piątek, 29 grudnia 2017

Czas ostatnich godzin

Miziak jak zwykle stwierdziła, że wylegiwanie się do piątej trzydzieści rano to zdecydowanie przejaw największego lenistwa (nie mówiąc już o tym, że środek nocy to najlepszy czas na przytulanie i informowanie swojej pańci ze zrobiłam siku, a właściwie dlaczego mnie nie głaskasz?). Także dziś znów pobudka piąta rano, bo kto bogatemu zabroni.

Szybkie śniadanie było całkiem smaczne jak na taką zwyczajność jaką miałam na talerzu. Czarne, trochę za duże spodnie na kant z deczka zlatały mi z tyłka, ale miałam się ładnie ubrać. Nowa czerwona bluzka, która się tak cudnie komponuje z marynarką została ochrzczona wcześniej niż się spodziewałam. Usłyszałam kilka razy, że dobrze mi w takim stylu, nawet jak portki mi zlatają z tyłka.

Po dziewiątej wkroczyłam do jego biura na chwilę, naprawdę chwilę. U niego jak ktoś spędza dłużej niż trzy minuty - to naprawdę poważna sprawa. Podziękowałam, życzyłam dobrego nowego roku, wyraziłam gotowość i .. zostawiłam CV  w sekretariacie. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie wyrzucą do kosza.

Ostatnich godzin czas spędziłam na dość intensywnej pracy, żeby dziewczynom było lżej, żeby miały trochę mniej, by rok zaczęły łagodniej.

Dostałam nawet prezent pożegnalny - dwa kocie kubki i kartkę. Ten bardzo miły gest próbował wycisnąć łzy z moich oczu. Nie dałam się - twarda ze mnie babka...

Nadal się nie daje, chociaż już wieczór. Dopóki mam siłę, dopóki mogę, rzucę się w stronę działania. Działanie jest kluczem, by nie popaść w kolejne wahadła, choć łatwo nie jest. Staram się skupić na tym co robię w chwili obecnej, planując jedynie kilka następnych godzin. Wybieganie myślami w przyszłość jest niebezpieczne.

Rybki wciąż się kłócą.

Rozerwana na dwoje wciąż połowicznie czuję, że znów jestem bezrobotna. Rybka numer Dwa uparcie twierdzi, że jesteśmy na urlopie. 

środa, 27 grudnia 2017

Krásné prázdniny

Od trzeciej nad ranem już nie spałam. Głównie dlatego, że moja Kota ostatnio wybiera sobie tą godzinę na porę nocnego przytulania. Zjadłszy śniadanie pożarłam aviomarin na deser i poleciałam na ulubiony autobus linii E - makarena :P. 

České dráhy zabrały nas spóźnione o 10 minut, ale to podobno wina Polski. Zaklęcie uparcie twierdzi, że u niego wszystkie pociągi jeżdżą punktualnie.
W Pradze byliśmy spóźnieni godzinę, na szczęście i tak nie zrobiło nam to różnicy, następny pociąg był za 20 min. 

Na miejscu przywitano mnie bardzo serdecznie, mimo, że chyba nie zrobiłam dobrego wrażenie zatwardziałym protestem by nie nosić za mnie torby. Cóż, taka już ze mnie Villosia - Samosia. Jak się okazuje dużo czeskich słów jest dość podobnych, a sam język intuicyjny. Jednakowoż bardzo miło zrobiło mi się, gdy w prezencie dostałam po polsku napisane życzenia (ze słownikiem ofc) na zdrapce. Swoją drogą wygrałam całe dwieście koron, co oznaczyło, że miałam nieplanowane kieszonkowe xD 
Następnego dnia, na wsi już, okazało się, że moja nieznajomość języka NIE JEST ABSOLUTNIE ŻADNĄ przeszkodą ;P Mama Zaklęcia nawijała do mnie jak z karabinu maszynowego, a ja rozumiejąc trzy po trzy i jakoś ćwiartkę z każdej wypowiedzi kiwałam głową i próbowałam udawać, że rozumiem więcej niż w rzeczywistości :P 

Pierwszy raz w życiu ubierałam żywą choinkę.! 

Na wigilijne śniadanie jadłam świeżą bułeczkę z domowej roboty dżemem z truskawek z ogródka za oknem. Dżem był tak niesamowicie dobry, że autentycznie się popłakałam. 

Muszę Wam powiedzieć, że czeska wigilia różni się od polskiej. Pierwszą rzeczą jaką idzie zauważyć to fakt, że nie ma dwunastu potraw. Jeśli dobrze policzyć to są dwie.. no z winem trzy. Opłatka tyż nie ma, co moim zdaniem jest bardzo dobrym posunięciem. Pani domu zebrała nas przy stole, rozlano wino, unieśliśmy kieliszki i, o ile dobrze zrozumiałam, rzekła: 

"witam Was serdecznie przy naszym wspólnym posiłku, życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń, życia w dostatku i wszystkiego co najlepsze, a teraz podarujmy minutę ciszy tym, którzy nie mogą być tu z nami" 

Po skrupulatnie odliczonej minucie należało stuknąć się kieliszkami z absolutnie wszystkimi osobami przy stole, byle nie na krzyż i można było zasiadać do jedzenia. Podobno tradycją jest ryba w panierce i sałatka. Z racji preferencji kulinarnych zebranych osób sałatka owszem była, ale miast ryby raczyliśmy się cyckami z kuraka :) Potem przyszedł czas na pozowanie przy choince i radość z rozdawania prezentów. 

Pani domu okazała się kobietą pełną energii, szczęśliwą, uśmiechniętą i  posiadającą barwną osobowość. Opowiedziała mi bardzo dużo rzeczy z których, podkreślam, zrozumiałam tylko część. Pokazała mi także swoje muzeum rzeczy znalezionych (odkopanych) w lesie. Prawdziwe skarby! 











Ach i oczywiście była cała masa ręcznie robionych ciastków :P Ale nie będę Wam robić apetytu bo i tak się nie podzielę:P 

czwartek, 21 grudnia 2017

Na dwoje

No tak, bo ryby, bo skrajności, bo czemu nie? Bo czemu miałabym być normalna? Słowo daje, aż się dziwie jak niektórzy ze mną wytrzymują skoro ja sama ledwo ze sobą wytrzymuje. A nie, zaraz, to na pewno dlatego, że nie pokazuje ten wewnętrznej walki, a raczej rozpierolu jaki mam w duszy.  Swoją drogą chciałabym tak kiedyś wyjść z siebie stanąć obok i spojrzeć na te panikarę okiem człowieka, który patrzy na wszystko z boku. Czy gdybym sama sobie powiedziała, że to do niczego nie prowadzi - posłuchałabym siebie? Mocno wątpliwe. 

W takim razie skoro rybka zodiakalna to i zodiakalne skrajności, podziały, na dwoje babki wróżenie. 

A zatem rybka numer jeden, zdecydowanie panicznie boi się tego co ma nastąpić 31 grudnia. Nie, absolutnie nie kończy się żodyn  kalendarz majów, czerwców czy innych lipców. Kończy się nasz zwykły, ale to przecież nie powód do strachu. Żadna przepowiednia nie orzekła przecież iż koniec świata nastąpi na nowy rok dwa osiemnaście. Dla Rybki numer Jeden jednak nastąpi. Bo przecież w końcu po pół roku starań, wysyłań chodzenia na rozmowy i robienia z siebie idioty, ta szczera, uprzejma, rozbrajająca i ciągle nie dość dobra dla wszelakich pracodawców Rybka numer Jeden dostała pracę. Nie byle jaką przeca, bo pracę urzędniczą, czyli coś, co rybki lubią najbardziej, a już na pewno ta konkretna Rybka. W związku z powyższym dołożyła rybka wszelkich starań, dając głownie pole do popisu Rybce numer Dwa, coby pracę tą utrzymać i utrzymała... na dwa miesiące po stażu. Wczorajsza rozmowa z szefową Rybek uświadomiła je obie, że na kolejne przedłużenie nie ma co liczyć. Co zatem robi Rybka numer Jeden? Panikuje na czym świat stoi, przekonana, nie bez słuszności zapewne, iż znów czeka ją powtórka z rozrywki jaką miała początkiem roku dwa siedemnaście. Co za tym idzie i kolejne lata wyglądać mogą podobnie. Gdzie tu sens, gdzie walka
o marzenia, gdzie chcenie czegokolwiek? Gdzie stabilność? 

