piątek, 29 grudnia 2017

Czas ostatnich godzin

Miziak jak zwykle stwierdziła, że wylegiwanie się do piątej trzydzieści rano to zdecydowanie przejaw największego lenistwa (nie mówiąc już o tym, że środek nocy to najlepszy czas na przytulanie i informowanie swojej pańci ze zrobiłam siku, a właściwie dlaczego mnie nie głaskasz?). Także dziś znów pobudka piąta rano, bo kto bogatemu zabroni.

Szybkie śniadanie było całkiem smaczne jak na taką zwyczajność jaką miałam na talerzu. Czarne, trochę za duże spodnie na kant z deczka zlatały mi z tyłka, ale miałam się ładnie ubrać. Nowa czerwona bluzka, która się tak cudnie komponuje z marynarką została ochrzczona wcześniej niż się spodziewałam. Usłyszałam kilka razy, że dobrze mi w takim stylu, nawet jak portki mi zlatają z tyłka.

Po dziewiątej wkroczyłam do jego biura na chwilę, naprawdę chwilę. U niego jak ktoś spędza dłużej niż trzy minuty - to naprawdę poważna sprawa. Podziękowałam, życzyłam dobrego nowego roku, wyraziłam gotowość i .. zostawiłam CV  w sekretariacie. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie wyrzucą do kosza.

Ostatnich godzin czas spędziłam na dość intensywnej pracy, żeby dziewczynom było lżej, żeby miały trochę mniej, by rok zaczęły łagodniej.

Dostałam nawet prezent pożegnalny - dwa kocie kubki i kartkę. Ten bardzo miły gest próbował wycisnąć łzy z moich oczu. Nie dałam się - twarda ze mnie babka...

Nadal się nie daje, chociaż już wieczór. Dopóki mam siłę, dopóki mogę, rzucę się w stronę działania. Działanie jest kluczem, by nie popaść w kolejne wahadła, choć łatwo nie jest. Staram się skupić na tym co robię w chwili obecnej, planując jedynie kilka następnych godzin. Wybieganie myślami w przyszłość jest niebezpieczne.

Rybki wciąż się kłócą.

Rozerwana na dwoje wciąż połowicznie czuję, że znów jestem bezrobotna. Rybka numer Dwa uparcie twierdzi, że jesteśmy na urlopie. 

środa, 27 grudnia 2017

Krásné prázdniny

Od trzeciej nad ranem już nie spałam. Głównie dlatego, że moja Kota ostatnio wybiera sobie tą godzinę na porę nocnego przytulania. Zjadłszy śniadanie pożarłam aviomarin na deser i poleciałam na ulubiony autobus linii E - makarena :P. 

České dráhy zabrały nas spóźnione o 10 minut, ale to podobno wina Polski. Zaklęcie uparcie twierdzi, że u niego wszystkie pociągi jeżdżą punktualnie.
W Pradze byliśmy spóźnieni godzinę, na szczęście i tak nie zrobiło nam to różnicy, następny pociąg był za 20 min. 

Na miejscu przywitano mnie bardzo serdecznie, mimo, że chyba nie zrobiłam dobrego wrażenie zatwardziałym protestem by nie nosić za mnie torby. Cóż, taka już ze mnie Villosia - Samosia. Jak się okazuje dużo czeskich słów jest dość podobnych, a sam język intuicyjny. Jednakowoż bardzo miło zrobiło mi się, gdy w prezencie dostałam po polsku napisane życzenia (ze słownikiem ofc) na zdrapce. Swoją drogą wygrałam całe dwieście koron, co oznaczyło, że miałam nieplanowane kieszonkowe xD 
Następnego dnia, na wsi już, okazało się, że moja nieznajomość języka NIE JEST ABSOLUTNIE ŻADNĄ przeszkodą ;P Mama Zaklęcia nawijała do mnie jak z karabinu maszynowego, a ja rozumiejąc trzy po trzy i jakoś ćwiartkę z każdej wypowiedzi kiwałam głową i próbowałam udawać, że rozumiem więcej niż w rzeczywistości :P 

Pierwszy raz w życiu ubierałam żywą choinkę.! 

