Rozczarowana jestem bardziej niż sądziłam, że będę (bo, że będę to wiedziałam na pewno). Coś takiego jak rynek pracownika nie istnieje, albo nie istnieje na śląsku, gdzie obecnie przebywam. Słysze tu i ówdzie, że jest miejsce, że jest praca, ale są to miejsca tak daleko ode mnie, że nawet z samochodem dojeżdżać bym nie mogła (minus posiadania znajomych rozsianych po Polsce).
Poprzez jakieś skromne znajomości, które zawarłam przez te półtora roku staram się jakoś coś zorganizować. Nie jest to łatwe. I na razie bez rezultatu.
Na rozmowach bywam rzadko. Mimo, że wkładam całe serce w CV, w to, co jest tam napisane, jak jest napisane i jak to graficznie wygląda. Nie przekonuje to jednak pracodawców do tego stopnia by zechcieli ze mną rozmawiać. Kiedy jednak przychodzi chwalebny dzień, że chcą - całe przedsięwzięcie kończy się fiaskiem. Strata czasu. To, że przygotowuje się indywidualnie do każdej rozmowy, ubieram się najlepiej jak mogę. Już nawet nie trzęsą mi się ręce.
I tak mnie nikt nie chce.
Bo nie jestem długonogą, cycatą blondynką z kilo tapety na ryju z 20 letnim doświadczeniem i ośmioma językami na full blaszkę wyrytymi. Bo nie jestem przebojowa, bo nie błyszcze, bo nie jestem wnuczką teścia bratowej ze strony wujka.
Przykre to w chuj.
Rozczarowujące.
Strata czasu.
Zatrudniłam się więc w obozie pracy (bo trzeba coś jeść i za coś pić), gdzie tyram na akord, pożerając na kilogramy tabletki na żołądek, bo pracowanie pod presją czasu to nic innego jak pierdolenie o normie trzy razy dziennie i pośpieszanie, gdzie ręce nie mają motorka w dupie.
Zawijam kable, nakładam uszczelki. Wyrabiam na osiem godzin połowę normy. Jak zobaczę wypłatę to chyba ją przepiję najtańszymi trunkami. Nie mówiąc już o tym, że nawet podstawowych sanitariów nie ma w tej pożal się losie firmie (od trzech dni noszę własny papier toaletowy). Warunków do pracy też nie ma, a niedługo okaże się, że więcej dokładam jak zarobię. Bo bilet, bo rękawiczki, bo srajtaśma bo coś tam. Dziewczyny robotę do domu biorą, by wyrobić normę po to, by dostać najniższą krajową. Nikt nie ma czasu iść na przerwę, nie mówiąc już o tym by się chociaż wysikać.
Wąż powiedział, że światło nie istnieje, a ja mam wrażenie, że ma rację.
W związku z tym wszechobecnym rozczarowaniem postanowiłam wypierdalać z kraju. Na emigracje, gdzieś z dala od rozczarowania i wieżowców z których chcę skakać za każdym razem jak jadę do tyry.
Sęk w tym, że jeszcze rok. Szkołę chcę skończyć, chociaż wedle Wiedźmy Rodzicielki nic mi nie da technik administracji, ale skończyć chcę i tak. Jeśli ten rok przeżyje i do tej pory niczego normalnego nie znajdę, to jak bogowie mi świadkami i Wy moi czytelniczy nieliczni - wypierdalam z tego kraju...
