poniedziałek, 26 czerwca 2017

Uwolnienie

Noc była koszmarna, jak zwykle. Od dwóch dni nie byłam w stanie spać normalnie. Każdy najmniejszy dźwięk lubił być piętnaście razy głośniejszy w mojej głowie. Najdrobniejszy szelest stawiał mnie na nogi, a potem atakowały myśli. Myśli które za diabła nie chciały sobie pójść, bez względu na to co robiłam. Siedziały sobie i buszowały w mojej głowie co najmniej dwie godziny.

Na miejsce dojechałyśmy z Wiedźmą Rodzicielką pół godziny przed czasem. Okazało się, że dziś otwieramy z Krótkim menu.

Nie było początkowego wejścia samemu. Od razu we dwoje. Niestety pani gówno dowodząca zdecydowanie pałała do mnie niechęcią, mimo, że nie zrobiłam jej nic. Krzyczała na mnie. Urzędnik państwowy, który powinien być miły dla petenta darł na mnie ryja tak, że aż słychać ją było na korytarzu. Wygląda na to, że coś definitywnie jej się we mnie nie podobało, bo gdy rozmawiała z Krótkim ton jej się zmienił z nienawistnego na olewatorski.

- Kiedy ostatni raz współżyła pani z mężem? - zapytała.
- Hmm... nie wiem, w październiku? - zastanowiłam się na głos.
- To mnie pani pyta?! - z wielkim fochem, jakby serio myślała, czy ją pytam.
- Nie, po prostu głośno się zastanawiam, bo to było dawno.

Była to moja pierwsza sprawa tego typu, ba, była to moja pierwsza sprawa w ogóle. Nie kminiłam co znaczy "obciążyć kosztami rozprawy" skoro koszty zostały już pokryte. Sędzina nie potrafiła mi wyjaśnić o co jej dokładnie chodzi i im mocniej próbowałam zrozumieć, tym więcej się darła. Nawet Krótki uznał, że przegięła (choć nie wiem na ile szczerze to powiedział).

Wbrew pozorom i temu, czego się obawiałam okazał się całkiem w porządku. Nie wyciągał nic nie potrzebnego i po piętnastu minutach zostaliśmy zaproszeni na odczytanie wyroku.

Na koniec Krótki podszedł do mnie, objął mnie po przyjacielsku, poklepał po plecach i powiedział, że dziękuje za wszystko i przeprasza za wszystko co złe.

A zatem jestem wolna. Rozwódka. Po około dekadzie z Krótkim, w tym nie całych czterech latach małżeństwa. Po depresji, terapii i ucieczce. Po pyskówkach, fochach i milionów litrów łez wylanych pod prysznicem. Po strachu i miliardzie różnorakich myśli. Po żalu i niewybaczonych krzywdach jestem rozwódką z dziesięcioletnią przerwą w życiorysie, spędzoną za granicą.

czwartek, 15 czerwca 2017

Dlaczego walczysz? Dla siebie.

Stała na klifie. Woda oceanu szalała, rozbijając się o skały. Niebo pociemniało, kiedy pomarańcz i fiolet zachodzącego słońca ustępowały pola nadchodzącej nocy. Wiatr rozwiewał jej czerwone włosy, jakby czesał każdy kosmyk z osobna. Jasny sierp księżyca rozpoczynał wędrówkę, odbijając swe światło w klindze jej miecza. Runy zajarzyły się czerwienią, gdy na nie spojrzała. jej własne oczy przybrały podobny kolor.

Nuciła, melodia mocy otaczała ją z ochotą niemal tuląc do siebie. Delikatne wstęgi krążyły w okół jej dopasowanych spodni i wysokich butów. oplatały długie, luźne, rozszerzane rękawy i skórzane karwasze pod nimi skryte.

