poniedziałek, 31 grudnia 2018
Najlepszego!
Szampańskiej zabawy i wszystkiego co najlepsze w nowym roku. Niechaj będzie lepszy od poprzedniego. Niechaj wszystkie problemy się rozwiążą, a nowe nie nadejdą. Niechaj czekolada idzie w cycki. Niechaj hybrydy się trzymają. Niechaj urlopy się udają i niech w pracach nie wkurwiają ;-)
wtorek, 18 grudnia 2018
Zanikający czas
Kurde, znów mi się gdzieś czas zapodział. Nie widzieliście go? Uciekł franca jedna, trzy tygodnie zabrał i oddać nie chce. Dni mijają nie wiem kiedy. Już drugi weekend zapominam do łojca zadzwonić, a przeca potrzebuje przepis na bigos. Na sylwestra sobie wolne wzięłam to mogę po pichcić.
Szał prezentów trwa między szałem lakierów. Okazało się ostatnio, że mam ich aż trzynaście (po ostatnim prezencie od MNKMM - 14) także mam więcej zabawy niż czasu na nią :P Do tego dziś przyszedł zestaw od Nekusia (opierdzieliłam go bo umawialiśmy się na kartki, świąteczny drań, trzy lata temu ten sam numer mi zrobił :P), za diabła jeszcze nie wiem co zrobić z tymi lakierami, bo jest ich aż osiem i nie są to hybrydy ale na pewno znajdę jakieś zastosowanie na nie ;-)
Propos hybryd to nadal się ostro bawię, co jakiś czas pewnie pochwalę się Wam rezultatami, bo oczywiście wszystko dokumentuje jak chińczyk w europie - pstrykam zdjęcia xD
Razem z Zaklęciem ubraliśmy już choinkę (zdjęcie powyżej). Ustawiliśmy ją na ściance meblowej a obok postawiliśmy prezenty od Pani Krainy które przyszły poczta. Swoją drogą szalona to kobieta, prosiłam ją by mi kupiła hurtem kilka kartek angielskich świątecznych, zestawy po dwa trzy funty (wybrałam kilka i okazało się, że kartek mam na kolejne 7 lat :P) a ona mi nie dość, że wysłała prezenty (jeszcze nie rozpakowane bo Zaklęcie powiedział, że na święta odpakujemy) to jeszcze kupiła mi moje ukochane Mikado... paczek z 15ście. Szalona kobieta :P
Trochę się obawiałam co mój kot na choinkę. Ale Miziak tylko wlazła na górę popatrzyła.
- No spoko nawet znośnie Wam to wygląda. Można tak zostawić, tylko jedna.. jedyna rzecz tu nie pasuje.
- Co takiego?
- No ta babka w kształcie muffinki. Mówię Ci ona lepiej wygląda na podłodze, o tak. Uwierz mi ja się na tym znam, mam doktorat z dekoracji :P
Po czym zrzuciła bąbkę stojącą na podłogę. Na całe szczęście wszystkie bombki są plastikowe ^^
Ah no i jeszcze się nie mogę zdecydować który kalendarz drukować ;-) Poradźcie :)
Szał prezentów trwa między szałem lakierów. Okazało się ostatnio, że mam ich aż trzynaście (po ostatnim prezencie od MNKMM - 14) także mam więcej zabawy niż czasu na nią :P Do tego dziś przyszedł zestaw od Nekusia (opierdzieliłam go bo umawialiśmy się na kartki, świąteczny drań, trzy lata temu ten sam numer mi zrobił :P), za diabła jeszcze nie wiem co zrobić z tymi lakierami, bo jest ich aż osiem i nie są to hybrydy ale na pewno znajdę jakieś zastosowanie na nie ;-)
Propos hybryd to nadal się ostro bawię, co jakiś czas pewnie pochwalę się Wam rezultatami, bo oczywiście wszystko dokumentuje jak chińczyk w europie - pstrykam zdjęcia xD
Razem z Zaklęciem ubraliśmy już choinkę (zdjęcie powyżej). Ustawiliśmy ją na ściance meblowej a obok postawiliśmy prezenty od Pani Krainy które przyszły poczta. Swoją drogą szalona to kobieta, prosiłam ją by mi kupiła hurtem kilka kartek angielskich świątecznych, zestawy po dwa trzy funty (wybrałam kilka i okazało się, że kartek mam na kolejne 7 lat :P) a ona mi nie dość, że wysłała prezenty (jeszcze nie rozpakowane bo Zaklęcie powiedział, że na święta odpakujemy) to jeszcze kupiła mi moje ukochane Mikado... paczek z 15ście. Szalona kobieta :P
Trochę się obawiałam co mój kot na choinkę. Ale Miziak tylko wlazła na górę popatrzyła.
- No spoko nawet znośnie Wam to wygląda. Można tak zostawić, tylko jedna.. jedyna rzecz tu nie pasuje.
- Co takiego?
- No ta babka w kształcie muffinki. Mówię Ci ona lepiej wygląda na podłodze, o tak. Uwierz mi ja się na tym znam, mam doktorat z dekoracji :P
Po czym zrzuciła bąbkę stojącą na podłogę. Na całe szczęście wszystkie bombki są plastikowe ^^
Ah no i jeszcze się nie mogę zdecydować który kalendarz drukować ;-) Poradźcie :)
poziomy
czy pionowy?
środa, 5 grudnia 2018
Taka sytuacja.
Dnia kolejnego, któraś z rzędu ranka. Pół śpiąca jeszcze o godzinie 10tej otwieram kolejny karton. Wyciągam leki na biurko i nagle olśnienie, że nie ma papieru. Ani kawałka nawet. No nic! Zero w tyłka leki się wziąwszy.
Jak zwykle do Pani E rzuciłam się po pomoc, coby swoją magiczną rączką po numerze plomby kierowce mi znalazła, co to ja go będę musiała przekabacić coby mi łaskawie znalazł ten druk. Po odprawieniu czarów rączkami Pani E. okazało się, że nie kierowca, a kierownica, a raczej pani kierowiec.
No to łapię za słuchawkę, uradowana, bo z kobietą pewnie się łatwiej dogadam (zważywszy na to, ze ostatnio panowie kierowcy straszliwie mnie irytują obietnicami pomocy i nie wywiązywaniem się z nich). Dryyyyyń. Sygnał, jeden, drugi, trzeci....
- Słucham - odzywa się męski głos.
Ja skonsternowana, bo przecież z kobietą miałam rozmawiać. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to, że to jakiś jej facet czy coś.
- A przepraszam, a mogę z panią Ewa?
- No nie bardzo.
- A kiedy będzie można? - wciąż w szoku lekkim.
- A może wypadałoby się najpierw przedstawić?
No fakt, z tego szoku zupełnie zapomniałam zwyczajowej formułki. Powiedziałam więc skąd dzwonie, pominąwszy własne nazwisko, bo sam mi się nie przedstawił i widzę od wejścia, że wrogo nastawiony.
Z dalszej rozmowy wywnioskowałam, że pan jest szefem pani kierowiec, albo nie wiem kim, ale kimś rozporządzającym owa osobą do której dostępu mi bronił. Pozostawiłam więc na jego barkach problem znalezienia druku, albo chociaż apteki z plomby numer podany i zobowiązałam go do wysłania mi maila.
Pół godziny później z tej samej palety otwieram kolejne pudło. W środku Vibowit i... druki mi brakujące 12 pudełek wcześniej. Druku na Vibowit brak.
Kurtyna.
Bis.
Postanowiłam po drukach odnalezionych zlokalizować aptekę do której ów Vibowit na pewno należy.
Jak zwykle do Pani E rzuciłam się po pomoc, coby swoją magiczną rączką po numerze plomby kierowce mi znalazła, co to ja go będę musiała przekabacić coby mi łaskawie znalazł ten druk. Po odprawieniu czarów rączkami Pani E. okazało się, że nie kierowca, a kierownica, a raczej pani kierowiec.
No to łapię za słuchawkę, uradowana, bo z kobietą pewnie się łatwiej dogadam (zważywszy na to, ze ostatnio panowie kierowcy straszliwie mnie irytują obietnicami pomocy i nie wywiązywaniem się z nich). Dryyyyyń. Sygnał, jeden, drugi, trzeci....
- Słucham - odzywa się męski głos.
Ja skonsternowana, bo przecież z kobietą miałam rozmawiać. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to, że to jakiś jej facet czy coś.
- A przepraszam, a mogę z panią Ewa?
- No nie bardzo.
- A kiedy będzie można? - wciąż w szoku lekkim.
- A może wypadałoby się najpierw przedstawić?
No fakt, z tego szoku zupełnie zapomniałam zwyczajowej formułki. Powiedziałam więc skąd dzwonie, pominąwszy własne nazwisko, bo sam mi się nie przedstawił i widzę od wejścia, że wrogo nastawiony.
Z dalszej rozmowy wywnioskowałam, że pan jest szefem pani kierowiec, albo nie wiem kim, ale kimś rozporządzającym owa osobą do której dostępu mi bronił. Pozostawiłam więc na jego barkach problem znalezienia druku, albo chociaż apteki z plomby numer podany i zobowiązałam go do wysłania mi maila.
Pół godziny później z tej samej palety otwieram kolejne pudło. W środku Vibowit i... druki mi brakujące 12 pudełek wcześniej. Druku na Vibowit brak.
Kurtyna.
Bis.
Postanowiłam po drukach odnalezionych zlokalizować aptekę do której ów Vibowit na pewno należy.
sobota, 1 grudnia 2018
O kolorkach stylizacjach i drogiej zachciance i testach :P
Jakiś czas temu wspominałam Wam, że jako baba problemu nie miałam to sobie go zrobiłam w postaci zachcianki na hybrydy. Domowej roboty ofc, bo przecież ja nie cierpię płacić za coś, co mogę zrobić sama. W tym temacie jestem jak Anita Blake - staram się nie prosić kogoś o zrobienie czegoś, czego sama nie mogłabym zrobić :P
W związku z powyższym oczywiście z tematem się zaznajomiłam, a problem przerodził się w szukanie rozwiązań. I tak oto temat ucichł, ponieważ postanowiłam pierw przetestować swoją zachciankę i oczywiście wszystko udokumentować :P (tak wiem, nadgorliwość gorsza od faszyzmu ^^) .
A zatem na początku listopada stałam się szczęśliwą posiadaczką zestawu startowego z firmy NeoNail, kosztującego bagatela ponad 2 setki, ale czego się nie robi dla piękna (nie, żebym wcześniej jakoś nie raczyła nigdy chodzić na paznokcie do kosmetyczki, ale jak wspominałam przy ostatnim marudzeniu o ubraniach (a może nie) - kobieta mi się włączyła)
Zestaw przyszedł bardzo szybko, a ja uzbrojona w filmiki i wszelaka wiedzę od wujka google zabrałam się do dzieła. Zajęło mi to ze dwie godziny. Wybrałam zielone kocie oko (to taki lakier którego drobinki zbierane są przez magnes i mają w zamiarze tworzyć efekt kociego oka 3D), zupełnie nie przygotowana (znów przyżydziłam na magnes za 15 zł :P) więc w ruch poszedł najzwyklejszy magnes z lodówki (pamiątka z Krakowa)
W związku z powyższym oczywiście z tematem się zaznajomiłam, a problem przerodził się w szukanie rozwiązań. I tak oto temat ucichł, ponieważ postanowiłam pierw przetestować swoją zachciankę i oczywiście wszystko udokumentować :P (tak wiem, nadgorliwość gorsza od faszyzmu ^^) .
A zatem na początku listopada stałam się szczęśliwą posiadaczką zestawu startowego z firmy NeoNail, kosztującego bagatela ponad 2 setki, ale czego się nie robi dla piękna (nie, żebym wcześniej jakoś nie raczyła nigdy chodzić na paznokcie do kosmetyczki, ale jak wspominałam przy ostatnim marudzeniu o ubraniach (a może nie) - kobieta mi się włączyła)
Zestaw przyszedł bardzo szybko, a ja uzbrojona w filmiki i wszelaka wiedzę od wujka google zabrałam się do dzieła. Zajęło mi to ze dwie godziny. Wybrałam zielone kocie oko (to taki lakier którego drobinki zbierane są przez magnes i mają w zamiarze tworzyć efekt kociego oka 3D), zupełnie nie przygotowana (znów przyżydziłam na magnes za 15 zł :P) więc w ruch poszedł najzwyklejszy magnes z lodówki (pamiątka z Krakowa)
Najpierw należało wypiłowac pazurki i lekko je zmatowić, co tez uczyniłam.
Potem nałożyć bazę utwardzić, kolor, utwardzić i zaś kolor i utwardzić (same wiecie) trwało to koszmarnie długo ze względu na pożyczony z lodówki magnes :P
A taki oto efekt uzyskałam
I tak wiem, niedomalowane pod skórki :P
Testowałam te hybrydki dość ekstremalnie tzn myjąc gary, sprzątając i generalnie pracując (grzebiąc się między kartonami). Po kilku dniach odpadł mi kawałek na palcu wskazującym lewej reki,, ale go naprawiłam, dopiero potem dowiedziałam się, iż powinnam top trzymać aż minutę pod lampą a nie 30 sekund. Tak czyniłam z ręką prawą, własnie dla testu. Z ręki prawej odpadł mi mały kawałeczek po prawie dwóch tygodniach. Po prawie dwóch tygodniach miałam też zaczapiste odrosty, ale twardo trzymałam się do weekendu (pierwsze hybrydy robiłam czwartkowym wieczorem) coby spokojnie móc się wszystkim zająć. A więc w piątek, czyli po 15 dniach moje pazurki wyglądały:
Toteż ponownie uzbrojona w wiedzę od wujka Google zabrałam się za ich ściąganie. Zmatowienie lakieru to było dla mnie coś nowego. W małych palcach nawet się dotarłam do płytki paznokcia, ale nie na tyle by zrobić sobie krzywdę. Potem już tylko należało przytulić się do acetonu (tudziez zwykłego lakieru z acetonem za 1,50 w szklanej buteleczce, działa tak samo - testowałam), owinąć paluszki jak kuraka do piekarnika i włączyć coś do oglądania na 15 min.
Zdrapywanie drewnianym patyczkiem poszło całkiem gładko, choć wyglądały koszmarnie dopóki ich nie umyłam :P Skróciłam je (bo okazało się, że mam dwa rozdwojone, zapewne ostatnim razem nie zadbałam o nie należycie) i dałam im pooddychać do dzisiejszego popołudnia.