Kamienne podłoże było zimne. Kamyki wbijały się w jej ciało boleśnie i niewygodnie. Kostur leżał nieopodal, bezużyteczny, zgaszony i bez krzty magii. Jej ręce przyciskane do ziemi przez węża w ludzkiej postaci piekły otarciami do krwi. Jego oślizgły język wodził po jej ramieniu. Siedział na niej okrakiem, zdecydowanie cięższy niż mogłoby się wydawać. Zlizywał pot i krew z otartej gdzieniegdzie skóry. W jakiś irracjonalny sposób na chwile przynosiło to ulgę. Nie godzę się. Ta myśl zaświtała w jej zmęczonym umyśle. Uścisk na jej lewej ręce zelżał tylko po to, by przesunął kończynę do dogodniejszej pozycji, czyli pod swoje kolano. Teraz miał wolną rękę, Delikatnie wręcz z namaszczeniem pozwolił przepłynąć kosmykom jej włosów przez swoje palce. Pochylił się i powąchał zagłębienie jej szyi, by już po chwili polizać je rozdwojonym językiem. Poczuła jego ślinę na swoim obojczyku. Nie godzę się... Jego dłoń zatopiła się w jego włosach. Pochylił się by ją pocałować, ale odwróciła głowę. Jedynie na chwilę, bo zaraz pociągnął ją za włosy. Nie godzę się. Jej czarne już oczy spojrzały w jego gadzie ślepia, czerwona obwódka w okół źrenicy zajarzyła się.
- Nie godzę się - wyszeptała.
- Przyszszszszłaśśśśś po śśśśświatło - odparł jej. - Za to jesssssst cena.
- Nie godzę się - powtórzyła.
- Nie maszzzzzzz wyboru.
- Nie godzę się - jej czarne oczy wciąż wpatrywały się w jego ślepia.
- Nie zapłaciszzzz ceny nie dossstaniesz śśśśświatła.
- Nie godzę się - kolejny szept.
Pochylił się znów, jego ogon oplótł się w okół jednej z jej nóg. Wsunął język w jej ucho tak, że przeszedł ją dreszcz. Dreszcz ten jednak nie miał nic wspólnego z przyjemnością. Zacisnęła zęby. Nie godzę się. Jej palce zakrzywiły się jak szpony, zaczęła głębiej oddychać przez nos. Każdy wdech przynosił oślizgły zapach jego żądzy, ale wydech wynosił moc jej wkurwienia. Narastało to w niej do tego stopnia, że myślała, iż za chwile wybuchnie, a wybuch ten pochłonie ją, węża, wioskę czarownic, cały ten świat i wszystkie światy. Nie godzę się!
- Poziom pierwszy, otoczenie elementów - powiedziała.
W jednej chwili nad nimi pojawiła się dokładna kopia Vill. Miała na sobie nawet to samo ubranie. Wyglądała jednak inaczej. Pełna siły, potęgi. Jej kostur, inny niż ten z którym przyszła. Jarzył się kolorami.
- Poziom drugi, wzmocnienie nekromanty - warknęła.
Obok poprzedniczki pojawiła się druga. Ta miała dwa krótkie pistolety i ubrana była w czarny skórzany, długi płaszcz.
- Poziom trzeci, żądza mordu.
Trzecia była przerażająca. Miała podarte ubranie, a zamiast broni długie, czarne zakrzywione szpony, rozczochrane włosy i bezdennie czarne oczy.
- Poziom czwarty, poświęcenie guardiana.
Ostatnia z nich miała czarną zbroję i długi dwuręczny czerwony miecz. Jej oczy, równie czerwone jak klinga wpatrywały się w węża.
- Połączenie - wyszeptały wszystkie pięć i nagle już nie siedział na niej.
Stała przed nim. Ubrana w wysokie buty, dopasowane spodnie. Bluzka, którą wcześniej rozerwał, była cała. Jej włosy zaplecione były w warkocz. Z pleców wyrastały jej kościane skrzydła, które poruszały się jakby oddychały. Oczy miała zamknięte. Podniósł się szybko, widocznie zabawa jeszcze się nie skończyła. Ona otworzyła oczy. To były same białka. Nic więcej, choć w ich kącikach widział nadchodzący mrok. Stałą tak ociekając mocą, aż patrzenie na nią bolało. Na chwilę wszystko zamarło, jakby czas się zatrzymał.
Skoczyła w jego stronę. Jej szybkość zwiększyła się do tego stopnia, że z ledwością unikał ciosów zadawanych krótkimi mieczami. Tańczyła z ostrzami napierając na niego całą mocą i gniewem jakie miała. Z ledwością uskakiwał i nagle ogon przestał być pomocny, bo wydawało się, że potrafiła przewidzieć każdy jego ruch!
- Nie godzę się żyć w świecie, który nie daje mi szansy! - wrzasnęła przy kolejnym ataku. - Dawaj światło!
