Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2020

Rzecz o czajniku i problem za trzy złote

Usiądźcie sobie wygodnie, albowiem opowiem Wam historię kolejną z mojego burdelu zwanego pracą. 

(Czy wspominałam, że z babami się źle pracuje?) 

Otóż siedzimy w jednym pokoju, jakieś osób obecnie szesnaście. W pokoju tym mamy kącik socjalny gdzie stoi czajnik (wymieniany już od czasu gdy tam pracuje z jakieś 4 razy), dwa krzesła na krzyż i jakieś szuflady zawierające przeterminowane herbaty, które nikomu nie smakują, więc są wspólne :P 

Rzeczony czajnik, bo o nim będzie ta opowieść zrypał się po raz n-ty. W związku z powyższym Białowłosa postanowiła zabrać go na gwarancję i kupić nowy, tym razem droższy coby z jakością wyższą dłużej zechciał podziałać. Zapytała wszystkich czy złożą się na takowy i zgodę uzyskawszy spacerkiem po wódeczkę do marketu się udała czajnik przy okazji kupując.

Nadmienić trzeba, że i na poprzedni czajnik się składaliśmy. 

Reklamacja (o której niemal wszyscy już zapomnieli) przebiegła pomyślnie i pieniądze za sprzęt poprzedni zostały zwrócone. 

I tutaj cały ambaras się zaczął, bo przecie Białowłosa miast oddać hajsy tym co je dały postanowiła ręce umyć i rzeczone złotówki w łapki Wszechwiedzącej złożyć, tym samym odpowiedzialność na nią zrzucając. Wszechwiedząca natomiast, dobrym pomysłem (nie przeczę) postanowiła coś dla ogółu zrobić i zebrawszy głosów większość (bo ustrój polityczny demokratyczny jest u mnie w pracy się dowiedziałam właśnie) piniądze (za las?:P ) czym prędzej wydać poleciała. 

Przychodzę więc ja po urlopie i staje przed faktem dokonanym jakoby dla dobra ogółu Kawa z biedronki została kupiona i cieszcie się dziewczynki. 

Zaraz, zaraz, protest song mi się włączył, przeca ja z tego dobra ogółu zupełnie nic nie mam. Bierę więc telefon i błąd pierwszy życiowy poczyniam, do Turystki Japońskiej pisząc z zapytaniem, o co pięć z tą kawa i pieniędzmi resztą, co wiszą na tablicy przypięte w woreczku. Ja kawy nie pije, czy zatem te heajsy są dla mnie i dziewczyn które napoju kofeinowego w pracy nie tykają kijem ani palcem?  Turystka Japońska kazała mi się Wszehcwiedzacej zapytać dnia następnego, co też uczyniłam i to był mój drugi błąd życiowy.

Wchodzę na pokój na zmianę drugą, pierwsza jeszcze siedzi, ja od wejścia spokojnie, choć gotuje się we mnie w środku. 

- Cześć dziewczyny, powiedzcie mi proszę która z Was tymi pieniążkami rozporządza co z czajnika zwrot był? 

I wtedy się zaczęło. Wrzask, zgrzytanie zębów, szpony, kły, pazury, jakby nie paleciak, to Wszechwiedząca na kawałeczki by mnie rozszarpała. Albo drugiego zawału dostała, nie wiem co szybciej. 

Że problemy robię, że o trzy złote, że to nie poważne jest. Żebym sobie te pieniądze wzięła. Że (tu wtrąciła się Jot Odpowiedzialna) konfliktową osobą jestem, że szukam dziury w całym. Że (tu Lodówkowa swoje trzy grosze wrzasnąć musiała) dziewczyny na wodę nie jeżdżą, że paliwo marnują, że też im się za ich czas należy. 

No więc stoję tam sobie na środku atakowana ze stron trzech, czekająca, bo wiem, że akurat Wszechwiedzącej nie przewrzeszcze, bo szkoda strzępić ryja. Dopiero za trzecim "czemu się pani unosi" lekko spuściła z tonu. 

Drogie Panie, po pierwsze nie chodzi o to, że to trzy złote są. Chodzi o fakt, że a) pominięto mnie mimo, że dałam takie same pieniądze jak Wy. b) nie poinformowano mnie jakoby cokolwiek z tymi pieniędzmi zostanie zrobione, co za tym idzie bez mojej wiedzy i zgody rozporządzono moją ciężko zarobioną gotówka c) ja kawy nie piję i z tego co wiem nie tylko ja, więc nawet dla większego dobra nie skorzystam z tego wcale, co za tym idzie, gdzie tu sprawiedliwość. d) z tego co wiem Białowłosa przy okazji poszła spacerkiem po ten czajnik więc jakie to paliwo, poza tym co to ma być, że Wy kawę będziecie pić za wspólne a dziewczyny rekompensatę dostaną za moje? 

Tak chciałam powiedzieć, w rezultacie może połowę z tego usłyszały. 

Pewnie mniej. 

Wszechwiedząca zakrzyczała mnie tak bardzo, że w pierwszej kolejności nie wiedziałam co mówiła do mnie JotOdpowiedzialna "co miałyśmy podzielić 50 zł na 17 osób" A dlaczego nie? Jeśli dziewczyny chciały za wspólne kawę to świetnie, niech mają kawę za wspólne ale by była pełna sprawiedliwość te, które kawy nie piją powinny dostać swój zwrot. I znów Wszechwiedząca swoje, że to niepoważne i weź sobie te pieniądze. 

No kurwa. Nie pogadasz... 

Ostatecznie chyba stanęło na tym, że herbata powinna się pojawić za wspólne. Jak dotąd widziałam tam dwie kawy rozpuszczalne, jedną sypaną i jedną cappuccino. 

Tak więc tego... 

środa, 26 lutego 2020

Ten wyjazd planowany

To już tradycja, pomyślałam sobie bukując urlop i bilety. Hah, tradycja, ledwie powielona po zeszłorocznym wypadzie, ale i tak w sumie miło by było taką tradycję sobie ogarnąć. Szczególnie, że w tym roku w tym dniu przypadał tłusty czwartek i wymigałam się w ten sposób od przynoszenia pączków do pracy (jak słowo daje, u mnie jak w przedszkolu, masz urodziny to przynosisz cukierki).

Zapakowałam się więc najpierw w autobus, a potem w pociąg wyobrażając sobie jakie to będzie fajne kilka dni.

Rzeczywistość zweryfikowała moja wyobraźnie już w przesiadce między pociągowej, kiedy to we Wrocławiu mój, jak się sam nazywa 'brat" zapomniał kompletnie o moim święcie lat trzydziestu trzech.

Zgorzelec przywitał mnie deszczem, a wręcz ulewą co dla mojego zasmarkanego i zakaszlanego Ja było jedynie znakiem, że ni cholery zdrowym na wyjeździe nie będziemy.

Cioteczka Toć to Anioł Nie Kobieta przyjęła mnie jak zwykle gościnnie i smacznie łącznie z babcią którą mocno wy przytulałam ;-)

Rozczarowaniem jednak wielkim okazał się Łojciec, który wzorem tego nazywającego się mym "bratem" totalnie zapomniał, że jego jedyne dziecko ma urodziny. W związku z powyższym tłusty czwartek był jedynie pełen pączków bez jednego słowa "najlepszego" od kochanego łojczulka jak i jego kobiety. Nie mówiąc już o tym, że mój dawny pokój woła o pomstę do nieba za każdym razem gdy tam jadę, a jedyne o co prosiłam to żeby nie było syfu (w związku z powyższym poza łóżkiem do niczego się w tym pokoju nie przyznaje..)

I zimno też było, bo kamienica, mojemu przeziębieniu ino w to graj.

Dwudziesty zatem przeminął pod znakiem szybkich zakupów na rynku, gorącej czekolady, trzech pączków i dwóch kawałków ciasta oraz przepysznych klopsików z ziemniakami w sosie. Poza tym nic. Aha, wyprowadziłam psa.


Piątek znów spędziłam u Cioteczki gdzie wymieniłyśmy się usługami jak za dawnych czasów. Ona mi pofarbowała włosy, a ja jej zrobiłam paznokcie (zwykłymi lakierami, bo cioteczka jakoś nie ma ochoty odmaczać hybryd). Wieczorem skoczyłam do Cioteczki nr 2 i dowiedziałam się, że jej jeden syn się ogarnął natomiast drugi nadal jest szczupły wysoki i wredny ;/ Strach się odzywać normalnie. Z wielkim żalem nie ruszyłam moich ukochanych pałeczek z kremem śmietankowym z Lidla, bo poprzednia Cioteczka tak mnie nakarmiła że od 15stej do nocy nie przełknęłam już nic :P



W sobotę w drodze do wspomnianego wyżej Lidla wywiało mnie na wszystkie strony, a także dowiedziałam się moi dawni nauczyciele (ona z podstawówki, on z liceum) nie ogarniają co to RODO i radośnie pokazują wszelkie zebrane dane osobowe na listach poparcia ludzi wcześniej wpisywanych ludziom później wpisywanym. Gdy moim oczom ukazało się z osiem nazwisk/adresów/peselów uznałam, że swoich danych nie zamierzam tam dorzucać, szczególnie gdy od niegdysiejszego historyka z liceum usłyszałam, że "RODO phfru...", bo to na czas wyborów (a poza tym dalej mam na niego focha za tróje na świadectwie maturalnym gdy ewidentnie wychodziła mi czwórka). Zadrżałam wewnętrznie nad głupotą ludzi i poszłam do domu, bo jeszcze chwila, a wiatr wywiałby mnie z powrotem do niemieckiego marketu.