Zresztą wyglądały lepiej niż się spodziewałam!
Na koniec postanowiłam się zabawić (nie mogąc się, jak to kobieta zdecydować co właściwie chce) i zabawa ta zajęła mi sporo koło dwóch godzin. Niestety chciałam być bardzo dokładna i pozalewałam nieco skórki, więc nie wróżę im aż dwóch tygodni. Ale to nic, bo już mam pomysł na następną stylizację. A póki co wygląda to tak:
wtorek, 20 listopada 2018
Wodospad
- Musisz się po prostu skupić - powiedział łagodnie.
- Przecież się skupiam do cholery! - warknęła.
- Przede wszystkim jesteś zdenerwowana - zauważył Leto.
- Bo już sram tą ciemnością i czernią. Poza tym potrzebuję ochrony na rdzeń - otworzyła oczy i spojrzała na niego.
Siedzieli na ziemi, jeśli można było to tak nazwać, bo wszechobecna czerń nie miała kierunku w absolutnie żadną ze stron. Siedzieli po turecku. W zasadzie to Leto lekko lewitował obok Vill, która usilnie starała się zebrać w sobie i użyć energię, którą wchłonęła z wieżowca.
- Myślę, że za bardzo się spinasz - powiedział spokojnie.
- Zaraz ci obije ryj - zawołała zagniewana i wstała
Buzowało w niej. Od paru godzin próbowała stworzyć ten cholerny wodospad pod którym zazwyczaj ukrywała rdzeń swego PozaŚwiata. Niestety od paru godzin wchłonięta z wieżowca energia czmychała jej spod metafizycznych palców zanim zdołała ją chwycić. Było to irytujące w równym stopniu jak spokój i opanowanie Leto.
- Wiesz dobrze, że nie dasz rady - rzekł jej z niezachwianą, ale niezbyt nadymaną pewnością siebie.
Nie powiedziała już nic więcej. W jednym momencie stała już na nogach i była przy nim. Uniesiona do ciosu pięść została sparowana kijem, który znalazł się w jego rękach w oka mgnieniu. Pamiętała, że wziął go od Pani Krainy, żałowała, że sama nie wzięła nic ze zbrojowni przyjaciółki. Cofnęła się i machnęła ręką, jakby chciała strzepnąć ból. Ruszyła na niego raz jeszcze nie próbując nawet ukryć, że zamierza uderzyć go z prawej. Jak przewidywała uniósł kij do parowania. Błyskawicznie zmieniła kierunek, na cios od dołu, ale jakimś cudem do przewidział. Znów dostała po łapach.
- Ty...
Zaczęła, ale brakło jej słów i czasu na ich wypowiedzenie. Machnął ręką w jej stronę posyłając wiatr, który ledwie zauważyła w tej ciemności. Zrobiła unik i poczuła jedynie jak energia przeczesała jej krótkie włosy. Uff, było blisko. Nie pozwolił jej jednak cieszyć się świadomością niemal perfekcyjnego uniku. Doskoczył do niej i podciął ją kijem. Wylądowała na plecach. Zamachnął się by ją uderzyć, a ona od turlała się szybko. Podnosząc się na nogi była już do tego stopnia wkurzona, że włosy zaczęły jej falować. Dwa kościane skrzydła poruszyły się na jej plecach. Coś jakby owal energetyczny obiegł je i zniknął. Ruszyła z zaciśniętymi pięciami.
- No i mamy połączenie - powiedział spokojnie.
To zbiło ją z tropu do tego stopnia, że byłaby się wyłożyła jak długa, gdyby jej nie złapał. Dopiero teraz poczuła, że miał rację. Skupiła się na walce tak mocno, że mimowolnie sięgnęła po wchłoniętą energię i połączyła się z nią. Wyszczerzyła się do Leto ukazując kły.
- Ty cholerny manipulancie - zaśmiała się.
- A teraz zamknij oczy i powiedz mi, jak wygląda ochrona rdzenia w postaci wodospadu.
Vill posłusznie zamknęła oczy i opowiedziała. Mało tego, zrobiła także odwzorowanie graficzne. Po kilku godzinach intensywnej pracy oboje siedzieli na ławce i rozkoszowali się szumem wodospadu.
- Przecież się skupiam do cholery! - warknęła.
- Przede wszystkim jesteś zdenerwowana - zauważył Leto.
- Bo już sram tą ciemnością i czernią. Poza tym potrzebuję ochrony na rdzeń - otworzyła oczy i spojrzała na niego.
Siedzieli na ziemi, jeśli można było to tak nazwać, bo wszechobecna czerń nie miała kierunku w absolutnie żadną ze stron. Siedzieli po turecku. W zasadzie to Leto lekko lewitował obok Vill, która usilnie starała się zebrać w sobie i użyć energię, którą wchłonęła z wieżowca.
- Myślę, że za bardzo się spinasz - powiedział spokojnie.
- Zaraz ci obije ryj - zawołała zagniewana i wstała
Buzowało w niej. Od paru godzin próbowała stworzyć ten cholerny wodospad pod którym zazwyczaj ukrywała rdzeń swego PozaŚwiata. Niestety od paru godzin wchłonięta z wieżowca energia czmychała jej spod metafizycznych palców zanim zdołała ją chwycić. Było to irytujące w równym stopniu jak spokój i opanowanie Leto.
- Wiesz dobrze, że nie dasz rady - rzekł jej z niezachwianą, ale niezbyt nadymaną pewnością siebie.
Nie powiedziała już nic więcej. W jednym momencie stała już na nogach i była przy nim. Uniesiona do ciosu pięść została sparowana kijem, który znalazł się w jego rękach w oka mgnieniu. Pamiętała, że wziął go od Pani Krainy, żałowała, że sama nie wzięła nic ze zbrojowni przyjaciółki. Cofnęła się i machnęła ręką, jakby chciała strzepnąć ból. Ruszyła na niego raz jeszcze nie próbując nawet ukryć, że zamierza uderzyć go z prawej. Jak przewidywała uniósł kij do parowania. Błyskawicznie zmieniła kierunek, na cios od dołu, ale jakimś cudem do przewidział. Znów dostała po łapach.
- Ty...
Zaczęła, ale brakło jej słów i czasu na ich wypowiedzenie. Machnął ręką w jej stronę posyłając wiatr, który ledwie zauważyła w tej ciemności. Zrobiła unik i poczuła jedynie jak energia przeczesała jej krótkie włosy. Uff, było blisko. Nie pozwolił jej jednak cieszyć się świadomością niemal perfekcyjnego uniku. Doskoczył do niej i podciął ją kijem. Wylądowała na plecach. Zamachnął się by ją uderzyć, a ona od turlała się szybko. Podnosząc się na nogi była już do tego stopnia wkurzona, że włosy zaczęły jej falować. Dwa kościane skrzydła poruszyły się na jej plecach. Coś jakby owal energetyczny obiegł je i zniknął. Ruszyła z zaciśniętymi pięciami.
- No i mamy połączenie - powiedział spokojnie.
To zbiło ją z tropu do tego stopnia, że byłaby się wyłożyła jak długa, gdyby jej nie złapał. Dopiero teraz poczuła, że miał rację. Skupiła się na walce tak mocno, że mimowolnie sięgnęła po wchłoniętą energię i połączyła się z nią. Wyszczerzyła się do Leto ukazując kły.
- Ty cholerny manipulancie - zaśmiała się.
- A teraz zamknij oczy i powiedz mi, jak wygląda ochrona rdzenia w postaci wodospadu.
Vill posłusznie zamknęła oczy i opowiedziała. Mało tego, zrobiła także odwzorowanie graficzne. Po kilku godzinach intensywnej pracy oboje siedzieli na ławce i rozkoszowali się szumem wodospadu.
poniedziałek, 12 listopada 2018
It's alive!
To żyje,to żyje, to się RUSZA!!
I wszystkim teraz na myśl przychodzi pewnie Frankenstein
No nic bardziej mylnego.
Ale od początku.
Jakiś czas temu na czacie głosowym zadzwonił do mnie Znaczek z jakąś pilną wiadomością po czym nie odzywał się przez dobre pięć minut. Te pięć minut, które siedziałam w grze i kompletnie nie mogłam załapać o co mu się rozchodzi. Dopiero jak kazał mi spojrzeć na komunikator zauważyłam... jego pulpit!
Patrzę na to i coś mi się wybitnie nie zgadza. Znaczy ikony są. Pasek menu na dole ekranu jest, widzę otwarte GG (tak, są ludzie, którzy wciąż używają GG między innymi ja) w pasku, widzę pasek start. Wszystko na swoim miejscu, ale jest jakaś subtelna różnica. Ten mroczny rycerz na tapecie. On.. oddycha!
No kurka wodna. Tam w tle jakieś światło się mieni, deszcz pada.
Autentycznie PADA
Na pulpicie!
Od razu mi się przypomniało, że już jakiś czas temu zauważyłam takowy fenomen właśnie w mojej ukochane muzyce zamieszczanej na YT. Epic w połączeniu z jakaś fantasy tapetą, gdzie gościowi jarzą się runy na mieczu, dziewczynie faluje spódnica, na pierwszym planie pada deszcz.
Wtedy także byłam zachwycona, ale niestety za diabła znaleźć nie mogłam jak toto się nazywa i jak to sobie na pulpit ulokować. teraz już się dowiedziałam, właśnie dzięki Znaczkowi, Otóż, rzeczone zjawisko nazywa się Live Wallpaper.
Ale ja oczywiście poszłam o krok dalej. Nie zadowoliło mnie ściągniecie specjalnego programu, który pozwoli mi uzyskać ruchome tapety ściągnięte z internetu na moim własnym osobistym pulpicie.
Nie.
Ja poszłam o krok dalej i zakupiłam za bagatela 15 zł program który mi umożliwi animowanie moich WŁASNYCH taperek.
I tak oto chwalę się Wam kilkoma tworami od wczoraj zrobionymi :) Doradzam wrzucić na pełny ekran, wtedy dobrze widać ;-)
piątek, 9 listopada 2018
Nie miała baba problemu...
.... to jej się hybryd zachciało.
Na początku było łatwo. Mnie wydawało się trudno, bo każdy kto mnie zna choć trochę bardziej wie, że po raz mam problem z decyzjami, po dwa wszystko u mnie musi na siebie zarobić. Znaczy to ni mniej ni więcej jak fakt, że muszę jakiejś rzeczy używać na tyle długo, iż muszę dojść do wniosku, że warta była swej ceny w stosunku do czasu użytkowania. Jestem też niebotycznym skąpcem jeśli chodzi o kupowanie sobie czegokolwiek (chociaż może temu przeczyć moje ostatnie wymienianie garderoby, ale czucie się lepiej w nowym stylu casual - bezcenne), więc liczę skrupulatnie każdą złotówkę (a wcześniej każdego funta) i wiecznie szukam złotego środka między jakością, a ceną.
Jak wspomniałam, na początku było łatwo. Musiałam jedynie zdecydować, czy rzeczywiście będę się tym zajmowała, tj, czy poświęcę te dwie godziny (może mniej) na to by przez około dwa tygodnie mieć idealne paznokcie. No kwestia wydania 150 zł na zestaw startowy wciąż mnie bolała, jednak uznałam, że albo to, albo przestanę kolorować paznokcie i zaś będę jedynie latać na bezbarwnym.
Osobiście nie cierpię się malować i w zasadzie robiłam to jedynie dlatego, że Krótki tego wymagał (tak, wymagał), za to lubię kolorować włosy i paznokcie. Jako, że moje włosy od ponad roku odpoczywają od farb, ostatnio zachciało mi się pazurków.
Zmagałam się z decyzją tydzień czasu. Wkręciłam się w temat, naoglądałam się filmików, naczytałam się blogów. Jako, że nie chodzę na paznokcie do kosmetyczek (jakoś nie bardzo lubię płacić za coś co mogę zrobić sama z zadowalającym efektem) nie liczyłam oszczędności jakie poczynię na domowym hybrydowaniu. Zależało mi raczej na trwałości, braku odprysków na wolnej stronie paznokcia, co sprawiało, że płytka wyglądała jak z plastiku, oraz na intensywności koloru i łatwości nakładania lakieru. Po około tygodniu podjęłam decyzję. Tak mogę wydać na zestaw startowy 150 zł, po grudniowej wypłacie - kupię sobie pod choinkę.
Zestaw startowy firmy Semilac prezentował mi się bardzo ładnie. Już nawet przeżyłam to, ze kolory kosztują tam po 30 zł za 7 ml, a te w zestawie są zupełnie nie pode mnie. Już naoglądałam się jak zrobic na pazurkach ombre i uznałam, że jednak z tymi kolorami będę mogła zadziałać. Już stwierdziłam, że w zasadzie można kupić potem lakiery z innej firmy (tańszej, ale również zadowalającej, sprawdzonej przez N. ode mnie z pracy).
Już byłam zdecydowania.
Dopóki nie doczytałam się gdzieś, że lampy 9W to chujowina i nie utwardzają hybryd tak dobrze jak powinny.
W związku z powyższym zaczęłam szukać lamp mocniejszych, co za tym idzie droższych. Inny zestaw startowy Semilac (podobno dobra i sprawdzona firma) ma lepszą lampę 24W (czyli taką już minimum w porządku do hybryd) za bagatela 200 zł. Jednak kolory w tym zestawie są o kant dupska rozbić.
Wparowałam więc do Wujka Google by pomógł mi znaleźć coś lepszego, zadowalającego cenowo i kolorystycznie. O składaniu własnego zestawu z Semilac'a mowy być nie mogło, wychodziło grubo ponad 2 setki, a jeszcze nie dołożyłam nawet pilników.
Znalazłam sobie jakąś isabelnails, z lampą okey, kolorami jak Cię mogę i w ogóle więcej rzeczami niż Semilac, ale taniej. Problem polega na tym, że nie mogę się nigdzie doszukać jakich porządnych opinii na temat ich lakierów. Jedynie co doczytałam to fakt, że mają ładne buteleczki, lakiery trzeba kłaść na trzy warstwy i mają małe pędzelki.
N. Natomiast sprawdziła firmę Claresa gdzie lakiery są tańsze, ale w jej mniemaniu zadowalające. Ale zestawów startowych tam nie uraczysz.