Co zatem robi Rybka numer Dwa? 

Ano Rybeńka nasza droga próbuje za wszelką cenę przekonać tę pierwszą, że nie ma się czego bać. Wszak mądrzejsza jest o całe cztery tomy ZELANDA i o transerfingu rzeczywistości coś tam już wie. W związku z powyższym przegląda oferty, sprawdza dojazdy, rozważa możliwości, wysyła CV i lata po całym mieście w poszukiwaniu bluzki na rozmowę kwalifikacyjną, która olśni przyszłego szefa, lub szefową do tego stopnia, że da Rybce numer Dwa przynajmniej dwa tysie na zgrabną łapkę o tych długich palcach pianisty. 

W między czasie Rybka numer Jeden popada w skrajne zmęczenie z kolejnym atakiem paniki że tabletki, które odstawiła rok temu znów staną się regularnym posiłkiem depresyjnego organizmu. Wstawanie staje się coraz trudniejsze, a spać chodzi co dzień to wcześniej. Jeszcze trochę to, jak grzeczne dzieci, po dobranocce będzie lądowała pod kołdrą.

Rybka numer Dwa natomiast uparcie próbuje wskoczyć w wir obowiązków wmawiając sobie, że naczynia nie mogą poleżeć chociaż pół godziny po obiedzie i prawa nie ma siąść do grania, dopóki nie będzie wszystko zrobione, sprzątnięte, przygotowane.

A ja tak patrze na je obie, na siebie w lustrze i zastanawiam się dlaczego znów śni mi się Krótki, szydząc, że zaś szukam roboty, dlaczego gania za mną jakiś koleś w czerni, dlaczego połowa moich snów związana jest z Anglią i fabryką.

I dlaczego, u licha, jak już pomyłam dziś okna i wysprzątałam cały dom to MUSIAŁ zacząć padać śnieg? 

piątek, 15 grudnia 2017

Najbardziej kobiecy aspekt stereotypowej kobiecości.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że styl mam swój i niczyj inny. Wiedzą również że figury swej ni wagi nie lubię i mogę co robię, czy też robię co mogę (choć z marnym skutkiem) by się temu przeciwstawić. Bliżsi wiedzą nawet, jakie mam gusta i guściki (o których się nie dustejszyn) i że w ramy tych gustów nie mieści się moja skromna osoba.

Często spoglądam na inne kobiety (aktualnie na moim celowniku jest S z pracy) z zazdrością widząc je w choć odrobinę podobnych do gustów moich strojach. Często patrzę i myślę jak to piknie mogłabym je ubrać (czyżbym miała zapędy stylistyczne? - jakieś niepełnione ambicje?:P) i często na tym się kończy.

Ci którzy mnie znają, wiedzą, że kosmetyki i ja to nie jest ta sama drużyna. Kiedy się przepraszałam z eyelinerem i podkładem oraz tuszem do rzęs robiłam to tylko i wyłącznie na prośbę (żądanie) Krótkiego. Ostatni raz z własnej woli pomalowałam facjatę jakiś rok temu z minutami i wtedy właśnie postanowiłam pozbyć się całego tego chłamu, który jedynie się kurzy i traci na ważności.

Nie lubię, mimo, że Krótki usilnie twierdził, że nie wyglądam kobieco. Nie lubię mieć umalowanego ryja, mimo, że mogę. Za to co lubię i bym chciała - nie mogę z racji ram w które się nie mieszczę.

Zatem nie uraczysz mnie drogi czytelniku w krótkiej kraciastej mini i dopasowanym topie z jednym rękawem. Nie uraczysz mnie w długiej wieczorowej sukni dopasowanej do ciała. Nie uraczysz w krótkiej sukience na ramiączkach, ani nawet w dopasowanych spodniach. (takie rzeczy tylko w Pozaświecie) Nie uraczysz mnie w szpilkach, ani wysokich butach... a nie wróć.. to ostatnie jednak uraczysz.

Odkąd pamiętam, pragnęłam nosić wysokie buty, takie do kolan. Niestety z racji moich szerokich łydek mogłam tylko o takich marzyć. W całym moim życiu tylko raz byłam w stanie dopiąć takie buty i to zaraz przed ślubem, kiedy moja waga wyglądała iście szatańsko (66,6) a ja wyglądałam jak chodząca kuzynka Śmierci. Tamtych butów nie kupiłam, bo wiedziałam, że stan ten nie potrwa długo a wtedy załamanie murowane. Wolałam oszczędzić sobie przykrości, ale i tak zawsze marzyły mi się takie buty.

Jutro będę miała moralniaka, bo spełniłam swoje marzenie w ramach własnego dla siebie prezentu pod choinkę. Ale to jutro, dziś nacieszę się butami, które w podobie oficerek sięgają mi niemal do kolana i które są ciepłe i wygodne. Jutro będę rozpaczać ile za nie dałam. Dziś będę się rozkoszować spełnionym kolejnym zamiarem :)

Bo podobno jak się popieści, to się wszystko zmieści xD

wtorek, 5 grudnia 2017

Apel

Moi kochani, jak wiecie jestem kociarą z matki, ciotki, babki. Koty kocham, kochałam i kochać będę po grobową deskę. Przestrzeń wariantów mi sprzyja i udało mi się wejść na ścieżkę zamieszkania z najcudowniejszym Miziakiem świata. Zapewne pamiętanie, jak wypominałam, iż poznałam ją w Internetach

Zanim jednak Miziula wprowadziła się do mnie, a nawet teraz w trakcie jej cudownego tulenia, "lubiam" na Facebuku stronę rodzimej Jaworznickiej fundacji Koty z Kociej [KLIK]. Obserwując tą stronę i ich profil na Facebuku dowiedziałam się jak wiele kotów w Jaworznie (zapewne jak i w całej Polsce) potrzebuje pomocy.

Fundacja niestety nie wyrabia, ani finansowo, ani miejscowo, ani nakładem siły roboczej. Niedawno zbierali pieniążki i karmę w tutejszej galerii. Razem z Zaklęciem podarowaliśmy dwie wielkie paki suchej karmy (i były by jeszcze dwie saszetki, gdybym nie zapomniała (!!), że mam je w torebce!), żałuje, że nie mogliśmy więcej.

Zebrali niewiele, niecałe 4 tysiące (przy zadłużeniu u samych weterynarzy na jakieś dwanaście, jak dobrze pamiętam) i dóbr na jakieś pół miesiąca, przy takiej ilości kotów, jakie obecnie mają w Azylu.

Wiem, że adopcja kota to nie jest łatwa rzecz, nawet Was o to nie proszę.
Mimo wszystko kieruje do Was apel.

Pomyślałam sobie, że jeśli choć odrobina z nas dorzuci mały grosz, pomożemy im pomagać tym przecudnym kociakom.

Nie proszę o wiele, parę złotych na zrzutkę.

Zdaje sobie sprawę, że idą święta, rodzinne wydatki, karpie, choinki, prezenty, jednak jeśli ktoś z Was znajdzie choć pół zaskórniaka, to już odrobina sukcesu ;)

Nie umiem kurczaki pisać ładnych sloganów o pomaganiu. Powiem wprost: Jeśli zdecydujecie się pomóc choć odrobinkę kliknijcie tu -->> [KLIK] i dorzućcie parę groszy :)

Buziaki dla Was i cudownego mruczenia do ucha, życzymy z Miziakiem :)


wtorek, 28 listopada 2017

Kurier 48

Święta idą. Vill i tak w tym roku mega spóźniona bo takie sprawy to ma załatwione zazwyczaj już w październiku. Niestety zeszły rok wyglądał jak wyglądał, a w tym, cóż... walka o zatrudnienie łatwa nie jest, zwłaszcza, że się robi mimowolnie błędy. Ale do rzeczy.