Skrzydlaty mężczyzna o piwnych oczach i czarnych długich włosach stał nieopodal. Pióra jego skrzydeł stroszyły się, pobudzone jej delikatnym śpiewem. Patrzył na nią, na gniewne fale w oddali, patrzył na jej czerwone, tańczące z wiatrem włosy. Patrzył i widział, jak siła w niej wzbiera, jak głos się w niej podnosi, jak moc do niej napływa, jak energia, ją otacza.

Obróciła się w jego stronę i w jej czerwonych oczach zobaczył determinację. Łzy już wysychały, niemal nie pozostawiając po sobie śladu. Jednak jeszcze lśniły nieco. Dość, by mógł je zauważyć, choć nikt inny poza Aniołem Śmierci pewnie by nie zdołał. Chciał podejść, powiedzieć coś, ale wyciągnęła do niego rękę powstrzymując go. Zamknęła oczy.

Sekundę później moc wybuchła. Białe skrzydła wystrzeliły z jej łopatek, pióra wyrwały się na wolność śpiewając pieśń wraz z nią. Czuł, jak siła jej wzrasta, mimo, że jeszcze przed chwilą klęczała pokonana. Teraz wzrastała. Kilka centymetrów nad ziemią wzrastała wraz z wiedźmim śpiewem swojej mocy. Mocy swojej i swoich piór, mocy słów i zamiarów. Mocy krzyku i chęci, mocy zdecydowania i broni. Dobyła drugiego miecza i otworzyła czarne oczy.

- Dlaczego walczysz? - zapytał.
- Dla siebie - odparła.

Opadła powoli. Gotowa. Odziana w zbroje, uzbrojona i skrzydlata.

Z podniesioną głową.

Ivan Torrent - Iron Poetry
Jedenaście dni.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Amulet - sesja I

Dym. To było pierwsze co zobaczyłam. Jeśli przebijał się przez tę cholerną mgłę, to musiałyśmy być blisko. I rzeczywiście, ledwie zeszłyśmy ze stoku naszym oczom ukazały się chaty. Wioska. Niezbyt duża, ale zawsze coś. Zwłaszcza po całym dniu wędrowania w tej paskudnej, wilgotnej pogodzie.
Jak zwykle obejrzało się za nami kilka oczu. To akurat normalne, więc nie przyłożyłam do tego większej uwagi. Kierując się do czegoś, co ewidentnie było tu karczmą (mimo, że nie miało żadnego szyldu) rozmyślałam po kiego grzyba wzięłyśmy to zlecenie. Niby nic, w końcu zawiniecie jakiejś błyskotki nie było niczym dla mnie nadzwyczajnym. Cena również była ładna, a my potrzebowałyśmy pieniędzy. Moja towarzyszka szła koło mnie w milczeniu. Tak jak ja przywykła już do ciekawskich spojrzeń, chociaż ją obrzucano nimi znacznie częściej niż mnie. Wszak spotkać niziołka tak daleko od domu to nie lada zaskoczenie.
Gdy tylko weszłyśmy, zapachniało pieczonym mięsem. Zza lady spoglądał na nas siwowłosy, długobrody mężczyzna. Był tak chudy, że aż żylasty. Po sposobie w jaki patrzył poznałam, że twarda z niego sztuka. Skierowałam się od razu do niego i zadałam kilka standardowych pytań. W końcu zapytałam o przewodnika.

- Musicie popytać – odparł mi. – Może ktoś was zaprowadzi. Gdziekolwiek idziecie – umilkł na chwilę, po czym dodał. - To dziwne, że w takie miejsca... dwie kobiety... ale z drugiej strony..
- Lubimy przygody – odparłam.
- No nie wątpię – rzekł, spoglądając na nasze uzbrojenie.