Wymyśliłam sobie więc, że może kupię lampę osobno a kosmetyki osobno. Składanie czegoś takiego na Semilacu, z odtłuszczaczem, zmywaczem (koniecznie z acetonem) bazą, topem i jednym lakierem wykazało 150 zł. Lampę 24W można dostać za około 60 zł z hakiem. Kolega zaś namawia mnie na ali expres, zwłaszcza, że w niedziele jest promocja. Podobno jego siostra mam lampę i jest zadowolona. Co jednak nie zmienia faktu, że gdzieś muszę kupić lakiery i całe to bazowotopowe tałatajswo.
Tak więc nie miała baba problemu to sobie wymyśliła hybrydy. I nie mogę się zdecydować która opcja tańsza i lepsza. Gdzie złoty środek?
Może Wy dziewczynki pomożecie coś w tym temacie?
Na początku było łatwo. Mnie wydawało się trudno, bo każdy kto mnie zna choć trochę bardziej wie, że po raz mam problem z decyzjami, po dwa wszystko u mnie musi na siebie zarobić. Znaczy to ni mniej ni więcej jak fakt, że muszę jakiejś rzeczy używać na tyle długo, iż muszę dojść do wniosku, że warta była swej ceny w stosunku do czasu użytkowania. Jestem też niebotycznym skąpcem jeśli chodzi o kupowanie sobie czegokolwiek (chociaż może temu przeczyć moje ostatnie wymienianie garderoby, ale czucie się lepiej w nowym stylu casual - bezcenne), więc liczę skrupulatnie każdą złotówkę (a wcześniej każdego funta) i wiecznie szukam złotego środka między jakością, a ceną.
Jak wspomniałam, na początku było łatwo. Musiałam jedynie zdecydować, czy rzeczywiście będę się tym zajmowała, tj, czy poświęcę te dwie godziny (może mniej) na to by przez około dwa tygodnie mieć idealne paznokcie. No kwestia wydania 150 zł na zestaw startowy wciąż mnie bolała, jednak uznałam, że albo to, albo przestanę kolorować paznokcie i zaś będę jedynie latać na bezbarwnym.
Osobiście nie cierpię się malować i w zasadzie robiłam to jedynie dlatego, że Krótki tego wymagał (tak, wymagał), za to lubię kolorować włosy i paznokcie. Jako, że moje włosy od ponad roku odpoczywają od farb, ostatnio zachciało mi się pazurków.
Zmagałam się z decyzją tydzień czasu. Wkręciłam się w temat, naoglądałam się filmików, naczytałam się blogów. Jako, że nie chodzę na paznokcie do kosmetyczek (jakoś nie bardzo lubię płacić za coś co mogę zrobić sama z zadowalającym efektem) nie liczyłam oszczędności jakie poczynię na domowym hybrydowaniu. Zależało mi raczej na trwałości, braku odprysków na wolnej stronie paznokcia, co sprawiało, że płytka wyglądała jak z plastiku, oraz na intensywności koloru i łatwości nakładania lakieru. Po około tygodniu podjęłam decyzję. Tak mogę wydać na zestaw startowy 150 zł, po grudniowej wypłacie - kupię sobie pod choinkę.
Zestaw startowy firmy Semilac prezentował mi się bardzo ładnie. Już nawet przeżyłam to, ze kolory kosztują tam po 30 zł za 7 ml, a te w zestawie są zupełnie nie pode mnie. Już naoglądałam się jak zrobic na pazurkach ombre i uznałam, że jednak z tymi kolorami będę mogła zadziałać. Już stwierdziłam, że w zasadzie można kupić potem lakiery z innej firmy (tańszej, ale również zadowalającej, sprawdzonej przez N. ode mnie z pracy).
Już byłam zdecydowania.
Dopóki nie doczytałam się gdzieś, że lampy 9W to chujowina i nie utwardzają hybryd tak dobrze jak powinny.
W związku z powyższym zaczęłam szukać lamp mocniejszych, co za tym idzie droższych. Inny zestaw startowy Semilac (podobno dobra i sprawdzona firma) ma lepszą lampę 24W (czyli taką już minimum w porządku do hybryd) za bagatela 200 zł. Jednak kolory w tym zestawie są o kant dupska rozbić.
Wparowałam więc do Wujka Google by pomógł mi znaleźć coś lepszego, zadowalającego cenowo i kolorystycznie. O składaniu własnego zestawu z Semilac'a mowy być nie mogło, wychodziło grubo ponad 2 setki, a jeszcze nie dołożyłam nawet pilników.
Znalazłam sobie jakąś isabelnails, z lampą okey, kolorami jak Cię mogę i w ogóle więcej rzeczami niż Semilac, ale taniej. Problem polega na tym, że nie mogę się nigdzie doszukać jakich porządnych opinii na temat ich lakierów. Jedynie co doczytałam to fakt, że mają ładne buteleczki, lakiery trzeba kłaść na trzy warstwy i mają małe pędzelki.
N. Natomiast sprawdziła firmę Claresa gdzie lakiery są tańsze, ale w jej mniemaniu zadowalające. Ale zestawów startowych tam nie uraczysz.
Wymyśliłam sobie więc, że może kupię lampę osobno a kosmetyki osobno. Składanie czegoś takiego na Semilacu, z odtłuszczaczem, zmywaczem (koniecznie z acetonem) bazą, topem i jednym lakierem wykazało 150 zł. Lampę 24W można dostać za około 60 zł z hakiem. Kolega zaś namawia mnie na ali expres, zwłaszcza, że w niedziele jest promocja. Podobno jego siostra mam lampę i jest zadowolona. Co jednak nie zmienia faktu, że gdzieś muszę kupić lakiery i całe to bazowotopowe tałatajswo.
Tak więc nie miała baba problemu to sobie wymyśliła hybrydy. I nie mogę się zdecydować która opcja tańsza i lepsza. Gdzie złoty środek?
Może Wy dziewczynki pomożecie coś w tym temacie?
poniedziałek, 5 listopada 2018
Szacun
Wyleciałam z rana (bo jak ja mam popołudnia to nie mogę sobie normalnie pospać, bo zawsze coś) do urzędu zanieść dziennik praktyk. Stwierdziwszy, że skoro już wyczłapałam się z domu (jak słowo daje, ta pogoda to jakiś kwiecień - maj a nie listopad), to zajdę na pocztę kartkę do Niebieskiej wyślę na urodziny.
Paczkówkę (nie wiem jak miała na imię) widziałam już wcześniej, targała jakąś ciężką paczkę zmierzając w tym samym kierunku co ja, choć inną drogą. Dotarłszy na miejsce natknęłam się na kółko różańcowe. Panie w wieku mocno emerytalnym dyskutowały sobie żywo, że w ich klatkach to już 14 wdów jest, a w innych tylko pięć rodzin, reszta wszystko już samotne, albo sami młodzi. A słyszała pani, że moja kuzynka zmarła, ta co na kopalni robili, dwa miesiące będzie już.
Ponuro w ch...
- A co to się dzieje? - pytam podchodząc.
- No co poczta - odpowiada mi jedna z Emerytek, jakbym sama nie wiedziała gdzie żem przylazła :P
- Ale co zamknięte jeszcze?
- No bo od 9tej.
Patrzę na zegarek, faktycznie za dziesięć. I podejmij tu kobieto decyzję, czy lecieć tam gdzie jak sobota, po te nieszczęsne płatki śniadaniowe i się wracać czy sterczeć tu w tym kółko różańcowym ("ja nie rozumiem dlaczego u nas w galerii nie ma normalnych schodów, tyle się słyszy że te schody ruchome się zapadają, nie jeden już tak zginął. Ja zawsze jadę windą. A jak winda się zatnie, pani kochana, przecież też się słyszy, wszystko na odpierdziel robią, takie czasy") Stoję więc i patrzę jak Paczkówka do nas dociera. Paczkówka w moim mniej więcej wieku, z rozmowy, w którą się wdała załapałam że dzieciata dopiero co, ze dwa razy większa ode mnie, cała czerwona od paczki targania.
I tak sobie stoimy i dyskutujemy, "a wie pani kochana te pijaki tyle zyją, to aż dziwne, a normalni zdrowi ludzie w kwiecie wieku umierają, no jaki z tego morał, że trzeba pić, bo przecież alkohol odkaża" Wyrwał mi się chichot i w tym momencie, zbawienie, pocztę otworzyli. Wbijamy się my w pięć czy sześć kobiecin, w kolejce stajemy, zgodnie ustalając, że kolejka jedna jest do dwóch okienek. Za mną Paczkówka na stole coś tam wypisuje i wtedy wchodzi ona.
Płaszczyk czerwony najwyższych lotów, wiek bliżej emerytalny, ale włos zaczesany z klasą, make up idealny, jakby dopiero od kosmetyczki wyszła, obcasy sprawiające, że wyższa jest jeszcze, coby każdemu na głowę napluć mogła. Spojrzenie pogardliwe aż strach.
I bierze się taka i wpierdziela w kolejkę.Głośno się mówi, że kolejka jedna. Czerwony płaszcz jakby miała problemy ze słuchem. Paczkówka mnie szturcha, no weź jej coś powiedz. Przecząco kręcę głową, nie będę się przy poniedziałku kłócić. Pani od wdów 14 w klatce schodowej odchodzi od okienka i wtedy Paczkówka wypala:
- Ej kobieto w czerwonym do Ciebie mówię, kolejka jedna jest, my tu od za kwadrans stoimy a Ty gdzie się pchasz na bezczelnego.
- Przecież stoję w kolejce - tłumaczy się tamta, z pogardą patrząc.
- Kolejka jedna jest, my tu od za kwadrans stoimy ja male dzieci mam w domu i nie będę puszczać nikogo kto się wpierdziela na bezczelnego.
Chcąc nie chcąc czerwony płaszcz ją przepuściła. Ale szacun mam do dziewczyny, bo w zasadzie tamta się przede mnie wpychała, a ja wzór uprzejmości słowa nie powiem. Zgnoją mnie to jeszcze podziękuję.. a potem w domu do komputera klnę...
Paczkówkę (nie wiem jak miała na imię) widziałam już wcześniej, targała jakąś ciężką paczkę zmierzając w tym samym kierunku co ja, choć inną drogą. Dotarłszy na miejsce natknęłam się na kółko różańcowe. Panie w wieku mocno emerytalnym dyskutowały sobie żywo, że w ich klatkach to już 14 wdów jest, a w innych tylko pięć rodzin, reszta wszystko już samotne, albo sami młodzi. A słyszała pani, że moja kuzynka zmarła, ta co na kopalni robili, dwa miesiące będzie już.
Ponuro w ch...
- A co to się dzieje? - pytam podchodząc.
- No co poczta - odpowiada mi jedna z Emerytek, jakbym sama nie wiedziała gdzie żem przylazła :P
- Ale co zamknięte jeszcze?
- No bo od 9tej.
Patrzę na zegarek, faktycznie za dziesięć. I podejmij tu kobieto decyzję, czy lecieć tam gdzie jak sobota, po te nieszczęsne płatki śniadaniowe i się wracać czy sterczeć tu w tym kółko różańcowym ("ja nie rozumiem dlaczego u nas w galerii nie ma normalnych schodów, tyle się słyszy że te schody ruchome się zapadają, nie jeden już tak zginął. Ja zawsze jadę windą. A jak winda się zatnie, pani kochana, przecież też się słyszy, wszystko na odpierdziel robią, takie czasy") Stoję więc i patrzę jak Paczkówka do nas dociera. Paczkówka w moim mniej więcej wieku, z rozmowy, w którą się wdała załapałam że dzieciata dopiero co, ze dwa razy większa ode mnie, cała czerwona od paczki targania.
I tak sobie stoimy i dyskutujemy, "a wie pani kochana te pijaki tyle zyją, to aż dziwne, a normalni zdrowi ludzie w kwiecie wieku umierają, no jaki z tego morał, że trzeba pić, bo przecież alkohol odkaża" Wyrwał mi się chichot i w tym momencie, zbawienie, pocztę otworzyli. Wbijamy się my w pięć czy sześć kobiecin, w kolejce stajemy, zgodnie ustalając, że kolejka jedna jest do dwóch okienek. Za mną Paczkówka na stole coś tam wypisuje i wtedy wchodzi ona.
Płaszczyk czerwony najwyższych lotów, wiek bliżej emerytalny, ale włos zaczesany z klasą, make up idealny, jakby dopiero od kosmetyczki wyszła, obcasy sprawiające, że wyższa jest jeszcze, coby każdemu na głowę napluć mogła. Spojrzenie pogardliwe aż strach.
I bierze się taka i wpierdziela w kolejkę.Głośno się mówi, że kolejka jedna. Czerwony płaszcz jakby miała problemy ze słuchem. Paczkówka mnie szturcha, no weź jej coś powiedz. Przecząco kręcę głową, nie będę się przy poniedziałku kłócić. Pani od wdów 14 w klatce schodowej odchodzi od okienka i wtedy Paczkówka wypala:
- Ej kobieto w czerwonym do Ciebie mówię, kolejka jedna jest, my tu od za kwadrans stoimy a Ty gdzie się pchasz na bezczelnego.
- Przecież stoję w kolejce - tłumaczy się tamta, z pogardą patrząc.
- Kolejka jedna jest, my tu od za kwadrans stoimy ja male dzieci mam w domu i nie będę puszczać nikogo kto się wpierdziela na bezczelnego.
Chcąc nie chcąc czerwony płaszcz ją przepuściła. Ale szacun mam do dziewczyny, bo w zasadzie tamta się przede mnie wpychała, a ja wzór uprzejmości słowa nie powiem. Zgnoją mnie to jeszcze podziękuję.. a potem w domu do komputera klnę...
poniedziałek, 29 października 2018
Leto
Krzyknęła, kiedy
uderzył nią o ścianę wieżowca. Jęknęła próbując się
podnieść. Skrzydlaty w jednym momencie znalazł się przy niej.
Zacisnął zimną dłoń na jej szyi i pociągnął do góry. Czuła
twardość ściany budynku wbijającą jej się w plecy. Była
chropowata.
- Wchłoń go –
warknął.
Wciąż to
powtarzał, wciąż tego żądał. Chciał by wchłonęła wieżowiec,
by oddała mu energię, którą mu ukradła. Nie potrafiła zrozumieć
o co mu chodzi. Nie potrafiła też wchłonąć wieżowca, co rodziło
tylko więcej gniewu.
- Wchłoń go! -
powtórzył.
- Wiesz.. że .. nie
.. umiem – zaprotestowała słabo.
- Głupia.
Bezużyteczna. Dziewucha. - z każdym słowem coraz mocniej uderzał
nią o ścianę.
Poczuła lepką
krew, barwiącą jej krótkie czerwone włosy. Obraz zawirował.
