- Musisz się po prostu skupić - powiedział łagodnie.
- Przecież się skupiam do cholery! - warknęła.
- Przede wszystkim jesteś zdenerwowana - zauważył Leto.
- Bo już sram tą ciemnością i czernią. Poza tym potrzebuję ochrony na rdzeń - otworzyła oczy i spojrzała na niego.
Siedzieli na ziemi, jeśli można było to tak nazwać, bo wszechobecna czerń nie miała kierunku w absolutnie żadną ze stron. Siedzieli po turecku. W zasadzie to Leto lekko lewitował obok Vill, która usilnie starała się zebrać w sobie i użyć energię, którą wchłonęła z wieżowca.
- Myślę, że za bardzo się spinasz - powiedział spokojnie.
- Zaraz ci obije ryj - zawołała zagniewana i wstała
Buzowało w niej. Od paru godzin próbowała stworzyć ten cholerny wodospad pod którym zazwyczaj ukrywała rdzeń swego PozaŚwiata. Niestety od paru godzin wchłonięta z wieżowca energia czmychała jej spod metafizycznych palców zanim zdołała ją chwycić. Było to irytujące w równym stopniu jak spokój i opanowanie Leto.
- Wiesz dobrze, że nie dasz rady - rzekł jej z niezachwianą, ale niezbyt nadymaną pewnością siebie.
Nie powiedziała już nic więcej. W jednym momencie stała już na nogach i była przy nim. Uniesiona do ciosu pięść została sparowana kijem, który znalazł się w jego rękach w oka mgnieniu. Pamiętała, że wziął go od Pani Krainy, żałowała, że sama nie wzięła nic ze zbrojowni przyjaciółki. Cofnęła się i machnęła ręką, jakby chciała strzepnąć ból. Ruszyła na niego raz jeszcze nie próbując nawet ukryć, że zamierza uderzyć go z prawej. Jak przewidywała uniósł kij do parowania. Błyskawicznie zmieniła kierunek, na cios od dołu, ale jakimś cudem do przewidział. Znów dostała po łapach.
- Ty...
Zaczęła, ale brakło jej słów i czasu na ich wypowiedzenie. Machnął ręką w jej stronę posyłając wiatr, który ledwie zauważyła w tej ciemności. Zrobiła unik i poczuła jedynie jak energia przeczesała jej krótkie włosy. Uff, było blisko. Nie pozwolił jej jednak cieszyć się świadomością niemal perfekcyjnego uniku. Doskoczył do niej i podciął ją kijem. Wylądowała na plecach. Zamachnął się by ją uderzyć, a ona od turlała się szybko. Podnosząc się na nogi była już do tego stopnia wkurzona, że włosy zaczęły jej falować. Dwa kościane skrzydła poruszyły się na jej plecach. Coś jakby owal energetyczny obiegł je i zniknął. Ruszyła z zaciśniętymi pięciami.
- No i mamy połączenie - powiedział spokojnie.
To zbiło ją z tropu do tego stopnia, że byłaby się wyłożyła jak długa, gdyby jej nie złapał. Dopiero teraz poczuła, że miał rację. Skupiła się na walce tak mocno, że mimowolnie sięgnęła po wchłoniętą energię i połączyła się z nią. Wyszczerzyła się do Leto ukazując kły.
- Ty cholerny manipulancie - zaśmiała się.
- A teraz zamknij oczy i powiedz mi, jak wygląda ochrona rdzenia w postaci wodospadu.
Vill posłusznie zamknęła oczy i opowiedziała. Mało tego, zrobiła także odwzorowanie graficzne. Po kilku godzinach intensywnej pracy oboje siedzieli na ławce i rozkoszowali się szumem wodospadu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poza Świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poza Świat. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 listopada 2018
poniedziałek, 29 października 2018
Leto
Krzyknęła, kiedy
uderzył nią o ścianę wieżowca. Jęknęła próbując się
podnieść. Skrzydlaty w jednym momencie znalazł się przy niej.
Zacisnął zimną dłoń na jej szyi i pociągnął do góry. Czuła
twardość ściany budynku wbijającą jej się w plecy. Była
chropowata.
- Wchłoń go –
warknął.
Wciąż to
powtarzał, wciąż tego żądał. Chciał by wchłonęła wieżowiec,
by oddała mu energię, którą mu ukradła. Nie potrafiła zrozumieć
o co mu chodzi. Nie potrafiła też wchłonąć wieżowca, co rodziło
tylko więcej gniewu.
- Wchłoń go! -
powtórzył.
- Wiesz.. że .. nie
.. umiem – zaprotestowała słabo.
- Głupia.
Bezużyteczna. Dziewucha. - z każdym słowem coraz mocniej uderzał
nią o ścianę.
Poczuła lepką
krew, barwiącą jej krótkie czerwone włosy. Obraz zawirował.
Kolejne uderzenie. I jeszcze jedno.
- Gabrielu.. proszę…
- jęknęła i zapłakała.
Niespodziewanie
uwolnił ją. Postanowiła wykorzystać okazję. Puściła się
biegiem, lecz nie dane jej było długo cieszyć się wolnością.
Dopadł ją po czasie nie dłuższym niż uderzenie serca. Wrzasnęła
czując jego kły wbite w szyję.
- Przestań, to
boli..
Nie przestał.
Przycisnął ją do siebie w żelaznym uścisku jego silnych ramion.
Nie mogła się wyrwać. Nie mogła uciec. Tym razem była pewna, że
wypije ją do cna, że weźmie jej życie w zamian za wieżowiec,
który rzekomo mu ukradła. Chciała krzyknąć. Zawołać
kogokolwiek. Kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc ale w tym czarnym
Pozaświecie była sama. Ona i jej oprawca.
Świst.
Została uwolniona.
Upadła na ziemię. W jej polu widzenia pojawił się wściekły
skrzydlaty i czerwone cichobiegi. Tak bardzo nie na miejscu, że
niemal się zaśmiała.
- Villandro oddychaj
– powiedziały cichobiegi. Miały luźne pomarańczowe spodnie.
- Co…? - nie
zrozumiała.
- Weź głęboki
wdech – powiedziały cichobiegi ze spodniami. Znała ten głos, ale
nie mogła sobie przypomnieć skąd. - Przypomnij sobie, że wszystko
oddycha. Wszystko potrzebuje powietrza.
I wtedy zrozumiała.
Choć nie wiedziała jak i dlaczego znalazł się tu właśnie on,
widziała w tym szansę. Szansę dla siebie, dla własnego
Pozaświata. Wiedziała, że jest tu by jej pomóc, by pokonać tego,
który podszywał się pod Gabriela. By razem z nią wezbrać w silę.
Wiedziała, że cichobiegi ze spodniami są jej wybawieniem.
Leto.
Wzięła głęboki
oddech.
***
Stali przed
wieżowcem.
- Zabiłeś go? -
zapytała.
Stojący obok niej
łysy, wysoki, barczysty mężczyzna w kwiecie wieku skinął głową,
choć minę miał niezadowoloną. Jego luźne pomarańczowe spodnie
łączyły się z czerwoną tuniką rozciętą po bokach co
sprawiało, że wyglądał trochę jak mnich z shaolin. Vill nie
pamiętała, czy zawsze tak wyglądał. Pamiętała tylko, że był
wysoki, łysy i uprzejmy. I nie lubił zabijać.
- Kim on był? -
zapytała.
- Nie jestem pewien,
na pewno nie Gabrielem – powiedział. - Może jakimś rodzajem
pasożyta.
- Mówił, że to
jego energia – powiedziała, wskazując na wieżowiec.
- Być może, a
teraz jest twoja.
Zapadła dłuższa
chwila milczenia.
- Leto, dlaczego tu
jesteś? - zapytała.
Spojrzał na nią i
delikatny wietrzyk zmierzwił jej włosy.