Potem to już kaszlałam prychałam i rękoma przerzucałam węgiel, by mieć napalone i w miarę ciepło (w piwnicy węgiel był w 10 kg workach i ani pół łopaty zdatnej do użytku a nie byłam w stanie podnieść tego wora i przechylić). Odmówiłam wyjścia do knajpy z powodu właśnie powyższego. A gdy w niedziele wychodziłam rano na pociąg nie zostałam nawet pożegnana bo wróciwszy o trzeciej nad ranem spali sobie w najlepsze. Więc zostawiłam Łojcu buziaka na policzku i kartkę na stole i pognałam na peron.


Zgorzelec pożegnał mnie deszczem i ten cholerny deszcz przywiozłam aż do siebie.

Tak oto przebiegła moja tradycyjna urodzinowa wycieczka do Miasta Rodzinnego.

Wróciłam z mocnym postanowieniem, że więcej w lutym nie jadę, bo pizga ;/

czwartek, 6 lutego 2020

We Polsce na wynikach

Trochę zmuszona przez Wiedźmę Rodzicielkę raz do roku niczym tradycję pielęgnuje robienie wyników ogólnych krwi. Jestem w Polsce od roku 2016 końcówki, więc na termin tradycji wybrałam początek roku 2017 i tak to już trzeci raz celem sprawdzenia ogólnego stanu zdrowia (bo jak nie boli nie znaczy, że zdrowa jesteś) latam do laboratorium na badania.

W tym roku też udało mi się dostać na cito na rezonans magnetyczny łepetyny (zawroty głowy). Cito oznacza oczywiście skierowanie z grudnia, a rezonans na luty ^^ Nie cito mam na kręgosłup uwaga..... We wrześniu! Zaznaczam, że oba skierowania wystawione w grudniu (pomijam fakt, że do Pani co mi dała skierowanie na cito czekałam od września do grudnia ^^). Kiedy się zapisywałam kazano mi zrobić badanie kreatyniny na tydzień przed rezonansem, co też dziś właśnie próbowałam uczynić.

Reasumując.

Uznałam, że jak już kreatynina to zrobię od razu te roczne celem pielęgnowania tradycji. Poszłam więc sobie jak zawsze prywatnie, za to w innym miejscu, pokazałam kartkę z poprzedniego roku i powiedziałam, że chcę te same badania. Pani mi podliczyła bagatela 200 zł. DWIEŚCIE złotych...

Szybko przeliczyłam co nieco i zostawiwszy 120 zrobiłam badania witaminy D, cholesterol oraz tą nieszczęsną kreatyninę. Dopiero po badaniu powiedziano mi, że w zasadzie to ja mogę przeca skierowanie wziąć od lekarza rodzinnego. Tak o, bez przypału na badania krwi.

No kurwa olśnienie!

Że przychodnie miałam niedaleko, pognałam czym prędzej pięć po ósmej już będąc pod recepcją. Okazało się, że mogę wejść na już (znaczy za 10 minut) do mojej "ulubionej" pani doktor (nie cierpię kobity bo zawsze patrzy na mnie dziwnie i traktuje protekcjonalnie jakby była debilem co prosi o badania po konsultacji z wujkiem google). Weszłam więc i przedstawiam sprawę, że badania, że raz w roku, że ot tak dla sprawdzenia, że mi powiedziano, że mogę skierowanie, że bardzo proszę.
Że zrobiłam cholesterol
Że zrobiłam kreatyninę
Że zrobiłam witaminę D (i tak bym na to nie dostała bo za drogie)
Że proszę na RESZTĘ tamtych badań.

I dostałam, a jakże.

Na cholesterol
Na kreatyninę
Na glukozę
Na TSH i trójglierydy.

Taaaak.. Czy wspominałam, że nie lubię tej pani? Więc na badania pójdę sobie za miesiąc może dwa, zbadam drugi raz to, za co już zapłaciłam plus i tak dopłacę, bo zabrakło, wapnia, żelaza, mocznika i kilku innych rzeczy...

Za to na drugi rok będę mądrzejsza.
Najpierw pójdę do lekarza po skierowanie i dopłacę dopiero potem do tego na co nie dał.

czwartek, 30 stycznia 2020

To nie Pani kot

Trochę miałam załatwiania w tym tygodniu. Między innymi kolejna kroplówka (i kolejne kolosalne hajsy u  Weta). W środę rano wstałam grzecznie zapakowałam Miziakę do transporterka i zabrałam ją na spacer. Siedząc już w poczekalni głaskałam ją delikatnie celem uspokojenia jej palpitacji serca i całej tej tachykardii, bo mnie serducho zaraz wyskoczy!

W poczekalni nikogo, nawet mojej ulubionej Pani Kasi dla której przyniosłam leki na nerki (gdyż dla Miziaka mieliśmy zmieniać bo to strasznie jedzie rybą, a ona nie lubi). Nagle wpada jakaś słusznej budowy kobiecina z zdecydowanie nie słusznej budowy psiakiem, mniejszym od mojej Mizi nawet.

- O jaki zmarznięty jestem... - zagajam do psa bo trzęsie się jak galareta.

No kuźwa nic dziwnego przeca pizga wiatrem jak w kieleckim, dobrze, że ja miałam niedaleko (normalnie nie mieszkam w centrum, a wszędzie mam blisko ^^). Piesek się telepie, słusznej budowy pani od pieska odpowiada mi, że no tak bo wieje mocno (no mówię, pizga jak w kieleckim :P). I tak sobie zapadła cisza. Ja z ręką w transporterku głaskając kota, ona stojąc z owiniętym w kocyk piesełkiem na środku poczekalni.

- O cholera! Muszę wrócić do auta! - woła nagle kobieta - Zapomniałam kupy!

Po tej uwadze następuje kolejnych kilka minut ciszy kiedy ona wymownie wzrokiem, a nie mową, wręcz nakazuje mi bym jej pomogła, a ja sobie spokojnie głaskam kota i patrzę na trzęsącego się pieseła. W końcu skapitulowałam.

- A boi się obcych? - pytam, zamykając transporterek.
- No właśnie, gdyby pani była tak miła...

Kobieta wcisnęła mi psa i poleciała do auta. Stoję więc z tym psiakiem i tulę zmarzniętą kulkę do siebie (dopóki on nie zaczyna się wyrywać, ale ma się te wprawę :P) i nagle z gabinetu wychodzi pani doktor widzi mnie z tym piesem w rękach i rzuca mi takie zdziwione spojrzenie, jakby nagle odkryła, że jest w innym uniwersum.

- Przecież to nie pani kot.
- No to w ogóle nie jest kot. My jesteśmy tam - wskazuje na transporterek na krześle - a to jest piesek jakiejś pani, która pobiegła do auta po próbkę, a nie chciała już chłodzić maleństwa.

Pani doktor popatrzyła na mnie z ulgą, bo chyba już miała wrażenie, że od soboty poczyniłam jakieś dziwne experymenta generyczne i zamieniłam kota na psa, albo co gorsza wymieniłam się na Jaworznickim portalu "oddam/kupie/sprzedam/zamienię" :P

P.S Dodam, że pańcia pieseła wróciła po czasie dłuższym niż ja bym dotarłą do domu i z powrotem. niestety aż do ostatniej chwili nie wierzyłam, że nie zrobiła mnie w jajo i naprawdę wróci. Także wiara w ludzi przywrócona ;P

niedziela, 12 stycznia 2020

A żal dupę ściska


W swoim ponad 30 letnim życiu udało mi się zebrać trochę doświadczenia zawodowego. Wzorem starego porzekadła, że żadna praca nie hańbi byłam już w swym życiu sprzątaczką, pomocą kuchenną, ale także urzędnikiem (całe dwa razy w dwóch różnych urzędach), pracownikiem fabryki, no kilku fabryk.

Jednak to, co się w mojej obecnej robocie odjaniepawla, to ja takich rzeczy jeszcze nigdzie nie widziałam.

Absolutnie nigdy nie miałam takich cyrków.

Po prostu jestem zasmucona, zszokowana i generalnie odechciewa mi się rano wstawać.

U mnie w tym moim popierdolonym grajdołku są dwie zmiany. Same baby. Kierowniczka – kobieta, koordynatorka – kobieta, w drugim pokoju same kobiety, no kurwa babiniec jak się patrz. Około 30 dziewuch na jeden dział i dwóch chłopa od przynieś zanieś pozamiataj.

Nie umiem, nie potrafię wytłumaczyć dlaczego kobiety tak się zachowują. Stwierdziłam dziś, że ja to chyba jestem kosmitką, nie rozumiem kurwa kobiet.

Jedna na drugą napierdala. Jedna na drugą psioczy. Jedna na drugą donosi. Jedna drugiej marudzi, że coś źle robi a potem sama robi dokładnie tak samo. No kurwa kosmos i cyrk za jednym zamachem. Takich rzeczy to nawet Dr Who nie widział w swoich wszystkich podróżach.

W piątek zebranie było. Mamy miesiąc opóźnienia, zarząd chce, byśmy mieli opóźnienia, bagatela trzy dni. I „miałam Wam tego nie mówić, ale od tego zależą nasze podwyżki w tym roku” Czyli rozumiem, że gdyby nam nie powiedziała, to byśmy same stwierdziły, ze warto zamieszkać u nas w firmie, żeby od razu po obudzeniu robić korekty, po bo chuj tracić czas na dojazdy.

