To już tradycja, pomyślałam sobie bukując urlop i bilety. Hah, tradycja, ledwie powielona po zeszłorocznym wypadzie, ale i tak w sumie miło by było taką tradycję sobie ogarnąć. Szczególnie, że w tym roku w tym dniu przypadał tłusty czwartek i wymigałam się w ten sposób od przynoszenia pączków do pracy (jak słowo daje, u mnie jak w przedszkolu, masz urodziny to przynosisz cukierki).
Zapakowałam się więc najpierw w autobus, a potem w pociąg wyobrażając sobie jakie to będzie fajne kilka dni.
Rzeczywistość zweryfikowała moja wyobraźnie już w przesiadce między pociągowej, kiedy to we Wrocławiu mój, jak się sam nazywa 'brat" zapomniał kompletnie o moim święcie lat trzydziestu trzech.
Zgorzelec przywitał mnie deszczem, a wręcz ulewą co dla mojego zasmarkanego i zakaszlanego Ja było jedynie znakiem, że ni cholery zdrowym na wyjeździe nie będziemy.
Cioteczka Toć to Anioł Nie Kobieta przyjęła mnie jak zwykle gościnnie i smacznie łącznie z babcią którą mocno wy przytulałam ;-)
Rozczarowaniem jednak wielkim okazał się Łojciec, który wzorem tego nazywającego się mym "bratem" totalnie zapomniał, że jego jedyne dziecko ma urodziny. W związku z powyższym tłusty czwartek był jedynie pełen pączków bez jednego słowa "najlepszego" od kochanego łojczulka jak i jego kobiety. Nie mówiąc już o tym, że mój dawny pokój woła o pomstę do nieba za każdym razem gdy tam jadę, a jedyne o co prosiłam to żeby nie było syfu (w związku z powyższym poza łóżkiem do niczego się w tym pokoju nie przyznaje..)
I zimno też było, bo kamienica, mojemu przeziębieniu ino w to graj.
Dwudziesty zatem przeminął pod znakiem szybkich zakupów na rynku, gorącej czekolady, trzech pączków i dwóch kawałków ciasta oraz przepysznych klopsików z ziemniakami w sosie. Poza tym nic. Aha, wyprowadziłam psa.
Piątek znów spędziłam u Cioteczki gdzie wymieniłyśmy się usługami jak za dawnych czasów. Ona mi pofarbowała włosy, a ja jej zrobiłam paznokcie (zwykłymi lakierami, bo cioteczka jakoś nie ma ochoty odmaczać hybryd). Wieczorem skoczyłam do Cioteczki nr 2 i dowiedziałam się, że jej jeden syn się ogarnął natomiast drugi nadal jest szczupły wysoki i wredny ;/ Strach się odzywać normalnie. Z wielkim żalem nie ruszyłam moich ukochanych pałeczek z kremem śmietankowym z Lidla, bo poprzednia Cioteczka tak mnie nakarmiła że od 15stej do nocy nie przełknęłam już nic :P
W sobotę w drodze do wspomnianego wyżej Lidla wywiało mnie na wszystkie strony, a także dowiedziałam się moi dawni nauczyciele (ona z podstawówki, on z liceum) nie ogarniają co to RODO i radośnie pokazują wszelkie zebrane dane osobowe na listach poparcia ludzi wcześniej wpisywanych ludziom później wpisywanym. Gdy moim oczom ukazało się z osiem nazwisk/adresów/peselów uznałam, że swoich danych nie zamierzam tam dorzucać, szczególnie gdy od niegdysiejszego historyka z liceum usłyszałam, że "RODO phfru...", bo to na czas wyborów (a poza tym dalej mam na niego focha za tróje na świadectwie maturalnym gdy ewidentnie wychodziła mi czwórka). Zadrżałam wewnętrznie nad głupotą ludzi i poszłam do domu, bo jeszcze chwila, a wiatr wywiałby mnie z powrotem do niemieckiego marketu.