- Nie wiem –
przyznał. - Wygląda na to, że po prostu cię znalazłem.
- Szukałeś mnie?
- Nie wiem, może to
Ty znalazłaś mnie?
- Leto, gdzie są
inni? Czy przestali istnieć, czy gdzieś błądzą w ciemności?
- Ja nie znam
odpowiedzi na te pytania.
- A kto je zna?! -
naburmuszyła się.
- Ty – odparł
spokojnie. - A jeśli nie znasz ich teraz to w końcu poznasz.
Patrzyła na niego
przez chwilę milcząc, jakby próbowała wyczytać coś z jego oczu.
W końcu podeszła do wieżowca i położyła poraniona, pełną
śladów ugryzienia dłoń na betonie.
- Raifu.. -
wyszeptała, przywołując zaklęcie, którego przecież nie mogła w
obecnym stanie używać. Poczuła jak magia wysunęła się z jej
nadgarstków i niemal natychmiast wsunęła się w wieżowiec.
Poczuła chropowaty chłód. Oporną lodowatą energię. Skupiła się
i już po chwili wiedziała jak zrobić to czego wcześniej od niej
żądano. Zamknęła oczy, skupiając się na tym by zaklęcie
wysysające pozostało utrzymane. Nie drgnęła nawet gdy Leto
położył dłoń na jej ramieniu. Tak bardzo skupiała się na
zaklęciu, że dopiero ostry ból przeszywający jej prawe ramię
sprowadził ją na ziemię. Syknęła i skuliła się. Byłaby
upadła, ale mnich ją przytrzymał.
- Jeszcze trochę
Vill, już prawie jest twój – powiedział.
Syknęła raz
jeszcze, bo ból się nasilał. Mlaszczącemu dźwiękowi
towarzyszyła ciepła ciecz płynąca po plecach. Otworzywszy oczy
ujrzała dwie rzeczy. Brak wieżowca i zadowoloną minę Leto.
- Bardzo ładnie
panno De Lavayett – powiedział.
Spojrzała przez
swoje prawe ramie, potem przez lewe. Przeniosła wzrok na Leto i
zamachnęła oba kościanymi skrzydłami.
czwartek, 18 października 2018
Gabriel
W krainie było
słonecznie. Stała przed domem nieco zlękniona. Obejrzała się
przez lewe ramie, zerkając na Panią Krainy, stojącą kilka kroków
za nią. Przeczesała dłonią krótkie czerwone włosy i spojrzała
na fiolkę, którą trzymała. Dawno temu jej opiekun, jej Anioł
Śmierci dał tą fiolkę jej służebnicy, by w razie czego mogła go
wezwać, nawet jeśli on zniknie. Zważywszy na to, że zniknął,
tak jak cały Pozaświat, Vill postanowiła spróbować.
- Wzywam cię
Gabrielu – powiedziała pełnym napięcia głosem.
Odkorkowała
flaszeczkę i wypiła. Nastała pełna napięcia cisza. Nic się nie
stało.
- No wzywam cię –
powiedziała.
- Gabrielu Vill Cię
potrzebuje – szepnęła Pani Krainy.
W Krainie się
zachmurzyło. Vill spojrzała w niebo, a potem na swoją gospodyni.
Tamta pokręciła przecząco głową, jakby chciała powiedzieć „To
nie ja” Wiatr zaszeleścił w koronach pobliskich drzew. Czyżby
miało zacząć padać? Vill obróciła się w tamtą stronę i
zamarła. Pod jednym z drzew stała postać. Szczupła, wysoka i tak
czarna, jakby była cieniem.
- Vill…. - zaczęła
Pani Krainy
Czerwonowłosa
jednak bez namysłu ruszyła do przodu.
- Gab…
Zrobiła jednak
ledwie dwa kroki, nim postawiła trzeci on już był przy niej.
Wyglądał, jakby wyszedł z pożaru, Cały czarny i pomarszczony. Z
jego czarnej bezwłosej twarzy spoglądały na nią piwne oczy. Jego
imię ugrzęzło jej w gardle gdy złapał ją za szyję. Szybko
uniosła dłoń, powstrzymując Panią Krainy przed reakcją. Drugą
ręką chwyciła go i wtedy to poczuła.
To było jak
połączenie wspomnienia. Zapadła się w jego piwnych oczach, tak
samo jak on w niej. Jakby oboje znaleźli się w innym miejscu. W
jednej chwili poczuła jak wieżowiec wznosi się z nicości.
Wystrzelił z ciemności jak rakieta. Na zewnątrz łza
popłynęła jej po policzku, kilka pasm jej włosów posiwiało.
Oboje byli pod wieżowcem który sięgał w
nieskończoność. Kolejne siwe pasma. Kolejne łzy. Nie
wiedziała kiedy znaleźli się na górze. To
tak jakby jakiś portal przeniósł ich wprost na dach.
Powinno
wiać, wiedziała, że na tej wysokości, jaka ona by nie była
powinno wiać.
Powietrze
jednak było nieruchome.
Jego włosy ,
krótkie o różnych odcieniach pasemek. Prosty nos, okulary, blada
skóra.
Zrozumiała,
że on nie stoi już obok niej, a może nigdy nie stał.
Podszedł
do krawędzi.
Chciała krzyknąć,
ale przecież trzymał ją za gardło.
Zrobił
krok i… zniknął jej z oczu. Bez namysłu rzuciła się za nim.
Jego włosy
poczerniały, oczy zaś poczerwieniały.
Leciała
nad nim widząc jak spada.
Spadała
pod nim, widząc jak leci za nią.
Czarne
włosy wydłużyły się, a ciało wysmukliło.
Patrzył
na nią, jakby jej nie poznawał.
Próbowała
spotkać jego spojrzenie, dotknąć jego dłoni. Rozłóż skrzydła
Gabrielu, pomyślała. Rozłóż skrzydła proszę. Znów leciała
nad nim, próbując go dogonić. Kolejne uderzenie serca sprawiło,
że spadała, jakby uciekając przed nim. Zamieniali się miejscami,
a ona zastanawiała się, jak daleko jeszcze do ziemi, która
przecież nie istniała.
Pani Krainy nagle
zorientowała się, że czarna postać jest ubrana. Jeansy i koszula.
Przydługie włosy sięgały mu do karku. Czerwone oczy wpatrywały
się w Vill, jak oczy woskowej figury, bez życia. Bez emocji. Włosy
Vill nabierały coraz więcej siwych pasm.
Proszę
rozłóż skrzydła. Gabrielu inaczej zginiemy!
Skóra Vill zbladła
i pomarszczyła się, włosy były niemal całe białe, kiedy z
pleców Gabriela wyskoczyły czarne skrzydła.
Ile
jeszcze mieli do ziemi? Czy mieli spadać w nieskończoność?
- Vill nie rób tego
– zawołał – zniszcz to, to nie jest ci potrzebne.
Dopiero teraz jakby
przestał być posągiem. Nagle zorientowała się, że stoją przed
domem w Krainie. Poczuła się słabo. Nogi odmówiły jej
posłuszeństwa.
- Krew – poprosił
stanowczo Panią Krainy, a kiedy ta podawała Vill swój nadgarstek
zapytał. - Kim u licha jesteś?
- O ja pierdole… -
powiedziała Pani Krainy zaskoczona.
wtorek, 9 października 2018
Rdzeń
Ciemność. Ciemność
Pokrywała wszystko. Z całego Pozaświata pozostała tylko ciemność.
I, nie wiedzieć czemu, dwa samotne schody, będące niegdyś częścią
areny Pogranicza. Tam też u ich, z braku lepszej nazwy, szczytu,
pojawiła się wyrwa. Przeszli przez nią.
Potrzebowała jego
krwi. Potrzebowała jego mocy. I, jeśli miała rację, potrzebowała
jego broni.