Już nie atakował, zepchnięty o ofensywy starał się uratować własne życie. Nagle pożądanie jakie czuł przerodziło się w strach przed mocą Anioła Zagłady, którym się stała. Atakowała zapamiętale i wcale nie metodycznie. Wściekłość i moc którą obudziła gnała nią na oślep nieprzewidzianą furią.
- Dawaj światło! - wrzasnęła, jakby wymagała by oddał jej ukochanego pluszaka.
Cofał się, unikał, bronił i uciekał przed jej furia. W szaleńczej panice pognał w stronę wyjścia z jaskini, ale dopadła go nim tam dotarł. Chwyciła go i potężną siła posłała na przeciwległą ścianę, Uderzył plecami zmieniając się z węża, lecz nim wylądował na ziemi i z szybkościa kobry zdołał czmychać, ona już była przy nim. Kopnęła go w pysk, tak, że poleciał na rozwalone łóżko. Nim sie otrząsnął chwyciła go za ogon i trzasnęła nim jak biczem. Pociemniało mu w oczach, ale nie pozwoliła mu odetchnąć. Ponownie rąbnęła nim o ścianę. Zmienił kształt na ludzki i uniósł ręce by zasłonić głowę.
- DAWAJ ŚWIATŁO! - darła się pędząc do niego z uniesionymi ostrzami.
Widział jej kły, długie i ostre jak jego, widział jej białka, które zaczął pokrywać mrok, widział kościane skrzydła, które żyły własnym życiem. Widział Anioła Zagłady, który miał być jego końcem.
- Ono nie isssstnieje! - wrzasnął.
Ukrył głowę w dłoniach, ale cios nie nadszedł. Zaryzykował spojrzenie na nią i oniemiał. Stała przed nim z lekko otwartymi ustami, puste spojrzenie czerniejących białek wyglądało... przerażająco wręcz smutno. Miecze upadły z głuchym dźwiękiem, a ona osunęła się na kolana.
W chacie śmierdziało pleśnią i wilgocią. Okna pozasłaniane były brudnymi szmatami, podobnie jak wejście nie posiadające normalnych drzwi. Z zewnątrz dochodziły głosy ciekawskich starających się zajrzeć do wnętrza. Starucha siedząca na czymś w rodzaju tronu miała na sobie brudną suknię, która najlepsze lata świetności miała już bardzo, bardzo dawno za sobą. Na podołku leżało zgniłe, sczerniałe jabłko. Kobieta głaskała je machinalnie. Na oczach miała opaskę, która niegdyś zapewne była biała. Głowę zwróconą miała w stronę Vill i Gabriela.
- On czeka na kobietę, która przyjdzie po światło.
- Vill daj spokój, moje skrzydła wystarczą.
- Nie wystarczą. Nie na mrok, który nadchodzi - spojrzała na niego swymi niemal już czarnymi oczami. Dotknęła kostura na plecach
- Vill - wyciągnął do niej rękę, ale odtrąciła ją.
- Musze iść - powiedziała.
***
W jaskini panowała ciemność. Nie było to jednak dla niej wielkim problemem. Jej pół rasowość pozwalała widzieć w niezbyt głębokiej ciemności. Mimo to stąpała ostrożnie. Z zewnątrz dobiegło krakanie. Zatrzymała się na chwile, ale dźwięk się nie powtórzył. Ruszyła przed siebie. Rozpoznawała kształty, co pozwalało jej zgrabnie omijać pozostałości mebli, szmat i jakichś śmieci. Przeskoczyła nad zgniłym, wilgotnym materacem, leżącym na pozostałościach łóżka. Szmer z lewej sprawił, że się zatrzymała. Spojrzała w tamtą stronę, odruchowo sięgając w stronę kostura. Cisza. Bezruch przedłużał się kiedy lustrowała okolicę. Dłoń na kosturze świerzbiła niecierpliwością. Kolejny szmer za nią. Obróciła się gwałtownie i coś pchnęło ją na przegniły materac. Upadła i coś oślizgłego przesunęło się po jej ręce. Zerwała się gwałtownie. W sekundę miała kostur w ręku.