Udałam się więc w stronę ław, znajdujących się przy sporym ognisku i przysiadłam nasłuchując, o czym debatują mieszkańcy. Miedzy nimi wybuchło nie lada poruszenie, przysunęłam się więc nieco, by zasięgnąć języka. Bandyci. Nic nowego na tym świecie. Tym razem, wedle usłyszanych słów, grubo przesadzili. Mieszkańcy, czterech rosłych chłopów wyraźnie byli z tego faktu niezadowoleni. Wykrzykiwali zamiary zatłuczenia tamtych. W tej chwili karczmarz przyniósł Ale i zasugerował, że skoro lubimy przygody, powinnyśmy dołączyć. Zerknęłam jedynie na Karin, szukając potwierdzenia. Kiedy skinęła głową zaoferowałam rozjuszonym góralom naszą pomoc.

- Widzę, że coś tam wiecie, coś tam przeżyłyście w życiu – powiedział ten, któremu zaoferowałam pomoc, wielki jak dąb facet, który najwyraźniej samą już wielkością zdobywał szacunek. Miał krótkie czarne włosy i brodę.
- Coś tam wiemy – zgodziłam się. – Coś tam umiemy.
- Ale czemu chcecie nam pomóc?
- Powiedzmy, że potrzebujemy przysługi. Potrzebujemy przewodnika po górach. My pomożemy wam, wy pomożecie nam – to byłą uczciwa oferta, a przy tym pozwalała nam zaoszczędzić złota.

Górale chyba również tak pomyśleli, bo już po chwili, w której zdołałam jedynie zamoczyć usta w kuflu, ruszyliśmy na łowy. Za moją namową zdecydowaliśmy się zaatakować bandytów przy ognisku, miast czekać aż wrócą do swej siedziby, gdyż obawiałam się, że w kryjówce mogli mieć pozastawiane pułapki. Znaleźliśmy ich po niedługim czasie. Razem z Karin ruszyłyśmy jako pierwsze, by się podkraść, ocenić sytuacje i w razie czego pozbyć się wartowników.

Było ich sześciu. Czterech spało w okół ogniska. Rozdzieliłyśmy się.  Podkradłam się cichaczem do mężczyzny po mojej stronie. Karin, o zgrozo wybrała rzut sztyletem. Niestety nie dość, że nie trafiła, to jeszcze zaalarmowała o naszej obecności. W duchu obiecałam sobie następnym razem ustalać takie rzeczy. Wyrwałam się z krzaków i zaatakowałam sztyletem wartownika. Uchylił się. Kurwa. Zaklęłam pod nosem i spróbowałam jeszcze raz... I również nie trafiłam. Ja pierdole, co za pech! Przeciwnik wyszarpał toporek i zaatakował. Zabolało, krew zalała mi oczy. Otarłam ją czym prędzej i uskoczyłam. Rzuciłam w niego trzymanym w drugiej ręce kamieniem. Uchylił się. Do kurwy nędzy! Skończyły mi się bluzgi. Zaatakował znów. Tym razem zdołałam uniknąć. Sytuacja zaczynała wyglądać beznadziejnie, lecz na pomoc przyszli nam górale. Nawet nie miałam czasu spojrzeć jak sobie radzi Karin. Jeden z naszych sojuszników trafił mojego przeciwnika toporem, dzięki temu mnie również dopisało szczęście. Sztylet mojego brata zatopił się w ramieniu mężczyzny, a góralski topór w jego głowie. Padł martwy. Zerknęłam na Karin, ona również uzyskała pomoc. Reszta naszych sojuszników już rozprawiała się z pozostałymi bandytami.

Przeszukaliśmy ciała. Zdobyłam kolejny nóż. Postanowiliśmy także odwiedzić kryjówkę bandytów. Niemal żałowałam, że nie było pułapek. Miałam wielką ochotę wykazać się czymś po nieudanej walce, w której pewnikiem bym zginęła, gdyby nie otrzymana pomoc. W duchu trzęsłam się z gniewu. Do stu kurew portowych, żeby ich demony prze chędożyły pierdoleni bandyci unikający ciosów! W kryjówce były prawie same śmieci. Wzięłam sobie łuk w średnio dobrym stanie. Za to Karin przygarnęła pistolet, na moje oko warty koło dwieście koron.