Kolejne uderzenie. I jeszcze jedno.
- Gabrielu.. proszę…
- jęknęła i zapłakała.
Niespodziewanie
uwolnił ją. Postanowiła wykorzystać okazję. Puściła się
biegiem, lecz nie dane jej było długo cieszyć się wolnością.
Dopadł ją po czasie nie dłuższym niż uderzenie serca. Wrzasnęła
czując jego kły wbite w szyję.
- Przestań, to
boli..
Nie przestał.
Przycisnął ją do siebie w żelaznym uścisku jego silnych ramion.
Nie mogła się wyrwać. Nie mogła uciec. Tym razem była pewna, że
wypije ją do cna, że weźmie jej życie w zamian za wieżowiec,
który rzekomo mu ukradła. Chciała krzyknąć. Zawołać
kogokolwiek. Kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc ale w tym czarnym
Pozaświecie była sama. Ona i jej oprawca.
Świst.
Została uwolniona.
Upadła na ziemię. W jej polu widzenia pojawił się wściekły
skrzydlaty i czerwone cichobiegi. Tak bardzo nie na miejscu, że
niemal się zaśmiała.
- Villandro oddychaj
– powiedziały cichobiegi. Miały luźne pomarańczowe spodnie.
- Co…? - nie
zrozumiała.
- Weź głęboki
wdech – powiedziały cichobiegi ze spodniami. Znała ten głos, ale
nie mogła sobie przypomnieć skąd. - Przypomnij sobie, że wszystko
oddycha. Wszystko potrzebuje powietrza.
I wtedy zrozumiała.
Choć nie wiedziała jak i dlaczego znalazł się tu właśnie on,
widziała w tym szansę. Szansę dla siebie, dla własnego
Pozaświata. Wiedziała, że jest tu by jej pomóc, by pokonać tego,
który podszywał się pod Gabriela. By razem z nią wezbrać w silę.
Wiedziała, że cichobiegi ze spodniami są jej wybawieniem.
Leto.
Wzięła głęboki
oddech.
***
Stali przed
wieżowcem.
- Zabiłeś go? -
zapytała.
Stojący obok niej
łysy, wysoki, barczysty mężczyzna w kwiecie wieku skinął głową,
choć minę miał niezadowoloną. Jego luźne pomarańczowe spodnie
łączyły się z czerwoną tuniką rozciętą po bokach co
sprawiało, że wyglądał trochę jak mnich z shaolin. Vill nie
pamiętała, czy zawsze tak wyglądał. Pamiętała tylko, że był
wysoki, łysy i uprzejmy. I nie lubił zabijać.
- Kim on był? -
zapytała.
- Nie jestem pewien,
na pewno nie Gabrielem – powiedział. - Może jakimś rodzajem
pasożyta.
- Mówił, że to
jego energia – powiedziała, wskazując na wieżowiec.
- Być może, a
teraz jest twoja.
Zapadła dłuższa
chwila milczenia.
- Leto, dlaczego tu
jesteś? - zapytała.
Spojrzał na nią i
delikatny wietrzyk zmierzwił jej włosy.
- Nie wiem –
przyznał. - Wygląda na to, że po prostu cię znalazłem.
- Szukałeś mnie?
- Nie wiem, może to
Ty znalazłaś mnie?
- Leto, gdzie są
inni? Czy przestali istnieć, czy gdzieś błądzą w ciemności?
- Ja nie znam
odpowiedzi na te pytania.
- A kto je zna?! -
naburmuszyła się.
- Ty – odparł
spokojnie. - A jeśli nie znasz ich teraz to w końcu poznasz.
Patrzyła na niego
przez chwilę milcząc, jakby próbowała wyczytać coś z jego oczu.
W końcu podeszła do wieżowca i położyła poraniona, pełną
śladów ugryzienia dłoń na betonie.
- Raifu.. -
wyszeptała, przywołując zaklęcie, którego przecież nie mogła w
obecnym stanie używać. Poczuła jak magia wysunęła się z jej
nadgarstków i niemal natychmiast wsunęła się w wieżowiec.
Poczuła chropowaty chłód. Oporną lodowatą energię. Skupiła się
i już po chwili wiedziała jak zrobić to czego wcześniej od niej
żądano. Zamknęła oczy, skupiając się na tym by zaklęcie
wysysające pozostało utrzymane. Nie drgnęła nawet gdy Leto
położył dłoń na jej ramieniu. Tak bardzo skupiała się na
zaklęciu, że dopiero ostry ból przeszywający jej prawe ramię
sprowadził ją na ziemię. Syknęła i skuliła się. Byłaby
upadła, ale mnich ją przytrzymał.
- Jeszcze trochę
Vill, już prawie jest twój – powiedział.
Syknęła raz
jeszcze, bo ból się nasilał. Mlaszczącemu dźwiękowi
towarzyszyła ciepła ciecz płynąca po plecach. Otworzywszy oczy
ujrzała dwie rzeczy. Brak wieżowca i zadowoloną minę Leto.
- Bardzo ładnie
panno De Lavayett – powiedział.
Spojrzała przez
swoje prawe ramie, potem przez lewe. Przeniosła wzrok na Leto i
zamachnęła oba kościanymi skrzydłami.
poniedziałek, 22 października 2018
Wkurwienie wzmaga pragnienie
Zaprawdę powiadam Wam, marudzić będę, bo wyrzucić z siebie trochę fqrwa miesiąca muszę.
Po raz, jako, że cięta jestem jak kosa Śmierci na wszelkie marketingowe gówno, gdzie tylko się da cofam zgody, (bo w tym porytym kraju nie można zwyczajnie się nie zgodzić. Zgadzasz się z automatu, w związku z czym do Ciebie należny cofnięcie zgód, których i tak wyrażać nie chciałeś) marketingowe, bo nic mnie tak nie wkurwia jak wydzwanianie z banków i innych chujów mujów i namawianie mnie na coś czego nie chcę. Przechodząc do meritum, cofnęłam ostatnio zgodę na marketing od netodawcy. Zaowocowało to podwyższeniem abonamentu o całe 17 zł. Dzwoniąc na infolinię dowiedziałam się, że został wysłany do mnie mail w tej sprawie. Tak, chyba na mamyciewdupie@mail.pl. Reasumując. W jakim kurwa kraju żyjemy, że trzeba płacić za nie dostawanie spamu od zajebania?!
Po dwa, polazłam w sobotę rano do dentysty celem sprawdzenia dlaczego ostatnio mnie lewa góra strona pobolewała. Wyszłam biedniejsza o 200 zł za wymianę plomby, którą prawdopodobnie nie dalej jak rok temu ten sam rzeczony dentysta zakładał (kasując mnie dokładnie tyle samo). Hajs się musi zgadzać, nie ma co. Jakby tego było mało cały dzień bolał mnie ten zrobiony ząb i żadna tabletka na to nie pomagała.
Po trzy. Jakiś czas temu dostałam od swojego oszczędnościowego banku (w którym zarabiam całe 4 zł miesięcznie z czego dwa wydaje na podatki i prowadzanie konta, więc szał!) informacje o jakichś zmianach, aneksach do umowy coś tam. Pofatygowałam się więc tam by dowiedzieć się, że:
a) bank po raz TRZECI odkąd mam tam swoje środki (czytaj od roku 2007) zmienił nazwę i kolor.
b) pani w banku ni chuja pojęcia nie ma co za aneksy i o co właściwie chodzi, ale może mi oczywiście zaproponować nową formę oszczędzania (ja nie po to kurwa przylazła!). Kazała mi się zalogować u nich na kompie dla klientów do swego konta. Mówię jej ze nie mam kajeciku z hasłami, bo po x latach nagle stwierdzili, że hasło które pamiętam jest za stare i mam je zmienić. Nie pamiętam tego nowego, więc pani wysłała mi reset SMSem. To miało miejsce miesiąc temu. SMS do mnie nadal nie dotarł.
Jako, że te pieniądze tam sobie tylko leża i kurzem obrastają niespecjalnie interesowałam się rzeczonym kontem dopóki nie dostałam SMSa o zmianach w płatnościach. Chcę więc zajrzeć tam i poczytać ile mi przydupią więcej za prowadzenie konta i czy już powinnam uciekać do innego banku kiedy.. okazuje się, że za chuj nie mogę się zalogować. Pan na infolinii twierdzi, że moje hasło jest jakie było i żaden reset się nie odbył. Znów mnie czeka wycieczka do placówki.
Na koniec burdel nad burdele u mnie w robocie, które skutkują tym, że na moich dokumentach i moim nazwisku wiszą braki o wartości bagatela koło 300 zł i ni jak się nikogo doprosić nie można coby mi się doliczył gdzie jakaś łachudra te leki odłożyła. Najwyraźniej kurwa wkładam do pojemników leki widmo.
Zaiste wkurwienie wzmaga pragnienie w związku z powyższym idę się znieczulić.
Po raz, jako, że cięta jestem jak kosa Śmierci na wszelkie marketingowe gówno, gdzie tylko się da cofam zgody, (bo w tym porytym kraju nie można zwyczajnie się nie zgodzić. Zgadzasz się z automatu, w związku z czym do Ciebie należny cofnięcie zgód, których i tak wyrażać nie chciałeś) marketingowe, bo nic mnie tak nie wkurwia jak wydzwanianie z banków i innych chujów mujów i namawianie mnie na coś czego nie chcę. Przechodząc do meritum, cofnęłam ostatnio zgodę na marketing od netodawcy. Zaowocowało to podwyższeniem abonamentu o całe 17 zł. Dzwoniąc na infolinię dowiedziałam się, że został wysłany do mnie mail w tej sprawie. Tak, chyba na mamyciewdupie@mail.pl. Reasumując. W jakim kurwa kraju żyjemy, że trzeba płacić za nie dostawanie spamu od zajebania?!
Po dwa, polazłam w sobotę rano do dentysty celem sprawdzenia dlaczego ostatnio mnie lewa góra strona pobolewała. Wyszłam biedniejsza o 200 zł za wymianę plomby, którą prawdopodobnie nie dalej jak rok temu ten sam rzeczony dentysta zakładał (kasując mnie dokładnie tyle samo). Hajs się musi zgadzać, nie ma co. Jakby tego było mało cały dzień bolał mnie ten zrobiony ząb i żadna tabletka na to nie pomagała.
Po trzy. Jakiś czas temu dostałam od swojego oszczędnościowego banku (w którym zarabiam całe 4 zł miesięcznie z czego dwa wydaje na podatki i prowadzanie konta, więc szał!) informacje o jakichś zmianach, aneksach do umowy coś tam. Pofatygowałam się więc tam by dowiedzieć się, że:
a) bank po raz TRZECI odkąd mam tam swoje środki (czytaj od roku 2007) zmienił nazwę i kolor.
b) pani w banku ni chuja pojęcia nie ma co za aneksy i o co właściwie chodzi, ale może mi oczywiście zaproponować nową formę oszczędzania (ja nie po to kurwa przylazła!). Kazała mi się zalogować u nich na kompie dla klientów do swego konta. Mówię jej ze nie mam kajeciku z hasłami, bo po x latach nagle stwierdzili, że hasło które pamiętam jest za stare i mam je zmienić. Nie pamiętam tego nowego, więc pani wysłała mi reset SMSem. To miało miejsce miesiąc temu. SMS do mnie nadal nie dotarł.
Jako, że te pieniądze tam sobie tylko leża i kurzem obrastają niespecjalnie interesowałam się rzeczonym kontem dopóki nie dostałam SMSa o zmianach w płatnościach. Chcę więc zajrzeć tam i poczytać ile mi przydupią więcej za prowadzenie konta i czy już powinnam uciekać do innego banku kiedy.. okazuje się, że za chuj nie mogę się zalogować. Pan na infolinii twierdzi, że moje hasło jest jakie było i żaden reset się nie odbył. Znów mnie czeka wycieczka do placówki.
Na koniec burdel nad burdele u mnie w robocie, które skutkują tym, że na moich dokumentach i moim nazwisku wiszą braki o wartości bagatela koło 300 zł i ni jak się nikogo doprosić nie można coby mi się doliczył gdzie jakaś łachudra te leki odłożyła. Najwyraźniej kurwa wkładam do pojemników leki widmo.
Zaiste wkurwienie wzmaga pragnienie w związku z powyższym idę się znieczulić.
czwartek, 18 października 2018
Gabriel
W krainie było
słonecznie. Stała przed domem nieco zlękniona. Obejrzała się
przez lewe ramie, zerkając na Panią Krainy, stojącą kilka kroków
za nią. Przeczesała dłonią krótkie czerwone włosy i spojrzała
na fiolkę, którą trzymała. Dawno temu jej opiekun, jej Anioł
Śmierci dał tą fiolkę jej służebnicy, by w razie czego mogła go
wezwać, nawet jeśli on zniknie. Zważywszy na to, że zniknął,
tak jak cały Pozaświat, Vill postanowiła spróbować.
- Wzywam cię
Gabrielu – powiedziała pełnym napięcia głosem.
Odkorkowała
flaszeczkę i wypiła. Nastała pełna napięcia cisza. Nic się nie
stało.
- No wzywam cię –
powiedziała.
- Gabrielu Vill Cię
potrzebuje – szepnęła Pani Krainy.
W Krainie się
zachmurzyło. Vill spojrzała w niebo, a potem na swoją gospodyni.
Tamta pokręciła przecząco głową, jakby chciała powiedzieć „To
nie ja” Wiatr zaszeleścił w koronach pobliskich drzew. Czyżby
miało zacząć padać? Vill obróciła się w tamtą stronę i
zamarła. Pod jednym z drzew stała postać. Szczupła, wysoka i tak
czarna, jakby była cieniem.
- Vill…. - zaczęła
Pani Krainy
Czerwonowłosa
jednak bez namysłu ruszyła do przodu.
- Gab…
Zrobiła jednak
ledwie dwa kroki, nim postawiła trzeci on już był przy niej.
Wyglądał, jakby wyszedł z pożaru, Cały czarny i pomarszczony. Z
jego czarnej bezwłosej twarzy spoglądały na nią piwne oczy. Jego
imię ugrzęzło jej w gardle gdy złapał ją za szyję. Szybko
uniosła dłoń, powstrzymując Panią Krainy przed reakcją. Drugą
ręką chwyciła go i wtedy to poczuła.
To było jak
połączenie wspomnienia. Zapadła się w jego piwnych oczach, tak
samo jak on w niej. Jakby oboje znaleźli się w innym miejscu. W
jednej chwili poczuła jak wieżowiec wznosi się z nicości.
