się do mnie restauracja (do której pisałam uprzednio za rada adminów spotted, a która mi powiedziała wcześniej, że ogłoszenie na pomoc kuchenną jest już nieaktualne), że jeśli nadal szukam pracy, to mam się zgłosić. Odmówiłam gdyż wierzyłam Pani Ti, że na dniach się do mnie odezwie.
Jako, że Pani Ti pracuje od 6 do 14, następne dwa dni siedziałam w obozie pracy jak na szpilkach czekając na telefon. On nie nadszedł. Jednak w piątek już wiedziałam. Więcej nie zdzierżę! Po prostu więcej nie zniesę!
Koło piętnastej dostałam telefon z przychodni, że wysłali mi maila z zaproszeniem na rozmowę. Wielce zdziwiona dowiedziałam się, iż we wtorek mam test merytoryczny z wiedzy o prawach pacjenta, dokumentacji medycznej i RODO. No wow, tyle musi wiedzieć kandydat na rejestratorkę medyczną.
Postanowienie było pełne pewności. W poniedziałek rano zadzwoniłam do Pani Ti z zapytaniem co w mojej sprawie. Powiedziała, że jeszcze nie, żeby czekać na telefon. W związku z powyższym pojechałam do obozu pracy składając rezygnacje, a we wtorek rano pobiegłam na ten test.
We wtorek koło 10tej zadzwoniła Pani Ti z poleceniem bym przyjechała podpisać papierologię w środę. No radość!
Gówno.
Niepewność i niezdecydowanie, bo zaraz po Pani Ti zadzwonili z rejestratorki bym w czwartek przyszła na ostatni etap rekrutacji.
W związku z powyższym przełożyłam podpisywanie na piątek, a w czwartek.. ostatecznie nie poszłam na tę rozmowę.
Wedle wiedzy jaką posiadałam na tamtą chwilę bardziej (pomimo dojazdów) pasowało mi jednak podpisać papierologię u Pani Ti, tym bardziej, że to już była pewna robota, a tu dopiero rozmowa bez pewności i wiedzy kiedy i czy w ogóle się odezwą. Poza tym tak bardzo już nie chciałam sobie mieszać w łepetynie(wiem, jestem okropna jeśli o decyzję chodzi! Wolę jasny algorytm za którym mogę podążać).
Reasumując pomimo, że wstaje o 4 rano by doczłapać się na pierwszą zmianę, w domu nie ma mnie 10 godzin, mam zlecenie do końca października, a stawka jest jedynie niewiele większa od najniższej krajowej, to jednak od około dwóch tygodni jestem pracownikiem reklamacji (korektorką faktur) w firmie farmaceutycznej.
I serdecznie mam nadzieję.
Że w końcu coś się ustabilizuje.
Że nie będę musiała wyjeżdżać.
I że w końcu odetchnę...
środa, 25 lipca 2018
wtorek, 17 lipca 2018
Jestem zaskoczona
Przeglądam starego bloga, lata 2013 tuż przed samym ślubem. Ci, którzy są ze mną aż tak długo, możne pamiętają o co chodzi.
Nazywał się Magiem.
A może ja go tak nazywałam?
Sama już nie pamiętam. Przedstawiałam go w kategorii PozaŚwiat, bo jakoś nie umiałam o nim mówić normalnie. Mieliśmy konekcję, jak z wieloma wcześniej i później. Konekcję specjalną. wyjątkową. Inna... Wiem jedno. Był kolejnym, mocno uczepionym mnie człowiekiem z internetów, który w jakiś sposób uznał, że jestem dla niego odpowiednią partią nawet, jeśli byłam parę miesięcy przed zaplanowanym ślubem.
Pogrzebałam więc w starym blogu lat 2013 w poszukiwaniu wzmianki o nim, bo właśnie wczoraj na nowo nawiązał ze mną kontakt. Kontakt tak nagle i boleśnie zerwany w sumie już nie pamiętam z czyjej strony. Zerwany, bo on chciał coś czego dać mu nie mogłam, a ja czułam się winna, że nie mogę mu tego dać.
Grzebiąc w tych notkach próbowałam sobie przypomnieć jaki był. Co w nim lubiłam, o czym rozmawialiśmy, ale pamiętałam tylko "ta i żadna inna" i że zawsze będzie (jakież to oklepane już!).