***

Zapadał zmrok. Obserwowałyśmy budynek, który jednak okazał się nie być klasztorem. Kiedy byłyśmy pewne, że nie będziemy łatwo dostrzeżone podeszłyśmy do muru i ruszyłyśmy wzdłuż niego. Zdecydowanie musiało być tu inne wejście. Nie myliłam się, natrafiłyśmy na zamkniętą furtkę. Śmierdziało. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, że powinnyśmy zażądać podwyżki. Podrapałam się po bandażu, którego, podobnie jak igieł i zdolności szycia ran, użyczył mi karczmarz i zabrałam się do otwierania. Zamek nie był skomplikowany, więc pierwszy z moich wytrychów okazał się trafnym wyborem.

Weszłyśmy na korytarz. Światło nie było za dobre, ale póki co byłyśmy niezauważone. Skierowałam się do pierwszych drzwi i delikatnie je uchyliłam, Karin poleciłam zrobić to samo z tymi na przeciwko. Za moimi była jakaś graciarnia. Jej drzwi ukazywały drogę do kolejnego korytarza. Otworzyłam szerzej swoje, coś zabłysło w nikłym świetle lamp. Błyskotka? A może coś wartościowego. Postanowiłam to sprawdzić... I wypieprzyłam się jak długa. Zaklęłam pod nosem słowami, które zdecydowanie nie przystoją damie. Poczułam czyjeś ręce. To Karin nieszczęśliwie wywaliła się na mnie. Zerwałam się na równe nogi i stwierdziłam, że jednak nie ma tu czego... w drzwiach stał mężczyzna w szacie. Przez chwilę wyglądał na równie zaskoczonego co my. Szybko jednak pozbierał szczękę z podłogi, odwrócił się i pobiegł.

- Do nędzy! Cały plan cichego ogarnięcia sytuacji diabli wzięli – warknęłam pod nosem.

Rzuciłam za nim sztyletem i .. oczywiście nie trafiłam. Nie było czasu na podjęcie bardziej zaawansowanych decyzji. Wiedziałyśmy, że jeśli wyskoczymy przez furtkę możemy już przez nią nie wejść. Chowanie się w graciarni także nie wydawało się zbyt dobrym pomysłem. Rzuciłam się do przodu i wpadłam do pierwszego pokoju po prawej. Karin wbiegła za mną i zamknęłyśmy drzwi. Pomieszczenie wyglądało dziwnie. Na ścianach wisiały dwa obrazy przedstawiające jakieś zamki, podobne od siebie, czerwony dywan na podłodze i ... Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Sądząc z opisu znajdował się tu amulet, który miałyśmy zdobyć. Szczęście w nieszczęściu, jak to mówią. Chwyciłam wisiorek. Przeszył mnie dziwny dreszcz. Zignorowałam go jednak i wrzuciłam świecidełko do kieszeni. Karin w tym czasie sprawdziła, czy pod dywanem nie ma żadnego tajnego wyjścia. Głosy na korytarzu zbliżały się, więc skoczyłam za drzwi. Otwarły się. Chwyciłam za linę. Zobaczyłam, jak Karin, próbując atakować, wręcz tanecznie potknęła się o dywan i wyrżnęła tą pucołowatą twarzyczką w podłogę. Wyskoczyłam zza drzwi, próbując narzucić linę na ramiona intruza, by dać nam chociaż trochę czasu.

- Złodzieje! – wrzasnął, uchylając się.

Wybiegł, chyba po wsparcie. Korzystając z okazji wyskoczyłam z pomieszczenia i wpadłam do tego na przeciwko. Omiotłam szybko spojrzeniem pokój i skryłam się za fotelem, wyjęłam łuk i nałożyłam strzałę. W tym momencie Karin się pozbierała, wystrzeliła z pokoju i pognała w stronę wyjścia. Brawo, rozsądna dziewczyna, pomyślałam. Za nią pobiegło jeszcze trzech, wypuściłam strzale, lecz jak na złość, byli za szybcy. Nikt mnie jednak nie zauważył.