Jej czarne jak noc,
długie jak peleryna ciągnące się za nią na prawie dwa metry
włosy były już bardzo ciężkie. Czuła, że jest blisko
pierwszego kroku. Moc i krew, którą zebrała do tej pory w
połączeniu z dodatkową porcją jej gościa powinna przepełnić ją
do tego stopnia, że będzie w stanie zacząć.
Zacząć zaczynać…
- Dlaczego tu? -
zapytał białowłosy.
- Masz miecz? -
odparła pytaniem.
Dotknął ziemi i w
tym samym momencie jego ciało pokryło czarną jak noc idealnie
dopasowana zbroją.
- Pięknie wtapiasz
się w otoczenie – powiedziała z grymasem.
Podniósł brew hełm
zasłonił mu twarz. Przez kilka otworów w przyłbicy rozświetliło
się światło barwy kości słoniowej. Sam hełm wyglądał jak
smukła czaszka z rogami wiodącymi od skroni w tył.
- No właśnie –
dodała z przekąsem. - Czego się boisz?
- Kazałaś wziąć
broń, więc mam też zbroje – odparł.
- Jeśli mam rację,
to potrzebuję ostrza – powiedziała. - Nie musisz się obawiać,
że coś cię zaatakuje.
Ruszyła przed
siebie. Szedł za nią w milczeniu przekonany, że jego gospodyni
wie, gdzie zmierza.
W istocie nie
wiedziała. W zasadzie to po prostu szła. Jeśli dobrze wszystko
wyliczyła musiała się jedynie oddalić od wyrwy. Jednak odległość
w Pozaświecie czerni nie miała większego znaczenia. Nie dało się
jej przecież obliczyć. Nie wiedziała ile czasu minęło zanim w
końcu przystanęła.
- Może być tu.
Miejsce dobre, jak każde inne – powiedziała.
- Dobre jak każde
inne? - zapytał. - To po co szliśmy taki kawał?
- Bo czuje, ze to
nie powinno być blisko wejścia – odparła, po czym dodała –
Ready when you are.
Skinął głową.
Miecz i zbroja zaczęły się rozpływać. Podeszła do niego i
objęła go delikatnie. Nie lubiła tego. Nienawidziła prosić. Nie
cierpiała potrzebować pomocy. Mimo to zwróciła się zarówno do
niego jak i do Pani Krainy ponieważ wiedziała, że tylko ich moc i
ich wieź jest na tyle silna, by pomóc jej cokolwiek zacząć.
Zamknęła oczy i zbliżyła usta do jego szyi. Odchylił głowę
posłusznie, a ona wbiła kły.
Czuła jak jego krew
przepływa przez jej gardło, kropla za kroplą, jak naczynie się
napełnia. Nie mógł być pewien, ale chyba zobaczył iskrę która
pognała od nasady do końców włosów. Zamruczała. Kolejna iskra,
pognała jeszcze dalej w ciemność niż poprzednia, czy to
oznaczało, że włosy stały się jeszcze dłuższe..? Jeszcze
jedna iskierka, tym razem jaśniejsza, popłynęła bardzo bardzo
daleko. Vill jęknęła, ale nie z przyjemności. Usłyszał trzask,
jakby łamane kości. Gwałtownie przycisnęła go do siebie. Kolejne
krople, kolejny jęk, poczuł jak pazury jej się wydłużyły kiedy
lekko zadrapała jego plecy. Jeszcze jeden trzask. Już prawie. Ból rozdarł jej plecy, krew pociekła
po nich kiedy nieomal wrzasnęła. Białowłosy zobaczył wysuwającą
się nad lewym ramieniem złamaną pod kątem 90 stopni kość.
Jeszcze kilka łyków. Otworzyła szeroko czerwone oczy.
I wtedy naczynie
się przepełniło. Oderwała się z wrzaskiem bólu, bo złamana
kość nad lewym ramieniem wysunęła się całkowicie, ukazując
okrwawione kościane skrzydło. Vill
krzyknęła raz jeszcze, kiedy oderwało ją od niego. Zawisła w
powietrzu z rozłożonym jednym okrwawionym skrzydłem. Jej włosy
niesione siła zebranej mocy podzieliły się na trzy części. Trzy
kolory.
Czerń nocy.
Czerwień krwi.
Fiolet magii.
Pociągnęły jak
niewidzialnymi rękami zdenerwowanego dziecka i przy wtórze krzyku
zaplotły się w ciasny, długi, bardzo długi warkocz.
- Odetnij! -
wrzasnęła błagalnie. - Odetnij proszę!
Rękoma próbowała
chwycić włosy, które już zaplecione, zaczęły ciągnąć ją w
ciemność. Wykrzyknęła jego imię pełnym rozpaczy głosem. Nagle
opadła na ziemię, usłyszawszy tylko jak trójkolorowy warkocz
pognał gdzieś w ciemność. Białowłosy stał nad nią z mieczem w
dłoni. Bezwiednie sięgnęła do swoich włosów i przeczesała je
palcami.
Były krótkie, obcięte nierówno i … czerwone.
wtorek, 10 lipca 2018
Pauza
- Co się stało? - zapytał Gabriel.
- Nie wiem, wygląda, jakby się zatrzymało - odparła.
Stali na skraju areny mieszczącej się w Pograniczu. Tej samej areny, na której tyle razy dostała po dupie i dała wycisk w pojedynkach. Drzwi wyjścia pochłonął Mrok. Aragoga, zabójcę, który miał w sobie jaszczurzego maga Kordiana, a który pilnował, by do Pogranicza nie wchodzić z bronią - pochłonął Mrok. Czerń zabrała się również za Rakuena, pół elfa, który po sporych przeżyciach pracował spokojnie za barem. Zniknęli goście. Zapamiętane twarze, zapożyczone istnienia. Zniknęły stoliki, kontuar baru, korytarz wejścia. Przestały istnieć nawet wielkie dwuskrzydłowe drzwi, które decydowały o tym, kto wejdzie do Pogranicza. Przestały istnieć ścieżki do niego prowadzące. Vill obawiała się, że przestały istnieć również światy, do którym można było stąd przejść.
Arena, która została stworzona by rozstrzygać wszystkie pijackie spory, by wzmocnić treningi, by sprawdzić jak można kontrolować nowo nabytą moc. Ta arena, z zawieszonymi ponad nimi poziomami, ruchomymi półkami skalnymi, otoczonymi schodami filarami, ta arena stała się ostatnim bastionem Pogranicza.
Ostatnim bastionem Vill.
Zastanawiała się, czy jej pokój, jej mieszkanie w Pograniczu również zostało pochłonięte. Przypuszczała, że tak. Podobnie jak wszystkie rzeczy, podobnie jak jej wnętrze. Polana, Wielka Kota, zamarznięte jezioro, wodospad.
Przypuszczała, że rdzeń jeszcze istnieje, gdyby zniknął nie miałabym ani odrobiny magii. Tymczasem stała w kącie Areny ze skrzydlatym Gabrielem po jednej stronie i rudobrodym krasnoludem po drugiej. Stała ściskając kostur naładowany chwilowymi kryształami zabranymi z jaskini na trzechixach, a cudzego świata.
Nie miała lepszego pomysłu. Światło podobno nie istniało. Tak usilnie twierdził wąż. Nawet wtedy, gdy pobiła go boleśnie, gdy z jego lubieżności została niemalże jedynie krwawa miazga, nadal obstawał przy swoim. Poleciała więc na trzyixy i wyłupała ze skały trzy kryształy. Mając nadzieję, że to da cokolwiek.
Nie dało.
Byli jak dzieci w ciemności, oświetlani latarką w której kończyły się baterię. Ciemność nadchodziła. Mrok pożerał wszystko, a ona nie umiała tego zatrzymać. Tulili się do siebie otoczeni jasnymi skrzydłami Gabriela, które teraz ściemniały nieco bo... mrok się zatrzymał.