Aha no i oczywiście mamy się zdyscyplinować na drugich zmianach, bo „ktoś życzliwy” podpierdala nas gdzieś wyżej, że my tylko „śmiechy chichy, paznokcie i facebooki” No płacz i zgrzytanie zębów, bo nie można porozmawiać podczas pracowania.

Komuś tak bardzo żal dupę ściska, że możemy siedzieć na krzesłach przed komputerami, że aż mu sprezentuje maść na ból dupy, jak się dowiem kto to.

Nie macie pojęcia jak ja bardzo zrobiłam się nieufna przez ten ponad rok w tej durnej firmie. Człowiek nie może mieć swojego zdania, bo nie wiadomo kto kiedy i komu podpierdoli, że nie podoba Ci się to czy tamto, albo gorzej, że podoba Ci się to czy tamto. Każdy słucha i dalej przekazuje. Głuchy telefon to ulubiona zabawa w hurtowni farmaceutycznej.

Po prostu najlepiej jest siedzieć sobie w ciszy przez te osiem godzin i ni słowem się nie odzywać, chyba, że służbowo, bo inaczej będzie źle.

Jak ja kurwa nienawidzę takiej atmosfery...

sobota, 7 grudnia 2019

Granice zazdrości?

Wezmę sobie urlop, pomyślałam. Kurczaki przecież koniec roku się zbliża, a ja jeszcze nie byłam na pełnym dwutygodniowym urlopie (podobno prawo stanowi, że powinnam). Więc wzięłam.
Odpocznę, myślałam. Wyśpię się, odstresuje, z ludźmi trochę spotkam, do mamy pojadę na kilka dni, z Magiem na piwko skoczę. Wezmę urlop, myślałam, będzie fajnie, myślałam.

Myślałam..

Cały poprzedni tydzień latałam do weterynarza. Kroplówki, operacja (no zabieg, ale średnie ryzyko nie wybudzenia się Mizi z narkozy) stres i zgrzytanie zębów. Płacz kiedy zostawiałam ją u weta. Mój kot obecnie bierze tyle leków, że ja nigdy tyle nie brałam na raz (już pomijam kwestie finansowe, dodając do tego święta i BlackFriday -> moje konto płacze)

Skocze z Magiem na piwko, pomyślałam, odstresuje się, pogadamy o pierdołach, wypijemy grzańca. Umawialiśmy się w środę, że w sobotę (czyli dziś) się spotkamy. Jak nie trudno zauważyć, na żadne piwo nie pojechałam.

 -Twoja dziewczyna nie ma z tym problemu? - pytam dla pewności, bo może różnie być.
- Coś Ty już po kolegach dzwoni się umawia.

Chyba nie dała rady się z nikim umówić, bo już w czwartek jego wyjazd okazał się problemem. Myślę sobie spoko, laska ma prawo być nieco zazdrosna, obawiać się, nie zna mnie. Chciałam w sumie wyskoczyć gdzieś we czwórkę. Ja, Zaklęcie, Mag i ona, ale w ten i następny weekend Zaklęcie ma dyżur i nigdzie nie mógł iść. Nie chciałam stawiać jej czoła sama. Nie teraz, przecież ja boje się ludzi...

Gównoburza zaczęła się popołudniu w czwartek. Według moich informacji ze screenów, które dostałam zostałam jego "panienką", "lampucerą" i "dupodają" ważniejszą dla niego od własnej dziewczyny i (uwaga!) matki! Mieli iść w niedziele do jego rodziców na obiad, byli tam w środę, powiedział, że jak jej (jego dziewczynie) się nie chce to mogą w niedziele odwołać, ze mną miał się spotkać w sobotę, więc nie wiem co ma piernik do wiatraka.

A zatem on jedzie do mnie zdradzać swoją cudowną Dramę Queen, bo przecież kiedyś jej były też jeździł zdradzać, to Mag na pewno postąpi tak samo, bo przecież to nie są dwie różne osoby, prawda?

Nawet chciałam ją poznać, bo naprawdę rozumiem jej obawy i niepokój, chciałam się przemóc i poprosić, żeby ją wziął ze sobą w sobotę, ale odkąd zostałam "dupodają" odechciało mi się ją widzieć na oczy. Bałam się, że wyrwę jej włosy, albo, co chyba gorsze, przedstawię pozew z powództwa cywilnego za oszczerstwo i szarganie imienia.

W piątek poprosił, bym nie pisała do niego na FB, bo ona mu wszystko czyta, więc wie, że rozmawialiśmy o niej, wie, że pokazał mi rozmowy, wie, co ja na to powiedziałam i jak się z tym czułam. Zamiast trochę zrozumieć, zrobiła gównohuragan. Nie byłam już tylko "lampucerą" Stałam się wręcz "dziwką". I powiedziała to dziewczyna, która nie wie o mnie absolutnie nic, dziewczyna, która jest z nim krócej niż ja go znam, dziewczyna, która na podstawie swojej relacji z byłym wrzuca Maga do tego samego worka okazując mu brak jakiegokolwiek szacunku. Nie tylko jemu, ale i mnie zresztą. Dziewczyna która ma lat 25, a zachowuje się jak 13letnia gówniara z "Dlaczego ja" i "Trudne sprawy".

Dziś rano dowiedziałam się, że zostałam zablokowana na FB.
Nie wiem czy to ona zrobiła, czy on.
Wymieniliśmy dwie wiadomość na discordzie po których wywnioskowałam, że wygrała.

Pożegnałam się więc przyzwoicie, pomimo, że prosiłam go o to zanim mnie zablokuje (dziwne, że przewidziałam, że nasza Drama Queen właśnie tego zażąda, prawda?), ale tego nie zrobił. Więc ja to zrobiłam.

Odsunęłam się, bo uważam, że jestem za stara na takie szopki.
Uważam, że jestem za dojrzała na takie dramaty.

Tylko smutno mi trochę. Bo lubiłam Maga, lubiłam z nim gadać i przykro mi, że będzie taki zmarnowany. Przykro mi, że ona mu będzie życie dyktować, przykro mi, że aż tak boi się być sam, że być może skończy tak jak ja kiedyś... Oby na czas dostał pomoc...

I trochę mi smutno, bo już nie raz moi koledzy, kumple, podobno przyjaciele znikali, jak tylko znaleźli dziewczyny, znikali porzucając mnie jak starą zabawkę. Zawsze odchodzili bez słowa, bez pożegnania, bez pamiątki. A ja, przyznam się szczerze, że naiwnie myślałam, że w przypadku Maga będzie trochę inaczej, bo tutaj znaliśmy się na żywo. Bo tu byłam prawdziwa, a nie tylko cyferkami po drugiej stronie klawiatury.

Widocznie myliłam się...

poniedziałek, 14 października 2019

Ta siła, której potrzebuje.

Kiedy czytam Fridę to zawsze robi mi się tak jakoś nieswojo. Jakby dziewczyna siedziała w mojej duszy i przeglądała ją jak dobrze znany album ze zdjęciami. Wtedy zawsze chce mi się być szczerszą z moim własnym pamiętnikiem. Wtedy znów chcę pisać mocniej, częściej, głębiej. Bo, chociaż się nie znamy i dzieli nas tysiące kilometrów, mam wrażenie, że czasem nasze odczucia są bliźniacze.

"Jesteś moją ulubioną siostrą" powiedział mi Nekuś już niejednokrotnie. Jestem jego jedyną siostrą. Nie jesteśmy jednak ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Jestem jego siłą, podczas gdy nie mam własnej. Jestem jego ciepłem, przytuleniem, dobrym słowem. Jestem jego "weź kilka głębokich oddechów" gdy płacze mi do słuchawki. Jestem tam przy nim, chociaż fizycznie mnie nie ma. I za każdym razem zastanawiam się ile jeszcze wytrzymam. I wiem, że muszę jak najdłużej, bo on nie ma nikogo poza mną. I to tak bardzo boli, że nie umiem mu pomóc inaczej, jak po prostu będąc.

Nie jest ze mną dobrze. Brak mi siły by dbać o siebie. Znów przestałam liczyć te cholerne kalorie. Pewnie zaś przytyję, ale sensu w tym nie widzę. Nie widzę sensu w dbaniu o zdrowie, wpierdalaniu sałaty i pomidorów, piciu wody. Przecież w końcu i tak umrzemy.

Każda śmierć o której słyszę sprawia, że coraz mocniej myślę o własnej, o tym, że później jest wieczna ciemność, nieskończona nicość i brak przebudzenia. Po co się starać skoro później nic nas nie czeka?

Mnóstwo energii pochłania mi udawanie, że wszystko jest w porządku. Że tak naprawdę nie mam nawrotu, że jestem tylko zmęczona. Mnóstwo energii, której nie mam... Bo jak wytłumaczyć, że ta wesoła rzucająca żartami dziołcha która ze zwykłego wyjścia na dungeon potrafi zrobić wesoła historyjkę, nagle zrobiła się cicha, bo ma wrażenie, że cokolwiek powie jest to tak bardzo nie ważne jak śnieg w zeszłym roku. I wszystko jest sztuczne i grane jak w teatrze i nieprawdziwe i każdy uśmiech jest wyuczony. I każda odpowiedź "jestem zmęczona" jest kłamstwem i prawdą jednocześnie.