Moja mała zwinna towarzyszka pognała w stronę lasu sprawiając, że właściwie spacerkiem mogłam opuścić ten klasztor, który nie był klasztorem. Nie pozwoliłam sobie jednak na to. Wzięłam nogi za pas czym prędzej i pognałam w dół.

***

Mięso było dobre, a Ale mokre i .. cóż, mokre. Nie pozwoliłam sobie jednak długo siedzieć na dole. Po szalone ucieczce, byłam cokolwiek zmęczona, lecz jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Siedziałam teraz na łóżku i trzymałam amulet w dłoni. Nie za bardzo miałam na to ochotę, ale coś mówiło mi, że powinnam sprawdzić, czy wtedy mi się nie wydawało.

Przez dłuższa chwilę wpatrywałam się w amulet, który ukazywał moje odbicie, aż w końcu ja, ta w amulecie będąc jakby nie mną zaczęłam się powoli uśmiechać. Ten uśmiech był jednocześnie przerażający i szalony, ale nie mogłam oderwać wzroku. Za tą upiornie uśmiechniętą postacią coś się poruszyło. Wzdrygnęłam się. Odłożyłam amulet. Ja pierdole w co myśmy się wpakowały? Ukryłam twarz w dłoniach i usłyszałam otwierane drzwi. Karin weszła, zajadając pałkę kurczaka. Przez dobrą minute nie miałam siły podnieść na nią oczu. Co się do nędzy wyprawiało?

- C..coś jest nie tak z tym amuletem – powiedziałam, spojrzawszy na nią. – On jest z..zdecydowanie magiczny... Albo gorzej – mój własny głos wydawał się nie należeć do mnie.
Podałam jej amulet i poprosiłam by w niego spojrzała, ale niczego nie spostrzegła. Niemożliwe. Niemal jękliwie poprosiłam ją, by spojrzała po raz drugi, dłużej, ale i tym razem niczego nie uzyskałyśmy. Serce mi zamarło. Albo wariowałam, albo amulet działał tylko na mnie. Nie miałam pojęcia co gorsze. Wzięłam świecidełko do ręki. Nigdy nie rozumiałam magii, zawsze przerażała mnie, była nienormalna, dzika i nieokiełznana. Spojrzałam na amulet starając się ocenić jego wartość. Był niewiele warty.
- Nie wydaje ci się, że pięćdziesiąt koron za niego to nieco za dużo? – zapytałam. - Jestem pewna, że nie jest tyle wart.
- Skoro twierdzisz, że tam coś widzisz, to może tego nie oddawajmy? – zaproponowała Karin.
- Więc co z tym zrobimy? Zakopiemy gdzieś?
- Nie wiem, może póki co przechowajmy?
- Na pewno nie jest wart pięćdziesięciu koron. Jestem przekonana, że on jest m..magiczny, coś w nim siedzi, jakiś czart.. – mój głos należał, do małej przestraszonej dziewczynki, nie cierpiałam siebie za to, ale nie mogłam nic poradzić. – Z drugiej strony, ty tego nie czujesz – powiedziałam. - Proponuje by..śmy ruszyły w drogę powrotną i po drodze zastanowimy się co z tym zrobić. Jeśli nadal będę czuła jakieś wibracje z nim związane to nie wiem.. może go zniszczymy?
- A w ogóle da się go zniszczyć?
- No teraz nie będę próbować.. ale jestem przekonana że coś jest z nim nie tak.
- A co jeśli byśmy to zniszczyły i coś by się uwolniło? – zapytała Karin rzeczowo.
- Nie wiem, nie mam pojęcia...Nie mam pewności, że jest magiczny – przyznałam – w końcu ty tego nie czujesz. Może to mi się tylko wydaje, może jestem zbyt zmęczona, po prostu prześpię się z tym i pomyślimy, dobra?