- Pokaż się! - wrzasnęła.
- Myśśśśśślałem, że wampiry dobrze widzą w ciemnośśśśści - dobiegło ją zewsząd.
Obracała się gwałtownie, z kosturem przygotowanym do ataku.
- Jestem półkrwi
- To wiele wyjaśśśśnia....
Nagle znalazła się przed nią. Jego biały pysk, niemal raził w oczy. Ślepia o pionowych źrenicach wpatrywały się w nią, Rozdwojony język wysuwał się i chował co chwilę. Wił się przed nią bladością swego oblicza. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, kiedy ogonem pociął ją. Znów wylądowała na materacu, tym razem na plecach. Kopnęła go w zbliżający się w jej stronę pysk. Zasyczał gniewnie, kiedy zrobiła obok niego przewrót, podnosząc się. Zamachnęła się kosturem, ale się uchylił. W jednym momencie zniknął w mroku. Nagłe zniknięcie światła jakim była jasność jego skóry, sprawiło, że musiała poświęcić chwilę, by przyzwyczaić się do ciemności. Ponownie bezruch zapanował w okolicy. Zrobiła pewny krok do przodu, z kosturem przygotowanym do ciosu.
- Wyłaź przyszłam po światło - krzyknęła przed siebie.
- Muśśśśiszzzzzz zapłacić - powiedział jej.
- Czego więc chcesz?
Cisza.
Zrobiła kilka kroków w głąb jaskini.
Cisza.
Mogłoby się zdawać, że była zupełnie sama.
Cisza i bezruch.
- Czego chcesz?! - wrzasnęła a jej głos poniósł się echem po skałach.
- Zgadnij - powiedział.
Jego blady wężowy ogon owinął się w okół jej szyi. Podniósł ją do góry tak nagle, że wypuściła kostur. Chwyciła dłońmi ogon, próbując się uwolnić. Jego pysk zbliżył się do niej gwałtownie, po drodze zmieniając się w ludzką twarz o żółtych ślepiach z pionowymi źrenicami. Miał łuski na policzku. Pocałował ją wbijając rozdwojony język brutalnie w jej usta. Jej prawie czarne oczy nabrały bordowego odcienia, kiedy wbiła kły w jego język. Zawył puszczając ją i odsuwając się. Był teraz prawie cały w ludzkiej postaci. Jego nagie ciało zdradziło chęci. Blada skórę pokrytą miał gdzieniegdzie łuskami. Ogon, którego się nie pozbył, wił się wściekle z tyłu jego postaci. Spojrzał na nią, z kącika ust ciekła mu czerwona krew. Vill wylądowała zgrabnie obok zapleśniałego materaca. Chwyciła kostur i wyprostowała się. Splunęła jego krwią i pokazała kły.
Zważywszy na to, iż Wasze jakże żałosne próby znalezienia mi stażu i polepszenia mojej sytuacji, a także jakiegokolwiek w tym kierunku wywiązania się z zawartej ze mną umowy spełzły na niczym, a raczej pełzły na niczym od lutego tego roku uprzejmie informuje, że cierpliwość mi się skończyła.
Na nic się zdały bzdurne tłumaczenia pana pośrednika, jakoby pracodawcy odrzucali moje CV ze względu na miejsce zamieszkania lub brak doświadczenia (ja się uprzejmie kurwa pytam czym zatem jest staż z definicji?!)
Cierpliwie czekałam na kolejne, coraz to odraczane kursy i kolejne, coraz to rzadsze telefony z ofertami. Uprzejmie pytałam i dzwoniłam we własnym zakresie, lecz niczego oczywiście nie wskórałam. Nie mówiąc już o tym, że w przeciągu tego czasu wasza Fundacja dwa razy poszukiwała pracowników, a waszym sekretariacie spotkałam (niespodzianka!) dziewczynę z kursu. Mnie nawet nie powiadomiono, że taki staż jest w stanie zaistnieć.
W związku z powyższym śmiem wątpić, że podejmowaliście jakiekolwiek sensowne próby by pomóc mi "wybrać ścieżkę kariery" jaką zresztą sami mi zaproponowaliście.