- Co zrobiłaś? - zapytał szorstkim głosem Shreku, gładząc w zamyśleniu rudą brodę.
- Nic, po prostu się zatrzymało - powiedziała.
- Coś się dzieje prawda? - zapytał Gabriel - Coś dobrego?
- Sama nie wiem czy rzucenie obozu pracy nie mając niczego w zamian można nazwać czymś dobrym - odparła z powątpiewaniem.
- Ale jednak ma to jakiś wpływ - powiedział krasnolud.
- Nie cofa się - zauważyła Vill przytomnie.
- Ale też nie idzie na przód - powiedział Gabriel.
- A co, jak zaraz pierdolnie? - zapytała z trwogą?
- Wtedy już nic nie zrobimy. Ale może nie pierdolnie - odparł Shreku - Może zacznie się cofać, na razie się zatrzymało, a my żyjemy. Według mnie to pozytywna rzecz.
- Nie wiem, wygląda, jakby się zatrzymało - odparła.
Stali na skraju areny mieszczącej się w Pograniczu. Tej samej areny, na której tyle razy dostała po dupie i dała wycisk w pojedynkach. Drzwi wyjścia pochłonął Mrok. Aragoga, zabójcę, który miał w sobie jaszczurzego maga Kordiana, a który pilnował, by do Pogranicza nie wchodzić z bronią - pochłonął Mrok. Czerń zabrała się również za Rakuena, pół elfa, który po sporych przeżyciach pracował spokojnie za barem. Zniknęli goście. Zapamiętane twarze, zapożyczone istnienia. Zniknęły stoliki, kontuar baru, korytarz wejścia. Przestały istnieć nawet wielkie dwuskrzydłowe drzwi, które decydowały o tym, kto wejdzie do Pogranicza. Przestały istnieć ścieżki do niego prowadzące. Vill obawiała się, że przestały istnieć również światy, do którym można było stąd przejść.
Arena, która została stworzona by rozstrzygać wszystkie pijackie spory, by wzmocnić treningi, by sprawdzić jak można kontrolować nowo nabytą moc. Ta arena, z zawieszonymi ponad nimi poziomami, ruchomymi półkami skalnymi, otoczonymi schodami filarami, ta arena stała się ostatnim bastionem Pogranicza.
Ostatnim bastionem Vill.
Zastanawiała się, czy jej pokój, jej mieszkanie w Pograniczu również zostało pochłonięte. Przypuszczała, że tak. Podobnie jak wszystkie rzeczy, podobnie jak jej wnętrze. Polana, Wielka Kota, zamarznięte jezioro, wodospad.
Przypuszczała, że rdzeń jeszcze istnieje, gdyby zniknął nie miałabym ani odrobiny magii. Tymczasem stała w kącie Areny ze skrzydlatym Gabrielem po jednej stronie i rudobrodym krasnoludem po drugiej. Stała ściskając kostur naładowany chwilowymi kryształami zabranymi z jaskini na trzechixach, a cudzego świata.
Nie miała lepszego pomysłu. Światło podobno nie istniało. Tak usilnie twierdził wąż. Nawet wtedy, gdy pobiła go boleśnie, gdy z jego lubieżności została niemalże jedynie krwawa miazga, nadal obstawał przy swoim. Poleciała więc na trzyixy i wyłupała ze skały trzy kryształy. Mając nadzieję, że to da cokolwiek.
Nie dało.
Byli jak dzieci w ciemności, oświetlani latarką w której kończyły się baterię. Ciemność nadchodziła. Mrok pożerał wszystko, a ona nie umiała tego zatrzymać. Tulili się do siebie otoczeni jasnymi skrzydłami Gabriela, które teraz ściemniały nieco bo... mrok się zatrzymał.
- Co zrobiłaś? - zapytał szorstkim głosem Shreku, gładząc w zamyśleniu rudą brodę.
- Nic, po prostu się zatrzymało - powiedziała.
- Coś się dzieje prawda? - zapytał Gabriel - Coś dobrego?
- Sama nie wiem czy rzucenie obozu pracy nie mając niczego w zamian można nazwać czymś dobrym - odparła z powątpiewaniem.
- Ale jednak ma to jakiś wpływ - powiedział krasnolud.
- Nie cofa się - zauważyła Vill przytomnie.
- Ale też nie idzie na przód - powiedział Gabriel.
- A co, jak zaraz pierdolnie? - zapytała z trwogą?
- Wtedy już nic nie zrobimy. Ale może nie pierdolnie - odparł Shreku - Może zacznie się cofać, na razie się zatrzymało, a my żyjemy. Według mnie to pozytywna rzecz.
czwartek, 21 czerwca 2018
Nie godzę się
Kamienne podłoże było zimne. Kamyki wbijały się w jej ciało boleśnie i niewygodnie. Kostur leżał nieopodal, bezużyteczny, zgaszony i bez krzty magii. Jej ręce przyciskane do ziemi przez węża w ludzkiej postaci piekły otarciami do krwi. Jego oślizgły język wodził po jej ramieniu. Siedział na niej okrakiem, zdecydowanie cięższy niż mogłoby się wydawać. Zlizywał pot i krew z otartej gdzieniegdzie skóry. W jakiś irracjonalny sposób na chwile przynosiło to ulgę. Nie godzę się. Ta myśl zaświtała w jej zmęczonym umyśle. Uścisk na jej lewej ręce zelżał tylko po to, by przesunął kończynę do dogodniejszej pozycji, czyli pod swoje kolano. Teraz miał wolną rękę, Delikatnie wręcz z namaszczeniem pozwolił przepłynąć kosmykom jej włosów przez swoje palce. Pochylił się i powąchał zagłębienie jej szyi, by już po chwili polizać je rozdwojonym językiem. Poczuła jego ślinę na swoim obojczyku. Nie godzę się... Jego dłoń zatopiła się w jego włosach. Pochylił się by ją pocałować, ale odwróciła głowę. Jedynie na chwilę, bo zaraz pociągnął ją za włosy. Nie godzę się. Jej czarne już oczy spojrzały w jego gadzie ślepia, czerwona obwódka w okół źrenicy zajarzyła się.
- Nie godzę się - wyszeptała.
- Przyszszszszłaśśśśś po śśśśświatło - odparł jej. - Za to jesssssst cena.
- Nie godzę się - powtórzyła.
- Nie maszzzzzzz wyboru.
- Nie godzę się - jej czarne oczy wciąż wpatrywały się w jego ślepia.
- Nie zapłaciszzzz ceny nie dossstaniesz śśśśświatła.
- Nie godzę się - kolejny szept.
Pochylił się znów, jego ogon oplótł się w okół jednej z jej nóg. Wsunął język w jej ucho tak, że przeszedł ją dreszcz. Dreszcz ten jednak nie miał nic wspólnego z przyjemnością. Zacisnęła zęby. Nie godzę się. Jej palce zakrzywiły się jak szpony, zaczęła głębiej oddychać przez nos. Każdy wdech przynosił oślizgły zapach jego żądzy, ale wydech wynosił moc jej wkurwienia. Narastało to w niej do tego stopnia, że myślała, iż za chwile wybuchnie, a wybuch ten pochłonie ją, węża, wioskę czarownic, cały ten świat i wszystkie światy. Nie godzę się!
- Anioł zagłady - wyszeptała ledwie dosłyszalnie - Aktywacja.
Wąż oniemiał. Podniósł się na chwilę zaskoczony.
- Poziom pierwszy, otoczenie elementów - powiedziała.
W jednej chwili nad nimi pojawiła się dokładna kopia Vill. Miała na sobie nawet to samo ubranie. Wyglądała jednak inaczej. Pełna siły, potęgi. Jej kostur, inny niż ten z którym przyszła. Jarzył się kolorami.