Zastanawiające jest dlaczego właśnie teraz, gdy moje życie chyba zaczyna w końcu iść w dobrą stronę (o tym później).
Wczoraj powiedział mi, że od dłuższego czasu chciał się do mnie odezwać bo zawsze fajnie nam się rozmawiało (a ja sobie nie mogę przypomnieć o czym poza grą i książkami!).
Mag nie był ani pierwszym ani ostatnim z którym musiałam zrywać kontakty z podobnych powodów. Znaczek był również taką osobą. Ze Znaczkiem rozmawiam od czasu do czasu i wydawać by się mogło, że tu się poprawiło. Czy z Magiem też będę mogła zwyczajnie po koleżeńsku pogadać? Czy w ogóle dawać szansę tej znajomości?
Ciotencja zapytała co chcę z tym zrobić.
Odparłam, że nie wiem, bo na razie to zwyczajnie jestem zaskoczona...
Nazywał się Magiem.
A może ja go tak nazywałam?
Sama już nie pamiętam. Przedstawiałam go w kategorii PozaŚwiat, bo jakoś nie umiałam o nim mówić normalnie. Mieliśmy konekcję, jak z wieloma wcześniej i później. Konekcję specjalną. wyjątkową. Inna... Wiem jedno. Był kolejnym, mocno uczepionym mnie człowiekiem z internetów, który w jakiś sposób uznał, że jestem dla niego odpowiednią partią nawet, jeśli byłam parę miesięcy przed zaplanowanym ślubem.
Pogrzebałam więc w starym blogu lat 2013 w poszukiwaniu wzmianki o nim, bo właśnie wczoraj na nowo nawiązał ze mną kontakt. Kontakt tak nagle i boleśnie zerwany w sumie już nie pamiętam z czyjej strony. Zerwany, bo on chciał coś czego dać mu nie mogłam, a ja czułam się winna, że nie mogę mu tego dać.
Grzebiąc w tych notkach próbowałam sobie przypomnieć jaki był. Co w nim lubiłam, o czym rozmawialiśmy, ale pamiętałam tylko "ta i żadna inna" i że zawsze będzie (jakież to oklepane już!).
Zastanawiające jest dlaczego właśnie teraz, gdy moje życie chyba zaczyna w końcu iść w dobrą stronę (o tym później).
Wczoraj powiedział mi, że od dłuższego czasu chciał się do mnie odezwać bo zawsze fajnie nam się rozmawiało (a ja sobie nie mogę przypomnieć o czym poza grą i książkami!).
Mag nie był ani pierwszym ani ostatnim z którym musiałam zrywać kontakty z podobnych powodów. Znaczek był również taką osobą. Ze Znaczkiem rozmawiam od czasu do czasu i wydawać by się mogło, że tu się poprawiło. Czy z Magiem też będę mogła zwyczajnie po koleżeńsku pogadać? Czy w ogóle dawać szansę tej znajomości?
Ciotencja zapytała co chcę z tym zrobić.
Odparłam, że nie wiem, bo na razie to zwyczajnie jestem zaskoczona...
wtorek, 10 lipca 2018
Pauza
- Co się stało? - zapytał Gabriel.
- Nie wiem, wygląda, jakby się zatrzymało - odparła.
Stali na skraju areny mieszczącej się w Pograniczu. Tej samej areny, na której tyle razy dostała po dupie i dała wycisk w pojedynkach. Drzwi wyjścia pochłonął Mrok. Aragoga, zabójcę, który miał w sobie jaszczurzego maga Kordiana, a który pilnował, by do Pogranicza nie wchodzić z bronią - pochłonął Mrok. Czerń zabrała się również za Rakuena, pół elfa, który po sporych przeżyciach pracował spokojnie za barem. Zniknęli goście. Zapamiętane twarze, zapożyczone istnienia. Zniknęły stoliki, kontuar baru, korytarz wejścia. Przestały istnieć nawet wielkie dwuskrzydłowe drzwi, które decydowały o tym, kto wejdzie do Pogranicza. Przestały istnieć ścieżki do niego prowadzące. Vill obawiała się, że przestały istnieć również światy, do którym można było stąd przejść.
