Było słonecznie. W Zgorzelcu zawsze było słonecznie. Idąc przez podwórko rozkoszowałam się pogodą. Po prawej miałam rząd kamienic, po lewej ogródki. Niedaleko swojej klatki spotkałam Bober. Jak zwykle piękna, szczupła, z długimi, farbowanymi na czekoladę włosami i pełnym makijażem. Rozmawiała z jakąś dziewczyną. Na mnie jedynie skinęła głową z przyjaznym uśmiechem. Rzuciłam krótkie "cześć' i poszłam dalej. Nie bolało. Bober już od dawna nie była moją przyjaciółką.
Na kamiennych schodach prowadzących do klatki siedział Łojciec. Uśmiechnięty. Tęsknie za tym uśmiechem. Tym razem nie było wypominania, że nie dzwonie. Tym razem nie było pretensji. Jak mogłyby by wszak być. W słonecznym Zgorzelcu? Zapytał jak w pracy. Skąd wiedział? Nie mam pojęcia. W końcu poszliśmy na górę po karton.
***
To był Lux. No wypisz wymaluj Lux z serialowego Lucyfera. Klub wyglądał zupełnie tak samo. Jak zdjęty ze sceny. Spojrzałam na Peszka (nazywałam go tak, odkąd nasz nauczyciel od angielskiego w liceum zwykł mawiać, że jak pech to on, jak nieszczęście to dyżurny). Znów miał długie włosy. Słoneczny blond. Zawsze je lubiłam. Ubrany był w garnitur, nie tak dobrze skrojony jak ten Lucyfera, ale leżał na nim niemal idealnie. Byłam nieco zdziwiona. O ile się nie mylę Peszek zajmował się finansami, nie sądziłam, że będzie właścicielem klubu.
Razem z Zaklęciem wnieśliśmy wielki karton i postawiliśmy go na jednym ze stolików loży. Był w nim zwrot ze studniówki. Aż dziw, że po tylu latach należało to przynieść. Peszek wstał, zajrzał do środka i pokiwał głową. Rozejrzałam się.
- Lux? Naprawdę? - zapytałam.
- Mam słabość do Lucyfera - przyznał Peszek.
- I nikt Cię nie podał o prawa autorskie?
- Daj spokój takich rzeczy się nawet nie sprawdza - zaśmiał się perliście.
Miał w sobie coś drapieżnego, a zarazem bezpiecznego. Trochę po wampirzemu.
***
Loża była wygodna, siedzieliśmy obok siebie ramie w ramie, rozkminiając fakturę zwrotu, zaznaczałam odpowiednie elementy. Byliśmy sami. Lux, jak zwykle w porannych godzinach, był pusty. Jakiś impuls tknął mnie myślą, że powinnam podejść do kontuaru. Leżał tam chyba jeden z przedmiotów faktury.
Nagle poczułam ruch za sobą, odwróciłam się gwałtownie, przygotowana do obrony. Peszek wyprowadził cios. Sparowałam. Potem kolejny i kolejny. Wciąż atakował moje ręce, a ja wciąż parowałam. Był szybki, a jego twarz wciąż uśmiechnięta. Co do nędzy? W końcu zdołał chwycić mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Wzbraniałam się, bo miałam wrażenie, że uderzy mnie czołem, ale... on złożył pocałunek na moim policzku. Potem mnie puścił.
Stałam przez chwilę tak oszołomiona, że nie mogłam wypowiedzieć słowa. Tymczasem Peszek podszedł do kontuaru i zaczął kroić chleb. Na kromkach wypieczony był napis "kocham". Cofnęłam się pół kroku.
- Peszku - powiedziałam. - Ten gość z którym tu byłam wcześniej, to mój facet - rzekłam dla porządku.
- Faceta zawsze można zmienić - odparł odwracając się o mnie z rozanielonym uśmiechem, przeszedł koło mnie i wrócił do pudła
- Poza tym nigdy nie będę miała dzieci - nie wiem czemu to powiedziałam, ale to sprawiło, że odchylił się zaskoczony.
- Nie możesz?
- Nie chcę, to mój świadomy wybór.
Peszek odwrócił się do mnie i już otworzył usta by coś powiedzieć, kiedy do klubu wpadł Miturek z fakturą.
- Vill to nie są moje rzeczy, znaczy nie wszystkie tu masz błąd na tej fakturze - rzekł rozgorączkowany, za nim wkroczyła kobieta Łojca.
- Pokaż to - zaaferowałam się jak zwykle przy czymś podobnym.
Położył fakturę na stole obok tego wielkiego pudła oboje pochyliliśmy się nad tabelką... i wtedy się obudziłam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedźmie sny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedźmie sny. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 sierpnia 2018
piątek, 11 maja 2018
Odpocznij sobie
W pokoju był porządek. Jakby dzień wolny był od pracy. Na biurkach nie walały się papiery, a monitory były pogaszone. Za oknem świetlista łuna przesłaniała niebo zza budynku szkoły. Nic nie działało. Nie było prądu. Trwała wojna.
- Zakończę to - powiedziałam zdenerwowana - dość już tego.