Potem to już kaszlałam prychałam i rękoma przerzucałam węgiel, by mieć napalone i w miarę ciepło (w piwnicy węgiel był w 10 kg workach i ani pół łopaty zdatnej do użytku a nie byłam w stanie podnieść tego wora i przechylić). Odmówiłam wyjścia do knajpy z powodu właśnie powyższego. A gdy w niedziele wychodziłam rano na pociąg nie zostałam nawet pożegnana bo wróciwszy o trzeciej nad ranem spali sobie w najlepsze. Więc zostawiłam Łojcu buziaka na policzku i kartkę na stole i pognałam na peron.
Zgorzelec pożegnał mnie deszczem i ten cholerny deszcz przywiozłam aż do siebie.
Tak oto przebiegła moja tradycyjna urodzinowa wycieczka do Miasta Rodzinnego.
Wróciłam z mocnym postanowieniem, że więcej w lutym nie jadę, bo pizga ;/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 lutego 2020
środa, 9 października 2019
Stare Pamiętniki
Normalnie powodzi mi się, tak sobie pomyślałam. To już trzeci wyjazd do rodzinnego miasta w tym roku. Kiedy mieszkałam w UK to się nie zdarzało. Ale kiedy mieszkałam w UK to kosztowało dwa razy więcej. I było 4 razy dalej. Jednak mimo, że bilety nie są tanie bo podróż w tą i z powrotem kosztuje bagatela 120 zł, to i tak nie jest tragicznie.
Tym razem pojechałam na urodziny do siostry Wiedźmy Rodzicielki, mojej ukochanej cioci Toć to Anioł Nie Kobiety.
(Szkoda Tylko, że ciocia nie ogarnęła, że laktoza jest nie tylko w mleku i porobiła same ciasta ze śmietanami :P Nie pojadłam nic a nic! )
Nocowałam w domu rodzinnym, czyli u Łojca. Jak zwykle kiedy tam jestem powoli zabieram wszystkie swoje rzeczy. Nie wiem dlaczego, może ma to związek z tym, że podświadomie czekam na moment kiedy znów się pokłócimy?
Anyway.
Pogrzebałam w swoich starych półkach, których większość zajmuje już kobita mojego Łojca, i wygrzebałam stare pamiętniki. No nie powiem niezłe to były historie, choć sposób pisania mocno dziecinny, no ale trudno się dziwić skoro czytałam zapiski z pół życia temu.
Liceum to był naprawdę aktywny czas dla mnie, aż dziwne, że miałam na to wszystko siłę. Ciągłe wyjścia, ciągła nauka, rozwód rodziców, koledzy, harcerze (sama nigdy nie dałam się namówić na bycie harcerką), trochę koleżanek i wieczna rozkmina czy temu albo owemu się podobam. Niby normalne problemy nastolatki, ale czy na pewno?
Dowiedziałam się przez to czytanie kilku rzeczy.
1) Rozwód rodziców trochę bardziej mnie trzepnął niż gotowa to byłam przyznać wtedy.
2) Odkąd zasmakowałam możliwości bycia w towarzystwie innych ludzi, nigdy już nie chciałam być sama
3) Naprawdę pragnęłam wtedy miłości i zauroczyłam się dosłownie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Aż mi wstyd jak to czytam, jaka naiwna czasami byłam.
4) Moi znajomi chodzili ze sobą a potem przeplatali się z kimś innym a ja byłam zazdrosna, że co rusz ten, czy owa mają kogoś.
5) Wiecznie brakowało pieniędzy, nawet na nowy zeszyt to pamiętnika.
6) Wtedy już byłam mocno internetowa i chociaż obecnie zamieniłam Irca i GG na FB i gry online, w zasadzie nic się nie zmieniło w tej kwestii.
7) Nie pamiętam dwóch osób o których pisałam i za chiny nie mogę sobie ich teraz przypomnieć.
Pamiętniki moje urywają się na Blondim (strasznie rył beret z tymi swoimi krzyczącymi wierszami), bo w tamtym okresie chyba już dostałam neostradę (o rety jestem dzieckiem neo :P) i przeniosłam się na bloga, któremu notabene dawałam max trzy miesiące życia.