Arena, która została stworzona by rozstrzygać wszystkie pijackie spory, by wzmocnić treningi, by sprawdzić jak można kontrolować nowo nabytą moc. Ta arena, z zawieszonymi ponad nimi poziomami, ruchomymi półkami skalnymi, otoczonymi schodami filarami, ta arena stała się ostatnim bastionem Pogranicza.
Ostatnim bastionem Vill.
Zastanawiała się, czy jej pokój, jej mieszkanie w Pograniczu również zostało pochłonięte. Przypuszczała, że tak. Podobnie jak wszystkie rzeczy, podobnie jak jej wnętrze. Polana, Wielka Kota, zamarznięte jezioro, wodospad.
Przypuszczała, że rdzeń jeszcze istnieje, gdyby zniknął nie miałabym ani odrobiny magii. Tymczasem stała w kącie Areny ze skrzydlatym Gabrielem po jednej stronie i rudobrodym krasnoludem po drugiej. Stała ściskając kostur naładowany chwilowymi kryształami zabranymi z jaskini na trzechixach, a cudzego świata.
Nie miała lepszego pomysłu. Światło podobno nie istniało. Tak usilnie twierdził wąż. Nawet wtedy, gdy pobiła go boleśnie, gdy z jego lubieżności została niemalże jedynie krwawa miazga, nadal obstawał przy swoim. Poleciała więc na trzyixy i wyłupała ze skały trzy kryształy. Mając nadzieję, że to da cokolwiek.
Nie dało.
Byli jak dzieci w ciemności, oświetlani latarką w której kończyły się baterię. Ciemność nadchodziła. Mrok pożerał wszystko, a ona nie umiała tego zatrzymać. Tulili się do siebie otoczeni jasnymi skrzydłami Gabriela, które teraz ściemniały nieco bo... mrok się zatrzymał.
- Co zrobiłaś? - zapytał szorstkim głosem Shreku, gładząc w zamyśleniu rudą brodę.
- Nic, po prostu się zatrzymało - powiedziała.
- Coś się dzieje prawda? - zapytał Gabriel - Coś dobrego?
- Sama nie wiem czy rzucenie obozu pracy nie mając niczego w zamian można nazwać czymś dobrym - odparła z powątpiewaniem.
- Ale jednak ma to jakiś wpływ - powiedział krasnolud.
- Nie cofa się - zauważyła Vill przytomnie.
- Ale też nie idzie na przód - powiedział Gabriel.
- A co, jak zaraz pierdolnie? - zapytała z trwogą?
- Wtedy już nic nie zrobimy. Ale może nie pierdolnie - odparł Shreku - Może zacznie się cofać, na razie się zatrzymało, a my żyjemy. Według mnie to pozytywna rzecz.
- Nie wiem, wygląda, jakby się zatrzymało - odparła.
Stali na skraju areny mieszczącej się w Pograniczu. Tej samej areny, na której tyle razy dostała po dupie i dała wycisk w pojedynkach. Drzwi wyjścia pochłonął Mrok. Aragoga, zabójcę, który miał w sobie jaszczurzego maga Kordiana, a który pilnował, by do Pogranicza nie wchodzić z bronią - pochłonął Mrok. Czerń zabrała się również za Rakuena, pół elfa, który po sporych przeżyciach pracował spokojnie za barem. Zniknęli goście. Zapamiętane twarze, zapożyczone istnienia. Zniknęły stoliki, kontuar baru, korytarz wejścia. Przestały istnieć nawet wielkie dwuskrzydłowe drzwi, które decydowały o tym, kto wejdzie do Pogranicza. Przestały istnieć ścieżki do niego prowadzące. Vill obawiała się, że przestały istnieć również światy, do którym można było stąd przejść.
Arena, która została stworzona by rozstrzygać wszystkie pijackie spory, by wzmocnić treningi, by sprawdzić jak można kontrolować nowo nabytą moc. Ta arena, z zawieszonymi ponad nimi poziomami, ruchomymi półkami skalnymi, otoczonymi schodami filarami, ta arena stała się ostatnim bastionem Pogranicza.
Ostatnim bastionem Vill.
Zastanawiała się, czy jej pokój, jej mieszkanie w Pograniczu również zostało pochłonięte. Przypuszczała, że tak. Podobnie jak wszystkie rzeczy, podobnie jak jej wnętrze. Polana, Wielka Kota, zamarznięte jezioro, wodospad.