Na wigilijne śniadanie jadłam świeżą bułeczkę z domowej roboty dżemem z truskawek z ogródka za oknem. Dżem był tak niesamowicie dobry, że autentycznie się popłakałam. 

Muszę Wam powiedzieć, że czeska wigilia różni się od polskiej. Pierwszą rzeczą jaką idzie zauważyć to fakt, że nie ma dwunastu potraw. Jeśli dobrze policzyć to są dwie.. no z winem trzy. Opłatka tyż nie ma, co moim zdaniem jest bardzo dobrym posunięciem. Pani domu zebrała nas przy stole, rozlano wino, unieśliśmy kieliszki i, o ile dobrze zrozumiałam, rzekła: 

"witam Was serdecznie przy naszym wspólnym posiłku, życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń, życia w dostatku i wszystkiego co najlepsze, a teraz podarujmy minutę ciszy tym, którzy nie mogą być tu z nami" 

Po skrupulatnie odliczonej minucie należało stuknąć się kieliszkami z absolutnie wszystkimi osobami przy stole, byle nie na krzyż i można było zasiadać do jedzenia. Podobno tradycją jest ryba w panierce i sałatka. Z racji preferencji kulinarnych zebranych osób sałatka owszem była, ale miast ryby raczyliśmy się cyckami z kuraka :) Potem przyszedł czas na pozowanie przy choince i radość z rozdawania prezentów. 

Pani domu okazała się kobietą pełną energii, szczęśliwą, uśmiechniętą i  posiadającą barwną osobowość. Opowiedziała mi bardzo dużo rzeczy z których, podkreślam, zrozumiałam tylko część. Pokazała mi także swoje muzeum rzeczy znalezionych (odkopanych) w lesie. Prawdziwe skarby! 











Ach i oczywiście była cała masa ręcznie robionych ciastków :P Ale nie będę Wam robić apetytu bo i tak się nie podzielę:P 

czwartek, 21 grudnia 2017

Na dwoje

No tak, bo ryby, bo skrajności, bo czemu nie? Bo czemu miałabym być normalna? Słowo daje, aż się dziwie jak niektórzy ze mną wytrzymują skoro ja sama ledwo ze sobą wytrzymuje. A nie, zaraz, to na pewno dlatego, że nie pokazuje ten wewnętrznej walki, a raczej rozpierolu jaki mam w duszy.  Swoją drogą chciałabym tak kiedyś wyjść z siebie stanąć obok i spojrzeć na te panikarę okiem człowieka, który patrzy na wszystko z boku. Czy gdybym sama sobie powiedziała, że to do niczego nie prowadzi - posłuchałabym siebie? Mocno wątpliwe. 

W takim razie skoro rybka zodiakalna to i zodiakalne skrajności, podziały, na dwoje babki wróżenie. 

A zatem rybka numer jeden, zdecydowanie panicznie boi się tego co ma nastąpić 31 grudnia. Nie, absolutnie nie kończy się żodyn  kalendarz majów, czerwców czy innych lipców. Kończy się nasz zwykły, ale to przecież nie powód do strachu. Żadna przepowiednia nie orzekła przecież iż koniec świata nastąpi na nowy rok dwa osiemnaście. Dla Rybki numer Jeden jednak nastąpi. Bo przecież w końcu po pół roku starań, wysyłań chodzenia na rozmowy i robienia z siebie idioty, ta szczera, uprzejma, rozbrajająca i ciągle nie dość dobra dla wszelakich pracodawców Rybka numer Jeden dostała pracę. Nie byle jaką przeca, bo pracę urzędniczą, czyli coś, co rybki lubią najbardziej, a już na pewno ta konkretna Rybka. W związku z powyższym dołożyła rybka wszelkich starań, dając głownie pole do popisu Rybce numer Dwa, coby pracę tą utrzymać i utrzymała... na dwa miesiące po stażu. Wczorajsza rozmowa z szefową Rybek uświadomiła je obie, że na kolejne przedłużenie nie ma co liczyć. Co zatem robi Rybka numer Jeden? Panikuje na czym świat stoi, przekonana, nie bez słuszności zapewne, iż znów czeka ją powtórka z rozrywki jaką miała początkiem roku dwa siedemnaście. Co za tym idzie i kolejne lata wyglądać mogą podobnie. Gdzie tu sens, gdzie walka
o marzenia, gdzie chcenie czegokolwiek? Gdzie stabilność? 