Pierwsze święta z Zaklęciem, Oczywiście temat się nawinął na prezenty pod choinkowe. Zaklęcie o mały włos nie wydał majątku na miecz dla mnie, ale zdołałam go od tego odwieźć przypominając co mi obiecał jeszcze w czerwcu :P

Ja sama jak zwykle przy chopach, miałam dużo gorzej. Otóż Zaklęcie nie ma ulubionego filmu, postaci, muzyki, książki, gry i w zasadzie niczego nie jest jakimś mocno zapalczywym fanem. Wszystko delikatne, stonowane i równoważne jak to w przypadku wagi.

Kiedy już wpadłam na pomysł, że kupie mu pendrive'a bo przeca od jakiegoś czasu marudził, że ten jego to mało pojemności ma - drań jeden, kupił sobie sam (no nie wybaczę :P)

Ostatecznie zdecydował co pragnie pod choinką znaleźć (i to w momencie gdy już kompletowałam własny skromny pomysł), toteż zabrałam się za poszukiwania polskiego amazona czyli nasze ukochane Allegro.

Znalazłam, idealne w trzech wzorach, wymagania spełnia pełne, a i aparycją do Zaklęcia pasuje. Zamówiłam więc w poniedziałek wieczorem kurierem 48 pocztexu.

Jakaż moja jest naiwność...

We wtorek rano sprzedawca poinformował mnie, że nadał paczkę. W informacji tej zawarł tejże paczki numer, co od razu wrzuciłam do sprawdzenia. Nie znalazło nic. Okey, czekam.

We wtorek wieczorem otrzymałam SMSa od poczty polskiej, że moja paczka została nadana o godzinie 18:23. Myślę sobie okey, liczyłam na wtorek, więc moim mniemaniem będzie w czwartek, zdążę przed piątkową Zaklęcia wizytą.

W środę o 23:26 paczka raczyła wyjść z Warszawy, Okey, czekam.

W czwartek o 05:30 paczka znalazła się w Zabrzu. Okey, czekam.
W czwartek  o 11:08 nadal była w Zabrzu. Nieco się zaczęłam niecierpliwić, ale przeca 48 to do tej osiemnastej czekam.
W czwartek o 18 nadal była w Zabrzu. Podobnie jak w piątek rano, po południu i wieczorem.

Nieźle już wkurwiona nadal czekam.

W poniedziałek okazało się, że paczka jest już w Jaworznie, czyli w zasadzie rzut beretem. o 12:16 podobno przekazano ją do doręczenia. o 20:59 za to odnotowano awizo o czym poinformowano mnie dziś o 08:29 rano, jak również o 11:09

Z pracy od domu lecę, na klatkę wpadam,, awiza nie ma. Okey, teraz już jestem nieźle podbuzowana.

Lecę na tę pocztę, na szczęście paczkę odebrałam na dowód.

Wracam do domu, wkurwiona jak meserszmit, bo gdzie tu od zeszłego poniedziałku do dziś jest cholerny kurier 48?!

W końcu jednak się uspokoiłam, otwieram to misternie zapakowane pudło, fakturę wyciągam, przedmiot wyciągam i .... krew mnie jasna zalewa, skrajna kurwica i nie wiem co jeszcze - Prosiłam wzór nr 1, dostałam 2. Bo czemu K...nie...?

Teraz się tylko zastanawiam, czy aż tak jestem wkurwiona by aktywować swe konto na Allegro i z klienta123456 stać się pełnoprawnym obywatelem wirtualnego bazaru mogącym zbluzgać na czym świat stoi sprzedawce, który ma 100% poleceń...

czwartek, 23 listopada 2017

Sprzedawcowo kupne przygody (a ochrona danych osobowych to co?)

Ja to zawsze coś, jak nie urok to przemarsz wojsk, ale po kolei zdajmy relację całościową. Pierwej orbitrek, bo najkrócej póki co. Otóż psuje się draństwo na nowo. No słów mi brak, trzeci raz na gwarancje wysyłać mi się nie chcę. Słysze jednak, że sprzęt nie domaga, dźwięki wydaje takie jak wtedy gdy pierwszy raz pasek (rozrządu?) poszedł w pizdu albo jeszcze dalej o ile mógł wyjść z obudowy. Jutro aż się boję wejść na niego, bo od kilku dni podczas ćwiczeń w głowie wciąż na nowo układam treść reklamacji :(

Z telefonem jak się okazało sprawa nieco łatwiejsza. Mówię nieco, bo dojazd do najbliższego service'u LG nie jest łatwy. Znajduje się on bowiem w Katowicach i to bynajmniej nie w centrum. W związku z powyższym wybrałam się tam wraz z Zaklęciem w pierwszą wolną od szkoły sobotę. Wiało, padało i pizgało jak w kieleckim na zajezdni. Po dwóch autobusach dotarliśmy na miejsce tylko po to, by.... odejść z kwitkiem, a raczej numerem do darmowej dostawy kurierskiej face to face, czy też door to door (słynne D2D, jak bogackiego Pan kurier z DHLu zacznie u mnie chyba bywać na kawie. ), gdyż nie było prądu i nie mogli przyjąć mojego zgłoszenia.

Jakoś jednak mimo miłej aparycji panu kurierowi zaufać nie potrafiłam. Traf chciał, że miałam wolny jeden dzień tygodniowy celem porobienia badań lekarskich przedpracowych. W związku z powyższym po wizycie u okulisty udałam się do rzeczonego centrum service'owego. Pani przyjęła zgłoszenie wraz z tą moją angielską fakturką, mój cały list miłosny odnośnie problemów ze sprzętem skracając do niezbędnych dwóch zdań :P i odesłała mnie również z kwitkiem, tym razem potwierdzającym, że telefon jest u nich. Tydzień niecały minął i dostałam SMSa, by telefon odebrać. Jako, że wybitnie było mi nie po drodze trochę czasu minęło zanim zaplanowałam cała logistykę dojazdu prosto z tyrki do Katowic i przesiadki po uprzednim zgarnięciu Zaklęcia po drodze. Pani z punktu przyjęć reklamacji miała ze mnie ubaw i pewnie anegdotkę na najbliższych kilka wieczorów, bom cieszyła się jak dziecko (i to dosłownie skacząc z radości). No bo jak tu się nie cieszyć, kiedy wymieniony ekran, panel tylni i płyta główna za zupełne FREE OF CHARGE?! xD

Z kolei przy okazji porządków szufladowych stwierdziłam, że dwóch z czterech zapasowych telefonów należy się pozbyć, tym bardziej, że nie cierpię jak mi coś leży nie używane. Plan awaryjny w postaci innszego smatrphone'e to całkiem mądre posunięcie. Plan awaryjny planu awaryjnego w postaci starej ale jarej Nokii X2 to jeszcze mądrzejsze posunięcie. Jednakowoż plan awaryjny planu awaryjnego planu awaryjnego to już lekki przerost formy nad treścią.

Swój zamysł postanowiłam zatem wcielić w życie. Co za tym idzie jeden telefon dostał się córce koleżanki za śmieszne pieniądze, a drugi miał się dostać komisowi za jeszcze śmieszniejsze. Traf chciał, że znalazłam się w miejscu gdzie mają towary z zajęć komorniczych. No spoko, firma solidna, sprzętu od uja, nawet gwarancje na niektóre sprzęty dają. Pan mi powiedział, że te śmieszniejsze pieniądze to 2 dyszki polskich złotych. Mówię spoko telefon i tak dostałam poza tym wkurwia mnie że leży.

Pan wziął mój dowód, mówiąc, że spisujemy umowę (na dwadzieścia złotych hehe), coś tam poskrobał po czym oddał dokument i położył mi na ladzie 4 piątki. I dialog się wywiązał.
- A ta umowa co ją spisujemy to gdzie?
- A to jednak chce ją pani spisać?
- No jasne, skoro taka procedura.
Podał mi pan dwie karteczki formatu A5 na których była pieczątka firmy, moje imię, nazwisko, pesel i numer dowodu, a także że wedle niniejszej umowy jestem sprzedającym, pan kupującym, że ja oświadczam iż sprzęt jest całkowicie moją własnością, co oznacza, że nie jest kradziony i nie toczy się wobec niego żadne postępowanie sądowe. Że sprzęt zostaje sprzedany za ....... oraz, że kupujący ma ......... czasu na ewentualne zgłoszenie wadliwości sprzętu i tym samym odebranie od sprzedającego należności. Patrze się na to. Patrzę... patrzę...