Wystrzelił z ciemności jak rakieta. Na zewnątrz łza
popłynęła jej po policzku, kilka pasm jej włosów posiwiało.
Oboje byli pod wieżowcem który sięgał w
nieskończoność. Kolejne siwe pasma. Kolejne łzy. Nie
wiedziała kiedy znaleźli się na górze. To
tak jakby jakiś portal przeniósł ich wprost na dach.
Powinno
wiać, wiedziała, że na tej wysokości, jaka ona by nie była
powinno wiać.
Powietrze
jednak było nieruchome.
Jego włosy ,
krótkie o różnych odcieniach pasemek. Prosty nos, okulary, blada
skóra.
Zrozumiała,
że on nie stoi już obok niej, a może nigdy nie stał.
Podszedł
do krawędzi.
Chciała krzyknąć,
ale przecież trzymał ją za gardło.
Zrobił
krok i… zniknął jej z oczu. Bez namysłu rzuciła się za nim.
Jego włosy
poczerniały, oczy zaś poczerwieniały.
Leciała
nad nim widząc jak spada.
Spadała
pod nim, widząc jak leci za nią.
Czarne
włosy wydłużyły się, a ciało wysmukliło.
Patrzył
na nią, jakby jej nie poznawał.
Próbowała
spotkać jego spojrzenie, dotknąć jego dłoni. Rozłóż skrzydła
Gabrielu, pomyślała. Rozłóż skrzydła proszę. Znów leciała
nad nim, próbując go dogonić. Kolejne uderzenie serca sprawiło,
że spadała, jakby uciekając przed nim. Zamieniali się miejscami,
a ona zastanawiała się, jak daleko jeszcze do ziemi, która
przecież nie istniała.
Pani Krainy nagle
zorientowała się, że czarna postać jest ubrana. Jeansy i koszula.
Przydługie włosy sięgały mu do karku. Czerwone oczy wpatrywały
się w Vill, jak oczy woskowej figury, bez życia. Bez emocji. Włosy
Vill nabierały coraz więcej siwych pasm.
Proszę
rozłóż skrzydła. Gabrielu inaczej zginiemy!
Skóra Vill zbladła
i pomarszczyła się, włosy były niemal całe białe, kiedy z
pleców Gabriela wyskoczyły czarne skrzydła.
Ile
jeszcze mieli do ziemi? Czy mieli spadać w nieskończoność?
- Vill nie rób tego
– zawołał – zniszcz to, to nie jest ci potrzebne.
Dopiero teraz jakby
przestał być posągiem. Nagle zorientowała się, że stoją przed
domem w Krainie. Poczuła się słabo. Nogi odmówiły jej
posłuszeństwa.
- Krew – poprosił
stanowczo Panią Krainy, a kiedy ta podawała Vill swój nadgarstek
zapytał. - Kim u licha jesteś?
- O ja pierdole… -
powiedziała Pani Krainy zaskoczona.
niedziela, 14 października 2018
Mentalność niewolnika?
Dziwi mnie polska mentalność. Ludzi, którzy mają już swoje lata i przeżyli już co nieco. Dziwi mnie jak słyszę kiedy tacy ludzie wypowiadają się jak to młodzi niewdzięczni są bo za tyle pracować nie będą. Dziwi mnie, że tacy ludzie na oczy nic nie widzą, że aż tak stereotypowo patrzą.
Siedź cicho i ciesz się, że masz pracę.
Dlaczego stękasz, masz ciepło na dupie siedzisz, na magazynie to mają przejebane.
Nie rozumiem ciebie, przecież jako świeżak nie powinnaś się odzywać.
Nie po to do pracy chodzę by słuchać stękania.
Jak Ci się nie podoba, to sobie znajdź inną pracę, albo załóż działalność gospodarczą, to zobaczysz jak to jest.
Jak słyszę coś takiego, to przypomina mi się moja znajoma z Litwy, Violet zawsze była kobietą pełną wdzięczności. Była też pełna doświadczeń życiowych. Takich doświadczeń, które w wieku ponad 50 lat doprowadziły ją do sprzątania na jednostce wojskowej gdzieś na wyspach. Nie wiem dokładnie co ona przeżyła z jakim brakiem pieniędzy i bezrobociem się mierzyła, ale doprowadziło ją to do takiego stanu, że gdyby spotkała Elkę The Secend to by jej stopy całowała za to, że może sprzątać kible.
Ja rozumiem, że różne rzeczy się zdarzają w życiu, ja rozumiem, że ludzie różne rzeczy przechodzą. Ja rozumiem, że z pracą jest ciężko zarówno w Polsce, jak i niekiedy na świecie. Też swoje wyczekałam, swoje wyszukałam, swoje przeryczałam.
Ale to do nędzy nie oznacza, że mam siedzieć i dziękować szefowi korporacji, za to, że łamie przepisy BHP. Ja rozumiem, że przychodzi nowy logityk, rozumiem, że mogą mieć problemy i że chcą temu zapobiec. Ja rozumiem nawet pewne zmiany jakie wprowadzili. No większość.
Nie rozumiem jednak za chuj wielki (i dwa bąbelki) z jakiej paki zapobiec problemom ich ma zamknięcie nam swobodnego dojścia do kibla, co równa się z łamaniem podstawowych przepisów BHP, załącznika 3 rozdziału pierwszego i czwartego.
Nie dość, że dojście do tego kibla i tak było przez special kartę Vip, która miały dwie dziołchy na zmianie, to jeszcze drugi kibel piętro niżej od dwóch miesięcy jest zepsuty. Nie, tego nie było dość. Teraz okazuje się, że do kibla latać trzeba przez cały magazyn prawdziwym hektarem, marnując zamiast minutę na dojście to cale trzy, co równa się z mniejszą ilością wyrobionej pracy, co równa się poleceniu po premii.
No do kurwy nędzy, czy ci ludzie mają mózg?
Ale ja nie o tym, ja o tym, że wedle starej wyjadaczki, pracownicy zakładu ze stażem 20 letnim powinnam zamknąć ryj i z wdzięcznością i uśmiechem nr 5 na ustach latać hektary do kibla bo mam wypłatę co miesiąc na koncie.
Może ja się mylę, ale czy to nie zakrawa na mentalność niewolnika?
Siedź cicho i ciesz się, że masz pracę.
Dlaczego stękasz, masz ciepło na dupie siedzisz, na magazynie to mają przejebane.
Nie rozumiem ciebie, przecież jako świeżak nie powinnaś się odzywać.
Nie po to do pracy chodzę by słuchać stękania.
Jak Ci się nie podoba, to sobie znajdź inną pracę, albo załóż działalność gospodarczą, to zobaczysz jak to jest.
Jak słyszę coś takiego, to przypomina mi się moja znajoma z Litwy, Violet zawsze była kobietą pełną wdzięczności. Była też pełna doświadczeń życiowych. Takich doświadczeń, które w wieku ponad 50 lat doprowadziły ją do sprzątania na jednostce wojskowej gdzieś na wyspach. Nie wiem dokładnie co ona przeżyła z jakim brakiem pieniędzy i bezrobociem się mierzyła, ale doprowadziło ją to do takiego stanu, że gdyby spotkała Elkę The Secend to by jej stopy całowała za to, że może sprzątać kible.
Ja rozumiem, że różne rzeczy się zdarzają w życiu, ja rozumiem, że ludzie różne rzeczy przechodzą. Ja rozumiem, że z pracą jest ciężko zarówno w Polsce, jak i niekiedy na świecie. Też swoje wyczekałam, swoje wyszukałam, swoje przeryczałam.
Ale to do nędzy nie oznacza, że mam siedzieć i dziękować szefowi korporacji, za to, że łamie przepisy BHP. Ja rozumiem, że przychodzi nowy logityk, rozumiem, że mogą mieć problemy i że chcą temu zapobiec. Ja rozumiem nawet pewne zmiany jakie wprowadzili. No większość.
Nie rozumiem jednak za chuj wielki (i dwa bąbelki) z jakiej paki zapobiec problemom ich ma zamknięcie nam swobodnego dojścia do kibla, co równa się z łamaniem podstawowych przepisów BHP, załącznika 3 rozdziału pierwszego i czwartego.
Nie dość, że dojście do tego kibla i tak było przez special kartę Vip, która miały dwie dziołchy na zmianie, to jeszcze drugi kibel piętro niżej od dwóch miesięcy jest zepsuty. Nie, tego nie było dość. Teraz okazuje się, że do kibla latać trzeba przez cały magazyn prawdziwym hektarem, marnując zamiast minutę na dojście to cale trzy, co równa się z mniejszą ilością wyrobionej pracy, co równa się poleceniu po premii.
No do kurwy nędzy, czy ci ludzie mają mózg?
Ale ja nie o tym, ja o tym, że wedle starej wyjadaczki, pracownicy zakładu ze stażem 20 letnim powinnam zamknąć ryj i z wdzięcznością i uśmiechem nr 5 na ustach latać hektary do kibla bo mam wypłatę co miesiąc na koncie.
Może ja się mylę, ale czy to nie zakrawa na mentalność niewolnika?
wtorek, 9 października 2018
Rdzeń
Ciemność. Ciemność
Pokrywała wszystko. Z całego Pozaświata pozostała tylko ciemność.
I, nie wiedzieć czemu, dwa samotne schody, będące niegdyś częścią
areny Pogranicza. Tam też u ich, z braku lepszej nazwy, szczytu,
pojawiła się wyrwa. Przeszli przez nią.
Potrzebowała jego
krwi. Potrzebowała jego mocy. I, jeśli miała rację, potrzebowała
jego broni.
Jej czarne jak noc,
długie jak peleryna ciągnące się za nią na prawie dwa metry
włosy były już bardzo ciężkie. Czuła, że jest blisko
pierwszego kroku. Moc i krew, którą zebrała do tej pory w
połączeniu z dodatkową porcją jej gościa powinna przepełnić ją
do tego stopnia, że będzie w stanie zacząć.
Zacząć zaczynać…
- Dlaczego tu? -
zapytał białowłosy.
- Masz miecz? -
odparła pytaniem.
Dotknął ziemi i w
tym samym momencie jego ciało pokryło czarną jak noc idealnie
dopasowana zbroją.
- Pięknie wtapiasz
się w otoczenie – powiedziała z grymasem.
Podniósł brew hełm
zasłonił mu twarz. Przez kilka otworów w przyłbicy rozświetliło
się światło barwy kości słoniowej. Sam hełm wyglądał jak
smukła czaszka z rogami wiodącymi od skroni w tył.
- No właśnie –
dodała z przekąsem. - Czego się boisz?
- Kazałaś wziąć
broń, więc mam też zbroje – odparł.
- Jeśli mam rację,
to potrzebuję ostrza – powiedziała. - Nie musisz się obawiać,
że coś cię zaatakuje.
Ruszyła przed
siebie. Szedł za nią w milczeniu przekonany, że jego gospodyni
wie, gdzie zmierza.
W istocie nie
wiedziała. W zasadzie to po prostu szła. Jeśli dobrze wszystko
wyliczyła musiała się jedynie oddalić od wyrwy. Jednak odległość
w Pozaświecie czerni nie miała większego znaczenia. Nie dało się
jej przecież obliczyć. Nie wiedziała ile czasu minęło zanim w
końcu przystanęła.
- Może być tu.
Miejsce dobre, jak każde inne – powiedziała.
- Dobre jak każde
inne? - zapytał. - To po co szliśmy taki kawał?
- Bo czuje, ze to
nie powinno być blisko wejścia – odparła, po czym dodała –
Ready when you are.
Skinął głową.
Miecz i zbroja zaczęły się rozpływać. Podeszła do niego i
objęła go delikatnie. Nie lubiła tego. Nienawidziła prosić. Nie
cierpiała potrzebować pomocy. Mimo to zwróciła się zarówno do
niego jak i do Pani Krainy ponieważ wiedziała, że tylko ich moc i
ich wieź jest na tyle silna, by pomóc jej cokolwiek zacząć.
Zamknęła oczy i zbliżyła usta do jego szyi. Odchylił głowę
posłusznie, a ona wbiła kły.
Czuła jak jego krew
przepływa przez jej gardło, kropla za kroplą, jak naczynie się
napełnia. Nie mógł być pewien, ale chyba zobaczył iskrę która
pognała od nasady do końców włosów. Zamruczała. Kolejna iskra,
pognała jeszcze dalej w ciemność niż poprzednia, czy to
oznaczało, że włosy stały się jeszcze dłuższe..? Jeszcze
jedna iskierka, tym razem jaśniejsza, popłynęła bardzo bardzo
daleko. Vill jęknęła, ale nie z przyjemności. Usłyszał trzask,
jakby łamane kości. Gwałtownie przycisnęła go do siebie. Kolejne
krople, kolejny jęk, poczuł jak pazury jej się wydłużyły kiedy
lekko zadrapała jego plecy. Jeszcze jeden trzask. Już prawie. Ból rozdarł jej plecy, krew pociekła
po nich kiedy nieomal wrzasnęła. Białowłosy zobaczył wysuwającą
się nad lewym ramieniem złamaną pod kątem 90 stopni kość.
Jeszcze kilka łyków. Otworzyła szeroko czerwone oczy.
I wtedy naczynie
się przepełniło. Oderwała się z wrzaskiem bólu, bo złamana
kość nad lewym ramieniem wysunęła się całkowicie, ukazując
okrwawione kościane skrzydło. Vill
krzyknęła raz jeszcze, kiedy oderwało ją od niego. Zawisła w
powietrzu z rozłożonym jednym okrwawionym skrzydłem. Jej włosy
niesione siła zebranej mocy podzieliły się na trzy części. Trzy
kolory.
Czerń nocy.
Czerwień krwi.
Fiolet magii.
Pociągnęły jak
niewidzialnymi rękami zdenerwowanego dziecka i przy wtórze krzyku
zaplotły się w ciasny, długi, bardzo długi warkocz.
- Odetnij! -
wrzasnęła błagalnie. - Odetnij proszę!
Rękoma próbowała
chwycić włosy, które już zaplecione, zaczęły ciągnąć ją w
ciemność. Wykrzyknęła jego imię pełnym rozpaczy głosem. Nagle
opadła na ziemię, usłyszawszy tylko jak trójkolorowy warkocz
pognał gdzieś w ciemność. Białowłosy stał nad nią z mieczem w
dłoni. Bezwiednie sięgnęła do swoich włosów i przeczesała je
palcami.