Co zatem robi Rybka numer Dwa? 

Ano Rybeńka nasza droga próbuje za wszelką cenę przekonać tę pierwszą, że nie ma się czego bać. Wszak mądrzejsza jest o całe cztery tomy ZELANDA i o transerfingu rzeczywistości coś tam już wie. W związku z powyższym przegląda oferty, sprawdza dojazdy, rozważa możliwości, wysyła CV i lata po całym mieście w poszukiwaniu bluzki na rozmowę kwalifikacyjną, która olśni przyszłego szefa, lub szefową do tego stopnia, że da Rybce numer Dwa przynajmniej dwa tysie na zgrabną łapkę o tych długich palcach pianisty. 

W między czasie Rybka numer Jeden popada w skrajne zmęczenie z kolejnym atakiem paniki że tabletki, które odstawiła rok temu znów staną się regularnym posiłkiem depresyjnego organizmu. Wstawanie staje się coraz trudniejsze, a spać chodzi co dzień to wcześniej. Jeszcze trochę to, jak grzeczne dzieci, po dobranocce będzie lądowała pod kołdrą.

Rybka numer Dwa natomiast uparcie próbuje wskoczyć w wir obowiązków wmawiając sobie, że naczynia nie mogą poleżeć chociaż pół godziny po obiedzie i prawa nie ma siąść do grania, dopóki nie będzie wszystko zrobione, sprzątnięte, przygotowane.

A ja tak patrze na je obie, na siebie w lustrze i zastanawiam się dlaczego znów śni mi się Krótki, szydząc, że zaś szukam roboty, dlaczego gania za mną jakiś koleś w czerni, dlaczego połowa moich snów związana jest z Anglią i fabryką.

I dlaczego, u licha, jak już pomyłam dziś okna i wysprzątałam cały dom to MUSIAŁ zacząć padać śnieg? 

piątek, 15 grudnia 2017

Najbardziej kobiecy aspekt stereotypowej kobiecości.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że styl mam swój i niczyj inny. Wiedzą również że figury swej ni wagi nie lubię i mogę co robię, czy też robię co mogę (choć z marnym skutkiem) by się temu przeciwstawić. Bliżsi wiedzą nawet, jakie mam gusta i guściki (o których się nie dustejszyn) i że w ramy tych gustów nie mieści się moja skromna osoba.

Często spoglądam na inne kobiety (aktualnie na moim celowniku jest S z pracy) z zazdrością widząc je w choć odrobinę podobnych do gustów moich strojach. Często patrzę i myślę jak to piknie mogłabym je ubrać (czyżbym miała zapędy stylistyczne? - jakieś niepełnione ambicje?:P) i często na tym się kończy.

Ci którzy mnie znają, wiedzą, że kosmetyki i ja to nie jest ta sama drużyna. Kiedy się przepraszałam z eyelinerem i podkładem oraz tuszem do rzęs robiłam to tylko i wyłącznie na prośbę (żądanie) Krótkiego. Ostatni raz z własnej woli pomalowałam facjatę jakiś rok temu z minutami i wtedy właśnie postanowiłam pozbyć się całego tego chłamu, który jedynie się kurzy i traci na ważności.

Nie lubię, mimo, że Krótki usilnie twierdził, że nie wyglądam kobieco. Nie lubię mieć umalowanego ryja, mimo, że mogę. Za to co lubię i bym chciała - nie mogę z racji ram w które się nie mieszczę.