***

Ciemność, czerń nieprzenikniona, zimna, złowieszcza czerń. Starałam się otworzyć oczy. Z mroku zaczęły wyłaniać się jakieś kształty. Domy, ulica, znałam te okolicę. Ta wioska w górach. Ci ludzie... Wszędzie czerń. Czarni ludzie. Czarni ludzie bez twarzy. Rozpoznałam kilku po kształtach, wysokiego barczystego szefa bandy zajmującej się likwidacją bandytów. Przeszedł koło mnie. On.. a może jego cień? Przeszedł w ogóle nie zwracając na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było.  Spojrzałam w górę i zobaczyłam coś jakby wstęgę czerni unoszącą się z każdego mieszkańca wioski. A potem jeden po drugim, bez najmniejszego dźwięku zaczęli osuwać się na ziemię. Jak lalki, którym lalkarz obciął nitki. Legli tam gdzie stali, nie wydając choćby westchnienia. To było więcej jak upiorne. Spojrzałam na swoją dłoń. Była czarna. Dzierżyła sztylet. Cały umazany w krwi. W okół mnie walały się zakrwawione trupy, a na czarnym niebie świecił zielenią księżyc. Wrzasnęłam.

***

Własny wrzask obudził mnie, a może była to Karin, którą znów skopałam z łóżka. Nie wiem. Zlana potem usiadłam na brzegu i opuściłam głowę, próbując złapać oddech. Coś zadyndało mi na szyi. Amulet! Panika chwyciła mnie za serce. Zerwałam go z siebie i rzuciłam na podłogę. Moje blade ręce trzęsły się jakbym miała z pięćdziesiąt lat więcej. Karin coś do mnie mówiła, ale nie słyszałam, a może nie chciałam jej rozumieć.

- Nałożyłaś mi ten amulet na szyje?! – zapytałam oskarżycielsko.
- Nie! – zaprotestowała zaraz.
- Przecież sama sobie go nie nałożyłam tak? – warknęłam, szukając choć cienia racjonalności  tej sytuacji.
- Ale miałaś go w kieszeni – przypomniała mi.
- Więc dlaczego, do nędzy, obudziłam się z nim na szyi?!
- Ja spałam – broniła się moja towarzyszka.

Wtedy poczułam dym. Zerwałam się i ruszyłam do okna. Zobaczyłam całą wioskę w czerni. Domy były osmolone, spalone, jakby smok na nie czknął. Na ziemi zobaczyłam ciała. Ludzi leżących na ulicy, ułożonych w okrąg. Zerknęłam na swoje ręce, przekonana, że zobaczę na nich czerń i zakrwawiony sztylet. Były normalne. Resztki rozsądku pozwoliły mi ubrać się czym prędzej i zarządzić ucieczkę z tego dziwnego miejsca.

- Karin, weź go – powiedziałam wskazując amulet – ja go nie dotknę.
- Mówiłam ci wczoraj, ale nie chciałaś mi go dać.
- Dobrze,  ale teraz weź go, bo ja go nie dotknę.  I musimy stąd... tam się coś stało, jakieś złe rytualne coś i jeśli stąd nie spierdolimy w podskokach to nas dopadnie. Ale ja tego po prostu nie dotknę – znów wskazałam na amulet – Więc albo go zostawiamy, albo go bierzesz.

Wybiegłyśmy z karczmy. Nawet nie chciałam się zastanawiać jakim cudem nasz pokój ocalał od tej katastrofy. Po drodze widziałyśmy martwe zwierzęta z poderżniętymi gardłami. Przełknęłam żółć napierającą mi na gardło. Nie chciałam patrzeć, ale mimo wszystko widziałam, że jest w tym jakiś wzór i to przerażało mnie jeszcze bardziej. Ponagliłam Karin i wyszłyśmy. Rzuciłam tylko okiem na trupy leżące w okręgu przypominającym słońce. Jedyne czego chciałam to uciec z tego dziwnego miejsca, lecz nogi nie chciały mnie słuchać. Pół sekundy później wiedziałam już dlaczego.