Ciekawie jest poczytać tak stare czasy.
Choć czasem szkoda, że z nikim stamtąd nie mam już kontaktu...
Tym razem pojechałam na urodziny do siostry Wiedźmy Rodzicielki, mojej ukochanej cioci Toć to Anioł Nie Kobiety.
(Szkoda Tylko, że ciocia nie ogarnęła, że laktoza jest nie tylko w mleku i porobiła same ciasta ze śmietanami :P Nie pojadłam nic a nic! )
Nocowałam w domu rodzinnym, czyli u Łojca. Jak zwykle kiedy tam jestem powoli zabieram wszystkie swoje rzeczy. Nie wiem dlaczego, może ma to związek z tym, że podświadomie czekam na moment kiedy znów się pokłócimy?
Anyway.
Pogrzebałam w swoich starych półkach, których większość zajmuje już kobita mojego Łojca, i wygrzebałam stare pamiętniki. No nie powiem niezłe to były historie, choć sposób pisania mocno dziecinny, no ale trudno się dziwić skoro czytałam zapiski z pół życia temu.
Liceum to był naprawdę aktywny czas dla mnie, aż dziwne, że miałam na to wszystko siłę. Ciągłe wyjścia, ciągła nauka, rozwód rodziców, koledzy, harcerze (sama nigdy nie dałam się namówić na bycie harcerką), trochę koleżanek i wieczna rozkmina czy temu albo owemu się podobam. Niby normalne problemy nastolatki, ale czy na pewno?
Dowiedziałam się przez to czytanie kilku rzeczy.
1) Rozwód rodziców trochę bardziej mnie trzepnął niż gotowa to byłam przyznać wtedy.
2) Odkąd zasmakowałam możliwości bycia w towarzystwie innych ludzi, nigdy już nie chciałam być sama
3) Naprawdę pragnęłam wtedy miłości i zauroczyłam się dosłownie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Aż mi wstyd jak to czytam, jaka naiwna czasami byłam.
4) Moi znajomi chodzili ze sobą a potem przeplatali się z kimś innym a ja byłam zazdrosna, że co rusz ten, czy owa mają kogoś.
5) Wiecznie brakowało pieniędzy, nawet na nowy zeszyt to pamiętnika.
6) Wtedy już byłam mocno internetowa i chociaż obecnie zamieniłam Irca i GG na FB i gry online, w zasadzie nic się nie zmieniło w tej kwestii.
7) Nie pamiętam dwóch osób o których pisałam i za chiny nie mogę sobie ich teraz przypomnieć.
Pamiętniki moje urywają się na Blondim (strasznie rył beret z tymi swoimi krzyczącymi wierszami), bo w tamtym okresie chyba już dostałam neostradę (o rety jestem dzieckiem neo :P) i przeniosłam się na bloga, któremu notabene dawałam max trzy miesiące życia.
Ciekawie jest poczytać tak stare czasy.
Choć czasem szkoda, że z nikim stamtąd nie mam już kontaktu...
piątek, 7 czerwca 2019
Rapcia
Muszę się przyznać, że bałam się bardzo. No przeogromnie. A, jako, że jestem rybką to dualnie w tym samym momencie byłam święcie przekonana, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku! Ale do rzeczy.
Postanowiliśmy wyjechać na wakacje w maju, gdzieś w okolicach już marca Zaklęcie wpadł na pomysł pojechania samochodem. Ogarnął koszty i wybraliśmy auto. Mieliśmy dostać Toyotę Yaris, czerwoną do tego, więc mocno się przygotowywałam na taki właśnie samochód. Z racji oszczędnej części osobowości postanowiłam, że skoro mam tyle wydać na wynajmem auta to zahaczymy też Zgorzelec przed wyjazdem do Czech (wakacje zagramanicą, nie ma co, powodzi się :P), na urodziny mamy Zaklęcia (wspominałam Wam kiedyś, że moje Zaklęcie jest Czechem? :P )
W dniu wyjazdu jednak okazało się, że Yarisa jest w warsztacie (w Czechach właśnie) i w związku z tym dostaliśmy Skodę Rapid. Jak zobaczyłam ten wóz w internetach to normalnie przeraziłam się na maksa! Przecie to limuzyna, ja nie umiem takim wielkoludem jeździć!
