środa, 26 lutego 2020

Ten wyjazd planowany

To już tradycja, pomyślałam sobie bukując urlop i bilety. Hah, tradycja, ledwie powielona po zeszłorocznym wypadzie, ale i tak w sumie miło by było taką tradycję sobie ogarnąć. Szczególnie, że w tym roku w tym dniu przypadał tłusty czwartek i wymigałam się w ten sposób od przynoszenia pączków do pracy (jak słowo daje, u mnie jak w przedszkolu, masz urodziny to przynosisz cukierki).

Zapakowałam się więc najpierw w autobus, a potem w pociąg wyobrażając sobie jakie to będzie fajne kilka dni.

Rzeczywistość zweryfikowała moja wyobraźnie już w przesiadce między pociągowej, kiedy to we Wrocławiu mój, jak się sam nazywa 'brat" zapomniał kompletnie o moim święcie lat trzydziestu trzech.

Zgorzelec przywitał mnie deszczem, a wręcz ulewą co dla mojego zasmarkanego i zakaszlanego Ja było jedynie znakiem, że ni cholery zdrowym na wyjeździe nie będziemy.

Cioteczka Toć to Anioł Nie Kobieta przyjęła mnie jak zwykle gościnnie i smacznie łącznie z babcią którą mocno wy przytulałam ;-)

Rozczarowaniem jednak wielkim okazał się Łojciec, który wzorem tego nazywającego się mym "bratem" totalnie zapomniał, że jego jedyne dziecko ma urodziny. W związku z powyższym tłusty czwartek był jedynie pełen pączków bez jednego słowa "najlepszego" od kochanego łojczulka jak i jego kobiety. Nie mówiąc już o tym, że mój dawny pokój woła o pomstę do nieba za każdym razem gdy tam jadę, a jedyne o co prosiłam to żeby nie było syfu (w związku z powyższym poza łóżkiem do niczego się w tym pokoju nie przyznaje..)

I zimno też było, bo kamienica, mojemu przeziębieniu ino w to graj.

Dwudziesty zatem przeminął pod znakiem szybkich zakupów na rynku, gorącej czekolady, trzech pączków i dwóch kawałków ciasta oraz przepysznych klopsików z ziemniakami w sosie. Poza tym nic. Aha, wyprowadziłam psa.


Piątek znów spędziłam u Cioteczki gdzie wymieniłyśmy się usługami jak za dawnych czasów. Ona mi pofarbowała włosy, a ja jej zrobiłam paznokcie (zwykłymi lakierami, bo cioteczka jakoś nie ma ochoty odmaczać hybryd). Wieczorem skoczyłam do Cioteczki nr 2 i dowiedziałam się, że jej jeden syn się ogarnął natomiast drugi nadal jest szczupły wysoki i wredny ;/ Strach się odzywać normalnie. Z wielkim żalem nie ruszyłam moich ukochanych pałeczek z kremem śmietankowym z Lidla, bo poprzednia Cioteczka tak mnie nakarmiła że od 15stej do nocy nie przełknęłam już nic :P



W sobotę w drodze do wspomnianego wyżej Lidla wywiało mnie na wszystkie strony, a także dowiedziałam się moi dawni nauczyciele (ona z podstawówki, on z liceum) nie ogarniają co to RODO i radośnie pokazują wszelkie zebrane dane osobowe na listach poparcia ludzi wcześniej wpisywanych ludziom później wpisywanym. Gdy moim oczom ukazało się z osiem nazwisk/adresów/peselów uznałam, że swoich danych nie zamierzam tam dorzucać, szczególnie gdy od niegdysiejszego historyka z liceum usłyszałam, że "RODO phfru...", bo to na czas wyborów (a poza tym dalej mam na niego focha za tróje na świadectwie maturalnym gdy ewidentnie wychodziła mi czwórka). Zadrżałam wewnętrznie nad głupotą ludzi i poszłam do domu, bo jeszcze chwila, a wiatr wywiałby mnie z powrotem do niemieckiego marketu.