Wśród dymu zbliżał się do nas ktoś w długim płaszczu i szpiczastym kapeluszu. Miał duży miecz w ręce. Opierał go o ramie nonszalancko, jakby broń nic nie ważyła. Uśmiechnął się w naszą stronę, a ten uśmiech sprawił, że ze strachu zapomniałam jak się oddycha.

~~*~~

czwartek, 8 czerwca 2017

Zakochałam się!

Poznałam ją w internetach.

Jej ogłoszenie pojawiło się chyba w odpowiedzi na moje zamiary i pragnienia. Wzorem Zelanda, pewnego dnia zajrzałam na FB i była tam. Ciekawska, z tym pięknym spojrzeniem, z uniesionym noskiem.

Przy pierwszym spotkaniu bardzo się denerwowałam. Czy mnie polubi? Czy nie odrzuci mnie od razu? Jak się zachować, by mnie pokochała. Wszak jest taka piękna!

Spotkałyśmy się parę razy, chociaż nawet przy mnie nie chciała usiąść. Kiedy przyniosłam jej upominek, przyjęła go z lekką nieufnością, ale i gracją.

Patrzyła na mnie tymi wielkimi oczami jeszcze nie wiedząc co się dzieje.

W końcu zamieszkałyśmy razem.

Na początku była mocno przestraszona, w końcu byłam dla niej zupełnie obcą osobą. Jednak już wkrótce odkryła moje dobre serce i zaczęła przychodzić, przytulać się.

Jest maleńka, chociaż wiekowa, po przejściach i niezwykła, bo posiada od urodzenia tylko jedną nerkę. Wciąż próbujemy dojść do ładu z dietą, bo bywa bardzo kapryśna i głośno wyraża swoje niezadowolenie. Potrafi takim dźwiękiem obudzić mnie w środku nocy, ale czuje, że jak wyjaśnimy pewne drobne sprawy okaże się, że świetnie do siebie pasujemy ;)

Mieszkamy razem dopiero kilka dni. Ona nadal szuka swojego ulubionego miejsca. Czasem siada mi na kolanach na chwilę, ale zaraz odchodzi. Dużo chodzi zresztą, mała panna fit ;-) Poznajemy się wciąż ale z dnia na dzień jest coraz lepiej. A ja już wiem, że ją kocham :)


Moja Mizia kochana :) 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

The Thief name Alexa

Urodziła się w Geschburgu. Była to dość bogata wioska, a zatem, mimo trzech braci i jednej siostry, niczego jej nie brakowało. Alexa miała długie do łopatek, rude włosy i urocze piegi. Na ramieniu, dobrze skrywany pod bluzką, znajdował się pieprzyk, a w uchu - zdecydowanie nie skrywany - kolczyk z małym czerwonym kamykiem. Matka niekiedy przyglądała jej się uważnie, jakby oceniała, czy już można wydać ją za mąż czy jeszcze poczekać. Alexa wszak była niewysoka i ważyła również mało, co sprawiało, że i jej piersi nie były tak okazałe jak u młodszej siostry. W zasadzie, gdyby się postarała, mogła uchodzić za chłopaka.

Na nieszczęście rodziców, starsza córka nigdy nie lubiła ubierać się, ani zachowywać dziewczęco. Włosy wciąż zaplatała w mocny warkocz, byleby jej tylko nie przeszkadzały. Ledwie odrosła od ziemi, a już znikała z braćmi na całe dnie. Raz, ku wielkiej rozpaczy matki, wróciła z wybitym zębem. Tłumaczyła, że to zwykła niezdarność, że upadła i uderzyła ustami w kamień, ale matka była pewna, że dziewczyna wdała się z kimś w bójkę. Niestety rodzeństwo w tej sprawie milczało jak zaklęte. Dziura po wybitym zębie widoczna była tylko, kiedy Alexa wybitnie szeroko się uśmiechała, co nieco uspokoiło matkę, ale nie na tyle, by nie zabronić jej szlajania się z chłopakami.