Przypuszczała, że rdzeń jeszcze istnieje, gdyby zniknął nie miałabym ani odrobiny magii. Tymczasem stała w kącie Areny ze skrzydlatym Gabrielem po jednej stronie i rudobrodym krasnoludem po drugiej. Stała ściskając kostur naładowany chwilowymi kryształami zabranymi z jaskini na trzechixach, a cudzego świata.
Nie miała lepszego pomysłu. Światło podobno nie istniało. Tak usilnie twierdził wąż. Nawet wtedy, gdy pobiła go boleśnie, gdy z jego lubieżności została niemalże jedynie krwawa miazga, nadal obstawał przy swoim. Poleciała więc na trzyixy i wyłupała ze skały trzy kryształy. Mając nadzieję, że to da cokolwiek.
Nie dało.
Byli jak dzieci w ciemności, oświetlani latarką w której kończyły się baterię. Ciemność nadchodziła. Mrok pożerał wszystko, a ona nie umiała tego zatrzymać. Tulili się do siebie otoczeni jasnymi skrzydłami Gabriela, które teraz ściemniały nieco bo... mrok się zatrzymał.
- Co zrobiłaś? - zapytał szorstkim głosem Shreku, gładząc w zamyśleniu rudą brodę.
- Nic, po prostu się zatrzymało - powiedziała.
- Coś się dzieje prawda? - zapytał Gabriel - Coś dobrego?
- Sama nie wiem czy rzucenie obozu pracy nie mając niczego w zamian można nazwać czymś dobrym - odparła z powątpiewaniem.
- Ale jednak ma to jakiś wpływ - powiedział krasnolud.
- Nie cofa się - zauważyła Vill przytomnie.
- Ale też nie idzie na przód - powiedział Gabriel.
- A co, jak zaraz pierdolnie? - zapytała z trwogą?
- Wtedy już nic nie zrobimy. Ale może nie pierdolnie - odparł Shreku - Może zacznie się cofać, na razie się zatrzymało, a my żyjemy. Według mnie to pozytywna rzecz.
czwartek, 5 lipca 2018
Taki mały braciszek
A było to lat temu od cholery i trochę. Po wspólnych rozkminach, kto kiedy był gdzie i przed którą grą, a za którym wydarzeniem, ustaliliśmy, że dziewięć lat jak z byka strzelił.
Licząc wstecz wychodzi na to, że był w ostatniej podstawówki jak się poznaliśmy. Na internetach - oczywiście.
Nie mam pojęcia co mnie wtedy w nim urzekło. Wszak nie wiek. Od zawsze i na zawsze twierdzę, że nie wiek czyni człowieka.
Zawsze jednak uważałam, że jest nad wyraz rozwinięty emocjonalnie, do tego logiczny i mądry.
I tak już jakoś poszło. Mieliśmy TO COŚ między sobą. Jakieś niewypowiedziane połączenie. Jakaś mocną konekcję, tak silną, że nawet po dłuższej nieobecności w swoich życiach chętnie wracaliśmy do rozmów.
Przeżyłam jego całe gimnazjum.
Przeżyłam liceum.
Przeżyłam z nim pierwszy rok studiów.
Za każdą kartkówką, każdym sprawdzianem, maturą, sesją, egzaminem wmawiałam mu, że jest zdolny, że da radę, że zda (ambitna bestia zawsze dużo wiedzy brał na barki). I nigdy nie musiałam się zastanawiać. Ja to wiedziałam. Nadal wiem.
Nekuś był też obecny w moim życiu, gdy robiłam w nim najtrudniejszą rzecz - uciekałam od Krótkiego. Jego kalkulacyjny stosunek do sprawy dał mi trochę chłodnej pewności. Dał mi też możliwość spojrzenia z boku i obrania dobrych konkretnych kroków.
I czasem robił takie jakieś niespodziewane rzeczy jak tu [KLIK].
Minęło 9 lat od kiedy się poznaliśmy. ( długich lat, które jednocześnie wydawały się jak z bicza strzelił. Już prawie nie pamiętam jakim był ... chociaż nie. On chyba nigdy nie był mały. Nie pamiętam też kiedy pierwszy raz powiedział, że jestem dla niego jak siostra. Na pewno się wtedy popłakałam. To wiem ^^ Minęło te 9 lat i w końcu uznaliśmy, że wypadałoby się spotkać.
