czwartek, 23 lutego 2017

A dlaczego ja nie mam znajomości?

Widmo, widmo straszne pojawia mi się przed oczami za każdym razem kiedy dzieje się coś takiego. Widmo powrotu do UK, gdzie być nie chce i nigdy w zasadzie nie chciałam lub wyjazdu do taty, gdzie także być nie chcę (mimo że doceniam propozycję). Widmo widmo i widmem pogania i próbuje, jak ten wilk z bajki o trzech świnkach, dmuchać chuchać i wywiać te obawy i te widma, ale dmuchanie nie pomaga.

Od początku jednak:

Wydębiłam kolejne kierowanie.

Podologia. (dobrze, że nie Patologia ;P)

Ej, żaden ze mnie lekarz, ale rejestratorka to zupełnie inna para stóp,
Właśnie, stóp, bo podologia się stopami zajmuje.

Wiedziona poprzednim doświadczeniem i tym, że zupełnie się nie przygotowałam do tamtej rozmowy (a także pojęcia nie miałam, ze to aż tyle ludzi będzie na te cztery stanowiska), tym razem postanowiłam się obkuć. Nie, nie zrobiłam magistra z zakresu zarządzania stopami. Po prostu zasięgnęłam języka i rad wujka google. Ogarnęłam samą placówkę jak i charakterystykę pracy rejestratorki medycznej. Dowiedziałam się ciekawych rzeczy na temat tego czym taka klinika się zajmuje i generalnie obkułam się z czego się dało, ażeby zabłysnąć na rozmowie kwalifikacyjnej i pobić swym cekinowym blaskiem tę drugą osobę (bo podobno wysłano nad osób dwie). Pół nocy nie spałam ze stresu i wymyślania cóż też innego mogę zrobić i więcej, by okazać się lepsza i warta zatrudnienia.

Od szóstej rano już na nogach skierowałam swe skołowane kroki do łazienki by kudły wyprać, Strój starannie dobrałam, biżuterie także (przez którą czułam się zupełnie jak nie ja, bo gdzie ja bez moich pentagramów w uszach czy Ankh'u na szyi). Opachniłam się różami i kroki swe do Centrum Zdrowia Stopy skierowałam.

Dotarłszy tam ledwie po dziewiątej minut dwadzieścia raźnym krokiem weszłam do miejsca, które najwyraźniej nie do końca jeszcze zostało zrobione, bo tu i ówdzie niedziałające neony leżą i inne dziwności. Wpakowuje się do tego mini gabineciku i od razu napataczam się na pana Dariusza - mojego rekrutora.

I na tym generalnie skończyły się wysiłki moje, nim jeszcze dobrze się zaczęły. Nie miałam szansy ni słowa powiedzieć, ni CV wyciągnąć. Jedynie pan wziął ode mnie skierowanie i napisał zgrabnym pochyłym pismem lewej ręki, że wybrano już innego kandydata.

I tak oto rozbiłam sobie ryj o kolesiostwo polskie i tworzenie stanowisk stażowych, a także wyciąganie pieniędzy unijnych na rzecz znajomości.

Znajomości, których ja nie mam.

Pięknie, kurwa, pięknie,..

czwartek, 16 lutego 2017

O tym, jak urodziny psują pracę i powtórka z rozrywki

Wróciłyśmy dziś z Molly do domu z zakupów. Ledwie postawiłam torby, dzwoni telefon. Na wyświetlaczu dumnie pokazują się Katowice. Myślę "o, pewnie w końcu ktoś mi oddzwania, do tych Katowic z milion cefałek wysłałam".

- Dzień dobry, tu taka i taka z Urzędu Pracy w Jaworznie, czy mam przyjemność z panią Vill.
- No tak, dzień dobry, to ja
- A , bo widzi pani ja mam dla pani ofertę stażuaaaaaa....aaa - tu się pani lekko zapowietrzyła chyba - aaa, a pani ma urodziny w poniedziałek.
- We wtorek chyba, ale tak.
- W poniedziałek, a to nie niestety oferta nie jest aktualna, bo widzi pani, to jest oferta poniżej trzydziestki, a że rozmowy są w czwartek to się pani niestety już nie będzie kwalifikować.

Nie ma co. Poczułam się staro.

Na domiar tego przed wczoraj były walentynki i już doszła mnie echolokacja drogą pantoflową, jakoby Krótki sterczał pod Tesco z wielką różą, a potem pod Lidlem z jakąś dziewuchą się spotykał (prawdopodobnie z tą samą wielką różą z poprzedniego epizodu, aczkolwiek pewności ni mam).