Zatem nie uraczysz mnie drogi czytelniku w krótkiej kraciastej mini i dopasowanym topie z jednym rękawem. Nie uraczysz mnie w długiej wieczorowej sukni dopasowanej do ciała. Nie uraczysz w krótkiej sukience na ramiączkach, ani nawet w dopasowanych spodniach. (takie rzeczy tylko w Pozaświecie) Nie uraczysz mnie w szpilkach, ani wysokich butach... a nie wróć.. to ostatnie jednak uraczysz.

Odkąd pamiętam, pragnęłam nosić wysokie buty, takie do kolan. Niestety z racji moich szerokich łydek mogłam tylko o takich marzyć. W całym moim życiu tylko raz byłam w stanie dopiąć takie buty i to zaraz przed ślubem, kiedy moja waga wyglądała iście szatańsko (66,6) a ja wyglądałam jak chodząca kuzynka Śmierci. Tamtych butów nie kupiłam, bo wiedziałam, że stan ten nie potrwa długo a wtedy załamanie murowane. Wolałam oszczędzić sobie przykrości, ale i tak zawsze marzyły mi się takie buty.

Jutro będę miała moralniaka, bo spełniłam swoje marzenie w ramach własnego dla siebie prezentu pod choinkę. Ale to jutro, dziś nacieszę się butami, które w podobie oficerek sięgają mi niemal do kolana i które są ciepłe i wygodne. Jutro będę rozpaczać ile za nie dałam. Dziś będę się rozkoszować spełnionym kolejnym zamiarem :)

Bo podobno jak się popieści, to się wszystko zmieści xD

wtorek, 5 grudnia 2017

Apel

Moi kochani, jak wiecie jestem kociarą z matki, ciotki, babki. Koty kocham, kochałam i kochać będę po grobową deskę. Przestrzeń wariantów mi sprzyja i udało mi się wejść na ścieżkę zamieszkania z najcudowniejszym Miziakiem świata. Zapewne pamiętanie, jak wypominałam, iż poznałam ją w Internetach

Zanim jednak Miziula wprowadziła się do mnie, a nawet teraz w trakcie jej cudownego tulenia, "lubiam" na Facebuku stronę rodzimej Jaworznickiej fundacji Koty z Kociej [KLIK]. Obserwując tą stronę i ich profil na Facebuku dowiedziałam się jak wiele kotów w Jaworznie (zapewne jak i w całej Polsce) potrzebuje pomocy.

Fundacja niestety nie wyrabia, ani finansowo, ani miejscowo, ani nakładem siły roboczej. Niedawno zbierali pieniążki i karmę w tutejszej galerii. Razem z Zaklęciem podarowaliśmy dwie wielkie paki suchej karmy (i były by jeszcze dwie saszetki, gdybym nie zapomniała (!!), że mam je w torebce!), żałuje, że nie mogliśmy więcej.

Zebrali niewiele, niecałe 4 tysiące (przy zadłużeniu u samych weterynarzy na jakieś dwanaście, jak dobrze pamiętam) i dóbr na jakieś pół miesiąca, przy takiej ilości kotów, jakie obecnie mają w Azylu.

Wiem, że adopcja kota to nie jest łatwa rzecz, nawet Was o to nie proszę.
Mimo wszystko kieruje do Was apel.

Pomyślałam sobie, że jeśli choć odrobina z nas dorzuci mały grosz, pomożemy im pomagać tym przecudnym kociakom.

Nie proszę o wiele, parę złotych na zrzutkę.

Zdaje sobie sprawę, że idą święta, rodzinne wydatki, karpie, choinki, prezenty, jednak jeśli ktoś z Was znajdzie choć pół zaskórniaka, to już odrobina sukcesu ;)

Nie umiem kurczaki pisać ładnych sloganów o pomaganiu. Powiem wprost: Jeśli zdecydujecie się pomóc choć odrobinkę kliknijcie tu -->> [KLIK] i dorzućcie parę groszy :)

Buziaki dla Was i cudownego mruczenia do ucha, życzymy z Miziakiem :)