Potem to już kaszlałam prychałam i rękoma przerzucałam węgiel, by mieć napalone i w miarę ciepło (w piwnicy węgiel był w 10 kg workach i ani pół łopaty zdatnej do użytku a nie byłam w stanie podnieść tego wora i przechylić). Odmówiłam wyjścia do knajpy z powodu właśnie powyższego. A gdy w niedziele wychodziłam rano na pociąg nie zostałam nawet pożegnana bo wróciwszy o trzeciej nad ranem spali sobie w najlepsze. Więc zostawiłam Łojcu buziaka na policzku i kartkę na stole i pognałam na peron.


Zgorzelec pożegnał mnie deszczem i ten cholerny deszcz przywiozłam aż do siebie.

Tak oto przebiegła moja tradycyjna urodzinowa wycieczka do Miasta Rodzinnego.

Wróciłam z mocnym postanowieniem, że więcej w lutym nie jadę, bo pizga ;/

środa, 19 lutego 2020

Rithan

W piwnicy było cicho i delikatnie chłodno. Siedziała przy biurku i zawzięcie pisała coś w notatniku delikatnie wystawiając język przy prawym koniuszku ust. Odsunęła się od notatek, spojrzała na nie krytycznym okiem, po czym wyrwała kartkę, zgniotła ja i rzuciła między kilkanaście innych walających się po podłodze. Zastanawiała się, czy nie pójść do Lerry po radę, ale uparła się, że sama do tego dojdzie.

W końcu zbudowała dom, a to już nie byle co. Przyłożyła pióro do czystej kartki i znów zaczęła kreślić obliczenia. Kropki, przecinki, nawiasy, przeniesienia, znaki mniejszości, większości i dziwne runy oraz pomniejsze zawijasy. Doszła do połowy strony i wróciła na jej początek zastępując jedną z run innym znakiem. Postukała się końcówką pióra w policzek w zamyśleniu. W końcu poprawiła kolejną runę, zmazała jeden z nawiasów po czym znów odchyliła się i spojrzała na zapiski krytycznym okiem. Nie minęła sekunda, a zapiski znalazły się na podłodze wśród innych papierowych kulek.

Wstała, podeszła do ławy i zapaliła kadzidełko. Musiała oczyścić umysł, bo myśli prowadziły ją wciąż błędnymi ścieżkami. Była pewna, że jest bliżej niż w połowie drogi do odkrycia odpowiedniej formuły, ale musiała otworzyć myśli na nowe ścieżki. Przygasiła światła zostawiając tylko to nad matą do medytacji. Usiadła po turecku, ręce złożyła na podołku i wzięła głęboki oddech. Potem drugi i...

... Ktoś zapukał do drzwi piwnicy. Vill nie poruszyła się. Pukanie powtórzyło się, Vill machnęła ręką, jakby chciała odgonić muchę, ale najwyraźniej pukający nie dostrzegł przez zamknięte drzwi tego gestu.

- Go away - powiedziała po angielsku, jakby to miało cokolwiek zmienić.

Zmieniło. Pukanie zamilkło. Zamiast tego usłyszała otwierane drzwi i kroki po kamiennych schodach.

- Vill jesteś tu? - Jego głos zabarwiony nutką wesołości jak zawsze.
- Nikt nie nauczył cię pukać?! - zrugała go, wstając.
- Pukałem - powiedział i stanął u podnóża schodów.

Zlustrowała go o stóp do głów. Miał na sobie luźne, krótkie spodenki i rozpiętą koszulę. Tak granatowe, że niemal czarne włosy zgolone miał po bokach, ale na czubku głowy były całkiem długie. Tak długie, że zaplecione w warkocz opadały mu na pierś. Jego zielone oczy nie miały pionowych źrenic jak oczy jego siostry i .. Zaraz, stóp?!