- Czemu mi pan podsuwa jakąś umowę in blanko? - pytam - niech pan tu dopisze ile mi pan za sprzęt daje i ile mam czekać na ewentualne roszczenia do oddania kasy, zanim to podpiszę. Bo mi pan tu dał niepełna umowę.

Pan wstał, dwie dychy zabrał z lady, powiedział, że mu się nie chce skoro ja mu tak nie podpiszę to nici z interesu, telefon mi oddał i w pizdu podarł obie te kartki. Na co ja, że bardzo fajnie i spoko, ale proszę mi tu na moich oczach komisyjne te podarte kartki do niszczarki, niech się naje. Gość się na mnie patrzy spojrzeniem WTF, to mu tłumacze, że tam jest mój pesel napisany, a ten, ze on niby co ma zrobić z moim peselem? No wut?! Maindfuck mnie taki strzelił... Facet chyba nie wie co to ochrona danych osobowych, ej?

poniedziałek, 20 listopada 2017

Córka Alchemika (Neverwinter) sesja 2

Zmierzchało kiedy dotarli na miejsce postoju. Budynek o dziwo był nowy i dobrze utrzymany. Miał piętro i w ogóle wyglądał solidnie. W środku było, delikatnie mówiąc, pełno. W jednym kącie siedział mężczyzna w towarzystwie kilku innych. Cała gróbka wyglądała jak typowe zakapiory. Dowódca był pretendentem do tytułu największego z nich. Miał długie czarne włosy. Do jednego ucha przyczepiony pęk kruczych piór, do drugiego zaś pęczek czarnej sierści, chyba wilczej. Pół twarzy przykrywała mu maska zrobiona z czaszki wilka. Całość nadawała mu niebagatelnego wyglądu, a jednocześnie darła się o uwagę jak żona na męża za nie pomyte gary.

W drugiej części sali za to siedział najsmutniejszy na świecie dragonborne, tęsknie spoglądający na kufle z piwem na sąsiednich stołach. Miał na sobie srebrną zbroje łuskowa i tarczę oraz młot z wizerunkami smoczego boga Bahamuta. Wyglądał, jakby już długo na kogoś czekał.

- Szefie, mam pytanie – odezwała się Ayako. – Bo jestem przywiązana do tej tu. – wskazała na Atalę. – A chciałabym mieć osobny pokój, mogę?
- Jak se zapłacisz, to naturalnie – odparł wesoło krasnolud, wybrany jednogłośnie na szefa brygady z powodów niebywałej rzadkości zamykania jadaczki.

Odziany w srebną zbroje smutas wstał i, wyciągając jakaś rycinę, podszedł do Atali.

- Dzień dobry maiłem się tutaj spotkać z kims, czy to ty?
- Niby wygląda jak ja – mówi Atala zerkając na pokazaną rycinę.
- W takim razie jestem w trakcie ...
- Może przedstawisz nas swojemu koledze? – wtrąca się Kaźmił.
- Niech najpierw sam się przedstawi.
- Miałem się tutaj spotkać z tą kobietą w kwestii zwalczania nieumarłych z orderu zakonu paladynów tyra. Moje imię to Veskhar i jestem paladynem Bahamuta.

Kaźmił jak przystało na szefa Aniołków zdecydował się zasięgnąć języka. Karczmarz narzekał na jakieś plemiona, z którymi się dobrze handluje, oraz na zmarłych tych plemion, którzy są spokojni i nie wychodzą z grobów. Muszą mieć dobry socjal w tych zaświatach, że nie chce im się wyłazić i nawoływać niezrozumiałym językiem włócząc nogami bez szczególnego celu. Przecierał kubek prawie na wylot opowiadając o niziołkach z południa, które podobno uprawiają czary by im dobrze pole rosło a innym źle. Tak naprawdę jedyną przydatną informacja było ostrzeżenie odnośnie trzymania się z dala od lasu, gdyż podobno grasuje tam coś co uciekło czarodziejowi. Owe coś podobno jest wilkiem ze skrzydłami i orlim łbem. O zielarce zaś dowiedzieli się tyle, co nic, czyli ile ludzi tyle wersji, a wszystko powtarzane niczym w dziecięcej zabawie. Kiedy usiedli do jedzenia, pretendent do tytułu największego zakapiora postanowił jeszcze bardziej zwrócić na siebie ich uwagę, podając się za akwizytora srebrnym sprzętem. Wspaniały i niepowtarzalny srebrny topór na wilkołaki wampiry i co tam tylko chcecie, a nawet do obierania pomidorów i krojenia chleba za jedyne sto pięćdziesiąt sztuk złota.

- Mogę zapłacic dwanaście sztuk złota – rzekł Kaźmił. – I mam papier na to, że te dwanaście stuk złota jest wartych sto dwadzieścia.

Cóż, lepiej nie wątpić w papierki Kaźmiła, bo one mogą zwątpić w nas. Akwizytor jednak nie dał się przekonać i twardo stojąc przy swej cenie odszedł z kwitkiem. Trudni klienci, nie ma co.
***
Noc już zapadła, kiedy Laira wyszła przed karczmę, by odstawić swoje wygibasy, które jak co noc obserwowała Ayako, dopóki nie usnęła z wyczerpania. Jako Elf Laira nie musiała spać tyle co ludzie, więc spokojnie mogła wykorzystać czas na treningi. Tym razem jednak nie dane jej było spędzić tego czasu w samotności. W ciemności rozległ się stukot kopyt i w polu widzenia mniszki znalazł się stary centaur. Sięgał dwa metry w górę. Umięśniony, ale stary mężczyzna. Miał długie siwe włosy, w ustach fajkę,a w dłoni włócznie. Odezwał się chrapliwym głosem w elfim języku.

- Dziecko lasu, w ludzkiej siedzibie. Co cię tu sprowadza?
- Mam swoje powody – odpowiada Laira.
- Dobrze – mówi centaur po chwili milczenia. – Oby twoje powody nie zaprowadziły cię za daleko na wschód. Wszystko ucieka i umiera. Ptaki nie są już takie jak kiedyś. Drzewa nie są takie jak kiedyś. Nawet trawa nie jest już taka jak kiedyś. Wszystko umiera. Uważaj na siebie podróżniczko, dziecko lasu...
- Zawsze uważam.
- Pamiętaj, by zawsze trzymać tych żywych blisko, a umarłych pod ziemią.

Odszedł pozostawiając ją z tym dziwnym ostrzeżeniem.

***
Andverfell było otoczone palisadą. Przy bramie od północy zobaczyli dwóch strażników. Nie wyglądali jednak groźnie. Wyglądali raczej tak, jakby w razie problemów jeden mógł prosić o spokój, a drugi pobiec po psiłki, ewentualnie pierwszy mógł drugiego prosić o interwencje. . Wzdłuż palisady jednak zauważyli kilku łuczników. Do miasta weszli po krótkiej rozmowie w owymi przedstawicielami ochrony, którzy na widok paladyna pokornie przepuścili cała drużynę. Wszak mąż wysoko urodzony, wbić się mógł gdzie chciał – miał to w traitach (blaszka i odznaka no nie?).

Miasto cuchnęło... cóż, miastem. W oddali zobaczyli szyld. Było na nim namalowane kowadło. Ruszyli w jego kierunku, kiedy zaczepił ich jakiś facet od stóp do głów ubrany w coś, co w zamyśle miało zapewne zakrywac każdą możliwą część ciała. I rzeczywiście na widok publiczny zostały wystawione jedynie zielone oczy. Czuć było od niego złem na kilometr. Nie trzeba było być paladynem by to wiedzieć, aczkolwiek Laira od razu się spięła widząc jak Veskhar kładzie dłoń na rękojeści młota.

