Wzięła mnie prawdziwa zgroza, kiedy przeczytałam jej historię. Właściciele (bo nie można ich nazwać opiekunami) wystawiali ją w transporterku w zimnie na parapet. Ogolili ją, bo miała pchły i nie karmili ją za dobrze, o ile w ogóle.
Dziewczyna mieszkająca obok, która jest domem tymczasowym zainterweniowała i zabrała ją do fundacji Koty z Kociej.
Był to czas kiedy już wiedziałam, że potrzebuję, naprawdę potrzebuję jakieś mruczące futerko bo inaczej zeświruję, zwariuję i ogólnie zacznę walić głową w ścianę.
Jednocześnie bardzo się bałam, że się nie dogadamy, jak również tego, że nie tyle chcę dać kitku dom, co po prostu szukam zastępstwa. Bardzo źle się czułam z tą myślą i dlatego długo z tym zwlekałam.
Tymczasem roczna, czarno biała kicia. odpchlona, zaszczepiona i socjalizująca się znalazła dom. Bardzo jej kibicowałam.
Kiedy już wraz z Zaklęciem zdecydowaliśmy się na adopcję, okazało się, że jakikolwiek kot pasujący charakterem do nas (naprawdę chciałam by i zwierze było szczęśliwe z nami i my wraz z nim) jest jeszcze za młody na adopcję. W między czasie przeglądałam także OLX i tam natknęłam się na Nelkę. Nelkę, która przecież znalazła już dom, a zatem byłam bardzo, bardzo zdziwiona, jak się pewnie domyślacie.
Okazało się, że Nela jest dość płochliwym kitkiem i raczej nie nadaje się na kota wychodzącego, a drudzy opiekunowie właśnie tak chcieli zrobić. Kicia wróciła więc do pani z interwencji i na OLX wciąż szukając kogoś kto ją pokocha i otoczy opieką.
I tak przez pierwsze parę godzin siedziała w transporterku, potem za wiadrem w kuchni, potem za moją komodą z rzeczami do paznokciomaniactwa. W nocy prawie nie spaliśmy, bo uznała, że będzie zwiedzać i tak obskoczyła absolutnie wszystkie meble i zajrzała we wszystkie zakamarki.
Dziś mija dwa tygodnie jak jest u nas i muszę Wam powiedzieć, że istny z niej szogun! Lata jak potłuczona, ma ulubioną zabawkę z którą lata jak dwa razy potłuczona i ciągle ją gubi pod meblami (serio własnie ją znów wyciągałam spod komody :P) Jest bardzo dyskutująca i pilnuje mnie jak idę do łazienki :P (właśnie oberwała firankę! o.O). Wieczorem ładuje mi się pod kołdrę na kilka chwil i ogólnie ma tyle energii, że przy niej czuje się staro ^^
Normalnie szajbuska jedna (wspomniałam, ze ma rok?)
A i warczy na obcych ^^ Amazonka mała, hehe
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niecodzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niecodzienność. Pokaż wszystkie posty
sobota, 11 lipca 2020
środa, 17 czerwca 2020
Czas pełen przygód
Skończył się długi weekend, który miałam urlopowy z powodu takiego, że jest mało pracy i mamy wybierać urlopy, bo są zwolnienia (a jak przylazłam to się nagle okazało, że mamy przyśpieszyć bo pracy jest dużo :P). Pół tego długiego weekend przeleżałam sobie we wyrze, bo pół tygodnia wcześniej uznałam, że dobrze będzie pohopkać, spalić kilka kalorii, a skoro nie Zumba (bo kolana) to Salsation (bo delikatniejsze miejscami). Praktykowałam to raz w tygodniu od trzech tygodni i, jak widać, do trzech razy sztuka ;P. Bo przecież kocham muzykę i to w zasadzie jedyna aktywność fizyczna, którą lubię. No, ale nie dla psa kiełbasa, gdyż już przy trzecim razie coś mi w biodrze strzeliło. W związku z powyższym od soboty chodziłam jak paralita nie mogąc się nawet schylić po pojemnik. Z łóżka wstawałam za którymś tam razem i ogólnie było źle. No ale do pracy poszłam na dwa dni, bo potem urlop. No i potem wyro i generalnie już nie chodzę jak paralita, chociaż miejscami nadal boli.