I męczy mnie praca, nie moja, lecz ludzie. I męczy mnie nowa, która za grosz nie umie logicznie myśleć. I męczy mnie stara, która kłapie jęzorem i czuje się przy niej zagrożona i męczy mnie Pani Kierownik, która nie życzy sobie by mówić do niej szefowo i krzywo na Ciebie patrzy, bo nie chcesz jechać na delegacje. I męczy mnie zdrowie i latanie po lekarzach i świadomość, że w końcu czeka mnie zabieg i męczy mnie strach przed nim.

I nie mam tej siły, której potrzebuję, a Znaczek pyta mnie czy nadal jest przyjacielem. A ja nie potrafię/nie chcę bo sensu nie widzę, wyjaśnić mu mojego postrzegania przyjaciela tak, żeby mi focha nie strzelił bo jego fochy też mnie męczą...

I chcę zniknąć.

I chcę być.

I chcę przestać

I chcę zacząć.

I nic z tego chcenia mi nie wychodzi...

środa, 9 października 2019

Stare Pamiętniki

Normalnie powodzi mi się, tak sobie pomyślałam. To już trzeci wyjazd do rodzinnego miasta w tym roku. Kiedy mieszkałam w UK to się nie zdarzało. Ale kiedy mieszkałam w UK to kosztowało dwa razy więcej. I było 4 razy dalej.  Jednak mimo, że bilety nie są tanie bo podróż w tą i z powrotem kosztuje bagatela 120 zł, to i tak nie jest tragicznie.

Tym razem pojechałam na urodziny do siostry Wiedźmy Rodzicielki, mojej ukochanej cioci Toć to Anioł Nie Kobiety.

(Szkoda Tylko, że ciocia nie ogarnęła, że laktoza jest nie tylko w mleku i porobiła same ciasta ze śmietanami :P Nie pojadłam nic a nic! )

Nocowałam w domu rodzinnym, czyli u Łojca. Jak zwykle kiedy tam jestem powoli zabieram wszystkie swoje rzeczy. Nie wiem dlaczego, może ma to związek z tym, że podświadomie czekam na moment kiedy znów się pokłócimy?

Anyway.

Pogrzebałam w swoich starych półkach, których większość zajmuje już kobita mojego Łojca, i wygrzebałam stare pamiętniki. No nie powiem niezłe to były historie, choć sposób pisania mocno dziecinny, no ale trudno się dziwić skoro czytałam zapiski z pół życia temu.

Liceum to był naprawdę aktywny czas dla mnie, aż dziwne, że miałam na to wszystko siłę. Ciągłe wyjścia, ciągła nauka, rozwód rodziców, koledzy, harcerze (sama nigdy nie dałam się namówić na bycie harcerką), trochę koleżanek i wieczna rozkmina czy temu albo owemu się podobam. Niby normalne problemy nastolatki, ale czy na pewno?

Dowiedziałam się przez to czytanie kilku rzeczy.

1) Rozwód rodziców trochę bardziej mnie trzepnął niż gotowa to byłam przyznać wtedy.
2) Odkąd zasmakowałam możliwości bycia w towarzystwie innych ludzi, nigdy już nie chciałam być sama
3) Naprawdę pragnęłam wtedy miłości i zauroczyłam się dosłownie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Aż mi wstyd jak to czytam, jaka naiwna czasami byłam.
4) Moi znajomi chodzili ze sobą a potem przeplatali się z kimś innym a ja byłam zazdrosna, że co rusz ten, czy owa mają kogoś.
5) Wiecznie brakowało pieniędzy, nawet na nowy zeszyt to pamiętnika.
6) Wtedy już byłam mocno internetowa i chociaż obecnie zamieniłam Irca i GG na FB i gry online, w zasadzie nic się nie zmieniło w tej kwestii.
7) Nie pamiętam dwóch osób o których pisałam i za chiny nie mogę sobie ich teraz przypomnieć.

Pamiętniki moje urywają się na Blondim (strasznie rył beret z tymi swoimi krzyczącymi wierszami), bo w tamtym okresie chyba już dostałam neostradę (o rety jestem dzieckiem neo :P) i przeniosłam się na bloga, któremu notabene dawałam max trzy miesiące życia.

Ciekawie jest poczytać tak stare czasy.

Choć czasem szkoda, że z nikim stamtąd nie mam już kontaktu...

czwartek, 3 października 2019

Hajdi

O Hajdi chciałam Wam już wcześniej opowiedzieć, ale jakoś nie mogłam się zebrać.

Dziewczynę poznałam w pracy. Szkoliła mnie i początkowo miałam wrażenie, że mnie nie lubi. Może to za sprawą miliona pytań, które zadawałam, bo chłonna byłam wiedzy i wszystko chciałam mieć zapisane na już. Z czasem jednak okazało się, że mamy trochę wspólnych zainteresowań, a szczytem było kiedy Hajdi miała wysłać mi coś na messangera.

Wiecie wszak, bo wspominałam nie raz, że na Facebuku jestem poukrywana jak się tylko da, więc gdy podałam Hajdi nazwę mojego konta była troszkę zaskoczona. Ja byłam bardziej kiedy zawołała mnie na antresole i konspiracyjnym szeptem zapytała, czy lubię anime.

I tak pojawiła się miedzy nami więź. Więź łącząca wspólną tajemnicę "chińskich bajek". Pojawiło się zaufanie i coś w rodzaju kumplowania.

I tak się to rozwijało. Ta dziewczyna jak nikt inny potrafi sprawić, że dni w pracy bywają znośne, a na spacer z nią w stronę przystanku czekam z utęsknieniem. W końcu umówiłyśmy się na piwo, które jeszcze nie doszło do skutku, ale mam nadzieję, że soon.

Jednak nie ze wszystkimi dziołchami w pracy da się dobrze żyć. Jak to z kobietami jest, jedna na drugą nagaduje. Nie jestem lepsza, ale zdaje sobie z tego sprawę przynajmniej i potrafię wytknąć także własne błędy. Tak czy owak Hajdi jest specyficzna, wesoła i pozytywna,  na popołudniówkach zachowuje się inaczej niż na rankach, zresztą, jak my wszystkie.

Nie obyło się jednak bez donoszenia i jakimś cudem szefowa wie, że Hajdi podśpiewuje w pracy (dziwne bo ja śpiewam na rankach i jeszcze nikt na mnie nie doniósł) i parę innych rzeczy. Skąd? Wniosek nasuwa się sam. Ktoś chlapie.

Nawet wiemy kto. Z Hajdi doszłyśmy do wspólnego wniosku. I właśnie wczoraj ta osoba jakimś cudem domyśliła się/dowiedziała, że jest podejrzewana. Wygłosiła mowę. Zupełnie z dupy i nie do tematu który był poruszany chwilę przed tym. Mowa miała na celu niby udowodnienie, że rzeczona osoba nie jest kablem (czy wspomniałam jak nie cierpię pracować z babami?), zwróciła się zresztą bezpośrednio do Hajdi z tekstem, że to nie od niej szefowa wie, że Hajdi podśpiewuje. Niby nic, bo Hajdi podśpiewując też pracuje, zresztą tak samo jak ja, ale chodzi o fakt.

W związku z powyższym Hajdi napisała do mnie, że ktoś musiał tej osobie powiedzieć i ona już nikomu nie ufa. Więc siła rzeczy zapytałam, czy mnie również. Zdążyłam się prawie popłakać w kącie zanim odpisała, że mi ufa.

Dlaczego czułam się tak podle?

Nie, nie dlatego, że ja powiedziałam tej osobie, bo tajemnice Hajdi trzymam głęboko ukryte. Poczułam się podle, bo poczułam się bezsilnie. Bo ktoś namieszał, a ja przez to mogłam stracić zaufanie Hajdi, zaufanie, którym i ja ją obdarzyłam pokazując jej "Melodie" i moje wydane opowiadanie Yuri. Zaufanie które w jakiś sposób jest mocno dla mnie ważne.

I powiem szczerze, że jestem przerażona.

Przerażona faktem, że Hajdi może tyle dla mnie znaczyć, mimo, że znam ją rok.

Przerażona faktem, że ja dla niej nie znaczę tyle co ona dla mnie.

Przerażona faktem, że mogę przekroczyć jakąś granicę, jak kiedyś pewna mała Asurka i stać się dla Hajdi ciężarem.

Przerażona tym, że chciałabym mieć w Hajdi przyjaciółkę...

środa, 31 lipca 2019

Byłam dumna

Znów poczułam się zbyt swobodnie, zbyt mocno się otworzyłam. Kac moralny zbiera swoje żniwo.

Naprawdę nie chciałam, w zasadzie nie wiem czemu  o tym wspomniałam. Przecież ostatnim razem nie poszło dobrze.

Ostatnim razem jeszcze byłam dumna z tego co uczyniłam, z tego, że zostałam wybrana. Temat był nie ważny, ważne było to, że moje słowa gdzieś trafiły, ktoś je docenił. Ktoś je wydrukował, opatrzył okładką, opublikował. Byłam dumna.

I wiem dobrze że panna M. nie zamierzała zrobić mi krzywdy. Wiem dobrze, że jej żarty i zmiana niektórych elementów podczas czytelniczych godzin środowych, kiedy to siedziała na krześle i czytała na głos moje słowa, nie miały na celu złamania mnie. Wiem dobrze, że śmiejąc się z nimi i nie mówiąc im, że mnie to bolało popełniłam błąd. A może nie?