- Przybysze z północy – odzywa się mężczyzna i spluwa.
- Pan też chyba nie tutejszy – odparowuje władca papierków.
- Tak, ale jestem tu od jakiegoś czasu. Jak jesteście z północy, to na pewno mi pomożecie. Bo ja jestem łowcą nagród – mówi grzebiąc w papierach schowanych w torbie którą nosi ze sobą. – Szukam tego mężczyzny – pokazuje rycinę.

Facet wygląda zdecydowanie jak wczorajszy niedoszły akwizytor. List gończy.

- A co zrobił?
- Podaje sie za łowcę wilkołaków, a tak naprawdę wraz ze swoją bandą pozorują atak wilkołaków i rządają pieniędzy za wytropienie i pozbycie się ich.
- Kto wyał ten list gończy?
- Powiedzmy, że to jest zlecenie od pewnego człowieka, przy którym się odrobine zapędzili i zabili mu córkę.
- To brzmi na coś ... żeby kogoś dopaść, ale czy jest wydany na niego jakis wyrok prawny.
- Nie przyszedłem na poradę prawną tylko pytam czy go widzieliście – zielonooki zabiera list gończy.
- Ale pyta pan o to drużynę w której jest paladyn no to chyba logiczne, że ..

Mężczyzna odwrócił się w stronę Veskhara, a jego oczy przybrały kolor krwi.

- Pladyn – mówi, jakby chciał zagryźć samo to słowo, a może i rzeczonego paladyna. – Czyli nic nie widzieliście, przepraszam – i odchodzi.

***
Miasto nadal cuchnęło miastem, kiedy po wizycie w dziwnym barze, wróć, karczmie, która szlachetnie pokazywała, że krasnolud z elfem może żyć w zgodzie, w rezultacie była to kuźnia przerobiona na knajpę, napatoczyli się na tablicę ogłoszeń na której widniała pięknie oddana podobizna Ayako ozdobiona ramami listu gończego. Atala czym prędzej zerwała papier.

- Widziałem! Ww..wwwidziałem!

Atala obróciła się i uniosła brew widząc dzieciaka. Niespełna jedenastoletniego dzieciaka.

- Widziałem, to ta pani jest na tym obrazku.
- Wydawało ci się dziecko.
- A widziałeś kiedyś co potrafi wkurzony smok? – zapytuje Vaskhar, nachylając się nad dzieckiem.
- Mama mówi, że takie jaszczurki jak pan, to teraz lubią, bo.. jest ciepło i słońce świeci – mówi malec, po czym odwraca się do władcy papierków. – Pppan jjest krasnoludem – rzecze.

Kaźmił zdjął z ramienia torbę i pogrzebał w niej chwilę, po czym wyciągnął gumową twarz z wąsami i okularami, nałożył ją i rzekł:

- Wcale nie, bo gnomem.
- Wcale nie, pan jest krasnoludem, widziałem.
- A pani jest Elfka, tak? Ładne włosy, długie – zwraca się dzieciak do Lairy
- Ta pani nie umie mówić – wtrąca Ayako.
- A mówić nie umi?
- Nie - odpowiada Atala – nie odzywa się.
- A to ona stara musi być, babcia też już nie umie!

Kij Lairy znalazł się w jej rekach błyskawicznie i tym sposobem stracili małoletniego przewodnika. Uciekł w zuchwałej walce o życie, aż się kurzyło. Laira wzruszyła ramionami.

***
Kolejna karczma okazała się droga jak pozłacane jajka kota prezesa i dopiera trzecia z odwiedzonych pozwoliła im zatrzymać się na noc w rozsądnej cenie. Zdobywszy kilka informacji jakoby łowczy lorda mogli coś wiedzieć na temat mieszkającej w lesie wiedżmy i zaliczywszy zdziwko miesiąca, pierwszy raz słysząc głos towarzyszącej im elfki, udali się do swych pokoi.

Nie trwało długo, gdy Ayako podniosła wrzask widząc nożyczki w rękach władcy papierków.
~~*~~

piątek, 10 listopada 2017

Taka moja własna rocznica.

Rok temu tego dnia również był piątek. Piątkowy poranek, gdy ostatni raz go widziałam, żegnając standardowym "miłego dnia kochanie". Naprawdę życzyłam mu wtedy miłego dnia, wiedziałam, że wieczór będzie koszmarny.

Moje ukochane auto pomieściło całość mojego dobytku z ostatniej niemal dekady. To niesamowite jak mało rzeczy ze sobą wzięłam, jak mało rzeczy miałam, ale czy to ważne ile tego było? W zasadzie dzięki temu było prościej...

Podróż życia była dość prosta i przyjemna, zważywszy na to, że był to mój pierwszy raz na autostradzie, kiedy to moje ręce trzymały kierownice. Jednak zarówno KAtka jak i ja sama spisałyśmy się na medal.

Minął rok, odkąd zrobiłam rzecz diametralnie zmieniającą moje życie. Wszystko co nastąpiło po momencie zapalenia silnika 10tego listopada 2016 roku było kierowaniem się jak najdalej od niego i jak najbliżej siebie.

Rok temu uciekłam od Krótkiego, by rozpocząć resztę mojego życia. 

Bilans na tą moją własną rocznice wygląda dość dobrze :)
- Mieszkam w Polsce
- Mam przy sobie ludzi
- Mam blisko rodzinę
- Rozwiodłam się
- Mam najbardziej miziastego kota jakiego mogłabym sobie wymarzyć.
- Widziałam na żywo Abelarda Gizę
- Mam pracę (póki co 2 miesiące, ale może będzie dłużej)
- Jestem urzędnikiem.
- Poznałam Zaklęcie
- Rozpoczęłam szkołę (technik administracji)
- Depresja nie wróciła (co również zaliczam na poczet sukcesu minionego czasu)

Zebrawszy to wszystko do kupy chcę powiedzieć, że (z nieocenioną pomocą cudownej rodzinki i moich ludzi) radzę sobie :)

Chcę również powiedzieć, że chociaż nie było łatwo, cieszę się, iż podjęłam te trudne kroki, które zaprowadziły mnie tu, gdzie teraz jestem :)

poniedziałek, 6 listopada 2017

Początki kontynuacji w nowej - starej pracy

No więc poszłam do niego, bo tak powiedziała Szefowa. Kolczyki zmieniłam (ludzie mają dziwne myśli jak widza pentagramy w czyichś uszach - ach ten zaścianek niedouczony), Ankh mój magiczny wisiorkiem z czerwonym oczkiem zastąpiłam. Na galowo się odjebałam tylko po to by usłyszeć, że hajsów ni ma.

I całe szczęście w sumie, bo przestało mi zależeć przez to.

Jak wiadomo, wedle Zelanda tak właśnie być miało.

I było, bo dziewczyny się wkurwiły, bo jak hajsu ni ma to ma się znaleźć i się znalazł. Na dwa miesiące.

Moja pierwsza umowa o pracę (na czas określony) w naszym pięknym kraju. Pół dnia szkolenia z ochrony danych osobowych i BHP tylko po to, by wrócić do pokoju, do swojego biurka, na swoje krzesło i ... zobaczyć stertę niezrobionych wniosków i drugą do poprawy bo od pierwszego listopada zmieniło się pouczenie na decyzjach.

Pani zastępca kierownica już mnie wzrokiem zabiła, gdy zaniosłam jej dziesięć poprawionych. Przysięgam, że gdyby miała lasery w oczach, ze dwadzieścia tysięcy razy bym została spalona na wiór :P

Poza tym, póki co, żadna różnica. Nadal pracuje na koncie stażysty na swoim starym loginie i haśle do systemu. Czekają mnie dwie poważne decyzje zasiłku rodzinnego, które obecnie nie mam pojęcia jak napisze, ale się nie łamię. Mam koleżanki, które mi pomogą. Dobrze tam żyjemy. Dobre miejsce, dobra praca, dobre dziewczyny i petenci czasem dobry.