Przyszedł weekend prawilny tj sobota i niedziela, więc postanowiłam coś ze sobą zrobić i w niedzielę odkryłam na nowo miłość do Skyrim. Ale jak już wspomniałam, nie dla psa kiełbasa :P
W poniedziałek rano, czy też jeszcze w nocy bo coś koło piątej, poszłam do łazienki z wiadomą potrzebą. Siedzę sobie w pół zaspana i słyszę KAP.... KAP....KAP... Patrzę na kran ze zlewu, który zwykle kapie, ale nie nic nie kapie, a już na pewno nie z taką częstotliwością. KAP...KAP...KAP... Przesłuchy mam jak nic, siadło mi na głowę to leżenie we wyrze, na pewno. KAP...KAP...KAP... W końcu znalazłam źródło kapania i z miejsca zakręciłam wodę w mieszkaniu, a potem zaalarmowałam Zaklęcie. Koszt wymiany wężyka od boilera niewielki. Ulga i spokój ducha, już większa.
Zaraz potem poleciałam do Banku pozałatwiać sprawy, których nie załatwiłam w środę z powody tej cholernej nogi (za którą zrypała mnie trochę Wiedźma Rodzicielka, więc obiecałam, że tańcować już nie bydę ).
Wróciwszy i stwierdziwszy, że chwila mi jeszcze została postanowiłam ogarnąć chociaż jedną misję w mojej na nowo pokochanej grze i... ZONK.... Po wnikliwej obserwacji, kilku sprawdzeniach i przeczyszczeniach zleconych Zaklęciu (ja się sprzętu nie dotykam od pamiętnej chwili, kiedy to spaliłam dysk twardy podczas próby pędzelkiem odkurzania sprzętu wewnątrz blaszakowego) jednogłośnie stwierdziliśmy, że rąbnęło mi kartę graficzną. Drugą, a zarazem ostatnią jaką miałam. Koszt wymiany dużo większy i jak tylko go zapłacę bardzo mnie zapewne zdenerwuje.
Potem ogarnęłam obiadek, posmarowałam bolący kark i pojechałam swoją cudowną miętową limuzyną do pracy (ludzi tam już tyle, że prawie nie uraczysz wolnej przestrzeni, do tego coraz mniej osób jeździ w maseczkach, ale ja jeszcze tak).
W pracy było tylko gorzej, bo mimo, że przestałam chodzić jak paralita, to znów zaczęłam obracać się jak Batman. Bolący kark dał się we znaki, obwieszczając wszem i wobec, że mnie przewiało o.O Do tego biodro nie do końca jeszcze wyzdrowiało, więc jest po prostu cudownie!
We wtorek rano stwierdziłam, że za chwile głowa mi na poduszce zostanie a reszta ciała wstanie i pójdę do pracy bez głowy. W rezultacie czego zdecydowałam się w końcu zadzwonić do lekarza. Na szczęście przyjmował mój ulubiony lekarz, a nie ta typiara, która zawsze patrzy na mnie z góry i z politowaniem. Oznajmił, że stan zapalny mięśni karku, zalecił leki, maść, L4 i basen. Aczkolwiek nie wiem czy to ostatnie dam radę ogarnąć, ale resztę na pewno tak.
Skyrim - Lindsey Stirling & Peter Hollens
Dziś jeszcze się dzień nie skończył, a ja już zdążyłam popaść w frustrację, bo pędzelek do zdobień za który trochę zapłaciłam odmówił posłuszeństwa drug już raz, nie pomogło zalewanie wrzątkiem ani uklepywanie w topie czy bazie, a sklep w którym to kupiłam potraktował mnie protekcjionalnie i olewatorko twierdząc, że inni klienci jak do tej pory problemu nie mieli, więc mam spadać na drzewo.