Myślę, że panna M. by tego nie zrozumiała. Nawet pomijając to jak bardzo ją lubię, uważam, że nie jest zdolna do tego, by pojąc jak ważna dla mnie jest "Pani Krainy". Jak ważna była dla mnie ta historia i jak bardzo chciałam, by jeszcze ktoś ją docenił.

W urzędzie, tam gdzie pracowałam, nie została doceniona. To nie był totalnie ich gatunek. Zakładając, że gatunek Yuri może być czyjkolwiek. Nie mniej, nie ja wybierałam temat, ani gatunek, lecz konkurs w którym brałam udział.

A zatem nauczona urzędowym doświadczeniem, nieco wyśmiana przez panne M. (choć wiedziałam, że nie chciała być złośliwa), postanowiłam w mojej nowej pracy nie wspominać o tym, że zostałam wydana.

Przez rok mi się udawało.

Więc nie wiem czemu to zrobiłam.

Może dlatego, że ostatnio Promyczek zapytała mnie w mailu czy jeszcze piszę i zachciało mi się płakać na samą myśl o tym, że już nie potrafię. Bo to boli. Boli, że część mnie umarła, że nie mam swojego Pozaświata, że nie potrafię już pisać. Boli kiedy ktoś o to pyta...

Tak, czy owak stało się. Wygadałam się i nastąpiła rzecz straszna.
Jedna w dziewczyn powiedziała, że chce to przeczytać.

Nauczona poprzednim doświadczeniem, choć nie cierpię porównywać ludzi, boje się. Boje się panicznie, że K może nie zachowa się jak panna M. ale na pewno coś pomyśli o temacie, o słowach, o historii, z której po poprzednim razie już nie jestem dumna.

A przecież powinnam, bo było to spełnienie mojego marzenia.

A jednak antologia stoi na półce i się kurzy, a ja już nie jestem dumna i wcale nie chce K. pokazywać tego z czego nie jestem dumna...

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Lekarska Infolinia

Jak ja kocham po lekarzach łazić to chyba każdy z Was wie. Wiele z Was pewnie podziela moje zdanie, zwłaszcza ci, mieszkający w naszej pięknej Polszy. Doszłam dziś w ogóle do wniosku, że do weta łatwiej się dostać niż do lekarza w dzisiejszych czasach...

Anyway, jako, że problemy zdrowotne zmusiły mnie w końcu do ruszenia dupska, mam za sobą X-ray (RTG) kręgosłupa, cała masę leków i kilku lekarzy do odwiedzenia (Niekoniecznie z kręgosłupem. Ja po prostu do lekarzy chodzę jak do sklepu - jak muszę i z listą zakupów).

A zatem jedna wizyta w lipcu (a skierowanie mam od lutego, dopiero mnie pogoniło skorzystać z diagnozy specjalisty), drugą do lekarza rodzinnego z tymi zdjęciami muszę się umówić (pewnie mnie wyśle do ortopedy). Sadystę - dentystę także wypadałoby odwiedzić, a skoro już orzeszki to i chipsy, a zatem sprawdźmy i podwozie.

Znalazłam sobie lekarza, a raczej przychodnie ze specjalista całkiem niedaleko, bo tułać się naszymi miętowymi autobusami też nie mam ochoty po całym mieście. W piątek więc rano chyciłam za telefon (nie, żebym się zbierała od marca, kiedy to sobie obiecałam, że polezę w kwietniu) i dryndam ja na przychodnie:

- Witamy w centrum lecznictwa otwartego, jeśli chcesz umówić się do lekarza ogólnego wciśnij jeden... 

Wybrawszy odpowiednie cyferki zasiadłam z telefonem przy uchu i czekam na połączenie. Sekundę później odłożyłam telefon i wrzuciłam głośno mówiący.

- Centrum lecznictwa otwartego czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa..

Jak słowo daje, nie da się przy czymś takim czytać, więc zabrałam się za co innego (po około 20 minutach bezczynnego lampienia się w internety i uzyskania bycia 5 w kolejce) Poszłam więc do kuchni, pomyłam gary, ogarnęłam obiad, oporządziłam kota, umyłam włosy

- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce na połączenie, centrum...

... i tak dalej. Gdzieś w okolicach dziesiątej za dwie, a zaczęłam o 9tej i naprawdę nawet nie koloryzuje, nagle wesołe komunikaty z telefonu umilkły na ament i kompletnie nic się nie działo. Zero sygnału, zero człowieka po drugiej stronie. No kurwa nic.

Trochę się poddenerwowałam, przyznaję. Ale mówię nic, podjadę w poniedziałek na miejsce to się zarejestruje. Jednak po godzinie stwierdziłam, że w sumie spróbuje jeszcze raz. Odpalam telefon wybiera cyferki i zaczynamy zabawę.

- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce

No kurwa sukces na wejściu!

Minął kwadrans. Kwadrans. 15 minut. Chwalmy siec play za darmowe rozmowy!

- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?

No nie mogę! Żywy człowiek!

- Dzień dobry, ja chciałam się do ginekologa zapiać.
- Do której przychodni?
- No do tej tam.
- Łącze...
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce.

Witki mi opadły. Naprawdę przysięgam, zaczęłam się śmiać. Po kolejnym kwadransie znów słyszę ludzki głos.

- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?
- Dzień dobry, ja do ginekologa chciałam
- A to się Pani znów do mnie dodzwoniła, wie pani co, ich chyba tam nie ma dzisiaj, niech pani zadzwoni w poniedziałek najlepiej.

Ja tam dziś poszłam.
Dowiedziałam się, że przez długi weekend to oni do czwartku mają tam nieczynne, dzwonić mam w piątek.

Już się ciesze na samą myśl ^^

poniedziałek, 3 czerwca 2019

No ja pierdole

O samochodzie będzie w następnym poście, obiecuje. Tymczasem chciałabym Wam opowiedzieć bajkę.

W zasadzie to dramat.
Jednoaktowy.

Wystepuja:
1. A - prowodyrka całego zamieszania dwulicowa krówka od dziś
2. B - paskudne dziewczę z charakteru, które mnie osobiście wkurwia swoim samouwielbieniem
3. C - niewyparzona gęba bezpośrednia bardzo, lubię ja nawet ale dziś przegięła.
4. Reszta słuchaczy oniemiałych nie wiedzących czy się śmiać czy płakać.

Akcja właściwa:
Wchodzi A do pokoju podchodzi do palety i bierze w łapy karton z napisem 3/6 co oznacza, że takich kartonów ma być ogólnie sześc. Znalazła pięć. Nikt nie mówił, że ma pierwszy albo druk, wiec odstawiła na bok i może się znajdzie.

Wzięła jakieś inne zwroty i poszła do swojego pokoju i tam sobie robi. Wraca za trzy godziny i do mnie z tekstem: "nikt tego nie zrobił?" (jakbym ja była za to odpowiedzialna) Mówię, że nie, bo przecież nie ma druku, nikt nie znalazł. A ona wyjeżdża z jakimś pudełkiem i ze ona to ma i dawaj ci ładuje te ciężkie kartony na wózek.
B: Co ty robisz ? Będziesz to tam targać? Jak zaraz trza to z powrotem przywieźć bo to idzie na magazyn gabarytowy"
A: "A wiesz jak jest" i wymownie patrzy na nas i dalej pakuje

B. wzruszyła ramionami i wtedy C. ogarnęła co się dzieje.

C: "A co Ty, A robisz? Po co to targasz niech któraś tu zrobi"
A: "A bo wiesz jak jest, nikt się nie ruszy" .
C: "Bo się kurwa żadnej nie chce! Na magazynie nie robiły (pomijam fakt, że część z obecnych robiła na magazynie) nie wiedza co to praca!"

A. zabrała się i poszła, a ja w tym czasie normalnie gotowałam się ze złości i zalewa lam ze śmiechu jednocześnie.

Hugo z tym, że jak jesteśmy na popołudniu, nie ma B. ani C, to A potrafi przyjść do mnie : " no weź Vill, zrobimy to tutaj, nie będę targać tych ciężarów, ja Ci serie sprawdzę a ty wprowadzisz ok?"

Nigdy jej kurwa nie odmówiłam. A ona od jebała taka dramę jakbyśmy wielce focha na nią miały (biedna A. no kurwa nikt jej w życiu nie pomógł!) i trza było się komuś poskarżyć

No ja pierdole.

Weź tu pracuj z babami...

wtorek, 7 maja 2019

Jestem niegodna!

Nie wiem czy wiecie, ale jestem bardzo zazdrosna o swoje dane osobowe. Bardzo nie lubię jak ktoś w internetach wie o mnie coś czego sama tej osobie nie dałam. W związku z powyższym staram się jak najmniej ujawniać prawdziwości danych osobowych, szczególnie ludziom obcym (takim z którymi nie znam się na żywo lub w internetach krócej niż pół roku intensywnego gadania). Z tego też tytułu nawet mój fb jest z nazwiska literackiego i gdyby ktoś szukał mnie pod prawdziwym znajdzie tylko konto na linkedin, ale tam to już Villandrą być nie wypada, co nie?