Żyć nie umierać ;)

piątek, 3 listopada 2017

Córka Alchemika (Neverwinter) sesja 1

Karawana wolno toczyła się przez drogi i trakty. Niektóre z nich były dość nowe, ale dzięki papierkom Kaźmiła nie musieli opłacać przejazdów. Krasnolud zresztą miał papier na wszystko, a nawet na to, że na coś papier nie istnieje (przy czym nie należało wątpić w papierki Kaźmiła, bo papierki Kaźmiła mogły wątpić w ciebie). Zdecydowanie nie było to zgodne z prawem, jednak w ich podróży bardzo się przydawało. Pozwalało to oszczędzić trochę grosza, choć nie oszczędzało czasu Niewielu bowiem potrafiło przeczytać podstawiony pod nos glejt.

Sam Kaźmił wyglądał jak chodząca narzędziownia. Miał na sobie roboczy kaftan, na modłę kamieniarską, obwieszony był też takowymi narzędziami jak choinka bombkami, na plechach zaś nosił kilka książek. Dolną połowę jego twarzy ozdabiała oczywiście broda, która była, jak wiadomo wszem i wobec, żywiołakiem piwa żyjącym w symbiozie z krasnoludem.

Ayako - brązowowłosa niewysoka dziewczyna (niemal dziecko) przyglądała się z lekkim rozbawieniem kolejnym bezskutecznym próbom uzyskania od karawany opłaty za drogi. Siedząca z nią na wozie czerwonowłosa nie spuszczała z niej wzroku. Nie dlatego, że powinna jej pilnować (tą robotę dostał ktoś inny) ale dlatego, że dość ciekawiły ją pierścionki, które ta miała na sobie. Była to dość misterna i droga magiczna robota. Zadanie tych pięknych ozdób było bardzo proste. Miały trzymać rączki Ayako w bezpiecznej odległości od cudzych sakiewek i innych dóbr. Władze nad owymi artefaktami sprawowała Atala – białowłosa wojowniczka, obecnie jadąca na wozie z piwem. 

Laira miała czerwone włosy. Została wybrana do tej drużyny jako osoba nie zrzeszona z żadną konkretną organizacją, ani wiarą. Była bowiem mnichem, a szpiczaste uszy i szczupła sylwetka zdradzały jej elfickie pochodzenie. Była też bardzo małomówna. Właściwie, odkąd poznała się z resztą drużyny nie wypowiedziała ani słowa.

Anołki Kaźmiła (bo jak inaczej nazwać jednego krasnoluda i trzy kobiety) zostali wysłani do Andverfell. Z informacji jakie pozyskali wynikało, że niedaleko tego miasta, w lesie mieszka córka pewnego alchemika. Podobno, jak wszystkie jego dzieci, była narażona na jakaś klątwę powodującą straszliwe deformacje ciała. Zadanie od Zakonu polegało na odnalezieniu jej i zapewnieniu ochrony. Przy okazji dowiedzieli się także, że miejsce to nawiedzane jest przez żywe trupy, co również nakazano im zbadać w miarę możliwości. Ciekawym był fakt, że Zakon chciał pozostać w tej sprawie anonimowy.

Skręcili z brukowanych dróg, przez co trzęsło dupą jeszcze bardziej. Jechali drogami wijącymi sie miedzy wzgórkami, gdy nagle usłyszeli róg. Narodowy krasnoludzki róg. Woźnica zatrzymał się na widok siedzącego na kamieniu krasnoluda, który zdecydowanie grał na rogu, a zatem był prowodyrem całego zamieszania. Kaźmił spojrzał na rodaka, który właśnie podbiegł do wozu.

- O mości krasnolud, ja widzę – odzywa się ten z rogiem – jakiś, jakiś taki majętniejszy bardziej! P..panie, pan krasnolud tutaj, brat mój, de facto, pan mi pomoże tutaj – mówi dalej – bo ostatnio pieniędzy nie ma.
- No cóż jest takei stare krasnoludzkie powiedzenie – odpowiada Kaźmił – Jak sie ni ma pieniędzy to się idzie do roboty.
- Nie, nie, nie – wyciągnął topór – powiedziałem, że ty mi dasz, kurwa wszystkei pieniądze!
- Ty mi grozisz? – władca papierków był autentycznie zdumiony.

Laira wychyliła się z wozu i przyuważyła w krzakach zaszyte przyczajone krasnoludy (ukryte brody) z kuszami. Jeden wygrzebał się właśnie z traw, również z toporem. Wyglądało to jak klasyczna napaść, taka z książek, podręczników, rysunków prastarych ludzi, tak bardzo była klasyczna. Elfka reagując doc szybko rzuciła rzutką.

Krytyczne pudło.

Jeden z bandytów zaatakował Kaźmiła, trafiając go dośc mocno. Drugi podbiegł i przeciął końskie uzdy, strategiczny ruch. Prowodyr całego zamieszania wyjął lekką kusze i strzelił do Lairy, ale (jak przystalo na mniszkę) zrobiła unik. No nie wypadało inaczej. Kolejny bełt poleciał w stronę Atali, lecz ochronił ją pancerz. Kaźmił, wbrew temu, jak wygląda, okazał się magiem. Rzucił zaklęcie usypiające i Prowodyr padł zemdlony. Ayako wyskoczyła z wozu i zapięła cięciwę łuku, niestety zaplątała się w pierścienie i piękła. Atala w tym czasie wyjęła swoją kuszę i strzeliła.

Krytyczne trafienie, krasnoluda zmiotło natychmiast.

Laira postanowiła pierdylnąc się na tego pana tutaj i użyć umiejętności innych niż walka na dystans. Skoczyła, uzbrojona w kij w stronę jednego z napastników. Wybór okazał się słuszny. Przeciwnik nie spodziewał się ataku, dwoma celnymi ciosami w czaszkę został wyeliminowany z tej klasycznej, podręcznikoej napaści. Ostatni żyjący wziął nogi za pas i spieprzył aż się kurzyło.

Kiedy zostali już sam na sam ze śpiącym prowodyrem związali go i obudzili. Jak zwykle w takich przypadkach pałeczkę przejął Kaźmił.

- Jak się nazywasz?
- Spierdalaj.
- Więc panie Spierdalaj, dlaczego na nas napadłeś?
- Dla pieniędzy, to dobry pracodawca, polecam (Piotr Fronczewski? ), ogólnie to moim hobby jest mieć za co żyć.

Drużyna nie miała jednak za bardzo potrzeby trzymać przy sobie pana Spierdalaj, mimo, ze przedstawił całe bogate CV swoich możliwości.

W związku z powyższym Ayako dokonała zadania na obopulną zgodą, a drużyna podzieliła się łupem, co dowodzi, że nosił wilk razy kilka..
 ~*~

wtorek, 24 października 2017

Ah te szkolne lata

A co, a jak, a kto bogatemu zabroni? ;>

Wymyśliłam sobie jakiś czas temu, że do szkoły pójdę, kursów trochę porobiłam to sobie średnie do technika podniosę, coby na CV to lepiej wyglądało. Podobno na naukę nigdy nie jest za późno, a wiedza przychodzi z wiekiem (od trumny), a że ja w jego kwieciu (wieku nie trumny :P) to mogę jeszcze sobie (przynajmniej część) kluczy nazbierać do tej potęgi jaką jest wiedza, cobym na stare lata woźną zostać mogła. :P

Jeśli ktoś w moim bełkocie znalazł powiązanie do starego powiedzonka to gratki :)

Znalazłam sobie więc szkołę darmową z kierunkiem wdzięcznie brzmiącym - technik administracji - dwuletnim i mającym mi nieco porządnej wiedzy podarować, blisko od domu i dojeżdżać nigdzie nie trza. Cud, miód i malina ;P Jak wiadomo już z niejednych moich przygód, jak sknerą jesteś tak i skarbiec twardych monet masz.

Jako, że kierunek darmowy i bez żadnych restrykcji, z siedmiu osób zapisanych nań, w dzień pierwszy zajęć była....m jedynie ja ^^ Po drugim zjeździe zadzwoniono do mnie z zapytaniem, czy będę w ogóle do szkoły chodzić, wyjaśniłam grzecznie, że na wyjeździe jestem i tak chodzić będę jak wrócę.