Były krótkie, obcięte nierówno i … czerwone.
środa, 26 września 2018
Zalatana
Ło jeruna jakam zalatana dziołcha ostatnimi czasy! Wszystko przez to, że prawie wsio mi się składa na październik. I tym sposobem praktycznie nie mam wolnego czasu dla siebie, bo ciągle coś załatwiam.
W zeszłym tygodniu w poniedziałek poleciałam zamawiać biurko dla Zaklęcia, żeby to swoje bydle komputerowe miał gdzie postawić jak już się wprowadzi, zaraz potem do galerii bo czegoś mi tam brakło, na koniec do lekarza ustalić termin wizyty do medycyny pracy.
We wtorek do domu wróciłam po 19stej mimo, że wylazłam o 5tej, a powodem tego był mój kochany LG. Wychodząc z pracy przesiadłam się na PKM w stronę Katowic. Dojechałam, lecę na przystanek KZKGOP. Na kartce od Zaklęcia mam wypisane autobusy które mnie do serwisu LG zawiozą. 15:18 - linia nr 37, 15:26 - linia nr 48, 15:30 - linia nr 12. No to przyleciałam i stoję. Jakież było moje zdziwienie gdy o pierwszej z wymienionych godzin przyjechała dwunastka. Ale mówię nic to, ludzi od groma wsiadło, zaraz będzie 37 nie będę się kisić.
Nic bardziej mylnego.
37 nigdy nie przyjechało, podobnie jak 48 za to minutę po widmowej czterdziestce ósemce zajechała kolejna dwunastka. Stwierdziłam, że skorzystam, byleby dojechać. Dwunastka niestety stara jak świat, ani ekran nie pokazuje przystanków ani Krystyna Czubówna ich nie czyta. W związku z powyższym chwała smartphon'owi zastępczemu (wielkie podziękowania dla Łojca z tej strony!) i internetowi z Play. Na koniec okazało się, że przystanków nie musiałam przecież liczyć, bo jak wjeżdżaliśmy na miejsce to taki jebutny napis z nazwą ulicy mnie przywitał, że ślepy by zauważył. Wpadłam więc ja do serwisu LG i tymi słowami się witam:
- Pragnę wyrazić me najszczersze ubolewanie
(Spojrzenie babeczki: heee? )
- z faktu iż mój ukochany telefon trafia do was już drugi raz w przeciągu roku.
- Co się stało? - pyta pani.
- Ten telefon jaja sobie ze mnie robi - poskarżyłam się. - Jakiś czas temu pisałam maila do serwisu z zapytaniem co zrobić jak mi głośnik ścisza. Poradzono mi format systemu, co odkładałam do momentu aż głośnika szlag jasny na ament w pacierzu nie trafił. W sensie, że nie działa (działa nie)
- Czyli głośnik pani nie działa zewnętrzny?
- Sekundę - uniosłam palec, wszak to nie koniec tej porywającej historii - Zrobiłam więc format a tu pyk, nadal nie działa ni w ząb. Poleżał więc tydzień w pudełku i teraz znów działa, ino zaś się ścisza, błagam zróbcie coś z tym.
Zostawiwszy telefon poszłam na kawę i doczekałam do 18stej by Zaklęcie choć przytulić zanim o domu pojadę. W domu dostałam oczywiście zjeby od Koty, więc musiałam środę poświecić na jej ugłaskanie :P
W czwartek jak burza wpadłam do domu po rzeczy, wcześniej cała logistykę ogarniając, celem niezbyt późnego dostania się do Wiedźmy Rodzicielki bo chciała bym ją odwiedziła. Zapakowawszy papierów stertę, firanki i bluzkę co miałam matce oddać wpakowałam się w autobus, podjechałam do centrum, do cukierni zaszłam i jeszcze na wcześniejszy autobus do Rodzicielki zdążyłam tyle że... ten akurat nie jechał na ten przystanek.
Trzeba Wam wiedzieć, iż Wiedźma Rodzicielka mieszka na zadupiu. Jakiejś wiosce przyklejonej dzielnicowo do miasta, która rozciąga się w około trzech kierunkach. Jeździ tam jedna linia autobusu i to czasami skręca tam, a czasami gdzie indziej, a czasami w ogóle zawraca na pierwszej pętli i ma wyjebane ^^
Siedzę więc sobie na przystanku i gadam ze spotkaną znajomą z angielskiego co się z nią uczyłam jakiś rok wcześniej, Pani Danusiu co tam słychać? W końcu podjechał mój autobus i bach wycieczka krajoznawcza. Zamiast mi skręcić tam gdzie powinien on se w drugą stronę odbił i sobie jedzie i podziwia. Dotarłszy do Matki tymi słowami się przywitałam:
- Matko moja kochana wyciągaj flachę pijemy!
Pochwaliwszy się, że umowę dostanę i obgadawszy kilka spraw stwierdziłam, że pora do domu autobusem o 20:45 coby się choć trochę wyspać, bo o czwartej wstaje. Stoję więc na przystanku czekam i czekam, a miętowego PKMu jak nie było tak ani widu. Cześć mamo to znowu ja. Po weryfikacji rozkładu jazdy okazało się, że zaczął się rok szkolny więc autobus mój był 20 min wcześniej, a następny będzie 21:21.
W końcu zasiadłam jak na tronie i gadając z Magiem na fb pognałam w ciemną wycieczkę krajoznawczą. Serio tak długą trasą to ja z tej wioski jeszcze nie jechałam. Tym bardziej stało się awkward, kiedy okazało się, że jestem jedynym pasażerem :P Pan kierowca miał za to totalnie wyjebane i puszczał sobie ostro ACDC na całą parę. Tutaj mamy nowoczesne autobusy więc u mnie zawsze gada gdzie jedziemy, nawet jak zepsuty jest ekran. W pewnym momencie słyszę nazwę "Jeleń, centrum handlowe". Se myślę, galeryja jakaś na wiosce. Patrzę przez okno, a tam... biedronka ^^ Do domu dotarłam kawałek po 22. Średnio wyspana poszłam do pracy, by dowiedzieć się, że do domu od razu nie wracam bo telefon mam do odebrania.
I kolejny raz KZKGOP, alem teraz już mądra dziołcha i od razu wiedziałam, że co podjedzie to mam wsiadać. Nawet na zegarek nie patrząc. Tym razem okazał się zaginiony wtorkowym popołudniem autobus 37 :P
Tyle na dziś moi drodzy :)
Aha, kawa mrożona z pistacjami z Costy - byle jaka, nie polecam. Za to sernik dobry :)
W zeszłym tygodniu w poniedziałek poleciałam zamawiać biurko dla Zaklęcia, żeby to swoje bydle komputerowe miał gdzie postawić jak już się wprowadzi, zaraz potem do galerii bo czegoś mi tam brakło, na koniec do lekarza ustalić termin wizyty do medycyny pracy.
We wtorek do domu wróciłam po 19stej mimo, że wylazłam o 5tej, a powodem tego był mój kochany LG. Wychodząc z pracy przesiadłam się na PKM w stronę Katowic. Dojechałam, lecę na przystanek KZKGOP. Na kartce od Zaklęcia mam wypisane autobusy które mnie do serwisu LG zawiozą. 15:18 - linia nr 37, 15:26 - linia nr 48, 15:30 - linia nr 12. No to przyleciałam i stoję. Jakież było moje zdziwienie gdy o pierwszej z wymienionych godzin przyjechała dwunastka. Ale mówię nic to, ludzi od groma wsiadło, zaraz będzie 37 nie będę się kisić.
Nic bardziej mylnego.
37 nigdy nie przyjechało, podobnie jak 48 za to minutę po widmowej czterdziestce ósemce zajechała kolejna dwunastka. Stwierdziłam, że skorzystam, byleby dojechać. Dwunastka niestety stara jak świat, ani ekran nie pokazuje przystanków ani Krystyna Czubówna ich nie czyta. W związku z powyższym chwała smartphon'owi zastępczemu (wielkie podziękowania dla Łojca z tej strony!) i internetowi z Play. Na koniec okazało się, że przystanków nie musiałam przecież liczyć, bo jak wjeżdżaliśmy na miejsce to taki jebutny napis z nazwą ulicy mnie przywitał, że ślepy by zauważył. Wpadłam więc ja do serwisu LG i tymi słowami się witam:
- Pragnę wyrazić me najszczersze ubolewanie
(Spojrzenie babeczki: heee? )
- z faktu iż mój ukochany telefon trafia do was już drugi raz w przeciągu roku.
- Co się stało? - pyta pani.
- Ten telefon jaja sobie ze mnie robi - poskarżyłam się. - Jakiś czas temu pisałam maila do serwisu z zapytaniem co zrobić jak mi głośnik ścisza. Poradzono mi format systemu, co odkładałam do momentu aż głośnika szlag jasny na ament w pacierzu nie trafił. W sensie, że nie działa (działa nie)
- Czyli głośnik pani nie działa zewnętrzny?
- Sekundę - uniosłam palec, wszak to nie koniec tej porywającej historii - Zrobiłam więc format a tu pyk, nadal nie działa ni w ząb. Poleżał więc tydzień w pudełku i teraz znów działa, ino zaś się ścisza, błagam zróbcie coś z tym.
Zostawiwszy telefon poszłam na kawę i doczekałam do 18stej by Zaklęcie choć przytulić zanim o domu pojadę. W domu dostałam oczywiście zjeby od Koty, więc musiałam środę poświecić na jej ugłaskanie :P
W czwartek jak burza wpadłam do domu po rzeczy, wcześniej cała logistykę ogarniając, celem niezbyt późnego dostania się do Wiedźmy Rodzicielki bo chciała bym ją odwiedziła. Zapakowawszy papierów stertę, firanki i bluzkę co miałam matce oddać wpakowałam się w autobus, podjechałam do centrum, do cukierni zaszłam i jeszcze na wcześniejszy autobus do Rodzicielki zdążyłam tyle że... ten akurat nie jechał na ten przystanek.
Trzeba Wam wiedzieć, iż Wiedźma Rodzicielka mieszka na zadupiu. Jakiejś wiosce przyklejonej dzielnicowo do miasta, która rozciąga się w około trzech kierunkach. Jeździ tam jedna linia autobusu i to czasami skręca tam, a czasami gdzie indziej, a czasami w ogóle zawraca na pierwszej pętli i ma wyjebane ^^
Siedzę więc sobie na przystanku i gadam ze spotkaną znajomą z angielskiego co się z nią uczyłam jakiś rok wcześniej, Pani Danusiu co tam słychać? W końcu podjechał mój autobus i bach wycieczka krajoznawcza. Zamiast mi skręcić tam gdzie powinien on se w drugą stronę odbił i sobie jedzie i podziwia. Dotarłszy do Matki tymi słowami się przywitałam:
- Matko moja kochana wyciągaj flachę pijemy!
Pochwaliwszy się, że umowę dostanę i obgadawszy kilka spraw stwierdziłam, że pora do domu autobusem o 20:45 coby się choć trochę wyspać, bo o czwartej wstaje. Stoję więc na przystanku czekam i czekam, a miętowego PKMu jak nie było tak ani widu. Cześć mamo to znowu ja. Po weryfikacji rozkładu jazdy okazało się, że zaczął się rok szkolny więc autobus mój był 20 min wcześniej, a następny będzie 21:21.
W końcu zasiadłam jak na tronie i gadając z Magiem na fb pognałam w ciemną wycieczkę krajoznawczą. Serio tak długą trasą to ja z tej wioski jeszcze nie jechałam. Tym bardziej stało się awkward, kiedy okazało się, że jestem jedynym pasażerem :P Pan kierowca miał za to totalnie wyjebane i puszczał sobie ostro ACDC na całą parę. Tutaj mamy nowoczesne autobusy więc u mnie zawsze gada gdzie jedziemy, nawet jak zepsuty jest ekran. W pewnym momencie słyszę nazwę "Jeleń, centrum handlowe". Se myślę, galeryja jakaś na wiosce. Patrzę przez okno, a tam... biedronka ^^ Do domu dotarłam kawałek po 22. Średnio wyspana poszłam do pracy, by dowiedzieć się, że do domu od razu nie wracam bo telefon mam do odebrania.
I kolejny raz KZKGOP, alem teraz już mądra dziołcha i od razu wiedziałam, że co podjedzie to mam wsiadać. Nawet na zegarek nie patrząc. Tym razem okazał się zaginiony wtorkowym popołudniem autobus 37 :P
Tyle na dziś moi drodzy :)
Aha, kawa mrożona z pistacjami z Costy - byle jaka, nie polecam. Za to sernik dobry :)
czwartek, 13 września 2018
Jak też i wtorki i środy
Cioteczka, Toć to Anioł Nie Kobieta poleciła mi dać kotu lekarstwo, dałam i Miziaka już znów cała szczęśliwa i jakby bardzie tulaśnia odkąd biegunka się skończyła. Obyło się bez alarmowania weterynarza.
Za to znów śpię na raty, bo:
- Ej, jestem głodna
- Ej, znów jestem głodna
- Ej, nudzę się
- Ej pomiziaj
- Ej, jest piąta rano, czemu jeszcze śpisz
- Miau, pomiziaj
We wtorek już poszłam na przystanek o odpowiedniej porze, toteż spokojnie wsiadłam do autobusu. Usadowiwszy się zaraz za kierowcą, odpaliłam sobie epic music (bo jestem na zastępczym to nie chce mi się książki odpalać, ze swoim LG jadę dopiero we wtorek do serwisu) i zamknęłam oczka pod okularami przeciwsłonecznymi. Jak słowo daje, ten wrzesień to gorzej jak czerwiec!
Po kilku przystankach wsiadł pan i do kierowcy coś tam mówił. Nie słyszałam co, otwierając tylko jedno oko zresztą. Gorzej, że potem pan mówił coś do mnie. No to zdjęłam słuchawki i grzecznie proszę by pan powtórzył.
- Czy mogłaby pani zadzwonić po karetkę bardzo boli mnie w klatce.
- Ojoj... - tyle mi się wyrwało.
Chwyciłam za telefon, ręce mi się zaczęły trząść, bo przecież kurde! Pani zadzwoni po karetkę, a my jedziemy w autobusie. Będę musiała z panem wysiąść i poczekać, a co jeśli pan zemdleje?! Przecież ja nie zdałam resuscytacji, bo miałam blokadę psychiczną i nie mogłam się za cholerę przekonać, by nadmuchać Adasia. Nie mówiąc już o tym, że spóźnię się do pracy, a jaki tam był numer? A już wiem 911, zaraz kutwa, Vill w Polsce jesteś! To 112 czy 999?! Help me someone!