Miało to miejsce w niedziele, przy pięknej zamówionej pogodzie. Troszkę się denerwowałam, bo przecież zdjęcie nie zawsze oddaje rzeczywistość (a już tak dawno nie rozmawialiśmy przez kamerę). Gdy tylko jednak zobaczyłam Nekusia wychodzącego z pociągu od razu go poznałam. Podniósł mnie wtedy, a ja go zrugałam, że zrobi sobie krzywdę. Te siedem godzin, które spędziliśmy we trójkę (ja Nekuś i Zaklęcie) minęło niemal tak szybko jak te 9 lat. I śmiałam się. Dużo się śmiałam,, co było mi w obecnych dniach naprawdę potrzebne. I zjedliśmy dobry obiad. I wypiliśmy dobrą kawę. I oszamaliśmy dobre lody. I śmialiśmy się i robiliśmy zdjęcia i strasznie straszliwie się cieszyłam, że mój przyjaciel, mój mały braciszek jest tu ze mną i naprawdę mogę go przytulić.
Nie zamieniłabym tej ostatniej niedzieli na żadną inna :)
Licząc wstecz wychodzi na to, że był w ostatniej podstawówki jak się poznaliśmy. Na internetach - oczywiście.
Nie mam pojęcia co mnie wtedy w nim urzekło. Wszak nie wiek. Od zawsze i na zawsze twierdzę, że nie wiek czyni człowieka.
Zawsze jednak uważałam, że jest nad wyraz rozwinięty emocjonalnie, do tego logiczny i mądry.
I tak już jakoś poszło. Mieliśmy TO COŚ między sobą. Jakieś niewypowiedziane połączenie. Jakaś mocną konekcję, tak silną, że nawet po dłuższej nieobecności w swoich życiach chętnie wracaliśmy do rozmów.
Przeżyłam jego całe gimnazjum.
Przeżyłam liceum.
Przeżyłam z nim pierwszy rok studiów.
Za każdą kartkówką, każdym sprawdzianem, maturą, sesją, egzaminem wmawiałam mu, że jest zdolny, że da radę, że zda (ambitna bestia zawsze dużo wiedzy brał na barki). I nigdy nie musiałam się zastanawiać. Ja to wiedziałam. Nadal wiem.
Nekuś był też obecny w moim życiu, gdy robiłam w nim najtrudniejszą rzecz - uciekałam od Krótkiego. Jego kalkulacyjny stosunek do sprawy dał mi trochę chłodnej pewności. Dał mi też możliwość spojrzenia z boku i obrania dobrych konkretnych kroków.
I czasem robił takie jakieś niespodziewane rzeczy jak tu [KLIK].
Minęło 9 lat od kiedy się poznaliśmy. ( długich lat, które jednocześnie wydawały się jak z bicza strzelił. Już prawie nie pamiętam jakim był ... chociaż nie. On chyba nigdy nie był mały. Nie pamiętam też kiedy pierwszy raz powiedział, że jestem dla niego jak siostra. Na pewno się wtedy popłakałam. To wiem ^^ Minęło te 9 lat i w końcu uznaliśmy, że wypadałoby się spotkać.
Miało to miejsce w niedziele, przy pięknej zamówionej pogodzie. Troszkę się denerwowałam, bo przecież zdjęcie nie zawsze oddaje rzeczywistość (a już tak dawno nie rozmawialiśmy przez kamerę). Gdy tylko jednak zobaczyłam Nekusia wychodzącego z pociągu od razu go poznałam. Podniósł mnie wtedy, a ja go zrugałam, że zrobi sobie krzywdę. Te siedem godzin, które spędziliśmy we trójkę (ja Nekuś i Zaklęcie) minęło niemal tak szybko jak te 9 lat. I śmiałam się. Dużo się śmiałam,, co było mi w obecnych dniach naprawdę potrzebne. I zjedliśmy dobry obiad. I wypiliśmy dobrą kawę. I oszamaliśmy dobre lody. I śmialiśmy się i robiliśmy zdjęcia i strasznie straszliwie się cieszyłam, że mój przyjaciel, mój mały braciszek jest tu ze mną i naprawdę mogę go przytulić.
Nie zamieniłabym tej ostatniej niedzieli na żadną inna :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