Powtórka z rozrywki nie ma co. Nie dalej jak dekadę temu było tak samo. Odeszłam od mojego ex nie mogąc dłużej już walczyć, a już po kilkunastu dniach doszło do mnie, że ma dziewczynę. Generalnie chuj z tym. W końcu Krótki ma prawo szukać sobie nowej miłości. W końcu podejrzewałam to od momentu, kiedy mi oznajmił, że w ciągu tygodnia podjął życiową decyzję - rozwiedźmy się, mimo, że jeszcze całkiem niedawno wmawiałem Ci, że sobie tego nie wyobrażam, że jesteś tą jedyną, że nie mogę myśleć o innej kobiecie koło mnie, czy innym facecie koło Ciebie.

Ale boli, mimo wszystko.

I nawet nie dlatego, że coś jeszcze czuje do Krótkiego. Bardziej dlatego, że czuje się naiwna. Bo to ja walczyłam tak długo jak się dało. Bo to ja się męczyłam. Bo to ja starałam się trzymać to małżeństwo w kupie, Bo to ja umierałam z wyrzutów sumienia, że robię mu krzywdę odchodząc... I naiwnie wierzyłam, że kocha mnie tak mocno jak mówił, że kocha...

I gdzieś tam głęboko wciąż zakorzeniona niska samoocena wmawia mi usilnie, że nie byłam warta podjęcia przez niego walki. Że nie byłam warta prób, nie byłam warta czegoś więcej niż słowa, które przecież nic nie kosztują. Nie słucham suki, a przynajmniej usilnie się staram.

Mimo wszystko mam nadzieję, że ona da mu to, czego ja mu dać nie mogłam i że on nie skrzywdzi jej tak jak mnie (świadomie czy nie).

A także że i ja w końcu znajdę kogoś tylko mojego, kto da mi to czego pragnę ja i przed kim nie będę musiała udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy absolutnie nie jest...

Chociaż to będzie trudne..
Bo czuje się jak spłoszony, wystraszony kot...

wtorek, 14 lutego 2017

Prezenty dla... mnie?

Każdy kto mnie zna, wie, że jestem kociarą bez dwóch zdań. Kocham te puszki ciepłe, milutkie pazurkowe z długimi wibrysami. Nie jestem w stanie przejść obok kota na ulicy, żeby choć nie spróbować go pogłaskać (co doprowadzało Krótkiego do nerwicy), a jak już jakiś dał na sobie rękę położyć, byłam najszczęśliwsza na świecie.

W związku z tym, postanowiłam, że skoro już mieszkam sama i mój dominujący mąż, który nie lubi kotów (a nie, jak on to twierdzi patrzy na nie z innej perspektywy :P), nie będzie mi w tym przeszkadzał, zamierzam ADOPTOWAĆ KOTA xD

Kot, jak dziecko, wyprawkę mieć musi. Aby kotu było dobrze, pewne warunki muszą być spełnione. I tak na liście rzeczy do kupienia znalazły się :

Miski,
Zabawki
Kuweta
Drapak
Transporterek
(Smycz dla kota?)
Żarcie
Żwirek

No i oczywiście sam kot.

Jako, że zarówno Secret jak i inne pozytywne książki mówią "jeśli czegoś bardzo chcesz, zachowuj się, jakbyś już to miała" postanowiłam już zacząć kompletować odpowiedni osprzęt. I tak na pierwszy ogień poszły miseczki (ale kłamie, pierw kupiłam saszetkę żarcia dla kota , teraz już mam pięć :P)

Okazuje się, że mam CUDOWNĄ rodzinę ;-) Babcia wiedząc, czego pragnę postanowiła wspomóc mnie portfelem i tak dnia pewnego cioteczka napisała do mnie na FB "babcia chce Ci kupić kuwetę ;) To znaczy Twojemu kotu :P" Kuweta przyszła akurat jak zabierałam się do pisania tego posta (bo w sumie chciałam napisać jak wczoraj w knajpie ktoś nasypał soli do cukierniczki w rezultacie czego miałam słoną herbatę :P), więc z zapałem zabrałam się do jej rozpakowywania: 




Co prawda, pojęcia nie mam dlaczego dostałam 6 takich samych reklamówek z kosiarkami, plus dodatkowy dół do kuwety, ale kto zrozumie panią/pana od dispachu ^ ^ Największą jednak frajdę sprawiło mi składanie drugiego prezentu (bo to są prezenty na moje 30 urodziny, zaznaczam:P), który przyszedł od Cioteczki (również dziś) po to, by mój czworonożny pupil miał gdzie wskakiwać się wylegiwać i przede wszystkim ścierać pazurki ;-)





A zatem z listy można odhaczyć już pewne rzeczy :)

BTW praco, przybywaj, żeby mój kot miał godne życie ;-)

środa, 1 lutego 2017

Szczerość? Nie na runku pracy.