Ale twardo postanowiłam jechać!
I okazałam się urodzonym kierowcą BMW! Już na samym wyjeździe z miasta wrypałam się na prawy pas zupełnie bez kierunku, a potem na lewy na rondzie, bo jakoś mi się nie ogarnęło, że to rondo jest dwu pasowe. Pan w samochodzie za mną chyba przeklina mnie do dziś. I ma do tego pełne prawo. Na swoją obronę powiedzieć mogę jedynie, że byłam tak przerażona wielkością tego auta, iż nie myślałam po kierowcowemu. Ubolewam i mocno przepraszam!
Na autostradzie byłam drugi raz w życiu, pierwszy raz na polskiej. Wedle Zaklęcia jeżdżę miodzio po trasie, tylko w mieście się gubię :P Pod Wrocław jednak dojechałam i potem zmieniłam się z Zaklęciem. Pozwoliłam mu prowadzić do Czech i po Czechach, podczas gdy ja z siedzenia pasażera zaznajamiałam się z Rapcią i przyzwyczajałam do jej gabarytów :)
Zaowocowało to pięknym powrotem do domu (łącznie z półtora godzinnym korkiem) kiedy po drodze w Zgolku zabraliśmy Cioteczkę Toć to Anioł Nie Kobietę :) Usłyszałam, że prowadzę pięknie i w ogóle Ciotencja ze mnie dumna. No nie powiem, serce pokraśniało ;-)
Wakacje się udały, czeskiego nadal nie umiem, choć sporo rozumiem ;-) Rodzinka Zaklęcia nadal przyjmuje mnie dość miło, a jego mama nadal totalnie nie przejmuje się tym, czy ją rozumiem, czy nie ^^
Postanowiliśmy wyjechać na wakacje w maju, gdzieś w okolicach już marca Zaklęcie wpadł na pomysł pojechania samochodem. Ogarnął koszty i wybraliśmy auto. Mieliśmy dostać Toyotę Yaris, czerwoną do tego, więc mocno się przygotowywałam na taki właśnie samochód. Z racji oszczędnej części osobowości postanowiłam, że skoro mam tyle wydać na wynajmem auta to zahaczymy też Zgorzelec przed wyjazdem do Czech (wakacje zagramanicą, nie ma co, powodzi się :P), na urodziny mamy Zaklęcia (wspominałam Wam kiedyś, że moje Zaklęcie jest Czechem? :P )
W dniu wyjazdu jednak okazało się, że Yarisa jest w warsztacie (w Czechach właśnie) i w związku z tym dostaliśmy Skodę Rapid. Jak zobaczyłam ten wóz w internetach to normalnie przeraziłam się na maksa! Przecie to limuzyna, ja nie umiem takim wielkoludem jeździć!
Ale twardo postanowiłam jechać!
I okazałam się urodzonym kierowcą BMW! Już na samym wyjeździe z miasta wrypałam się na prawy pas zupełnie bez kierunku, a potem na lewy na rondzie, bo jakoś mi się nie ogarnęło, że to rondo jest dwu pasowe. Pan w samochodzie za mną chyba przeklina mnie do dziś. I ma do tego pełne prawo. Na swoją obronę powiedzieć mogę jedynie, że byłam tak przerażona wielkością tego auta, iż nie myślałam po kierowcowemu. Ubolewam i mocno przepraszam!