- Poziom drugi, wzmocnienie nekromanty - warknęła.
Obok poprzedniczki pojawiła się druga. Ta miała dwa krótkie pistolety i ubrana była w czarny skórzany, długi płaszcz.
- Poziom trzeci, żądza mordu.
Trzecia była przerażająca. Miała podarte ubranie, a zamiast broni długie, czarne zakrzywione szpony, rozczochrane włosy i bezdennie czarne oczy.
- Poziom czwarty, poświęcenie guardiana.
Ostatnia z nich miała czarną zbroję i długi dwuręczny czerwony miecz. Jej oczy, równie czerwone jak klinga wpatrywały się w węża.
- Połączenie - wyszeptały wszystkie pięć i nagle już nie siedział na niej.
Stała przed nim. Ubrana w wysokie buty, dopasowane spodnie. Bluzka, którą wcześniej rozerwał, była cała. Jej włosy zaplecione były w warkocz. Z pleców wyrastały jej kościane skrzydła, które poruszały się jakby oddychały. Oczy miała zamknięte. Podniósł się szybko, widocznie zabawa jeszcze się nie skończyła. Ona otworzyła oczy. To były same białka. Nic więcej, choć w ich kącikach widział nadchodzący mrok. Stałą tak ociekając mocą, aż patrzenie na nią bolało. Na chwilę wszystko zamarło, jakby czas się zatrzymał.
Skoczyła w jego stronę. Jej szybkość zwiększyła się do tego stopnia, że z ledwością unikał ciosów zadawanych krótkimi mieczami. Tańczyła z ostrzami napierając na niego całą mocą i gniewem jakie miała. Z ledwością uskakiwał i nagle ogon przestał być pomocny, bo wydawało się, że potrafiła przewidzieć każdy jego ruch!
- Nie godzę się żyć w świecie, który nie daje mi szansy! - wrzasnęła przy kolejnym ataku. - Dawaj światło!
Już nie atakował, zepchnięty o ofensywy starał się uratować własne życie. Nagle pożądanie jakie czuł przerodziło się w strach przed mocą Anioła Zagłady, którym się stała. Atakowała zapamiętale i wcale nie metodycznie. Wściekłość i moc którą obudziła gnała nią na oślep nieprzewidzianą furią.
- Dawaj światło! - wrzasnęła, jakby wymagała by oddał jej ukochanego pluszaka.
Cofał się, unikał, bronił i uciekał przed jej furia. W szaleńczej panice pognał w stronę wyjścia z jaskini, ale dopadła go nim tam dotarł. Chwyciła go i potężną siła posłała na przeciwległą ścianę, Uderzył plecami zmieniając się z węża, lecz nim wylądował na ziemi i z szybkościa kobry zdołał czmychać, ona już była przy nim. Kopnęła go w pysk, tak, że poleciał na rozwalone łóżko. Nim sie otrząsnął chwyciła go za ogon i trzasnęła nim jak biczem. Pociemniało mu w oczach, ale nie pozwoliła mu odetchnąć. Ponownie rąbnęła nim o ścianę. Zmienił kształt na ludzki i uniósł ręce by zasłonić głowę.
- DAWAJ ŚWIATŁO! - darła się pędząc do niego z uniesionymi ostrzami.
Widział jej kły, długie i ostre jak jego, widział jej białka, które zaczął pokrywać mrok, widział kościane skrzydła, które żyły własnym życiem. Widział Anioła Zagłady, który miał być jego końcem.
- Ono nie isssstnieje! - wrzasnął.
Ukrył głowę w dłoniach, ale cios nie nadszedł. Zaryzykował spojrzenie na nią i oniemiał. Stała przed nim z lekko otwartymi ustami, puste spojrzenie czerniejących białek wyglądało... przerażająco wręcz smutno. Miecze upadły z głuchym dźwiękiem, a ona osunęła się na kolana.
- Nie godzę się - wyszeptała.
- Przyszszszszłaśśśśś po śśśśświatło - odparł jej. - Za to jesssssst cena.
- Nie godzę się - powtórzyła.
- Nie maszzzzzzz wyboru.
- Nie godzę się - jej czarne oczy wciąż wpatrywały się w jego ślepia.
- Nie zapłaciszzzz ceny nie dossstaniesz śśśśświatła.
- Nie godzę się - kolejny szept.
Pochylił się znów, jego ogon oplótł się w okół jednej z jej nóg. Wsunął język w jej ucho tak, że przeszedł ją dreszcz. Dreszcz ten jednak nie miał nic wspólnego z przyjemnością. Zacisnęła zęby. Nie godzę się. Jej palce zakrzywiły się jak szpony, zaczęła głębiej oddychać przez nos. Każdy wdech przynosił oślizgły zapach jego żądzy, ale wydech wynosił moc jej wkurwienia. Narastało to w niej do tego stopnia, że myślała, iż za chwile wybuchnie, a wybuch ten pochłonie ją, węża, wioskę czarownic, cały ten świat i wszystkie światy. Nie godzę się!
- Anioł zagłady - wyszeptała ledwie dosłyszalnie - Aktywacja.
Wąż oniemiał. Podniósł się na chwilę zaskoczony.
- Poziom pierwszy, otoczenie elementów - powiedziała.
W jednej chwili nad nimi pojawiła się dokładna kopia Vill. Miała na sobie nawet to samo ubranie. Wyglądała jednak inaczej. Pełna siły, potęgi. Jej kostur, inny niż ten z którym przyszła. Jarzył się kolorami.
- Poziom drugi, wzmocnienie nekromanty - warknęła.
Obok poprzedniczki pojawiła się druga. Ta miała dwa krótkie pistolety i ubrana była w czarny skórzany, długi płaszcz.
- Poziom trzeci, żądza mordu.
Trzecia była przerażająca. Miała podarte ubranie, a zamiast broni długie, czarne zakrzywione szpony, rozczochrane włosy i bezdennie czarne oczy.
- Poziom czwarty, poświęcenie guardiana.
Ostatnia z nich miała czarną zbroję i długi dwuręczny czerwony miecz. Jej oczy, równie czerwone jak klinga wpatrywały się w węża.
- Połączenie - wyszeptały wszystkie pięć i nagle już nie siedział na niej.
Stała przed nim. Ubrana w wysokie buty, dopasowane spodnie. Bluzka, którą wcześniej rozerwał, była cała. Jej włosy zaplecione były w warkocz. Z pleców wyrastały jej kościane skrzydła, które poruszały się jakby oddychały. Oczy miała zamknięte. Podniósł się szybko, widocznie zabawa jeszcze się nie skończyła. Ona otworzyła oczy. To były same białka. Nic więcej, choć w ich kącikach widział nadchodzący mrok. Stałą tak ociekając mocą, aż patrzenie na nią bolało. Na chwilę wszystko zamarło, jakby czas się zatrzymał.
Skoczyła w jego stronę. Jej szybkość zwiększyła się do tego stopnia, że z ledwością unikał ciosów zadawanych krótkimi mieczami. Tańczyła z ostrzami napierając na niego całą mocą i gniewem jakie miała. Z ledwością uskakiwał i nagle ogon przestał być pomocny, bo wydawało się, że potrafiła przewidzieć każdy jego ruch!
- Nie godzę się żyć w świecie, który nie daje mi szansy! - wrzasnęła przy kolejnym ataku. - Dawaj światło!
Już nie atakował, zepchnięty o ofensywy starał się uratować własne życie. Nagle pożądanie jakie czuł przerodziło się w strach przed mocą Anioła Zagłady, którym się stała. Atakowała zapamiętale i wcale nie metodycznie. Wściekłość i moc którą obudziła gnała nią na oślep nieprzewidzianą furią.
- Dawaj światło! - wrzasnęła, jakby wymagała by oddał jej ukochanego pluszaka.