Moje konto na fb jest kontem prywatnym w pełnej krasie tego słowa. Wszelkie posty (poza "pomagajmy kotom") zazwyczaj są ukryte dla obcych (no tak z 90 % tych postów). Ja się zresztą nie udzielam jakoś specjalnie na FB bo i po cholerę. Od tego mam bloga - na którym też udzielam się jak widać :P Moi znajomi na fb są wybierani bardzo selektywnie (koleżanka z pracy została zaakceptowana po prawie pół roku), co nie znaczy, że z innymi nie gadam. Chwała messangerowi.

Od wszelkich grup facebukowych stronie jak wampir od czosnku, bo mnie wkurzają te wszystkie powiadomienia, zwłaszcza, jak nieopacznie się na jakiejś odezwę wyrażając swoje zdanie :P

Do meritum histeri :P

Jako, że uczuliłam się na hybrydy (olaboga!), zmuszona jestem niejako siedzieć sobie w grupie uczuleniowców (ah ta hipokryzja :P) szukając rozwiązań i pogłębiając wiedzę na tematy związane. Z tego też tytułu jestem na hyrydach dla początkujących.

Wiele dziewczyn, również te z którymi rozmawiałam na czacie facebukowym poleca firme Kabos jako nieuczulającą i jeszcze bardziej poleca grupę Kabosowelove cobym się tam podłączyła i jeszcze więcej wiedzy nabyła w szczególności uzyskując odpowiedź: od kiedy można już hybrydzić.

Z ciężkim sercem poprosiłam grupę o dołączenie.
Miesiąc temu.

Moja prośba została zignorowana, więc uznałam, że jakiś błąd systemu. Poprosiłam drugi raz i kolejna ignorancja. Napisałam więc do jednej z pań administratorek i ponownie zostałam zignorowana. Nieźle już wkurzona dałam sobie spokój na dwa tygodnie. Minęły święta minęła majówka (którą przeleżałam w łóżku, tylko pozazdrościć) i poprosiłam znów.

Trzecia ignorancja troszeczkę mnie wkurzyła. Za czwarta prośba (jestem namolna, wiem, nadawałabym się na sprzedawce gdybym nie była tak chorobliwie uczciwa) w końcu raczono się do mnie odezwać.

I oto co się dowiedziałam.

Jako, że swoje konto mam ukryte z awatarem zamiast zdjęcia z nazwiskiem literackim zamiast "prawdziwym" zostałam UZNANA za konto FIKCYJNE.

Mimo rozmowy i próby przekonania pani administratorki, że przecież jestem osobą realna, że to moje prywatne konto i niby czemu miałabym drugie zakładać specjalnie dla nich, zostało mi odmówione dostąpienia zaszczytu bycia członkinią zacnego klubu kabosowelove bo jestem fikcją!

Po czym zablokowano mnie tak (mimo, że w rozmowie swojej byłam bardzo grzeczna), że nie mogę pisać ani do adminek ani nawet grupy już mi nie wyszukuje. 

Także miłe Panie poznajcie bota Vill ^^

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Boje się..

Uczuliłam się na hybrydę  (to już wiecie) była to całkowicie moja wina, to znaczy tak sądzę, bo nie utwardziłam produktu. Nie będę wdawać się w szczegóły. Wtedy, gdy to uczulenie mi wyszło, miałam na palcach ładnych kilka lakierów różnych marek. Stylizacja zajebiście mi się podobała , ale pocieszyłam się nią jedynie dzień. Musiałam zdjąć z powodu zaczerwień i swędzenia palców. Wyczytałam wtedy w necie o teście skórnym, chciałam zobaczyć który produkt mnie uczula. Baza z mojej ulubionej firmy z którą zaczynałam przygodę z hybrydami zrobiła niemałe spustoszenie na moim łokciu. Chińskie lakiery też, ale mniejsze. Tak wiem, głupotą było kupować chińskie lakiery ale uczulenie to sprawa bardzo indywidualna. Tak czy owak podłączyłam się na FB do grupy uczulonych na hybrydę i zaczęłam od opowiedzenia mojej historii i co mi pokazały testy skórne.  Zostałam zjechana z góry na dół, że zrobiłam masakryczną głupotę, że tak się ni robi, że robię sobie krzywdę ect. Wzięłam to na klatę. Po prostu wzięłam to na klatę, dumna z siebie, że mam dystans do własnej głupoty. Po moim komentarzu nawet kilka dziewczyn wzięło mnie w obronę.

Dwa dni później wystawiłam karty do gwinta, te które mam od krótkiego na jakiejś grupie FB do sprzedawania takich rzeczy. Zostałam wyśmiana z ceną, a przecież za tyle chodzą na alegro. Jeden gościu mi napisał, że powinnam dodać jedynkę z przodu bo za 1310 na pewno ktoś się znajdzie. To również wzięłam na klatę. Ponownie pokazałam, że mam dystans, powiedziałam im, że cieszy mnie niezmiernie, że ich rozbawiłam. Rano, zgodnie z regulaminem admin usunął oba nasze komenty, ale reakcji na posta typu "HAHA" było trzy razy więcej. Usunęłam post i wyszłam z tej grupy.

Parę dni później zadałam w pracy całkiem poważne pytanie, bo kupiłam nowe buty i języki z nich przekrzywiały mi się na zewnątrz. Zapytałam czy ktoś ma sposób na uciekające języki od butów. Salwa śmiechu poniosła się po sali. Śmiałam się i ja. Koza stwierdziła, że dojebałam ją pytaniem i że w ogóle to z jej ośmioletnia córką się dogadam bo tamta też takie pytania zadanie. Śmiałam się i ja, pól godziny. Razem z nimi. Do chwili, gdy nie dotarło do mnie, że zostałam wyśmiana. Bo to pytanie nie miało być śmieszne, miałam problem i szukałam rozwiązania. I zostałam.. wyśmiana. Po raz trzeci. W ciągu tygodnia. 

Potem pogadałam z dziewczynami z mojej zmiany (wtedy nie wszystkie były tylko z mojej) i powiedziałam im.. no wyznałam, bo uważam, ze takie rzeczy powinno się załatwiać, nie jestem zwykłą babą by chować urazę, więc wyznałam im, że przykro mi się zrobiło, że mnie wyśmiały. One, te z mojej zmiany, mnie przeprosiły i zapewniły, że to tylko żarty. Jak bym nie wiedziała. Sęk w tym, że mimo tego, że mam do siebie dystans i potrafię się z siebie śmiać, tamto mnie zabolało. Mimo, że nie jestem zła na nie, tylko na siebie. Tamto mnie zabolało. Boli wciąż choć już się nie przyznaje przed nimi, bo co mogłyby zrobić więcej? 

Mam wrażenie, że pękła jakaś tama, że coś się zjebało, że czegoś nie dopilnowałam, nie odrestaurowałam w mózgu nie naoliwiłam i ...  i że.. że... że to kolejny nawrót... który tym razem nie odejdzie.. że .. że... że znów jestem słaba...

Czuje się.. jakby mi coś odebrano... Za miesiąc mam jechać samochodem do rodzinnego miasta, a czuje się za głupia by prowadzić...

I boje się..
..
że następnym razem ,gdy ktoś mi wytknie błąd, albo mnie wyśmieje, to nie okiełznam emocji...

czwartek, 21 marca 2019

To nic, bo są tacy co się wyrabiają

Jak ja norm nienawidzę to wiecie nie od dziś. Po prostu kurwica mnie trzaska i szlak mnie jasny trafia jak jakaś norma stoi nade mną z batem i popędza. Pośpiech jest złym doradcą, jak to mówią. W moim przypadku jest robieniem błędów.

Szefowa mnie na stronę ostatnio wzięła i zaczęła słowami "bardzo się zawiodłam na Tobie" no już mnie wbiła w ziemię na dzień dobry. Dobry młot, nie ma co. Że niby za mało robię.

Wypomniała mi, że zatrudnili mnie już po dwóch miesiącach, że ona raporty wysyła codziennie, że góra pytała która to taka tak dużo robi i bla bla. No i że w ogóle powinnam robić co najmniej dwieście. Że wcześniej ponad dwieście robiłam, a teraz marne 150 no co ja robię całymi dniami?

Ale szefowo, przeca nowy system...
Ale są tacy co się wyrabiają.

No to fajnie. Jak rodzice z anegdot. Jak wszyscy dostają to Ty nie jesteś wszyscy, a jak jesteś gorszy od kogoś to masz nadgonić bo są tacy co wyrabiają. Damn!

Ale to nic, że nowy system wymusza na nas wpisywanie daty i serii i wybieranie opcji że nie posiada lek kodu data pierdolnika matrix 2D i wybieranie ilości bez podglądu ile tej ilości jest maksymalnie.
To nic, że czeto nie mówi nam przed tym że lek jest rozbity na kilka pozycji.
To zupełnie nic, że jak się jebniesz na jednej cyferce bo seria jest tak wybita, że nie wiesz czy to I, czy 1, albo sobie wpiszesz z rozpędu ze luty ma 28 dni w roku 2020r, to musisz całą rzecz od nowa zaczynać.
To jeszcze nic, że jak masz serie której nie ma w systemie to on nie raczy Cię poinformować dając do podglądu inne serie.
To wszystko nic, że musisz szukać danych po innych modułach żeby ogarnąć czy faktycznie masz przed oczami co masz.
To nic, że kurwa polowa leków przestała się skanować i trzeba je sprawdzać w drugim programie czy numer towaru się zgadza, żeby w pierwszym programie wpisać go z ręki i nie narobić byków które i tak wychodzą.