Nadmienić muszę iż przykro mi bardzo, że sprawy musiałam wziąć w swoje ręce, które teraz bolą mnie kurewsko podobnie jak kręgosłup, gdyż niemożność Wasza i czas jaki na Was straciłam zmusił mnie do podjęcia drastycznych kroków i zatrudnienia się byle gdzie, byle jak i za byle co.
Wywiązując się z naszej umowy oraz dając zadość regulaminowi fundacji uprzejmie donoszę iż od dnia wczorajszego tj 13.06.2018r. zatrudniona jestem w fabryce pierdolonych kabelków.
A zatem drogi FRAPZie, idźcie Wy w pizdu. Sama se poradzę.
________________________
Takiego właśnie maila powinnam im napisać.. Zamiast tego po prostu wyślę im skan tej mojej śmieciowej umowy...
Niby powinnam się cieszyć, że pracuję.
Ale czuję się tam tak kurewsko nie na miejscu, a cała akcja jest tak daleka do tego czego pragnę jak tylko może być. W związku z tym nie. Nie ciesze się nawet krzty...
I płakać mi się chce na myśl..
... że znów wylądowałam w jakimś fizycznym pokurwim rozpierdolu...
Korytarz pogrążony był w mroku. Sam ubrany był na czarno, więc i jego nie było widać. Jego blada skóra niemal raziła w ciemności. On jednak nie miał problemu z zobaczeniem dokąd zmierza. Zresztą i tak pewnie dotarłby tu nawet z zamkniętymi oczami. Korytarz zakręcił i oczom przybysza ukazały się masywne drzwi. Były uchylone. Ostrożnie podszedł do nich. Piwne oczy przesunęły się po kawałku przestrzeni, którą mogły ujrzeć przez szparę w drzwiach.
W pokoju także panowała ciemność. Nie paliła się żadna świeca, ani światło elektryczne. Zresztą w całym Pograniczu było dziwnie cicho, ale tu najbardziej. To było niepokojące.
Powoli pchnął drzwi, przygotowany na atak. Ten jednak nie nastąpił, za to z sąsiedniego pomieszczenia usłyszał szelest. I ciche przekleństwo. Lawirując między meblami, doskonale przecież widząc w ciemności ruszył do sypialni.
Drzwi szafy były otwarte. Z wnętrza wystawały jej nogi. Miała na sobie zwykłe jeansy, a stopy były bose. Tu świeciło się jakieś światło. W zasadzie jedynie poświata. Aplikacja żarówki z telefonu.
Wysunęła głowę zza drzwi szafy i spojrzała na niego. Włosy jak zwykle miał w cudownym ułożeniu. Tym razem były rozpuszczone. Jego piwne oczy wpatrywały się w nią. Blada twarz odznaczała się na tle panującej ciemności. Posłała mu niewesoły uśmiech, w odpowiedzi ukazał kły. Bez słowa znów zanurkowała w szafie.
- Wnioskuje, że nie - powiedział. - A zatem co się stało?
- Mrok nadchodzi - usłyszał jej stłumioną odpowiedź.
- Jak to? - zaniepokoił się, zaraz znalazł się przy niej i chwycił ja za ramiona. - Jak to? - powtórzył.
Teraz dopiero zauważył. Jej czerwone włosy nie miały blasku. Nie przypominały już żywej, świeżej krwi. Nie przypominały niczego poza brudnymi, niezadbanymi piórami. Ale najgorsze były oczy. Niebieskie tęczówki ciemniały i to wcale nie dlatego, że zmieniały się w czerwień.
- Ile mamy czasu?
- Nie wiem Gabrielu, serio, nie wiem - powiedziała i posłała mu kolejny smutny uśmiech.
- Co zrobisz?
- Tego też nie wiem - odparła, wyswobodziła się z jego uścisku i znów zanurkowała w szafie.
- Czego szukasz? - zapytał, nurkując z nią, by jej pomóc.
- Kostura od David'a - odparła. - Jest!
Wyciągnęła z szafy przedmiot i stanęła w triumfalnej pozie. Kostur był nieco wyższy od niej. Na dole zakończony kolcem. Na jego szczycie umieszczone zostały trzy podłużne, wąskie kryształy. Były szare.