Cofał się, unikał, bronił i uciekał przed jej furia. W szaleńczej panice pognał w stronę wyjścia z jaskini, ale dopadła go nim tam dotarł. Chwyciła go i potężną siła posłała na przeciwległą ścianę, Uderzył plecami zmieniając się z węża, lecz nim wylądował na ziemi i z szybkościa kobry zdołał czmychać, ona już była przy nim. Kopnęła go w pysk, tak, że poleciał na rozwalone łóżko. Nim sie otrząsnął chwyciła go za ogon i trzasnęła nim jak biczem. Pociemniało mu w oczach, ale nie pozwoliła mu odetchnąć. Ponownie rąbnęła nim o ścianę. Zmienił kształt na ludzki i uniósł ręce by zasłonić głowę.
- DAWAJ ŚWIATŁO! - darła się pędząc do niego z uniesionymi ostrzami.
Widział jej kły, długie i ostre jak jego, widział jej białka, które zaczął pokrywać mrok, widział kościane skrzydła, które żyły własnym życiem. Widział Anioła Zagłady, który miał być jego końcem.
- Ono nie isssstnieje! - wrzasnął.
Ukrył głowę w dłoniach, ale cios nie nadszedł. Zaryzykował spojrzenie na nią i oniemiał. Stała przed nim z lekko otwartymi ustami, puste spojrzenie czerniejących białek wyglądało... przerażająco wręcz smutno. Miecze upadły z głuchym dźwiękiem, a ona osunęła się na kolana.
Audiomachine - Redshift
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Wąż
W chacie śmierdziało pleśnią i wilgocią. Okna pozasłaniane były brudnymi szmatami, podobnie jak wejście nie posiadające normalnych drzwi. Z zewnątrz dochodziły głosy ciekawskich starających się zajrzeć do wnętrza. Starucha siedząca na czymś w rodzaju tronu miała na sobie brudną suknię, która najlepsze lata świetności miała już bardzo, bardzo dawno za sobą. Na podołku leżało zgniłe, sczerniałe jabłko. Kobieta głaskała je machinalnie. Na oczach miała opaskę, która niegdyś zapewne była biała. Głowę zwróconą miała w stronę Vill i Gabriela.
- On czeka na kobietę, która przyjdzie po światło.
- Vill daj spokój, moje skrzydła wystarczą.
- Nie wystarczą. Nie na mrok, który nadchodzi - spojrzała na niego swymi niemal już czarnymi oczami. Dotknęła kostura na plecach
- Vill - wyciągnął do niej rękę, ale odtrąciła ją.
- Musze iść - powiedziała.
***
W jaskini panowała ciemność. Nie było to jednak dla niej wielkim problemem. Jej pół rasowość pozwalała widzieć w niezbyt głębokiej ciemności. Mimo to stąpała ostrożnie. Z zewnątrz dobiegło krakanie. Zatrzymała się na chwile, ale dźwięk się nie powtórzył. Ruszyła przed siebie. Rozpoznawała kształty, co pozwalało jej zgrabnie omijać pozostałości mebli, szmat i jakichś śmieci. Przeskoczyła nad zgniłym, wilgotnym materacem, leżącym na pozostałościach łóżka. Szmer z lewej sprawił, że się zatrzymała. Spojrzała w tamtą stronę, odruchowo sięgając w stronę kostura. Cisza. Bezruch przedłużał się kiedy lustrowała okolicę. Dłoń na kosturze świerzbiła niecierpliwością. Kolejny szmer za nią. Obróciła się gwałtownie i coś pchnęło ją na przegniły materac. Upadła i coś oślizgłego przesunęło się po jej ręce. Zerwała się gwałtownie. W sekundę miała kostur w ręku.
- Pokaż się! - wrzasnęła.
- Myśśśśśślałem, że wampiry dobrze widzą w ciemnośśśśści - dobiegło ją zewsząd.
Obracała się gwałtownie, z kosturem przygotowanym do ataku.
- Jestem półkrwi
- To wiele wyjaśśśśnia....
Nagle znalazła się przed nią. Jego biały pysk, niemal raził w oczy. Ślepia o pionowych źrenicach wpatrywały się w nią, Rozdwojony język wysuwał się i chował co chwilę. Wił się przed nią bladością swego oblicza. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, kiedy ogonem pociął ją. Znów wylądowała na materacu, tym razem na plecach. Kopnęła go w zbliżający się w jej stronę pysk. Zasyczał gniewnie, kiedy zrobiła obok niego przewrót, podnosząc się. Zamachnęła się kosturem, ale się uchylił. W jednym momencie zniknął w mroku. Nagłe zniknięcie światła jakim była jasność jego skóry, sprawiło, że musiała poświęcić chwilę, by przyzwyczaić się do ciemności. Ponownie bezruch zapanował w okolicy. Zrobiła pewny krok do przodu, z kosturem przygotowanym do ciosu.
- Wyłaź przyszłam po światło - krzyknęła przed siebie.
- Muśśśśiszzzzzz zapłacić - powiedział jej.
- Czego więc chcesz?
Cisza.
Zrobiła kilka kroków w głąb jaskini.
Cisza.
Mogłoby się zdawać, że była zupełnie sama.
Cisza i bezruch.
- Czego chcesz?! - wrzasnęła a jej głos poniósł się echem po skałach.
- Zgadnij - powiedział.
Jego blady wężowy ogon owinął się w okół jej szyi. Podniósł ją do góry tak nagle, że wypuściła kostur. Chwyciła dłońmi ogon, próbując się uwolnić. Jego pysk zbliżył się do niej gwałtownie, po drodze zmieniając się w ludzką twarz o żółtych ślepiach z pionowymi źrenicami. Miał łuski na policzku. Pocałował ją wbijając rozdwojony język brutalnie w jej usta. Jej prawie czarne oczy nabrały bordowego odcienia, kiedy wbiła kły w jego język. Zawył puszczając ją i odsuwając się. Był teraz prawie cały w ludzkiej postaci. Jego nagie ciało zdradziło chęci. Blada skórę pokrytą miał gdzieniegdzie łuskami. Ogon, którego się nie pozbył, wił się wściekle z tyłu jego postaci. Spojrzał na nią, z kącika ust ciekła mu czerwona krew. Vill wylądowała zgrabnie obok zapleśniałego materaca. Chwyciła kostur i wyprostowała się. Splunęła jego krwią i pokazała kły.
- Zabawmy się - warknęła.
- On czeka na kobietę, która przyjdzie po światło.
- Vill daj spokój, moje skrzydła wystarczą.
- Nie wystarczą. Nie na mrok, który nadchodzi - spojrzała na niego swymi niemal już czarnymi oczami. Dotknęła kostura na plecach
- Vill - wyciągnął do niej rękę, ale odtrąciła ją.
- Musze iść - powiedziała.
***
W jaskini panowała ciemność. Nie było to jednak dla niej wielkim problemem. Jej pół rasowość pozwalała widzieć w niezbyt głębokiej ciemności. Mimo to stąpała ostrożnie. Z zewnątrz dobiegło krakanie. Zatrzymała się na chwile, ale dźwięk się nie powtórzył. Ruszyła przed siebie. Rozpoznawała kształty, co pozwalało jej zgrabnie omijać pozostałości mebli, szmat i jakichś śmieci. Przeskoczyła nad zgniłym, wilgotnym materacem, leżącym na pozostałościach łóżka. Szmer z lewej sprawił, że się zatrzymała. Spojrzała w tamtą stronę, odruchowo sięgając w stronę kostura. Cisza. Bezruch przedłużał się kiedy lustrowała okolicę. Dłoń na kosturze świerzbiła niecierpliwością. Kolejny szmer za nią. Obróciła się gwałtownie i coś pchnęło ją na przegniły materac. Upadła i coś oślizgłego przesunęło się po jej ręce. Zerwała się gwałtownie. W sekundę miała kostur w ręku.