To jest kurwa nic, bo są tacy co się wyrabiają.

No przepraszam, musiałam się wyżalić.

piątek, 15 marca 2019

Zaklęcie i jego teksty

Ja to w końcu muszę zacząć gdzieś spisywać, bo zniknie w odmętach pamięci. Mój Zaklęcie znany jest z tego (znany przeze mnie, bo znajomych ma mało, więc głównie ja go znam) że lubi sobie żartować. Serio, ja się z nim nawet pokłócić nie mogę, bo on mnie zaraz rozśmiesza, ale tego nie da się opisać to trzeba by było zobaczyć :P

Tak czy owak postanowiłam spisać kilka jego fraz sytuacyjnych.

1. Siedzimy na ławeczce w parku. Praszki śpiewają ogólnie lajcik. Niedaleko przystanek, czekamy na autobus.

[V]ill: Och, co z nami będzie jak spotkamy się na zakręcie?
[Z]aklęcie: to zależy czym przyjedziesz ^^

2. Moje urodziny, siedzimy sobie we czwórkę. Ja, Zaklęcie Wiedźma Rodzicielka i jej małżonek. Dostaje prezenty. Rozpakowuje i widzę pudełko od zaklęcia. Otwieram a tam trzy drewienka. Ewidentnie stojak. Ewidentnie na miecz. Patrzę na niego. Na Wiedźmę rodzicielke (przed chwilą dostałam od niej nóż kuchenny w kształcie japońskiej katany czarno czerwony), znów na niego.

[Z] No co, masz prezent. Złóż sobie i gdzieś postaw.
[V]: A...emm.. a reszta?
[Z] Reszta pod choinkę ^^

Na szczęście gdy wyszłam do kuchni a potem wróciłam miecz stał na stojaku ^^

3. Oglądam jakąś gazetkę z biedry czy innego aldiego. Patrzę, co ona taka różowa, a no tak dzień kobiet za kilka dni.

[V]: A Ty mi coś kupisz na dzień kobiet?
[Z]: Przecież Ci kupiłem serek wiejski, o co Ci chodzi? :P

4. Rzeczony dzień przed dniem kobiet. Zaklęcie spóźnia się z roboty. Napisał SMSa, że zatrzymał się w Oszołomie. Poprosiłam go, by kupił mi na jutro jogurt to pracy skoro jest w sklepie. Przyjechał i daje mi reklamówkę a w niej jogurtów osiem, szampon jakaś maska do włosów, żel pod prysznic i kubek.

[Z]: Siła wyższa sprawiła, że dostałaś prezent na dzień kobiet.
[V]: Co to znaczy siła wyższa?
[Z]: Bo siku mi się chciało, to wstąpiłem do marketu i jak już tam byłem to Ci coś kupiłem ^^

5. Siedzę podkurwiona przed okresem. Śmieci nie wyniesione, na ławie syf (sama go zostawiłam, ale dobra) kot mi nie daje spać od kilku nocy, w pracy od groma załatwiania wszystko mnie wkurwia. Pisze więc SMSa do Zaklęcia:
Kup mix sałat i jakieś pokłady cierpliwości, bo jestem wkurwiona i nie chcę się z Tobą pokłócić.
Do domu przywiózł:
Mix sałat,
Pepsi
Martini
Ciastka

xD

środa, 5 grudnia 2018

Taka sytuacja.

Dnia kolejnego, któraś z rzędu ranka. Pół śpiąca jeszcze o godzinie 10tej otwieram kolejny karton. Wyciągam leki na biurko i nagle olśnienie, że nie ma papieru. Ani kawałka nawet. No nic! Zero w tyłka leki się wziąwszy.

Jak zwykle do Pani E rzuciłam się po pomoc, coby swoją magiczną rączką po numerze plomby kierowce mi znalazła, co to ja go będę musiała przekabacić coby mi łaskawie znalazł ten druk. Po odprawieniu czarów rączkami Pani E. okazało się, że nie kierowca, a kierownica, a raczej pani kierowiec.

No to łapię za słuchawkę, uradowana, bo z kobietą pewnie się łatwiej dogadam (zważywszy na to, ze ostatnio panowie kierowcy straszliwie mnie irytują obietnicami pomocy i nie wywiązywaniem się z nich). Dryyyyyń. Sygnał, jeden, drugi, trzeci....

- Słucham - odzywa się męski głos.

Ja skonsternowana, bo przecież z kobietą miałam rozmawiać. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to, że to jakiś jej facet czy coś.

- A przepraszam, a mogę z panią Ewa?
- No nie bardzo.
- A kiedy będzie można? - wciąż w szoku lekkim.
- A może wypadałoby się najpierw przedstawić?

No fakt, z tego szoku zupełnie zapomniałam zwyczajowej formułki. Powiedziałam więc skąd dzwonie, pominąwszy własne nazwisko, bo sam mi się nie przedstawił i widzę od wejścia, że wrogo nastawiony.

Z dalszej rozmowy wywnioskowałam, że pan jest szefem pani kierowiec, albo nie wiem kim, ale kimś rozporządzającym owa osobą do której dostępu mi bronił. Pozostawiłam więc na jego barkach problem znalezienia druku, albo chociaż apteki z plomby numer podany i zobowiązałam go do wysłania mi maila.

Pół godziny później z tej samej palety otwieram kolejne pudło. W środku Vibowit i... druki mi brakujące 12 pudełek wcześniej. Druku na Vibowit brak.

Kurtyna.

Bis.

Postanowiłam po drukach odnalezionych zlokalizować aptekę do której ów Vibowit na pewno należy.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Szacun

Wyleciałam z rana (bo jak ja mam popołudnia to nie mogę sobie normalnie pospać, bo zawsze coś) do urzędu zanieść dziennik praktyk. Stwierdziwszy, że skoro już wyczłapałam się z domu (jak słowo daje, ta pogoda to jakiś kwiecień - maj a nie listopad), to zajdę na pocztę kartkę do Niebieskiej wyślę na urodziny.

Paczkówkę (nie wiem jak miała na imię) widziałam już wcześniej, targała jakąś ciężką paczkę zmierzając w tym samym kierunku co ja, choć inną drogą. Dotarłszy na miejsce natknęłam się na kółko różańcowe. Panie w wieku mocno emerytalnym dyskutowały sobie żywo, że w ich klatkach to już 14 wdów jest, a w innych tylko pięć rodzin, reszta wszystko już samotne, albo sami młodzi. A słyszała pani, że moja kuzynka zmarła, ta co na kopalni robili, dwa miesiące będzie już.

Ponuro w ch...

- A co to się dzieje? - pytam podchodząc.
- No co poczta - odpowiada mi jedna z Emerytek, jakbym sama nie wiedziała gdzie żem przylazła :P
- Ale co zamknięte jeszcze?
- No bo od 9tej.

Patrzę na zegarek, faktycznie za dziesięć. I podejmij tu kobieto decyzję, czy lecieć tam gdzie jak sobota,  po te nieszczęsne płatki śniadaniowe i się wracać czy sterczeć tu w tym kółko różańcowym ("ja nie rozumiem dlaczego u nas w galerii nie ma normalnych schodów, tyle się słyszy że te schody ruchome się zapadają, nie jeden już tak zginął. Ja zawsze jadę windą. A jak winda się zatnie, pani kochana, przecież też się słyszy, wszystko na odpierdziel robią, takie czasy") Stoję więc i patrzę jak Paczkówka do nas dociera. Paczkówka w moim mniej więcej wieku, z rozmowy, w którą się wdała załapałam że dzieciata dopiero co, ze dwa razy większa ode mnie, cała czerwona od paczki targania.

I tak sobie stoimy i dyskutujemy, "a wie pani kochana te pijaki tyle zyją, to aż dziwne, a normalni zdrowi ludzie w kwiecie wieku umierają, no jaki z tego morał, że trzeba pić, bo przecież alkohol odkaża" Wyrwał mi się chichot i w tym momencie, zbawienie, pocztę otworzyli. Wbijamy się my w pięć czy sześć kobiecin, w kolejce stajemy, zgodnie ustalając, że kolejka jedna jest do dwóch okienek. Za mną Paczkówka na stole coś tam wypisuje i wtedy wchodzi ona.

Płaszczyk czerwony najwyższych lotów, wiek bliżej emerytalny, ale włos zaczesany z klasą, make up idealny, jakby dopiero od kosmetyczki wyszła, obcasy sprawiające, że wyższa jest jeszcze, coby każdemu na głowę napluć mogła. Spojrzenie pogardliwe aż strach.

I bierze się taka i wpierdziela w kolejkę.Głośno się mówi, że kolejka jedna. Czerwony płaszcz jakby miała problemy ze słuchem. Paczkówka mnie szturcha, no weź jej coś powiedz. Przecząco kręcę głową, nie będę się przy poniedziałku kłócić. Pani od wdów 14 w klatce schodowej odchodzi od okienka i wtedy Paczkówka wypala:

- Ej kobieto w czerwonym do Ciebie mówię, kolejka jedna jest, my tu od za kwadrans stoimy a Ty gdzie się pchasz na bezczelnego.
- Przecież stoję w kolejce - tłumaczy się tamta, z pogardą patrząc.
- Kolejka jedna jest, my tu od za kwadrans stoimy ja male dzieci mam w domu i nie będę puszczać nikogo kto się wpierdziela na bezczelnego.