-  Rithan... - zaczęła - Jak..? - spojrzała na jego bose stopy.
- Oh to? - roześmiał się, miał ładny, pogodny śmiech - Kolejne kompaktowe zaklęcie Lerry - wskazał na naszyjnik. Znaczy.. - zawahał się - ogólnie jesteśmy w stanie wiesz, wychodzić z oceanu o własnych nogach, ale to zaklęcie sprawia, że gdybyś oblała mnie wodą, nie będę się rzucał jak...ah! - krzyknął gdy Vill oblała go wodą. - Widzisz? - powiedział.
- Fakt - przyznała. - To ciekawe - z akademicką ciekawością zaczęła przyglądać się jego naszyjnikowi. - A właściwie to po co przyszedłeś? - zapytała mimochodem.
- Dziś w nocy mamy święto nowego roku. Przejście zodiaku z wodnika na ryby. Taki nasz syeni sylwester - rzekł. - A ty masz urodziny i pomyślałem, że mogłabyś się wybrać ze mną na tą imprezę jako moja plus jeden.

Przestała przyglądać się jego naszyjnikowi, cofnęła się o krok i spojrzała mu w oczy.

- Dlaczego? - zapytała, z miejsca stała się podejrzliwa i spięta.
- Bo jest impreza na plaży, a ty siedzisz tu już ładnych kilka dni i pewnie nie widziałaś słońca od sporego czasu. Nie mówiąc już o gwiazdach.

Milczała przez chwilę przyglądając mu się uważnie, w końcu rzekła.

- Czy jeśli z tobą pójdę stanę się częścią twojego stada/watahy/ławicy niepotrzebne skreślić?
- Eee..? - spojrzał na nią, nie rozumiejąc.
- Czy jeśli przyjdę tam z tobą okaże się, że należę do ciebie, twojej rodziny, czy w cokolwiek się tam zbieracie? A może będę zobowiązana wykonać jakieś zadanie, znaleźć kogoś, zabić, albo odszukać jakiś artefakt, oddać krew, duszę, kawałek ciała, albo całe? - dopytywała.
- Czy ciebie nikt nigdy tak po prostu nie zaprosił na imprezę? - zapytał po chwili

Zastanowiła się wspominając szczególnie Celestial, Neile i paru innych krwiopijców.

- Nie - przyznała po dłuższej chwili.
- Podobno na wszystko musi być ten pierwszy raz - powiedział wesoło i wyciągnął do niej rękę.

Spojrzała na jego dłoń wciąż nieufna i spięta, potem przeniosła wzrok na jego roześmiane zielone oczy. Przez jej głowę przewinęły się obrazy świata, który już nie istniał, przełknęła ślinę kalkulując w głowie wszelkie możliwe ryzyko. W końcu zapytała.

- Czy obowiązują jakieś konkretne stroje?
- Najlepiej plażowe, ale głównie chodzi o wygodę, muzykę, taniec, drinki i gwiazdy - odparł z uśmiechem.

środa, 12 lutego 2020

Nowy dom?

- "Możesz wracać do domu, albo do miejsca gdzie powinien być i tam go zbudować"

Te słowa Syreny dźwięczały jej w głowie kiedy stała nad jeziorem i wpatrywała się w fioletowy kryształ. Może to jest właśnie to? Może właśnie to powinna zrobić. Stworzyć swój nowy dom. Przecież to nie może być trudne, skoro stworzyła PozaŚwiat? No cóż, to było kłamstwo. PozaŚwiat praktycznie sam się stworzył czerpiąc z jej energii i muzyki którą słuchała. Ale dom? Dom to było celowe działanie. Celowe nadawanie kształtu czemuś, co nie istniało. Celowe ubieranie rzeczywistości, naginanie jej. Używanie mocy.

Tak, to właśnie tego najbardziej się bała. Używania mocy. Bała się jej nieokiełznania, jej siły, jej braku posłuszeństwa.