Zanim się zorientowałam pan kierowca zjechał na pobocze i zadzwonił po karetkę. Moje telepotanie się jeszcze wzrosło nie wiedzieć, czy z obawy, że pan się źle czuje (przecież nie udzielenie pomocy jest karalne!) czy z tego ze spóźnię się do roboty. No nie tylko ja się spóźnię, bo spóźni się cały autobus. Zadzwoniłam więc do szefowej i powiedziałam, że mam postój autobusu i możliwe, że się spóźnię.
Po 17 minutach wyczekiwania zabrał nas drugi miętowy PKM jadący w tę stronę i stający na przystanku, który potrzebuje. Karetka przyjechała praktycznie w tym samym czasie. Do pracy na wpół biegłam (należy pamiętać, że od przystanku mam jeszcze kwadrans spaceru). Na pikaczu odbiłam się spóźniona dwie minuty, spocona zziajana i zdenerwowana.
Na koniec dnia dostałam SMSa, że paczka dla mnie czeka na poczcie. Kurde. Otwieram przymierzam. Za duże. Mattaku, kolejna odsyłka kolejne 11 zł w plecy. Nie kupię więcej spodni przez neta!
Idąc do pracy środowym popołudniem natknęłam się na przystanku na pana klęczącego i wywijającego wszystkimi kończynami. Pamiętaj Vill, że nie udzielenie pomocy jest karalne. Podeszłam więc do pana, smucąc się w duchu w stronę drugiego pana, który uciekł autobusem, a wcześniej tylko się przyglądał. Zapytałam, czy panu pomóc trzeba, po karetkę zadzwonić (Ichi mnie przestrzegł, żebym zawsze pamiętała, że karetka to NFZ, a NFZ to zło, a zło to 666 tylko zakamuflowane więc 999 xD). Pana za chiny zrozumieć nie można było, tak bardzo był niepełnosprawny. Sam na przystanku, bez opieki. Pomogłam mu wstać i posadziłam na ławce. Udzieliłam pomocy! Pytam po raz ósmy czy zadzwonić po karetkę, pan kręci głową przecząco, więc mówię mu, że idę do pracy, on pokiwał głową coś tam po bełkotał i poszłam.
W robocie złapałam koleżankę, która idzie na ten sam przystanek i z niego jedzie do domu. Ona mi powiedziała, że zna tego pana i że on jest niepełnosprawny, ale sobie radzi, także nie mam się czym martwić, ale przecież nie udzielenie pomocy jest karalne. Ale udzieliłam. Posadziłam pana na ławce. Dziś muszę zapytać koleżanki czy jeszcze był, jak szła na przystanek.
Za to ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, gdyż jest dopiero wrzesień, dostałam skierowanie na badania wstepne i kwestionariusz osobowy, znakiem, że chyba dostanę umowę.
In other news, mój Promyczek z fabryki z UK wyjeżdża do USA do chopa. Jestem w szoku, ale ona jest mocno przekonana. Zresztą co ja mogę marudzić? Sama zrobiłam coś podobnego. Mam tylko nadzieję, że pójdzie jej lepiej niż mnie z Krótkim.
A skoro już o chopach mowa. Wielkie dylematy mam przemeblowaniowe, bo Zaklęcie wprowadza się od października i potrzebujemy trochę mebli kupić.
wtorek, 11 września 2018
Te poniedziałki parszywe
Poniedziałek to powinien mieć w swej definicji na wikipedii zawarte zdanie, że jest to dzień, który daje ulgę, jak już się kończy. Zwykle właśnie w poniedziałki zdarzają się jakieś masakryczne rzeczy, które w skali tygodnia są najbardziej zapamiętane.
U mnie zaczęło się od nocy. Kot mój pięć razy (i wcale nie koloryzuje) był w toalecie. Przy moim słabym śnie za każdym razem, gdy próbowała się po tym dokopać do chin, dokopywała się jedynie do większych moich nerwów.
Nerwów, które przerodziły się w przerażenie, gdy już obdarta ze snu zauważyłam, że kota moja ma biegunkę. Oczywiście naczytałam się w internecie przeróżnych rewelacji na ten temat i, swoim zwyczajem, podniosłam alarm.
Wszystko jednak po kolei. Kiedy w końcu usnęłam (chwała mojej robocie za popołudniówki w tym tygodniu) obudził mnie nie dźwięk budzika a cholerne nachalne wibracje. Zdziwiona przeogromnie postanowiłam sprawdzić o co kaman. Ustawiłam budzik na za pięć minut i zadzwonił normalnie. Po czym okazało się, ze jak chciałam sobie puścić książkę na głośnik to usłyszałam głuchą ciszę. Ponowne uruchomienie telefonu dało pięć może dziesięć sekund dźwięku po czym głośnik wysiadł na ament. W związku z powyższym, jako, że do otwarcia banku miałam jeszcze trochę czasu, zrobiłam format systemu (jak radziło mi LG) . Niestety najwyraźniej mój Windows na kompie ma się nijak do androida i format dysku C nie pomógł. ŻARCIK :P A tak poważnie to format telefonu nie dał zupełnie nic (poza tym, że wsio należy poustawiać na nowo), czyli nie oddał mi dźwięku w głośniku (o dziwo na słuchawkach działa), a zatem w przyszły wtorek zamierzam się napaść na serwis LG i ładnie ich poprosić by wzięli i się moją gwarancją grzecznościową zajęli (dochodzę do wniosku, że więcej LG nie kupię, opatuliłam go pancernie by mu się krzywda nie stała, a on już drugi raz wyląduje w serwisie nie mając jeszcze dwóch lat na karku!).
Podczas gdy kota moja odpoczywała po nocce w kuwecie, ja poleciałam do banku dowiedzieć się co u licha za aneksy oni chcą bym podpisywała. Na sam przód dowiedziałam się, że zielony bank zachodni od wczoraj stał się czerwonym bankiem Santander. Na dzień dobry pani mnie zagadała z ofertą nowego konta (nie po to przyszłam kurde) po czym kazała mi się zalogować do internetowego konta tego co mam, żebym jej pokazała o jaki mail od nich chodzi (no sorki nie pamiętam hasła, a wy nie macie wejścia od swojej strony?), na koniec zostało o mnie wysłane hasło re-startowe na SMSa (które nie dotarło do mnie do dziś:P) i jednak udało się ujrzeć (od strony pani Joanny - doradcy) co to za aneksy oni ode mnie chcą. Reasumując: Są to dokumenty (odświeżenia umowy?) dla osób które zakładały konta przed 2014 (no ja to konto zakładałam jeszcze jak oni byli kredyt bankiem i byli niebiescy), jeśli je podpiszę (oczywiście bezpłatnie) nic się nie zmieni dla mnie z tego tytułu. Jeśli je nie podpiszę (również bezpłatnie) tak samo nic się nie zmieni. Jednym słowem - zawracanie dupy.
Straszliwie przerażona apatią mojego kota i wkurzona na LG za ponowne zepsucie się, poczłapałam się na przystanek do pracy, by dowiedzieć się, że zaczął się rok szkolny i mój autobus jest przestawiony o całe 10 minut (jak ja uwielbiam kwitnąć na przystanku, takie ładne kwiatki mi wtedy rosną z paznokci :P).
Kiedy już w końcu dojechałam do roboty, po drodze pisząc SMSa do Taty z serdecznym podziękowaniem za Szajsunga J3 który jest obecnie moim telefonem zastępczym, dowiedziałam się, że magazyn znów coś popierdolił. I tak pierwszą godzinę roboty wyjaśniałam sprawy: braki które byłam pewna, że włożyłam do pojemnika nadwyżki które przyszły cholera wie dlaczego skoro korekta była zrobiona poprawnie i tego typu bezedury. Słowem zawracanie dupy . Jak tak dalej pójdzie szefowa znów mi przyjdzie, że mało korekt robię, ale jak tu robić więcej, jak się takie cyrki dzieją?
Miejmy nadzieję, że wtorek przyniesie mniej spraw i więcej korekt. Kota wygląda na zdrową, więc dałam jej tylko lekarstwo na dolegliwości jelitowe i miejmy nadzieje, że jej się poprawi.
A co u Was słońca i skarby? Jak Wam minął poniedziałek?
U mnie zaczęło się od nocy. Kot mój pięć razy (i wcale nie koloryzuje) był w toalecie. Przy moim słabym śnie za każdym razem, gdy próbowała się po tym dokopać do chin, dokopywała się jedynie do większych moich nerwów.
Nerwów, które przerodziły się w przerażenie, gdy już obdarta ze snu zauważyłam, że kota moja ma biegunkę. Oczywiście naczytałam się w internecie przeróżnych rewelacji na ten temat i, swoim zwyczajem, podniosłam alarm.
Wszystko jednak po kolei. Kiedy w końcu usnęłam (chwała mojej robocie za popołudniówki w tym tygodniu) obudził mnie nie dźwięk budzika a cholerne nachalne wibracje. Zdziwiona przeogromnie postanowiłam sprawdzić o co kaman. Ustawiłam budzik na za pięć minut i zadzwonił normalnie. Po czym okazało się, ze jak chciałam sobie puścić książkę na głośnik to usłyszałam głuchą ciszę. Ponowne uruchomienie telefonu dało pięć może dziesięć sekund dźwięku po czym głośnik wysiadł na ament. W związku z powyższym, jako, że do otwarcia banku miałam jeszcze trochę czasu, zrobiłam format systemu (jak radziło mi LG) . Niestety najwyraźniej mój Windows na kompie ma się nijak do androida i format dysku C nie pomógł. ŻARCIK :P A tak poważnie to format telefonu nie dał zupełnie nic (poza tym, że wsio należy poustawiać na nowo), czyli nie oddał mi dźwięku w głośniku (o dziwo na słuchawkach działa), a zatem w przyszły wtorek zamierzam się napaść na serwis LG i ładnie ich poprosić by wzięli i się moją gwarancją grzecznościową zajęli (dochodzę do wniosku, że więcej LG nie kupię, opatuliłam go pancernie by mu się krzywda nie stała, a on już drugi raz wyląduje w serwisie nie mając jeszcze dwóch lat na karku!).
Podczas gdy kota moja odpoczywała po nocce w kuwecie, ja poleciałam do banku dowiedzieć się co u licha za aneksy oni chcą bym podpisywała. Na sam przód dowiedziałam się, że zielony bank zachodni od wczoraj stał się czerwonym bankiem Santander. Na dzień dobry pani mnie zagadała z ofertą nowego konta (nie po to przyszłam kurde) po czym kazała mi się zalogować do internetowego konta tego co mam, żebym jej pokazała o jaki mail od nich chodzi (no sorki nie pamiętam hasła, a wy nie macie wejścia od swojej strony?), na koniec zostało o mnie wysłane hasło re-startowe na SMSa (które nie dotarło do mnie do dziś:P) i jednak udało się ujrzeć (od strony pani Joanny - doradcy) co to za aneksy oni ode mnie chcą. Reasumując: Są to dokumenty (odświeżenia umowy?) dla osób które zakładały konta przed 2014 (no ja to konto zakładałam jeszcze jak oni byli kredyt bankiem i byli niebiescy), jeśli je podpiszę (oczywiście bezpłatnie) nic się nie zmieni dla mnie z tego tytułu. Jeśli je nie podpiszę (również bezpłatnie) tak samo nic się nie zmieni. Jednym słowem - zawracanie dupy.
Straszliwie przerażona apatią mojego kota i wkurzona na LG za ponowne zepsucie się, poczłapałam się na przystanek do pracy, by dowiedzieć się, że zaczął się rok szkolny i mój autobus jest przestawiony o całe 10 minut (jak ja uwielbiam kwitnąć na przystanku, takie ładne kwiatki mi wtedy rosną z paznokci :P).
Kiedy już w końcu dojechałam do roboty, po drodze pisząc SMSa do Taty z serdecznym podziękowaniem za Szajsunga J3 który jest obecnie moim telefonem zastępczym, dowiedziałam się, że magazyn znów coś popierdolił. I tak pierwszą godzinę roboty wyjaśniałam sprawy: braki które byłam pewna, że włożyłam do pojemnika nadwyżki które przyszły cholera wie dlaczego skoro korekta była zrobiona poprawnie i tego typu bezedury. Słowem zawracanie dupy . Jak tak dalej pójdzie szefowa znów mi przyjdzie, że mało korekt robię, ale jak tu robić więcej, jak się takie cyrki dzieją?
Miejmy nadzieję, że wtorek przyniesie mniej spraw i więcej korekt. Kota wygląda na zdrową, więc dałam jej tylko lekarstwo na dolegliwości jelitowe i miejmy nadzieje, że jej się poprawi.
A co u Was słońca i skarby? Jak Wam minął poniedziałek?
czwartek, 6 września 2018
O tym jak popsułam oj bardzo bardzo
Wtorkowy wieczór, siedzi sobie Vill przy stoliku i trzaska zwroty. Otwiera już chyba któryśset z kolei i widzi cztery litry jakiegoś soku. No super. Raz ze jakiś sok w lekach, dwa, że to gabaryt na pewno, trza będzie naklejkę dodać na magazyn konkretny przypisać słowem trochę więcej roboty niż zwykle, ale nie tak znowu dużo.
Cztery sztuki, z czego trzy w porządku. Sprawdzam standardowo serię, datę ważności. O Shit! Krótka data, a to jest gabaryt, na normalna przecenę to nie pójdzie. Pamiętam, jak mi wcześniej w podobnej sytuacji system robił problemy, jakby ktoś kto go tworzył nie przewidział, że wielkim rzeczom też może się skończyć przydatność do spożycia (dwoją drogą, wiecie, że nawet pieluchy mają datę ważności?)
Aha no tak i zapomniałabym o jednym drobnym szczególe. Mianowicie, że producent chyba się naćpał, bo nie wiem kto normalny wytłacza na produkcie datę ważności i serię, ale kodu kreskowego już nie. W tym konkretnym napoju był on przyklejony cholerną ulotką. Ulotką, która oczywiście była zagubiona w akcji na jednym z towarów i która akurat musiała zginąć na tym z krótką datą (chociaż gdyby brakowało jej na innych sytuacja byłaby taka sama).
Zaaferowana byłam. Przyznaje się bez bicia. W pamięci zakamarkach próbowałam odszukać recepturę na wysłanie krótkiej daty poprzez magazyn towarów wielkogabarytowych.