Na zjeździe trzecim poznałam Marlenę, która podobno była na drugim. Z Marleną spędziłyśmy cztery urocze godzinki na zajęciach z podstaw działalności gospodarczej w jednostce organizacyjnej. Następny miał być długo wyczekiwany język obcy w administracji i tu... podwójne rozczarowanie. Moje i Marleny, choć w dwóch różnych kierunkach.

Pierwszym zaskoczeniem było to, że połączono nas - semestr pierwszy administracji , z nimi - semestrem czwartym nie wiem czego, bo się w końcu nie dowiedziałam. Drugie na liście rozczarowanie Marleny i moje to to, że angielski był podstawowy. Dla niej na semestrze czwartym za trudny, dla mnie - za łatwy (ot poliglotka się znalazła nie?). Pani nauczycielka jak dowiedziała się, że spędziłam prawie dekadę w UK to ciągle mnie odpytywała by po paru godzinach stwierdzić " pani się nie odzywa pani Bożeno" bo wyrywałam się do odpowiedzi nie dając innym szansy. Nie, żebym nie chciała ten szansy dać, ale cierpliwości nie mam za grosz, a na sześciu godzinach angielskiego wynudziłam się jak mops.

Marlena zapowiedziała zatem, że zadzwoni do sekretariatu i sprawę wyjaśni.

Mnie osobiście zadowalałyby dwa możliwe rozwiązania. Albo przejście do grupy, która czegoś mnie nauczy, albo napisanie jakiegoś testu z zwolnienie się z języka do końca semestru, zwłaszcza, że hej, "język obcy w administracji" a my się uczymy o relacjach rodzinnych od matki zaczynając, na prawnukach kończąc... (i present simple bo czemu nie)

czwartek, 19 października 2017

Przygód ciąg dalszy

Żebym ja miała nudne i monotonne życie to się nie godzi. Wszak wyobraźnie mam niebywała to i życie mi przygód nie skąpi.

O rzeczonym orbitreku będzie dziś mowa.

Otóż sprzęt na który poskąpiłam wrócił do .. sąsiadki mojej, bo przecież nie do mnie, mimo iż wyraźnie napisałam, że do mnie ma wrócić. Wiedziałam wszak, że Wiedźma Rodzicielka rządy w mym domu sprawuje pod moją nieobecność (na czas wyjazdu w strony rodzinne) i spokojnie paczkę może odebrać. Zamiast maila z informacją, że coś do mnie idzie dostałam telefon od Wiedźmy Rodzicielki, że sprzęt u sąsiadki jest od wczoraj. Kurier do mnie zadzwonić nie raczył, nie mówiąc już o tym, że firma orbitrekowa także mnie nie poinformowała, że już usterkę naprawili.

I tu także należy się na moment zatrzymać, gdyż widzę iż tendencje mają oni do usterki wręcz programowej w telewizji. Innymi słowy: Jedno naprawią, drugie spierdolą. Tak też się stało tym razem, ale do rzeczy.

Pierwej rozkręciłam całość i puzzle w pudełku poskładałam, by bezpiecznie dotarło to do serwisu. Powód był prosty, puścił pasek koła zamachowego (wiecie jak to jest jak Wam spadnie łańcuch z roweru? Podobne odczucie. Dość wiedzieć, że naprawę za free zrobili, ale jak mówi prawo Murffiego... Orbitrek wrócił zgrzytający, że uszy więdną. Wytrzymałam trzy tygodnie i ponownie zadzwoniłam na reklamacje. Ponownie sprzęt rozkręciłam, a przyznać muszę, że nie jest to rzecz łatwa, zwłaszcza gdy skręci go Zaklęcie ze swoją siła w łapkach. Ponownie ów sprzęt do pudełka zapakowałam w puzzle się bawiąc.

Wracając z urlopu, powiadomiona będąc, że karton już u mnie, w niedzielę miała zamiar urządzenie skręcić i do zabawy od poniedziałku się wziąć. Pudło otwieram i co widzę? Ano proste potwierdzenie tego, że panowie (tudzież panie) na magazynie w serwisie w puzzle bawić się nie lubią. Sprzęt na chama wepchany, aby tylko się zmieścił, byle jak zupełnie i na odpierdol. Mimo wszystko zabrałam się za składanie. Cały zapał mi opadł, jak zwiędłe płatki kwiatu, gdym zobaczyła jak obudowa koła zamachowego wygląda. Niby wymieniona, a z jednej strony porysowana z drugiej nadpęknięta (wierzcie mi, diablo trudno to na zdjęciu uchwycić).

Obecnie postanowiłam maila do nich napisać i poinformować o zaistniałej sytuacji, jeśli zaś okaże się, że przez to zaś się coś popsuje, jak bogackiego żądam zwrotu kasy ...
______________

Z telefonem sprawa w toku. Fakturę w końcu uzyskałam (chwalmy angoli!), w związku z powyższym w najbliższy weekend wolny wybieram się z wycieczką do service'u LG i zobaczymy czy coś uda im się pomóc.

Ach przygodo ^^

poniedziałek, 16 października 2017

W prezencie wyjazdy

Kończy mi się staż, ale jak każdy dobry pracownik wypracowałam sobie urlop który wziąć muszę, bo mi za niego nie zapłacą. Jako, że sknera ze mnie okropna postanowiłam dni wolne wykorzystać, zwłaszcza, że mogłam je złączyć ze zbliżającymi się urodzinami Zaklęcia.

W prezencie zatem wzięłam go do miasta rodzinnego, gdzie z zapałem oprowadzałam go po ulubionych miejscach rzucając niekiedy suche informację na temat gdzie chodziłam do szkoły, a niekiedy opowiadając historię z życia związane z konkretnym spotem.

Miasto moje, jak przez ostatnie kilka wizyt, zdaje się wręcz zatrzymane w czasie. Znaczy chodzi mi o miejsca, bo ludzi znajomych jak na lekarstwo. W ogóle przyznać muszę, że gdy tam bywam to trochę jakbym wracała do przeszłości, tylko dusze tej przeszłości jakoś się nie pojawiają.

Ostatnią wizytą odezwałam się do Bobera, bo podobno o mnie pytała. Niestety po wymianie bagatela pięciu SMSów nasza reaktywacja ucichła. Żadnego "spotkajmy się jak będziesz" czy "kiedy wyskoczymy na browarek". Podobnie jak relacja z Boberem umarło mi wiele innych znajomości. Na szczęście miasto samo w sobie znajomości nie wymaga. Miejsca czekają tak, jak je zostawiłam, zmienne jedynie o pory roku, w których je odwiedzam.

Razem z Zaklęciem odwiedziliśmy Toć to Anioł Nie Kobietę, Babcię, a także drugą siostrę Wiedźmy Rodzicielki. W dniu urodzin zabrałam go na obiad a Toć to Anioł Nie Kobieta, znana skądinąd z wspaniałości wypieków, podarowała mu przepyszny tort :)

Dużo spacerowaliśmy, tym bardziej, że październik zdał się łaskawy pogodowo i mogłam oglądać ukochaną Polską jesień pełną kolorów i słońca :)









Zaklęcie chyba był zadowolony (jego w sumie nie trudno zadowolić :P) i jedyny mankament psujący cały urlop to Łojciec, który przypomniał mi, dlaczego nie cierpiałam z nim mieszkać (serio czwarty dzień już mnie trzepie ta sytuacja...).

Na całe szczęście jesień dopisała, koty dopisały, radość piesa z wizyty dopisała, więc w sumie można powiedzieć, że bilans wyszedł na równe zero ;P



Może nie wygląda ale jak się uwali to i siniaków można się nabawić :P Pies wiecznie szczeniakowaty umysłem :) 

wtorek, 3 października 2017

Jak nie urok to przemarsz wojsk i sraciatella ^^

Ja to zawsze muszę mieć jakieś przygody.

Przeszło miesiąc temu pisałam o sprawie z kurierem DHLu i oczywiście przesyłce drogiej moim zdaniem rzeczy, na której i tak przyżydziłam, jak to zwykle ja ^ ^

W związku z tym, że pożałowałam golda na sprzęt, owy sprzęt postanowił się zepsuć i pierdolnąć z sekundy na sekundę. Rąbnęło, posypał się czorny proszek i straciło cały opór. Żeby nie było, że gadam jakieś tajemnicze eksperymenty. Chodzi o orbitrek.