Alexa rosła pod czujnym okiem rodziców i w końcu zaczęła nabierać kobiecych kształtów. Ojciec odetchnął z ulgą, zwłaszcza, że dziewczyna nauczyła się już uśmiechać tak kokieteryjnie, że nie było widać ubytku uzębienia. Powoli, jak jej się zdawało zaczęli się przygotowywać do wydania ją za mąż. Obserwowała, jak zamożniejsi mieszkańcy wioski odwiedzają rodziców i długo debatują nad kuflami wyśmienitego, ważonego przez ojca Ale. Czasem zapraszali ją na te rozmowy, pozornie dotyczące zbiorów, a ona uśmiechała się kokieteryjnie, udając idiotkę, która nie ma pojęcia co się właściwie dzieje. Przytulała się do potencjalnych przyszłych teściów ogołacając ich niekiedy z sakiewek.

Od dziecka miała do tego dryg, a od momentu, gdy w dzień dojrzałości jej starzy brat Jonas, dostał ten cudowny sztylet, wiedziała już, czego najbardziej pragnie. Nie były to wielkie pragnienia. Drobnostki, które należały do innych ludzi, a którymi traciła zainteresowanie, gdy tylko je zdobywała. Zatem goście jej rodziców tracili sakiewki, a potem znajdywali je, czasem nieco uszczuplone o kilka monet gdzieś niedaleko własnych domów.

Alexa uwielbiała przyglądać się Jonasowi, a raczej jego sztyletowi, który nosił u boku. Zajmując się obowiązkami domowymi, w głowie knuła misterny plan, jak wejść w posiadanie tego ostrza. Tak naprawdę kilka razy już go ukradła, ale wciąż oddawała, zanim brat się zorientował. Nie mogłaby go przecież mieć przy sobie, poza tym posiadanie go, będąc w domu, jakoś niespecjalnie ją rajcowało.

Kiedy weszła w dojrzałość, rodzice otwarcie powiedzieli jej, że powinna poślubić kogoś z ich niedawnych gości. Pokiwała grzecznie głową i powiedziała, że przemyśli sprawę, choć wiedziała, że nie pozwolą jej na to. Tak naprawdę nie liczyło się kogo by wybrała. Musiała poślubić kogoś.

Wtedy wpadła na genialny pomysł.
Po raz pierwszy tej właśnie pamiętnej nocy poczuła dreszczyk, kiedy kładła dłoń na rękojeści sztyletu brata. Po raz pierwszy czuła, że to jest właśnie to, czego pragnie. Przypięła broń do pasa i pod osłoną nocy opuściła wioskę, rodzinę i nudną przyszłość, jaką jaką dla niej zaplanowano.

Od tej pamiętnej nocy minęło kilka lat. Alexa szlifowała umiejętności złodziejskie i nauczyła się kilka nowych sztuczek, a także udoskonaliła stare. W tej chwili, gdy miała już dwadzieścia pięć lat, radziła sobie na tyle dobrze, że tylko z rzadka zmuszona była nocować gdzieś w lesie. Fach w ręku i dreszczyk emocji podczas kradzieży, sprawiały, że była najszczęśliwsza na świecie.

Oto właśnie Alexa, ludzka złodziejka, którą będę grac w klasyczne RPG (Warhammer), po raz pierwszy w życiu. Jestem zarówno podekscytowana jak i nieco przestraszona, jak zawsze, kiedy mam spróbować czegoś nowego. Mam tylko nadzieję, że mój mistrz gry mnie nie zje na pierwszej sesji xD