- Pokaż się! - wrzasnęła.
- Myśśśśśślałem, że wampiry dobrze widzą w ciemnośśśśści - dobiegło ją zewsząd.
Obracała się gwałtownie, z kosturem przygotowanym do ataku.
- Jestem półkrwi
- To wiele wyjaśśśśnia....
Nagle znalazła się przed nią. Jego biały pysk, niemal raził w oczy. Ślepia o pionowych źrenicach wpatrywały się w nią, Rozdwojony język wysuwał się i chował co chwilę. Wił się przed nią bladością swego oblicza. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, kiedy ogonem pociął ją. Znów wylądowała na materacu, tym razem na plecach. Kopnęła go w zbliżający się w jej stronę pysk. Zasyczał gniewnie, kiedy zrobiła obok niego przewrót, podnosząc się. Zamachnęła się kosturem, ale się uchylił. W jednym momencie zniknął w mroku. Nagłe zniknięcie światła jakim była jasność jego skóry, sprawiło, że musiała poświęcić chwilę, by przyzwyczaić się do ciemności. Ponownie bezruch zapanował w okolicy. Zrobiła pewny krok do przodu, z kosturem przygotowanym do ciosu.
- Wyłaź przyszłam po światło - krzyknęła przed siebie.
- Muśśśśiszzzzzz zapłacić - powiedział jej.
- Czego więc chcesz?
Cisza.
Zrobiła kilka kroków w głąb jaskini.
Cisza.
Mogłoby się zdawać, że była zupełnie sama.
Cisza i bezruch.
- Czego chcesz?! - wrzasnęła a jej głos poniósł się echem po skałach.
- Zgadnij - powiedział.
Jego blady wężowy ogon owinął się w okół jej szyi. Podniósł ją do góry tak nagle, że wypuściła kostur. Chwyciła dłońmi ogon, próbując się uwolnić. Jego pysk zbliżył się do niej gwałtownie, po drodze zmieniając się w ludzką twarz o żółtych ślepiach z pionowymi źrenicami. Miał łuski na policzku. Pocałował ją wbijając rozdwojony język brutalnie w jej usta. Jej prawie czarne oczy nabrały bordowego odcienia, kiedy wbiła kły w jego język. Zawył puszczając ją i odsuwając się. Był teraz prawie cały w ludzkiej postaci. Jego nagie ciało zdradziło chęci. Blada skórę pokrytą miał gdzieniegdzie łuskami. Ogon, którego się nie pozbył, wił się wściekle z tyłu jego postaci. Spojrzał na nią, z kącika ust ciekła mu czerwona krew. Vill wylądowała zgrabnie obok zapleśniałego materaca. Chwyciła kostur i wyprostowała się. Splunęła jego krwią i pokazała kły.
- Zabawmy się - warknęła.
poniedziałek, 11 czerwca 2018
Ciemność widzę.
Korytarz pogrążony był w mroku. Sam ubrany był na czarno, więc i jego nie było widać. Jego blada skóra niemal raziła w ciemności. On jednak nie miał problemu z zobaczeniem dokąd zmierza. Zresztą i tak pewnie dotarłby tu nawet z zamkniętymi oczami. Korytarz zakręcił i oczom przybysza ukazały się masywne drzwi. Były uchylone. Ostrożnie podszedł do nich. Piwne oczy przesunęły się po kawałku przestrzeni, którą mogły ujrzeć przez szparę w drzwiach.
W pokoju także panowała ciemność. Nie paliła się żadna świeca, ani światło elektryczne. Zresztą w całym Pograniczu było dziwnie cicho, ale tu najbardziej. To było niepokojące.
Powoli pchnął drzwi, przygotowany na atak. Ten jednak nie nastąpił, za to z sąsiedniego pomieszczenia usłyszał szelest. I ciche przekleństwo. Lawirując między meblami, doskonale przecież widząc w ciemności ruszył do sypialni.
Drzwi szafy były otwarte. Z wnętrza wystawały jej nogi. Miała na sobie zwykłe jeansy, a stopy były bose. Tu świeciło się jakieś światło. W zasadzie jedynie poświata. Aplikacja żarówki z telefonu.
- Jakaś początkująca czarownica rozpieprzyła elektrownie? - zagaił.
Wysunęła głowę zza drzwi szafy i spojrzała na niego. Włosy jak zwykle miał w cudownym ułożeniu. Tym razem były rozpuszczone. Jego piwne oczy wpatrywały się w nią. Blada twarz odznaczała się na tle panującej ciemności. Posłała mu niewesoły uśmiech, w odpowiedzi ukazał kły. Bez słowa znów zanurkowała w szafie.
- Wnioskuje, że nie - powiedział. - A zatem co się stało?
- Mrok nadchodzi - usłyszał jej stłumioną odpowiedź.
- Jak to? - zaniepokoił się, zaraz znalazł się przy niej i chwycił ja za ramiona. - Jak to? - powtórzył.
Teraz dopiero zauważył. Jej czerwone włosy nie miały blasku. Nie przypominały już żywej, świeżej krwi. Nie przypominały niczego poza brudnymi, niezadbanymi piórami. Ale najgorsze były oczy. Niebieskie tęczówki ciemniały i to wcale nie dlatego, że zmieniały się w czerwień.
- Ile mamy czasu?
- Nie wiem Gabrielu, serio, nie wiem - powiedziała i posłała mu kolejny smutny uśmiech.
- Co zrobisz?
- Tego też nie wiem - odparła, wyswobodziła się z jego uścisku i znów zanurkowała w szafie.
- Czego szukasz? - zapytał, nurkując z nią, by jej pomóc.
- Kostura od David'a - odparła. - Jest!
Wyciągnęła z szafy przedmiot i stanęła w triumfalnej pozie. Kostur był nieco wyższy od niej. Na dole zakończony kolcem. Na jego szczycie umieszczone zostały trzy podłużne, wąskie kryształy. Były szare.
- Vill, on jest cały rozładowany
- Wiem.
- Co chcesz z nim zrobić.
- Na początek naładuje.
- A potem?
- A potem nie wiem, ale zrobić coś muszę... - syknęła i chwyciła się za bok, kolejne ukłucie dało o sobie znać - zanim to nadejdzie i pochłonie wszystko. Ciebie, mnie, Pogranicze i każdego kogo tu sprowadziłam...
czwartek, 15 czerwca 2017
Dlaczego walczysz? Dla siebie.
Stała na klifie. Woda oceanu szalała, rozbijając się o skały. Niebo pociemniało, kiedy pomarańcz i fiolet zachodzącego słońca ustępowały pola nadchodzącej nocy. Wiatr rozwiewał jej czerwone włosy, jakby czesał każdy kosmyk z osobna. Jasny sierp księżyca rozpoczynał wędrówkę, odbijając swe światło w klindze jej miecza. Runy zajarzyły się czerwienią, gdy na nie spojrzała. jej własne oczy przybrały podobny kolor.
Nuciła, melodia mocy otaczała ją z ochotą niemal tuląc do siebie. Delikatne wstęgi krążyły w okół jej dopasowanych spodni i wysokich butów. oplatały długie, luźne, rozszerzane rękawy i skórzane karwasze pod nimi skryte.
Skrzydlaty mężczyzna o piwnych oczach i czarnych długich włosach stał nieopodal. Pióra jego skrzydeł stroszyły się, pobudzone jej delikatnym śpiewem. Patrzył na nią, na gniewne fale w oddali, patrzył na jej czerwone, tańczące z wiatrem włosy. Patrzył i widział, jak siła w niej wzbiera, jak głos się w niej podnosi, jak moc do niej napływa, jak energia, ją otacza.