A powinnam pomyśleć.
A powinnam zastanowić się logicznie.
A powinnam ochłonąć.
A powinnam zapytać.
A przede wszystkim powinnam odesłać!
Ale co tam. Vill sobie towar przyjęła, co z tego, że nie było kodu do skasowania. Przecież zawsze można skasować kod z innych tych samych towarów, czyż nie? (no nie, tak gwoli ścisłości, zwłaszcza jak jest różnica w serii!).
Jakaś była moja radość, gdy system przyjął mi Gabaryt na zwykły magazyn przecen (z powodu krótkiej daty). Hura Hura i chwalmy system.
Na drugi dzień towar do mnie wrócił z powodu że bez kodu. No super i co ja mam teraz z tym fantem zrobić?
1) Zadzwoniłam grzecznie do apteki z zapytaniem czy Pani może mi to wymienić (apteki i tak nakładają swoje kody). Niestety nic z tego, gdyż albowiem ponieważ pani zamawiała te konkretne cztery sztuki i te odesłała bo jednak pacjent się rozmyślił, co za tym idzie choćby chciała to nie ma innych na wymianę.
2) Poleciałam na magazyn coby ogarnąć czy ulotkę ową można jakoś zeskanować, skserować, cokolwiek, ja się pytam co za debil umieszcza kod kreskowy na ulotce która tak łatwo może się oderwać?!. No nie, kopiowanie nie wchodzi w grę z powodu kolorystyki i foliowania owej ulotki.
Zostało mi już ino jedno wyjście.
3) Polazłam z pokorną miną do kierowniczki, przepraszając jak to bardzo popsułam bo wiem, wiem oh na bogów wiem już teraz, mądra ja po szkodzie, iż powinnam to odesłać, zamiast przejmować. Oh tak strasznie mi przykro jak ja już mądrzejsza jestem o tą wiedzę, szkoda, że tak późno. Co? Nie, nie wiem ile to kosztuje. Aha, dobrze, dziękuję.
Pani kierownik stwierdziła, że jak nie ma szans odzyskać kodu to mam dać towar do utylizacji (skoro to ino litr), ewentualnie mogę go sobie sama wypić :P
Cztery sztuki, z czego trzy w porządku. Sprawdzam standardowo serię, datę ważności. O Shit! Krótka data, a to jest gabaryt, na normalna przecenę to nie pójdzie. Pamiętam, jak mi wcześniej w podobnej sytuacji system robił problemy, jakby ktoś kto go tworzył nie przewidział, że wielkim rzeczom też może się skończyć przydatność do spożycia (dwoją drogą, wiecie, że nawet pieluchy mają datę ważności?)
Aha no tak i zapomniałabym o jednym drobnym szczególe. Mianowicie, że producent chyba się naćpał, bo nie wiem kto normalny wytłacza na produkcie datę ważności i serię, ale kodu kreskowego już nie. W tym konkretnym napoju był on przyklejony cholerną ulotką. Ulotką, która oczywiście była zagubiona w akcji na jednym z towarów i która akurat musiała zginąć na tym z krótką datą (chociaż gdyby brakowało jej na innych sytuacja byłaby taka sama).
Zaaferowana byłam. Przyznaje się bez bicia. W pamięci zakamarkach próbowałam odszukać recepturę na wysłanie krótkiej daty poprzez magazyn towarów wielkogabarytowych.
A powinnam pomyśleć.
A powinnam zastanowić się logicznie.
A powinnam ochłonąć.
A powinnam zapytać.
A przede wszystkim powinnam odesłać!
Ale co tam. Vill sobie towar przyjęła, co z tego, że nie było kodu do skasowania. Przecież zawsze można skasować kod z innych tych samych towarów, czyż nie? (no nie, tak gwoli ścisłości, zwłaszcza jak jest różnica w serii!).
Jakaś była moja radość, gdy system przyjął mi Gabaryt na zwykły magazyn przecen (z powodu krótkiej daty). Hura Hura i chwalmy system.
Na drugi dzień towar do mnie wrócił z powodu że bez kodu. No super i co ja mam teraz z tym fantem zrobić?
1) Zadzwoniłam grzecznie do apteki z zapytaniem czy Pani może mi to wymienić (apteki i tak nakładają swoje kody). Niestety nic z tego, gdyż albowiem ponieważ pani zamawiała te konkretne cztery sztuki i te odesłała bo jednak pacjent się rozmyślił, co za tym idzie choćby chciała to nie ma innych na wymianę.
2) Poleciałam na magazyn coby ogarnąć czy ulotkę ową można jakoś zeskanować, skserować, cokolwiek, ja się pytam co za debil umieszcza kod kreskowy na ulotce która tak łatwo może się oderwać?!. No nie, kopiowanie nie wchodzi w grę z powodu kolorystyki i foliowania owej ulotki.
Zostało mi już ino jedno wyjście.
3) Polazłam z pokorną miną do kierowniczki, przepraszając jak to bardzo popsułam bo wiem, wiem oh na bogów wiem już teraz, mądra ja po szkodzie, iż powinnam to odesłać, zamiast przejmować. Oh tak strasznie mi przykro jak ja już mądrzejsza jestem o tą wiedzę, szkoda, że tak późno. Co? Nie, nie wiem ile to kosztuje. Aha, dobrze, dziękuję.
Pani kierownik stwierdziła, że jak nie ma szans odzyskać kodu to mam dać towar do utylizacji (skoro to ino litr), ewentualnie mogę go sobie sama wypić :P
poniedziałek, 3 września 2018
Festiwal świetlnej Energii
Cześć, w zasadzie to przyszłam podzielić się kilkoma filmikami odnośnie niedawnego festiwalu dobrej energii który został zorganizowany przez dostawce prądu u mnie w mieście w centrum i w parku. Byłam tam w sumie na sam koniec (dojechałam z pracy dopiero na dwudziestą trzecią), ale niektóre rzeczy wyglądały naprawdę magicznie :)
Grzybki halucynki xD
Muzyczno świetlny taniec na budynkach :)
Oczywiście nie mogło zabraknąć kotów :)
poniedziałek, 27 sierpnia 2018
Te szalone poniedziałki...
Tydzień zaczęłam wiadomością, że magazyn opędzlował wszystkie moje pojemniki i nie przyniósł mi tego co powinien przynieść. Mało tego ktoś zamknął pojemnik w którym był mój brak i tym kimś nie byłam ja. Od tygodnia trzymałam pudełko z zapisem że brakuje w nim dwóch maści (wedle logów w systemie być powinny, ale magazyn twierdzi, że ich nie było). Jako, że bazuje na dwóch pudełkach zamysł był taki, że jak w jednym brakuje to w drugim powinna być nadwyżka (towar, którego nie ma na liście) i wszystko powinno się wyzerować. No cóż, najwyraźniej wymyślam sobie te dwie maści, bo żadnej nadwyżki mi nie przyniesiono.
Następnie dostałam tak cudowny zwrot, że przekonana jestem iż nadawca wypił coś, zaćpał, zjarał, abo wsio na raz! Na jednej z faktur brakowało towaru. Drugi był uszkodzony. Trzeci natomiast był zupełnie nie do naszej placówki, ale nie mogłam go wysłać przesyłką wewnętrzną na odpowiedni oddział, gdyż albowiem ponieważ ktoś bazgrząc po druczkach zwrotu nabazgrolił numer wręcz nieistniejący (powinni zakazać pisania ręcznego na tych drukach, bo naprawę niekiedy tak ciężko rozszyfrować co tam jest namalowane, że słów brak). Oczywiście jak to w takich wypadkach bywa, wszelkie próby kontaktu telefonicznego zakończyły się niepowodzeniem. Wnerwiłam się, zabrałam to wsio i wysłałam na powrót do apteki, niech se ogarną własny burdel.
Jakiś czas później, widząc kolejną krótką datę (w związku z czym miała ona iść na przecenę, ale najpierw trzeba było zrobić dokument), nakreśliłam swoimi inicjałami podpisany dokumencik i wrzuciłam maść na stopy do pudełka gdzie grzecznie miała czekać na następne towary.
Minęła godzina, otwieram kolejny zwrot, znów bazgrany, znów ledwie odczytywany. Numer zjedzony o jedną cyfrę. Szukam, wpisuje, kombinuje, co to u licha mogło być? Grzebie się w bazie danych po numerze kontrahenta szukam po dacie wystawienia faktury źródłowej. No ni cholery nic mi się nie zaczyna na dwie siódemki! W końcu znalazłam jakiś numer, który wydawał się blisko, wchodzę na spis towarów, no zgadza się. Łapie za telefon, dzwonie do apteki, żeby się upewnić.
-Halo?
- Dzień dobry tu dział reklamacji kłaniam się, ja dzwonię w sprawie państwa druczku zwrotu, otóż jest na nim błąd pisemny, ale znalazłam numer faktury źródłowej, więc dzwonie, by się upewnić. Ja pani podam ten numer dobrze, a Pani mi powie czy się zgadza tak?
- No dobrze
- Więc tak, siedemdziesiąt cztery, dwadzieścia, trzydzieści osiem.
- Nie, nie ja mam inny, siedemset czterdzieści dwa, zero trzydzieści osiem.
Kurtyna.
Chwilę później okazało się, że mój świeżo utworzony dokument krótkiej daty ZUPEŁNIE SAM się zamknął i nie zostało mi nic innego jak zmarnować trochę drzew i wydrukować zlecenie przeniesienia tej jednej maści na stopy do odpowiedniego magazynu. Tu jednak jestem skłonna zrzucić winę na dziewczyny, bo przed końcem miesiąca sprzątają dokumenty, wiec i mój niechcący mogły zamknąć. Ale przecież żadna się nie przyzna :P
Na sam koniec dnia okazało się, że mój telefon chyba słyszał moją rozmowę z Zaklęciem na temat wzięcia innego sprzętu bo ten się psuje już od kilku tygodni marudzi, że ma aktualizację systemu, a jak próbuję to zrobić to wywala błąd na trzech procentach. Poza tym ekranowi zdarza się nie reagować no i kurcze, troszkę się zawiesza i wywala aplikacje internetu szczególnie. Czybym powinna go znów zanieść do LG? W ogóle to dlaczego on u licha pobiera aktualizacje aplikacji jak mu wyraźnie powiedziałam, że nie, no i jeszcze ciągle się psioczy o tę aktualizację systemu.
Dziś postanowiłam znów spróbować i pozwoliłam mu zaktualizować androida. I co się okazało? Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie zawiesił się tym razem, nie wywalił błędu. Pobrał wszystko i zainstalował. Tak sobie, najzwyczajniej w świecie.
Bo czemu nie?
Następnie dostałam tak cudowny zwrot, że przekonana jestem iż nadawca wypił coś, zaćpał, zjarał, abo wsio na raz! Na jednej z faktur brakowało towaru. Drugi był uszkodzony. Trzeci natomiast był zupełnie nie do naszej placówki, ale nie mogłam go wysłać przesyłką wewnętrzną na odpowiedni oddział, gdyż albowiem ponieważ ktoś bazgrząc po druczkach zwrotu nabazgrolił numer wręcz nieistniejący (powinni zakazać pisania ręcznego na tych drukach, bo naprawę niekiedy tak ciężko rozszyfrować co tam jest namalowane, że słów brak). Oczywiście jak to w takich wypadkach bywa, wszelkie próby kontaktu telefonicznego zakończyły się niepowodzeniem. Wnerwiłam się, zabrałam to wsio i wysłałam na powrót do apteki, niech se ogarną własny burdel.
Jakiś czas później, widząc kolejną krótką datę (w związku z czym miała ona iść na przecenę, ale najpierw trzeba było zrobić dokument), nakreśliłam swoimi inicjałami podpisany dokumencik i wrzuciłam maść na stopy do pudełka gdzie grzecznie miała czekać na następne towary.
Minęła godzina, otwieram kolejny zwrot, znów bazgrany, znów ledwie odczytywany. Numer zjedzony o jedną cyfrę. Szukam, wpisuje, kombinuje, co to u licha mogło być? Grzebie się w bazie danych po numerze kontrahenta szukam po dacie wystawienia faktury źródłowej. No ni cholery nic mi się nie zaczyna na dwie siódemki! W końcu znalazłam jakiś numer, który wydawał się blisko, wchodzę na spis towarów, no zgadza się. Łapie za telefon, dzwonie do apteki, żeby się upewnić.
-Halo?
- Dzień dobry tu dział reklamacji kłaniam się, ja dzwonię w sprawie państwa druczku zwrotu, otóż jest na nim błąd pisemny, ale znalazłam numer faktury źródłowej, więc dzwonie, by się upewnić. Ja pani podam ten numer dobrze, a Pani mi powie czy się zgadza tak?
- No dobrze
- Więc tak, siedemdziesiąt cztery, dwadzieścia, trzydzieści osiem.
- Nie, nie ja mam inny, siedemset czterdzieści dwa, zero trzydzieści osiem.
Kurtyna.
Chwilę później okazało się, że mój świeżo utworzony dokument krótkiej daty ZUPEŁNIE SAM się zamknął i nie zostało mi nic innego jak zmarnować trochę drzew i wydrukować zlecenie przeniesienia tej jednej maści na stopy do odpowiedniego magazynu. Tu jednak jestem skłonna zrzucić winę na dziewczyny, bo przed końcem miesiąca sprzątają dokumenty, wiec i mój niechcący mogły zamknąć. Ale przecież żadna się nie przyzna :P
Na sam koniec dnia okazało się, że mój telefon chyba słyszał moją rozmowę z Zaklęciem na temat wzięcia innego sprzętu bo ten się psuje już od kilku tygodni marudzi, że ma aktualizację systemu, a jak próbuję to zrobić to wywala błąd na trzech procentach. Poza tym ekranowi zdarza się nie reagować no i kurcze, troszkę się zawiesza i wywala aplikacje internetu szczególnie. Czybym powinna go znów zanieść do LG? W ogóle to dlaczego on u licha pobiera aktualizacje aplikacji jak mu wyraźnie powiedziałam, że nie, no i jeszcze ciągle się psioczy o tę aktualizację systemu.
Dziś postanowiłam znów spróbować i pozwoliłam mu zaktualizować androida. I co się okazało? Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie zawiesił się tym razem, nie wywalił błędu. Pobrał wszystko i zainstalował. Tak sobie, najzwyczajniej w świecie.
Bo czemu nie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