Chcąc nie chcąc czerwony płaszcz ją przepuściła. Ale szacun mam do dziewczyny, bo w zasadzie tamta się przede mnie wpychała, a ja wzór uprzejmości słowa nie powiem. Zgnoją mnie to jeszcze podziękuję.. a potem w domu do komputera klnę...

poniedziałek, 22 października 2018

Wkurwienie wzmaga pragnienie

Zaprawdę powiadam Wam, marudzić będę, bo wyrzucić z siebie trochę fqrwa miesiąca muszę.

Po raz, jako, że cięta jestem jak kosa Śmierci na wszelkie marketingowe gówno, gdzie tylko się da cofam zgody, (bo w tym porytym kraju nie można zwyczajnie się nie zgodzić. Zgadzasz się z automatu, w związku z czym do Ciebie należny cofnięcie zgód, których i tak wyrażać nie chciałeś) marketingowe, bo nic mnie tak nie wkurwia jak wydzwanianie z banków i innych chujów mujów i namawianie mnie na coś czego nie chcę. Przechodząc do meritum, cofnęłam ostatnio zgodę na marketing od netodawcy. Zaowocowało to podwyższeniem abonamentu o całe 17 zł. Dzwoniąc na infolinię dowiedziałam się, że został wysłany do mnie mail w tej sprawie. Tak, chyba na mamyciewdupie@mail.pl. Reasumując. W jakim kurwa kraju żyjemy, że trzeba płacić za nie dostawanie spamu od zajebania?!

Po dwa, polazłam w sobotę rano do dentysty celem sprawdzenia dlaczego ostatnio mnie lewa góra strona pobolewała. Wyszłam biedniejsza o 200 zł za wymianę plomby, którą prawdopodobnie nie dalej jak rok temu ten sam rzeczony dentysta zakładał (kasując mnie dokładnie tyle samo). Hajs się musi zgadzać, nie ma co. Jakby tego było mało cały dzień bolał mnie ten zrobiony ząb i żadna tabletka na to nie pomagała.

Po trzy. Jakiś czas temu dostałam od swojego oszczędnościowego banku (w którym zarabiam całe 4 zł miesięcznie z czego dwa wydaje na podatki i prowadzanie konta, więc szał!) informacje o jakichś zmianach, aneksach do umowy coś tam. Pofatygowałam się więc tam by dowiedzieć się, że:
a) bank po raz TRZECI odkąd mam tam swoje środki (czytaj od roku 2007) zmienił nazwę i kolor.
b) pani w banku ni chuja pojęcia nie ma co za aneksy i o co właściwie chodzi, ale może mi oczywiście zaproponować nową formę oszczędzania (ja nie po to kurwa przylazła!). Kazała mi się zalogować u nich na kompie dla klientów do swego konta. Mówię jej ze nie mam kajeciku z hasłami, bo po x latach nagle stwierdzili, że hasło które pamiętam jest za stare i mam je zmienić. Nie pamiętam tego nowego, więc pani wysłała mi reset SMSem. To miało miejsce miesiąc temu. SMS do mnie nadal nie dotarł.
Jako, że te pieniądze tam sobie tylko leża i kurzem obrastają niespecjalnie interesowałam się rzeczonym kontem dopóki nie dostałam SMSa o zmianach w płatnościach. Chcę więc zajrzeć tam i poczytać ile mi przydupią więcej za prowadzenie konta i czy już powinnam uciekać do innego banku kiedy.. okazuje się, że za chuj nie mogę się zalogować. Pan na infolinii twierdzi, że moje hasło jest jakie było i żaden reset się nie odbył. Znów mnie czeka wycieczka do placówki.

Na koniec burdel nad burdele u mnie w robocie, które skutkują tym, że na moich dokumentach i moim nazwisku wiszą braki o wartości bagatela koło 300 zł i ni jak się nikogo doprosić nie można coby mi się doliczył gdzie jakaś łachudra te leki odłożyła. Najwyraźniej kurwa wkładam do pojemników leki widmo.

Zaiste wkurwienie wzmaga pragnienie w związku z powyższym idę się znieczulić.

czwartek, 13 września 2018

Jak też i wtorki i środy

Cioteczka, Toć to Anioł Nie Kobieta poleciła mi dać kotu lekarstwo, dałam i Miziaka już znów cała szczęśliwa i jakby bardzie tulaśnia odkąd biegunka się skończyła. Obyło się bez alarmowania weterynarza. 

Za to znów śpię na raty, bo: 
- Ej, jestem głodna
- Ej, znów jestem głodna
- Ej, nudzę się
- Ej pomiziaj
- Ej, jest piąta rano, czemu jeszcze śpisz
- Miau, pomiziaj 

We wtorek już poszłam na przystanek o odpowiedniej porze, toteż spokojnie wsiadłam do autobusu. Usadowiwszy się zaraz za kierowcą, odpaliłam sobie epic music (bo jestem na zastępczym to nie chce mi się książki odpalać, ze swoim LG jadę dopiero we wtorek do serwisu) i zamknęłam oczka pod okularami przeciwsłonecznymi. Jak słowo daje, ten wrzesień to gorzej jak czerwiec! 

Po kilku przystankach wsiadł pan i do kierowcy coś tam mówił. Nie słyszałam co, otwierając tylko jedno oko zresztą. Gorzej, że potem pan mówił coś do mnie. No to zdjęłam słuchawki i grzecznie proszę by pan powtórzył. 

- Czy mogłaby pani zadzwonić po karetkę bardzo boli mnie w klatce. 
- Ojoj... - tyle mi się wyrwało.

Chwyciłam za telefon, ręce mi się zaczęły trząść, bo przecież kurde! Pani zadzwoni po karetkę, a my jedziemy w autobusie. Będę musiała z panem wysiąść i poczekać, a co jeśli pan zemdleje?! Przecież ja nie zdałam resuscytacji, bo miałam blokadę psychiczną i nie mogłam się za cholerę przekonać, by nadmuchać Adasia. Nie mówiąc już o tym, że spóźnię się do pracy, a jaki tam był numer? A już wiem 911, zaraz kutwa, Vill w Polsce jesteś! To 112 czy 999?! Help me someone! 

Zanim się zorientowałam pan kierowca zjechał na pobocze i zadzwonił po karetkę. Moje telepotanie się jeszcze wzrosło nie wiedzieć, czy z obawy, że pan się źle czuje (przecież nie udzielenie pomocy jest karalne!) czy z tego ze spóźnię się do roboty. No nie tylko ja się spóźnię, bo spóźni się cały autobus. Zadzwoniłam więc do szefowej i powiedziałam, że mam postój autobusu i możliwe, że się spóźnię. 

Po 17 minutach wyczekiwania zabrał nas drugi miętowy PKM jadący w tę stronę i stający na przystanku, który potrzebuje. Karetka przyjechała praktycznie w tym samym czasie. Do pracy na wpół biegłam (należy pamiętać, że od przystanku mam jeszcze kwadrans spaceru). Na pikaczu odbiłam się spóźniona dwie minuty, spocona zziajana i zdenerwowana. 

Na koniec dnia dostałam SMSa, że paczka dla mnie czeka na poczcie. Kurde. Otwieram przymierzam. Za duże. Mattaku, kolejna odsyłka kolejne 11 zł w plecy. Nie kupię więcej spodni przez neta!

Idąc do pracy środowym popołudniem natknęłam się na przystanku na pana klęczącego i wywijającego wszystkimi kończynami. Pamiętaj Vill, że nie udzielenie pomocy jest karalne. Podeszłam więc do pana, smucąc się w duchu w stronę drugiego pana, który uciekł autobusem, a wcześniej tylko się przyglądał. Zapytałam, czy panu pomóc trzeba, po karetkę zadzwonić (Ichi mnie przestrzegł, żebym zawsze pamiętała, że karetka to NFZ, a NFZ to zło, a zło to 666 tylko zakamuflowane więc 999 xD). Pana za chiny zrozumieć nie można było, tak bardzo był niepełnosprawny. Sam na przystanku, bez opieki. Pomogłam mu wstać i posadziłam na ławce. Udzieliłam pomocy! Pytam po raz ósmy czy zadzwonić po karetkę, pan kręci głową przecząco, więc mówię mu, że idę do pracy, on pokiwał głową coś tam po bełkotał i poszłam. 

W robocie złapałam koleżankę, która idzie na ten sam przystanek i z niego jedzie do domu. Ona mi powiedziała, że zna tego pana i że on jest niepełnosprawny, ale sobie radzi, także nie mam się czym martwić, ale przecież nie udzielenie pomocy jest karalne. Ale udzieliłam. Posadziłam pana na ławce. Dziś muszę zapytać koleżanki czy jeszcze był, jak szła na przystanek. 

Za to ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, gdyż jest dopiero wrzesień, dostałam skierowanie na badania wstepne i kwestionariusz osobowy, znakiem, że chyba dostanę umowę. 

In other news, mój Promyczek z fabryki z UK wyjeżdża do USA do chopa. Jestem w szoku, ale ona jest mocno przekonana. Zresztą co ja mogę marudzić? Sama zrobiłam coś podobnego. Mam tylko nadzieję, że pójdzie jej lepiej niż mnie z Krótkim. 

A skoro już o chopach mowa. Wielkie dylematy mam przemeblowaniowe, bo Zaklęcie wprowadza się od października i potrzebujemy trochę mebli kupić.