W końcu doczekałam się, wyczaiłam, zadzwoniłam, pobiegłam, dostałam skierowanie.

Na miejsce przyszłam mocno za wcześnie, ale jak się okazuje istnieją i więksi gorliwcy. Tak czy owak siedziałyśmy sobie z tą panią, a obok nas wytrwale stał pan z komórkiem w ręku i coś tam sobie przeglądał. Mówię, że spoko, bo trzy osoby miejsca cztery bydzie dobrze. Pani mi na to, że tam w holu jeszcze jedna pani stoi. Mówię, że nadal mi się to kalkuluje bo czwórka nas i czwórka miejsc.

Dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry i końca nie ma. Ostatecznie naliczyłam 9 osób. Osiem babeczek i ten nieszczęsny pan rodzynek z telefonem. Cztery działy, cztery miejsca, dziewięć osób, wiadomo, że ktoś odejdzie z kwitkiem.

Rozmowa kwalifikacyjna, zupełnie jak egzamin na uczelnie prawie że. Cztery osoby, ja jedna przy stole. Niech nam pani coś o sobie opowie.

O matko o sobie? A co ja takiego powinnam opowiadać? Żyje już prawie trzydzieści lat, anegdot mam od cholery, że w rękawie się nie mieszczą, no, ale przecież co ich to interesi. No więc skupiłam się na rzeczach obecnych. Że tak, że się stażowałam, że Urząd Pracy, że bardzo chcę znowu do urzędu, że szybko się uczę, że na klawiaturze bardzo szybko piszę, że jestem zlubowana we wszelkiej papierologii. Same superlatywy, uśmiech, luz i szczerość.

Dlaczego wróciła pani do Polski?

Z tęsknoty proszę pana i z powodów osobistych.

Po ponad czterdziestu minutach czekania, gdy już wszyscy zostali przewałkowani i nawet narodziły się jakieś znajomości między kandydatami (ktoś nawet sypnął żartem, że kolejka taka jakbyśmy do pracy się zgłaszali, a nie na staż), wyszedł pan główny inspektor i oddal CV osobom, które nie przeszły.

Między innymi moje.

Okey, uroniłam dwie łzy, ale to dopiero w domu. Tam, zdumiałam wszystkich spokojem i brakiem zdenerwowania, bo cóż najgorszego może się stać? Najwyżej pójdę do sklepu kupie ziemniaki i zrobię obiad. Aha, jakbym się dostała, też bym to samo przecie zrobiła.

Po analizie wnikliwej z Wiedźmą Rodzicielką stanęło na tym, że byłam... zbyt szczera (plus, że się nie douczyłam czym się który dział zajmuje i fakt, mój błąd - mogłam to zrobić)

Ale absolutnie nie wolno mi mówić, że widziałabym się w KAŻDYM z proponowanych działow (no ej to podobno oni mieli wybierać kto do jakiego działu pójdzie) bo jestem niesprecyzowana. Nie powinnam też wyznawać co właściwie przygnało mnie z powrotem do kraju, poza tym, że (wedle Wiedźmy Rodzicielki) poprawiający się polski rynek pracy (gówno prawda, ale kim jestem by się kłócić). Nie należy także mówić, że się czegoś nie wie (jak przy pytaniu czy nie boi się pani, że po latach pracy fizycznej, z umysłową pani sobie nie poradzi? - a co ja kurwa wyglądam ... nie, nie denerwujmy się - powinnam rzec, że owszem poradzę sobie, bo mądra jestem niesłychanie wszak trzy lata prowadziłam wirtualny urząd w grze MMO)

To nie porażka.
To nowe doświadczenie.
To nie znaczy, że do niczego się nie nadaje.
To jedynie znaczy, że muszę przestać być sobą na rozmowach kwalifikacyjnych.

(Czasem się zastanawiam czy aby właśnie nie dlatego siedziałam tak długo w pracach fizycznych, tam przynajmniej nie musiałam udawać kogoś kim nie jestem. )