Obróciła się w jego stronę i w jej czerwonych oczach zobaczył determinację. Łzy już wysychały, niemal nie pozostawiając po sobie śladu. Jednak jeszcze lśniły nieco. Dość, by mógł je zauważyć, choć nikt inny poza Aniołem Śmierci pewnie by nie zdołał. Chciał podejść, powiedzieć coś, ale wyciągnęła do niego rękę powstrzymując go. Zamknęła oczy.
Sekundę później moc wybuchła. Białe skrzydła wystrzeliły z jej łopatek, pióra wyrwały się na wolność śpiewając pieśń wraz z nią. Czuł, jak siła jej wzrasta, mimo, że jeszcze przed chwilą klęczała pokonana. Teraz wzrastała. Kilka centymetrów nad ziemią wzrastała wraz z wiedźmim śpiewem swojej mocy. Mocy swojej i swoich piór, mocy słów i zamiarów. Mocy krzyku i chęci, mocy zdecydowania i broni. Dobyła drugiego miecza i otworzyła czarne oczy.
- Dlaczego walczysz? - zapytał.
- Dla siebie - odparła.
Opadła powoli. Gotowa. Odziana w zbroje, uzbrojona i skrzydlata.
Z podniesioną głową.
Nuciła, melodia mocy otaczała ją z ochotą niemal tuląc do siebie. Delikatne wstęgi krążyły w okół jej dopasowanych spodni i wysokich butów. oplatały długie, luźne, rozszerzane rękawy i skórzane karwasze pod nimi skryte.
Skrzydlaty mężczyzna o piwnych oczach i czarnych długich włosach stał nieopodal. Pióra jego skrzydeł stroszyły się, pobudzone jej delikatnym śpiewem. Patrzył na nią, na gniewne fale w oddali, patrzył na jej czerwone, tańczące z wiatrem włosy. Patrzył i widział, jak siła w niej wzbiera, jak głos się w niej podnosi, jak moc do niej napływa, jak energia, ją otacza.
Obróciła się w jego stronę i w jej czerwonych oczach zobaczył determinację. Łzy już wysychały, niemal nie pozostawiając po sobie śladu. Jednak jeszcze lśniły nieco. Dość, by mógł je zauważyć, choć nikt inny poza Aniołem Śmierci pewnie by nie zdołał. Chciał podejść, powiedzieć coś, ale wyciągnęła do niego rękę powstrzymując go. Zamknęła oczy.
Sekundę później moc wybuchła. Białe skrzydła wystrzeliły z jej łopatek, pióra wyrwały się na wolność śpiewając pieśń wraz z nią. Czuł, jak siła jej wzrasta, mimo, że jeszcze przed chwilą klęczała pokonana. Teraz wzrastała. Kilka centymetrów nad ziemią wzrastała wraz z wiedźmim śpiewem swojej mocy. Mocy swojej i swoich piór, mocy słów i zamiarów. Mocy krzyku i chęci, mocy zdecydowania i broni. Dobyła drugiego miecza i otworzyła czarne oczy.
- Dlaczego walczysz? - zapytał.
- Dla siebie - odparła.
Opadła powoli. Gotowa. Odziana w zbroje, uzbrojona i skrzydlata.
Z podniesioną głową.
Ivan Torrent - Iron Poetry
Jedenaście dni.
czwartek, 10 listopada 2016
Bitwa
Horyzont rozpościerał się jasnym, bezchmurnym niebem. Wiał lekki wiatr, jakby cała okolica dawała znać, że wyczekuje tego, co ma nastąpić. Patrzyła w niebo przez chwile. Błękit kończył się, a może zaczynał czernią. Przekrzywiła głowę.
Błyszczały wypolerowane jak lustra. Jakby spędzili miliony godzin przed bitwą, by nadać im blask chwały jeszcze przed zwycięstwem, które na pewno przeczuwali. Miliony jej odbić patrzyły z lekkim lękiem na nią samą. Czarne miecze i łuki na ich plecach dodawały tylko elegancji, jak obudowy flagowych smartphonów. Uśmiechnęła się na te myśl. Miliony uśmiechów dodało jej otuchy. Powiodła wzrokiem dalej i ujrzała Jego. Starcza w szacie, z twarzą skrytą pod kapturem, wyciągał ku niej kościsty palec obleczony biała niemal skórą, a zakończony długim, czarnym, zakrzywionym szponem - Pan Murów.
- Jesteś sama - powiedział, stojąc za swoją armią.
Przekrzywiła jedynie głowę w zaciekawieniu. Na sobie miała wygodne skórzane spodnie, wysokie buty z cholewami, tunikę przepasaną pasem i krótką skórzaną kurtkę. Znad ramion wystawały jej dwie rękojeści średnich mieczy, włosy miała związane w koński ogon. Wiatr zabawił się czerwienią jej kosmyków w milionach odbić czarnych zbroi.
- Nie, nie sama - odparła.
Niebo rozdarł ryk czarnego smoka, który rzucił cień na rycerzy czarnej armii. Vill uśmiechnęła się pod nosem, kiedy obok niej pojawił się białowłosy Znaczek, z drugiej strony stanęła Molly, elektryczność otaczała ją całkowicie ujarzmiona. Przybycie Wiedźmy Rodzicielki oznajmiły dwa miauknięcia czarnych kotów. Brązowe włosy Pani Krainy rozwiał wiatr, kiedy zjawiła się wraz ze swoimi wilkami. Jej zielone oczy jarzyły się ekscytacją. Armia Znaczka pojawiła się za nimi, niczym wyłoniona z mgły, której przecież nie było. Smok na niebie zatoczył koło i ryknął raz jeszcze.
Vill wyszczerzyła kły.
- Nie sama - powiedziała.
Zagrzmiało, niebo pociemniało.
Dwie armie ruszyły do ataku!
Błyszczały wypolerowane jak lustra. Jakby spędzili miliony godzin przed bitwą, by nadać im blask chwały jeszcze przed zwycięstwem, które na pewno przeczuwali. Miliony jej odbić patrzyły z lekkim lękiem na nią samą. Czarne miecze i łuki na ich plecach dodawały tylko elegancji, jak obudowy flagowych smartphonów. Uśmiechnęła się na te myśl. Miliony uśmiechów dodało jej otuchy. Powiodła wzrokiem dalej i ujrzała Jego. Starcza w szacie, z twarzą skrytą pod kapturem, wyciągał ku niej kościsty palec obleczony biała niemal skórą, a zakończony długim, czarnym, zakrzywionym szponem - Pan Murów.
- Jesteś sama - powiedział, stojąc za swoją armią.
Przekrzywiła jedynie głowę w zaciekawieniu. Na sobie miała wygodne skórzane spodnie, wysokie buty z cholewami, tunikę przepasaną pasem i krótką skórzaną kurtkę. Znad ramion wystawały jej dwie rękojeści średnich mieczy, włosy miała związane w koński ogon. Wiatr zabawił się czerwienią jej kosmyków w milionach odbić czarnych zbroi.
- Nie, nie sama - odparła.
Niebo rozdarł ryk czarnego smoka, który rzucił cień na rycerzy czarnej armii. Vill uśmiechnęła się pod nosem, kiedy obok niej pojawił się białowłosy Znaczek, z drugiej strony stanęła Molly, elektryczność otaczała ją całkowicie ujarzmiona. Przybycie Wiedźmy Rodzicielki oznajmiły dwa miauknięcia czarnych kotów. Brązowe włosy Pani Krainy rozwiał wiatr, kiedy zjawiła się wraz ze swoimi wilkami. Jej zielone oczy jarzyły się ekscytacją. Armia Znaczka pojawiła się za nimi, niczym wyłoniona z mgły, której przecież nie było. Smok na niebie zatoczył koło i ryknął raz jeszcze.
Vill wyszczerzyła kły.
- Nie sama - powiedziała.
Zagrzmiało, niebo pociemniało.
Dwie armie ruszyły do ataku!
Chappell Music - Great Ambition (Epic)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