Z drugiej jednak strony przecież w końcu musiała się nauczyć nad nią panować. Przecież nie mogła ciągle żyć w strachu, że rozwali cały PozaŚwiat nieumiejętnością okiełznania magii. Dom mógł być dobrym treningiem i ... miejscem należącym tylko do niej.

Spojrzała więc jeszcze raz na kryształ, po czym zamknęła oczy i skoncentrowała się. Uspokoiła oddech .... i usłyszała muzykę...

Kiedy otworzyła oczy znów spojrzała na kryształ i już wiedziała, że ma tylko swoje miejsce, do którego może wracać niezależnie od wszystkiego...

czwartek, 6 lutego 2020

We Polsce na wynikach

Trochę zmuszona przez Wiedźmę Rodzicielkę raz do roku niczym tradycję pielęgnuje robienie wyników ogólnych krwi. Jestem w Polsce od roku 2016 końcówki, więc na termin tradycji wybrałam początek roku 2017 i tak to już trzeci raz celem sprawdzenia ogólnego stanu zdrowia (bo jak nie boli nie znaczy, że zdrowa jesteś) latam do laboratorium na badania.

W tym roku też udało mi się dostać na cito na rezonans magnetyczny łepetyny (zawroty głowy). Cito oznacza oczywiście skierowanie z grudnia, a rezonans na luty ^^ Nie cito mam na kręgosłup uwaga..... We wrześniu! Zaznaczam, że oba skierowania wystawione w grudniu (pomijam fakt, że do Pani co mi dała skierowanie na cito czekałam od września do grudnia ^^). Kiedy się zapisywałam kazano mi zrobić badanie kreatyniny na tydzień przed rezonansem, co też dziś właśnie próbowałam uczynić.

Reasumując.

Uznałam, że jak już kreatynina to zrobię od razu te roczne celem pielęgnowania tradycji. Poszłam więc sobie jak zawsze prywatnie, za to w innym miejscu, pokazałam kartkę z poprzedniego roku i powiedziałam, że chcę te same badania. Pani mi podliczyła bagatela 200 zł. DWIEŚCIE złotych...

Szybko przeliczyłam co nieco i zostawiwszy 120 zrobiłam badania witaminy D, cholesterol oraz tą nieszczęsną kreatyninę. Dopiero po badaniu powiedziano mi, że w zasadzie to ja mogę przeca skierowanie wziąć od lekarza rodzinnego. Tak o, bez przypału na badania krwi.

No kurwa olśnienie!

Że przychodnie miałam niedaleko, pognałam czym prędzej pięć po ósmej już będąc pod recepcją. Okazało się, że mogę wejść na już (znaczy za 10 minut) do mojej "ulubionej" pani doktor (nie cierpię kobity bo zawsze patrzy na mnie dziwnie i traktuje protekcjonalnie jakby była debilem co prosi o badania po konsultacji z wujkiem google). Weszłam więc i przedstawiam sprawę, że badania, że raz w roku, że ot tak dla sprawdzenia, że mi powiedziano, że mogę skierowanie, że bardzo proszę.
Że zrobiłam cholesterol
Że zrobiłam kreatyninę
Że zrobiłam witaminę D (i tak bym na to nie dostała bo za drogie)
Że proszę na RESZTĘ tamtych badań.

I dostałam, a jakże.

Na cholesterol
Na kreatyninę
Na glukozę
Na TSH i trójglierydy.

Taaaak.. Czy wspominałam, że nie lubię tej pani? Więc na badania pójdę sobie za miesiąc może dwa, zbadam drugi raz to, za co już zapłaciłam plus i tak dopłacę, bo zabrakło, wapnia, żelaza, mocznika i kilku innych rzeczy...

Za to na drugi rok będę mądrzejsza.
Najpierw pójdę do lekarza po skierowanie i dopłacę dopiero potem do tego na co nie dał.