Rzeczowy orbitrek wysłałam na gwarancje. Oczywiście bez przygód się nie odbyło. Jak zadzwoniłam, kazali mi zgłosić reklamacje przez stronę. Zgłosiłam i już następnego dnia dostałam maila, że kurier mi przylezie miedzy 10:00 a 17:00 Dzwonię więc do Pani z reklamacji z wielką prośbą, by mi tego DHL'a przestawiła na po piętnastej. Pani obiecała, że przestawi.

Godzina oczywiście 11:26 dzwoni mi pan kurier, że po moją paczkę przyjechał. Nigdy tak szybko z urzędu do domu na obcasach nie zakrzaniałam! Na pana miałam nakrzyczeć, że po piętnastej być miał, ale mi tak Łojca przypomniał, że skapitulowałam. Zwłaszcza, że chciałam mu pomóc znieść paczkę na dół, wszak 24 kg żywej wagi, ale gdzie tam, pan rzekł tonem wesołym "ze mną nie ma rzeczy nie możliwych, a jeśli chodzi o cuda to proszę do kościoła" wziął te 24 kg na ramię i sobie poszedł :P

Trzy dni później znów rzeczony kurier do mnie dzwoni, że paczkę z powrotem mi przysłał. (mail z informacją, że paczka do mnie jedzie przyszedł dzień po jej otrzymaniu :P), na szczęście tym razem zostawił u sąsiadki, więc z pracy urywać się nie musiałam.

Niestety moja zbytnia oszczędność, by nie powiedzieć skąpstwo nadal nakłada na mnie sankcje. Orbitrek owszem i działa, ale tak go spieprzyli, że przy każdym ćwiczeniu wydaje z siebie niebotyczne dźwięki jak z czeluści piekieł. Jak ktoś słyszał kiedyś plastik o plastik zgrzytający to nie polecam na dłuższą metę. Ostatecznie po trzech tygodniach skrzypienia zadzwoniłam dziś do pani z prośbą by coś mi z tym zrobili. Kazała oddzwonić jutro. We'll see.

Oczywiście przygód nie koniec, bo jak już się psuć to na całego. Mój kochany LG G4 ostatnio stwierdził, że za długo już żyje i umierać pora. Objawia się to brakiem wyświetlania połączeń, kiedy ktoś do mnie dzwoni. Zaś po drugiej stronie osoba dostaje standardowe sygnały, jakbym ja nie odbierała telefonu. SMSy także nie dochodzą, ani nie wychodzą. I żeby było śmiesznie cała akcja dzieje się zupełnie RANOMOWO, co oznacza, że nigdy nie wiesz kiedy cichaczem odetnie Cię od świata.

Pisałam w tej sprawie do serwisu LG Polska. Zapytałam, czy są w stanie coś z tym zrobić. Pani mi poleciła reset do ustawień fabrycznych, ale przygotowałam się na te ewentualność i już to zrobiłam 3 tygodnie temu. W związku z tym mam zanieść telefon do serwisu w Katowicach wraz z oryginalnym dowodem zakupu... Cóż, telefon kupiony w listopadzie 2016 w UK na Amazon.co.uk. Kazano mi napisać do sklepu. Napisałam, dostałam fakturkę.. bez daty zakupu.. w związku z powyższym jutro znów napisze do LG czy tak może być, czy mam sklep prosić o poprawę. No jak nie urok...

Dobrze, że w sobotę na urlop :)

wtorek, 5 września 2017

Jestę Urzędnikię

Sierpień ( nie wiedzieć czemu zawsze myli mi się z październikiem do tego stopnia, że potrzebuje 0,5 sekundy dłużej pomyśleć, za każdym razem jak wypowiadam to słowo) minął mi urzędowo. Jestę Urzędnikię chciało by się rzecz. Właściwie to powinnam to rzec, ale wciąż wisi nade mną widmo bezrobocia z początkiem listopada.

Trzeba Wam wiedzieć (a może nie trzeba, ale chcę się tym podzielić), że najszczęśliwsza jestem jak mam stos papierów do przerobienia, uporządkowania, weryfikacji i tym podobne. Tak też się działo przez ten szalony miesiąc, kiedy wszystkim się wydawało, że 500+ i zasiłki rodzinne koniecznie trzeba złożyć do końca zeszłego miesiąca. Patrząc na to, co było chociażby tydzień temu, teraz w MOPSie są pustki.

Jako, że widmo bezrobocia nade mną wisi, starałam się w międzyczasie o inną posadę. Pierwszy raz w życiu pisałam list motywacyjny. Kiedy do niego zasiadłam (skompletowawszy niezbędną resztę dokumentów) przejrzałam kilka rad i przykładowych listów i stwierdziłam... wszystko gówno warte (jak mawiał Jimy Gold, "Znalezione nie kradzione" - S. King). List napisałam od serca z dozą humoru nawet jak się potem okazało. Jakież było moje zdziwienie, kiedy znalazłam się na liście, bagatela, 108(!!!) osób zakwalifikowanych do drugiego etapu konkursu. Chociaż Katowice, chociaż samochód bym musiała kupić (tak, chce auto! :)), chociaż dojazdy i daleko i dużo tych chociaż. Etap drugi polegał na dyktandzie, czyli przepisywaniu ze słuchu protokołu. W życiu na oczy protokołu nie widziałam, więc me zdziwienie było tym większe, kiedy znalazłam się w gronie 14 szczęśliwców zakwalifikowanych do 3 etapu. Na dzień dobry rozmowy kwalifikacyjnej pochwalono mnie, że faktycznie prawdę pisałam w liście motywacyjnym. Klawiatura to rzeczywiście moja przyjaciółka, a moje palce po niej tańczą niczym wprawni dancerzy :P Rozmowa, bardzo ładnie i profesjonalnie trwała całe piętnaście minut (na co musiałam wziąć pół dnia wolnego) i zagięto mnie w sumie na jednej rzeczy. Mianowicie, gdy przyznałam się, że stażuje się w MOPSie zapytano jak się dyrektor owego urzędu nazywa. Nie będę ściemniać, bo świeżak byłam w tamtej chwili. Nawet nie wiedziałam jak dokładnie się nazywa szefowa mojego działu, bo do czynienia miałam tylko z zastępcą, a rzecznego dyrektora pewnie na oczy nie zobaczę do końca stażu. Ripostą po ryju dostałam, że "wypadało by znać nazwisko swojego pracodawcy" z czego zdaniem moim i Wiedźmy Rodzicielki zręcznie wybrnęłam mówiąc, że dyrektor MOPSu moim pracodawcą nie jest, bo to pan prezes firmy która mnie na kurs wzięła mi płaci. Niestety nie dość zręczny, jak się okazało, był to unik, gdyż nawet na listę rezerwową na stanowisko sekretarki sądowej łamanej przez protokolant, się nie dostałam (wygląda na to, że nawet zmiana koloru włosów nie pomogła).

Postanowiłam zatem urlop od szukania pracy wziąć do października i w swoją urzędową radość papierków wszelakich się zatopić. Tym bardziej, że dziołszki moje z działu ulubowały sobie rzucać we mnie stosami papierów które wręcz ubóstwiam. Czy jestem nienormalna? Bynajmniej. Po prostu lubię papierzyska (komuś posegregować domowe dokumenty? :P)

Na domiar tego pod koniec września zaczyna się moja szkoła, bo jak się edukować to na całego, po której, dostanę tytuł technika administracji. Fakt, że jest to całe dwa lata i, jak rzekła Wiedźma Rodzicielka, powielam średnie wykształcenie, ale na studia w chwili obecnej mnie nie stać, a skoro już odkryłam (to, co przede mną ładnych parę lat ukryte było skrzętnie), że chce być urzędnikiem, zamierzam przynajmniej spróbować wszelkich darmowych środków zanim za jakiekolwiek zapłacę.

Także, mili państwo, a co mi tam...

Jestę Urzędnikię ^^