Na autostradzie byłam drugi raz w życiu, pierwszy raz na polskiej. Wedle Zaklęcia jeżdżę miodzio po trasie, tylko w mieście się gubię :P Pod Wrocław jednak dojechałam i potem zmieniłam się z Zaklęciem. Pozwoliłam mu prowadzić do Czech i po Czechach, podczas gdy ja z siedzenia pasażera zaznajamiałam się z Rapcią i przyzwyczajałam do jej gabarytów :)
Zaowocowało to pięknym powrotem do domu (łącznie z półtora godzinnym korkiem) kiedy po drodze w Zgolku zabraliśmy Cioteczkę Toć to Anioł Nie Kobietę :) Usłyszałam, że prowadzę pięknie i w ogóle Ciotencja ze mnie dumna. No nie powiem, serce pokraśniało ;-)
Wakacje się udały, czeskiego nadal nie umiem, choć sporo rozumiem ;-) Rodzinka Zaklęcia nadal przyjmuje mnie dość miło, a jego mama nadal totalnie nie przejmuje się tym, czy ją rozumiem, czy nie ^^
Spokojnie, nie zjadłam tego sama ;P
niedziela, 3 marca 2019
Zgorzelec - City
Tak ja wim, nie było mnie od groma czasu. Nie pisałam nic i tak się nie martwiliście :P Nie było mnie, bo w końcu wzięłam upragniony urlop i na cale sześć dni wyrwałam się z domu do.. domu.
Z okazji urodzin zrobiłam sobie sama prezent i dokładnie w ich dniu wsiadłam w pociąg do Zgorzelca. Pierwszym zaskoczeniem było, że przesiadka we Wrocławiu nie była pierwsza i jedyną. Węgliniec przywitał mnie małym zamieszaniem ale idąc za tłumem trafiłam w końcu do dobrego pociągu.
Gdy tylko zajechałam moja ciotencja Toś to Anioł nie Kobieta przywitała mnie obiadem i smacznym torto ciastem ;-) Siedziałam u nich do wieczora :)
Z okazji urodzin zrobiłam sobie sama prezent i dokładnie w ich dniu wsiadłam w pociąg do Zgorzelca. Pierwszym zaskoczeniem było, że przesiadka we Wrocławiu nie była pierwsza i jedyną. Węgliniec przywitał mnie małym zamieszaniem ale idąc za tłumem trafiłam w końcu do dobrego pociągu.
Gdy tylko zajechałam moja ciotencja Toś to Anioł nie Kobieta przywitała mnie obiadem i smacznym torto ciastem ;-) Siedziałam u nich do wieczora :)
Następne dni minęły pod znakiem spotykania się z ludźmi. Niestety mój guru od komputerów, kumpel z podstawówki/gimnazjum/ liceum nie miał dla mnie czasu, ale odwiedziłam Szwagrzycę i spędziłam trochę czasu z Łojcem :) Spacerów też nie ominęłam, co też czynie zawsze, sprawdzając jak bardzo zmieniło się moje miasto od ostatniego pobytu. Niestety już dawno stwierdziłam, że miasto może i moje, ale ludzie już nie. Zero znajomej twarzy na ulicach. Gdzież to oni wszyscy wybyli? Za to wygłaskałam koty i wyprzytulałam pieseła :)
Jak wspomniałam spacer po mieście również mnie nie ominął :)
Natrafiłam również na pijalnie czekolady, gdzie nie mogłam się zdecydować czy chcę kawę czy czekoladę, więc dostałam... Kawę z Czekoladą xD
Urlop niestety minął bardzo szybko i ani się obejrzałam, a trza było wracać do roboty. Nie ma jednak tego złego, bo w przerwie między pociągami, we Wrocławiu aż dwa razy (w tę i na zad) udało mi się spotkać z Nekusiem ;-)
środa, 27 grudnia 2017
Krásné prázdniny
Od trzeciej nad ranem już nie spałam. Głównie dlatego, że moja Kota ostatnio wybiera sobie tą godzinę na porę nocnego przytulania. Zjadłszy śniadanie pożarłam aviomarin na deser i poleciałam na ulubiony autobus linii E - makarena :P.
České dráhy zabrały nas spóźnione o 10 minut, ale to podobno wina Polski. Zaklęcie uparcie twierdzi, że u niego wszystkie pociągi jeżdżą punktualnie.
W Pradze byliśmy spóźnieni godzinę, na szczęście i tak nie zrobiło nam to różnicy, następny pociąg był za 20 min.