- Vill, on jest cały rozładowany
- Wiem.
- Co chcesz z nim zrobić.
- Na początek naładuje.
- A potem?
- A potem nie wiem, ale zrobić coś muszę... - syknęła i chwyciła się za bok, kolejne ukłucie dało o sobie znać - zanim to nadejdzie i pochłonie wszystko. Ciebie, mnie, Pogranicze i każdego kogo tu sprowadziłam...
Nie chce mi się naprawdę już użalać. Przepłakałam dość. Zwłaszcza, że zgodnie z Zelandem i zasadą Transerfingu naprawdę "odbębniłam" wszystko co powinnam, no chyba, że szanowny Zeland ma inną definicje nadmiernego potencjału.
A było tak pięknie! Tak obok! Tak szybko! W środę rano wysłałam CV. W środę popołudniem zaproszono mnie na rozmowę. W czwartek pięknie się przygotowałam poczytałam, dowiedziałam, przeanalizowałam i nawet by być trochę nad wyraz obejrzałam parę szkoleń w internecie.
Słowa nikomu nie rzekłam. Po chuj robić w okół tego szum. Uda się. No musi. Nie ma innej opcji.
Wait...
...jest!
Ucieszyłam się jak durna kiedy pani Marzena napisała do mnie SMSa ze zmianą godziny rozmowy. No kurcze cudownie bo troszkę się bałam, że jednak źle ją zrozumiałam w końcu 16:50 to taka niecodzienna godzina (mimo ze codzienna). Zmiana była na jeszcze bardziej niecodzienna 14:25. Od rana w piątek zatem siedziałam i raz jeszcze przeglądałam, co i dlaczego. Wyciągnęłam materiały ze szkolenia szukania roboty. Przeanalizowałam średnie zarobki na danym stanowisku oraz to co się na nim robi (ogłoszenie było dość tajemnicze, wnioskuje, że chciano oszczędzić znaków). Przygotowałam odpowiedź na każde ze standardowych pytań, by mnie niczym nie zaskoczono. Ubrałam się uczesałam, biżuterię zmieniłam (by się nikt pentagramów i Ankh'a nie przestraszył) i poszłam.
4 minuty. Słownie CZTERY minuty. Tyle szłam z domu do tego przecudnego miejsca wielkiej szans zatrudnienia. Żałując, że nie mam ze sobą książki potulnie siedziałam w poczekalni wśród innych panien aż do pięknej szesnastej, bo jakoś tak się przedłużyło.
Pan Andrzej okazał się bardzo miłym i sympatycznym młodym człowiekiem (nawet mam wrażenie, że młodszy był ode mnie) zapytał mnie o kilka standardowych rzeczy. O klienta trudnego jak sobie z nim poradzić (och, jak kocham się dzielić wiedzą) o zarobki ile bym chciała, o godziny jakie bym chciała, o to czy wiem co oni w ogóle robią (no ba no raczej nie inaczej), o to czy to nie problem czasem umyć podłogę, bo przecież kafelki a jesienią i zimną chlapa,piasek błoto ( panie szanowny mam pięć lat doświadczenia w mopowaniu za pieniądze :P). Nadgodziny? Spoko, mieszkam zaraz OBOK, żadnego problemu zero autobusu, korków, nic! Obsługa komputera? Biegła. Anglojęzyczny klient - jak złoto! Pytania pani ma? Ano czy szkolenie z RODO będzie. Oj pani zabłysła, pierwsza, co się o RODO pyta!.
Cudnie, pięknie, skontaktujemy się. No wyszło super, sympatycznie, zupełnie mnie nie zagięli. Idealne stanowisko dla mnie, idealna ja dla stanowiska. What possibly could go wrong?
O Wait....
I tym sposobem, nie tylko się załamałam jak też wkurwiłam i do tej pory mnie nosi. Nosi mnie tym bardziej bo doszłam do wniosku, że wszystko co robię od dwóch lat to... PIEPRZONA STRATA CZASU. Bo jakiekolwiek kroki nie podejmę... i tak dostaje w ryj :(