- Nie ma tu nikogo innego, więc weź ze mnie - odparła M.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Poczułam jak w moje jestestwo wlewa się masa wątpliwości. Ale przecież M. Nie miała od tego zginąć. Miała, jeśli nie podjęłabym żadnych działań.
- Sądziłam, że w to nie wierzysz. Ze wszystkich właśnie chyba ty byłabyś najmniej przekonana.
- To nie ważne, po prostu weź, wiem, że potrzebujesz.
Rozejrzałam się jeszcze po tonącym w półmroku pomieszczeniu. Niebo za oknem wyglądało jak najdziwniejszy futurystyczny zachód słońca. Od szyb grzało ciepło, wręcz upał, mimo, że trwała noc. Raz po raz budynkiem wstrząsało nieco, jakby olbrzym bawił się zabawką.
- Dobra - zdecydowałam w końcu.
Czarnowłosa kobieta, która chyba zawsze najwięcej się śmiała podczas wspólnej pracy, podeszła z niespotykaną dla niej łagodnością i objęła mnie. Odchyliła głowę. Delikatnie odsunęłam jej niesforne kosmyki. To było takie zwykłe. Kły nawet nie zaświerzbiły. Smak nie oniemiał. Ot, po prostu zwykła zagrywka, by nabrać sił na to, co ma się wydarzyć.
***
Niebo płonęło ogniem. Na dole wzgórza miasto tonęło w bitwie. Szczupła niewysoka blondynka siedziała na jednej z ławek. Obok niej usadowił się muskularny, milczący, łysy facet. Ze trzy razy większy od niej, ze dwa od przeciętnego człowieka. Założył ręce na klacie, wyglądając przy tym jak HULK, tylko nie zielony. Blondynka majtała nogami, raz po raz spoglądając na miasto poniżej. Była jeszcze dzieckiem, na oko jakieś jedenaście lat.
Zachrzęścił żwir. Sobie znanym krokiem, lekko dysząc, doczłapałam się na szczyt wzgórza. Twarz miałam gniewną. Zwyczajnie skończyła mi się cierpliwość. Spojrzeniem zaszczyciłam blond dziecko. Znałam ją. Kiedyś razem bawiłyśmy się na podwórku. Ta podniosła na nią oczy i uśmiechnęła się promiennie.
- Przyszłaś do mnie? - zapytała.
- Przyszłam zakończyć, co zaczęłaś - padła odpowiedź
Rozłożyłam ręce, przymykając oczy. Krew M. krążyła w moich żyłach dając mi potrzebną energię. Futro mojej kotki załaskotało, gdy otarła mi się o nogi. Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na nią. Miauknęła. Zerknęłam na miasto i spięłam wszystkie mięśnie, by zebrać jak najwięcej mocy. Kręgi pojawiły się w okół moich rąk. Jak runiczne dyski. Miały żółtawy kolor i wyglądały, jakby żyły własnym życiem. Czułam na sobie wzrok blond dziecka, ale facet na mnie nie patrzył. Nie wiedziałam nawet czy jeszcze tu był.
- Co chcesz zrobić - zapytała ona, bez cienia lęku, raczej z zaciekawieniem.
- Rozpierdolę te twoją armię w drobny mak.
Jakoś wiedziałam, a może przypuszczałam, że nie było już tam ludzi. Same roboty i demony. Piękny teren, by spuścić atomówkę mojej mocy. Żółty krąg magii pojawił się nad miastem niczym energetyczny dach. Zamknęłam oczy. Kot znów otarł mi się o nogi, a ja czułam jak moc we mnie wzbiera, jak krew M. we mnie buzuje, silna mocna, trochę śmieszkowata krew. Wystarczyło tylko porządnie pierdolnąć. Zebrałam moc i...
... dotarł do mnie śpiew ptaków. Świerzy powiew wiatru przebił się przez zgniły odór wojny. Pod powieki próbowało przebić się coś jasnego, lecz delikatnego, a zatem nie blask ognia. Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na miasto. Światło słoneczne zaczęło przebijać się przez ciemne chmury mordu, wszystko jaśniało. Nie rozumiałam tego. Co więcej nie mogłam określić czy energia już poszła, a może zwyczajnie utkwiła. Zachwiałam się, straciłam równowagę. Czyjeś silne ręce mnie złapały. To ten nieopierzony Hulk. Posadził mnie na ławce. Z trudem otworzyłam oczy, niebo coraz bardziej jaśniało, smród zanikał, krzyki milkły. Spojrzałam na blondynkę. Miała ładną sukienkę, słoneczny kapelusz i była teraz kobietą. Uśmiechnęła się do mnie łagodnie, choć nie widziałam, żeby W. kiedykolwiek uśmiechała się łagodnie. Mówiła coś, ale nie mogłam zarejestrować co. Usłyszałam tylko ostatnie słowa.
- Odpocznij sobie teraz.
Próbowałam nie zasnąć, ale w końcu wycieńczenie mnie pokonało. Nastała ciemność, a śpiew prawdziwych ptaków wyrwał mnie ze snu.