W Pradze byliśmy spóźnieni godzinę, na szczęście i tak nie zrobiło nam to różnicy, następny pociąg był za 20 min.
Na miejscu przywitano mnie bardzo serdecznie, mimo, że chyba nie zrobiłam dobrego wrażenie zatwardziałym protestem by nie nosić za mnie torby. Cóż, taka już ze mnie Villosia - Samosia. Jak się okazuje dużo czeskich słów jest dość podobnych, a sam język intuicyjny. Jednakowoż bardzo miło zrobiło mi się, gdy w prezencie dostałam po polsku napisane życzenia (ze słownikiem ofc) na zdrapce. Swoją drogą wygrałam całe dwieście koron, co oznaczyło, że miałam nieplanowane kieszonkowe xD
Następnego dnia, na wsi już, okazało się, że moja nieznajomość języka NIE JEST ABSOLUTNIE ŻADNĄ przeszkodą ;P Mama Zaklęcia nawijała do mnie jak z karabinu maszynowego, a ja rozumiejąc trzy po trzy i jakoś ćwiartkę z każdej wypowiedzi kiwałam głową i próbowałam udawać, że rozumiem więcej niż w rzeczywistości :P
Pierwszy raz w życiu ubierałam żywą choinkę.!
Na wigilijne śniadanie jadłam świeżą bułeczkę z domowej roboty dżemem z truskawek z ogródka za oknem. Dżem był tak niesamowicie dobry, że autentycznie się popłakałam.
Muszę Wam powiedzieć, że czeska wigilia różni się od polskiej. Pierwszą rzeczą jaką idzie zauważyć to fakt, że nie ma dwunastu potraw. Jeśli dobrze policzyć to są dwie.. no z winem trzy. Opłatka tyż nie ma, co moim zdaniem jest bardzo dobrym posunięciem. Pani domu zebrała nas przy stole, rozlano wino, unieśliśmy kieliszki i, o ile dobrze zrozumiałam, rzekła:
"witam Was serdecznie przy naszym wspólnym posiłku, życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń, życia w dostatku i wszystkiego co najlepsze, a teraz podarujmy minutę ciszy tym, którzy nie mogą być tu z nami"
Po skrupulatnie odliczonej minucie należało stuknąć się kieliszkami z absolutnie wszystkimi osobami przy stole, byle nie na krzyż i można było zasiadać do jedzenia. Podobno tradycją jest ryba w panierce i sałatka. Z racji preferencji kulinarnych zebranych osób sałatka owszem była, ale miast ryby raczyliśmy się cyckami z kuraka :) Potem przyszedł czas na pozowanie przy choince i radość z rozdawania prezentów.
Pani domu okazała się kobietą pełną energii, szczęśliwą, uśmiechniętą i posiadającą barwną osobowość. Opowiedziała mi bardzo dużo rzeczy z których, podkreślam, zrozumiałam tylko część. Pokazała mi także swoje muzeum rzeczy znalezionych (odkopanych) w lesie. Prawdziwe skarby!
Ach i oczywiście była cała masa ręcznie robionych ciastków :P Ale nie będę Wam robić apetytu bo i tak się nie podzielę:P
poniedziałek, 16 października 2017
W prezencie wyjazdy
Kończy mi się staż, ale jak każdy dobry pracownik wypracowałam sobie urlop który wziąć muszę, bo mi za niego nie zapłacą. Jako, że sknera ze mnie okropna postanowiłam dni wolne wykorzystać, zwłaszcza, że mogłam je złączyć ze zbliżającymi się urodzinami Zaklęcia.
W prezencie zatem wzięłam go do miasta rodzinnego, gdzie z zapałem oprowadzałam go po ulubionych miejscach rzucając niekiedy suche informację na temat gdzie chodziłam do szkoły, a niekiedy opowiadając historię z życia związane z konkretnym spotem.
Miasto moje, jak przez ostatnie kilka wizyt, zdaje się wręcz zatrzymane w czasie. Znaczy chodzi mi o miejsca, bo ludzi znajomych jak na lekarstwo. W ogóle przyznać muszę, że gdy tam bywam to trochę jakbym wracała do przeszłości, tylko dusze tej przeszłości jakoś się nie pojawiają.
Ostatnią wizytą odezwałam się do Bobera, bo podobno o mnie pytała. Niestety po wymianie bagatela pięciu SMSów nasza reaktywacja ucichła. Żadnego "spotkajmy się jak będziesz" czy "kiedy wyskoczymy na browarek". Podobnie jak relacja z Boberem umarło mi wiele innych znajomości. Na szczęście miasto samo w sobie znajomości nie wymaga. Miejsca czekają tak, jak je zostawiłam, zmienne jedynie o pory roku, w których je odwiedzam.
Razem z Zaklęciem odwiedziliśmy Toć to Anioł Nie Kobietę, Babcię, a także drugą siostrę Wiedźmy Rodzicielki. W dniu urodzin zabrałam go na obiad a Toć to Anioł Nie Kobieta, znana skądinąd z wspaniałości wypieków, podarowała mu przepyszny tort :)
Dużo spacerowaliśmy, tym bardziej, że październik zdał się łaskawy pogodowo i mogłam oglądać ukochaną Polską jesień pełną kolorów i słońca :)
Zaklęcie chyba był zadowolony (jego w sumie nie trudno zadowolić :P) i jedyny mankament psujący cały urlop to Łojciec, który przypomniał mi, dlaczego nie cierpiałam z nim mieszkać (serio czwarty dzień już mnie trzepie ta sytuacja...).
Na całe szczęście jesień dopisała, koty dopisały, radość piesa z wizyty dopisała, więc w sumie można powiedzieć, że bilans wyszedł na równe zero ;P
W prezencie zatem wzięłam go do miasta rodzinnego, gdzie z zapałem oprowadzałam go po ulubionych miejscach rzucając niekiedy suche informację na temat gdzie chodziłam do szkoły, a niekiedy opowiadając historię z życia związane z konkretnym spotem.
Miasto moje, jak przez ostatnie kilka wizyt, zdaje się wręcz zatrzymane w czasie. Znaczy chodzi mi o miejsca, bo ludzi znajomych jak na lekarstwo. W ogóle przyznać muszę, że gdy tam bywam to trochę jakbym wracała do przeszłości, tylko dusze tej przeszłości jakoś się nie pojawiają.
Ostatnią wizytą odezwałam się do Bobera, bo podobno o mnie pytała. Niestety po wymianie bagatela pięciu SMSów nasza reaktywacja ucichła. Żadnego "spotkajmy się jak będziesz" czy "kiedy wyskoczymy na browarek". Podobnie jak relacja z Boberem umarło mi wiele innych znajomości. Na szczęście miasto samo w sobie znajomości nie wymaga. Miejsca czekają tak, jak je zostawiłam, zmienne jedynie o pory roku, w których je odwiedzam.
Razem z Zaklęciem odwiedziliśmy Toć to Anioł Nie Kobietę, Babcię, a także drugą siostrę Wiedźmy Rodzicielki. W dniu urodzin zabrałam go na obiad a Toć to Anioł Nie Kobieta, znana skądinąd z wspaniałości wypieków, podarowała mu przepyszny tort :)
Dużo spacerowaliśmy, tym bardziej, że październik zdał się łaskawy pogodowo i mogłam oglądać ukochaną Polską jesień pełną kolorów i słońca :)
Zaklęcie chyba był zadowolony (jego w sumie nie trudno zadowolić :P) i jedyny mankament psujący cały urlop to Łojciec, który przypomniał mi, dlaczego nie cierpiałam z nim mieszkać (serio czwarty dzień już mnie trzepie ta sytuacja...).
Na całe szczęście jesień dopisała, koty dopisały, radość piesa z wizyty dopisała, więc w sumie można powiedzieć, że bilans wyszedł na równe zero ;P
Może nie wygląda ale jak się uwali to i siniaków można się nabawić :P Pies wiecznie szczeniakowaty umysłem :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