- Zakończę to - powiedziałam zdenerwowana - dość już tego.
- Nie ma tu nikogo innego, więc weź ze mnie - odparła M.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Poczułam jak w moje jestestwo wlewa się masa wątpliwości. Ale przecież M. Nie miała od tego zginąć. Miała, jeśli nie podjęłabym żadnych działań.
- Sądziłam, że w to nie wierzysz. Ze wszystkich właśnie chyba ty byłabyś najmniej przekonana.
- To nie ważne, po prostu weź, wiem, że potrzebujesz.
Rozejrzałam się jeszcze po tonącym w półmroku pomieszczeniu. Niebo za oknem wyglądało jak najdziwniejszy futurystyczny zachód słońca. Od szyb grzało ciepło, wręcz upał, mimo, że trwała noc. Raz po raz budynkiem wstrząsało nieco, jakby olbrzym bawił się zabawką.
- Dobra - zdecydowałam w końcu.
Czarnowłosa kobieta, która chyba zawsze najwięcej się śmiała podczas wspólnej pracy, podeszła z niespotykaną dla niej łagodnością i objęła mnie. Odchyliła głowę. Delikatnie odsunęłam jej niesforne kosmyki. To było takie zwykłe. Kły nawet nie zaświerzbiły. Smak nie oniemiał. Ot, po prostu zwykła zagrywka, by nabrać sił na to, co ma się wydarzyć.
***
Niebo płonęło ogniem. Na dole wzgórza miasto tonęło w bitwie. Szczupła niewysoka blondynka siedziała na jednej z ławek. Obok niej usadowił się muskularny, milczący, łysy facet. Ze trzy razy większy od niej, ze dwa od przeciętnego człowieka. Założył ręce na klacie, wyglądając przy tym jak HULK, tylko nie zielony. Blondynka majtała nogami, raz po raz spoglądając na miasto poniżej. Była jeszcze dzieckiem, na oko jakieś jedenaście lat.
Zachrzęścił żwir. Sobie znanym krokiem, lekko dysząc, doczłapałam się na szczyt wzgórza. Twarz miałam gniewną. Zwyczajnie skończyła mi się cierpliwość. Spojrzeniem zaszczyciłam blond dziecko. Znałam ją. Kiedyś razem bawiłyśmy się na podwórku. Ta podniosła na nią oczy i uśmiechnęła się promiennie.
- Przyszłaś do mnie? - zapytała.
- Przyszłam zakończyć, co zaczęłaś - padła odpowiedź
Rozłożyłam ręce, przymykając oczy. Krew M. krążyła w moich żyłach dając mi potrzebną energię. Futro mojej kotki załaskotało, gdy otarła mi się o nogi. Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na nią. Miauknęła. Zerknęłam na miasto i spięłam wszystkie mięśnie, by zebrać jak najwięcej mocy. Kręgi pojawiły się w okół moich rąk. Jak runiczne dyski. Miały żółtawy kolor i wyglądały, jakby żyły własnym życiem. Czułam na sobie wzrok blond dziecka, ale facet na mnie nie patrzył. Nie wiedziałam nawet czy jeszcze tu był.
- Co chcesz zrobić - zapytała ona, bez cienia lęku, raczej z zaciekawieniem.
- Rozpierdolę te twoją armię w drobny mak.
Jakoś wiedziałam, a może przypuszczałam, że nie było już tam ludzi. Same roboty i demony. Piękny teren, by spuścić atomówkę mojej mocy. Żółty krąg magii pojawił się nad miastem niczym energetyczny dach. Zamknęłam oczy. Kot znów otarł mi się o nogi, a ja czułam jak moc we mnie wzbiera, jak krew M. we mnie buzuje, silna mocna, trochę śmieszkowata krew. Wystarczyło tylko porządnie pierdolnąć. Zebrałam moc i...
... dotarł do mnie śpiew ptaków. Świerzy powiew wiatru przebił się przez zgniły odór wojny. Pod powieki próbowało przebić się coś jasnego, lecz delikatnego, a zatem nie blask ognia. Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na miasto. Światło słoneczne zaczęło przebijać się przez ciemne chmury mordu, wszystko jaśniało. Nie rozumiałam tego. Co więcej nie mogłam określić czy energia już poszła, a może zwyczajnie utkwiła. Zachwiałam się, straciłam równowagę. Czyjeś silne ręce mnie złapały. To ten nieopierzony Hulk. Posadził mnie na ławce. Z trudem otworzyłam oczy, niebo coraz bardziej jaśniało, smród zanikał, krzyki milkły. Spojrzałam na blondynkę. Miała ładną sukienkę, słoneczny kapelusz i była teraz kobietą. Uśmiechnęła się do mnie łagodnie, choć nie widziałam, żeby W. kiedykolwiek uśmiechała się łagodnie. Mówiła coś, ale nie mogłam zarejestrować co. Usłyszałam tylko ostatnie słowa.
- Odpocznij sobie teraz.
Próbowałam nie zasnąć, ale w końcu wycieńczenie mnie pokonało. Nastała ciemność, a śpiew prawdziwych ptaków wyrwał mnie ze snu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