A co tam u Was moi mili? Jak spędzacie czerwiec?
sobota, 13 czerwca 2020
Paznokciowych perypetii ciąg dalszy
Wspominałam już Wam ze dwa razy, że miałam uczelnie na hybrydy. Jak również to, że w końcu znalazłam markę, która mnie nie uczula. Jak również to, że mimo wszystko co jakiś czas zdradzam tę markę, bo trwałość, bo krycie, bo kolory (jak słowo daję, nadal nie mogę doczekać się królewskiej ciemnej zieleni w ich ofercie)
Previously:
Po przepiłowanej płytce i odrośniętych paznokciach postanowiłam spróbować wychwalaną bazę budująca Indigo. Byłam zachwycona jej blaskiem i tym, jak układała się na paznokciach, a także blaskiem gęstością i.. czy wspominałam jak to pięknie błyszczało? To czym mniej byłam zachwycona okazało się wysypanie mnie na obu rękach, jakby ktoś mnie po nich przeczesał pokrzywką. W związku z powyższym musiałam się pozbyć wydanej stówy za odzyskane 35zł i dopisać kolejny punkt na rzecz uczulenia.
Punktacja wygląda następująco 2:2 między mną a uczuleniem, czyli
MOGE
- Kabos
- Costance Carroll
NIE MOGĘ
- Cosmetic Zone
- Indigo
(Następne w kolejce mam Perrie Renne, ale o tym ciii :P )
W dzisiejszym odcinku:
Naprawdę nieźle podkurwiona opchnęłam raz użyta bazę, raz użyty kolor i całkowicie nowy top za bagatela 35 zł. Tym bardziej wkurzona, że mój przeczuwany znak wiążący się z dostępnością Indigo na miejscu okazał się totalnym fiaskiem.
Ale ja zawsze mam plan. I plan zapasowy i zapasowy plan zapasowego planu. Sięgnęłam więc po kolejna opcję i wróciłam do Kabosa z podkulonym ogonem sięgając po ich bazę budującą.
Pierwsze wrażenie? "Myślałam, że będzie bardziej kryjąca" Jako tako jednak udało mi się ją położyć na paznokciu. Pierwsze szpony po przerwie miały być w naprawdę wielkim stylu a ... wyszło tak, że nawet Wam nie pokażę (spędziłam nad nimi cały niedzielny ranek, a potem popołudnie nad poprawieniem ich i wyszło tak:).
Set wytrzymał dwa tygodnie bez odprysku, ale już bardzo ostrożna byłam przy zachwycie. Zwyczajnie bałam się zapeszyć. Zrobiłam więc drugi set z kolorem z CC (kolor chodził za mną od jakiegoś czasu do tego jest gęsty, kremowy i pięknie się nakłada) Niestety set wytrzymał tydzień czasu i do dziś nie wiem czy winą było połączenie obu marek, tego, że kolor nie do końca się utwardził (odkryłam to całkiem przypadkowo przejechawszy paznokciem po kartce i zostawiwszy zielony ślad), czy może źle zmatowiłam płytkę przy tej zmianie. Nie wiem, już wnikać nie będę. Koloru się pozbyłam i położyłam (nieudolnie i na szybko) beżowy odpowiednik podkładu pod francuski manicure.
Po tygodniu (również robiły się odpryski,a ja byłam coraz bardzie zła) zdjęłam i w końcu zrobiłam prawilny set pomarańczowo nektarowy), na pseudo owalnych paznokciach i okazało się, że wytrzymało całe dwa tygodnie.
Spróbowałam więc znów z kwadratami, ale budowa wyszła mi jakoś koślawo, choć połączenie kolorystyczne bardzo mnie urzekło (pomijając moją nieudolność w robieniu pionowego ombre na paznokciach - na wzornikach łatwiej) Ta stylizacja również wytrzymała dwa tygodnie dając mi zdecydowanie za długie paznokcie.
Postawiłam teraz na króciaki, które mnie nie denerwują, ale kształtem też nie bardzo się podobają bo to ni kwadrat ni owal ni to sinokoperkowwy róż :P Do tego (bez zaskoczenia) dowiedziałam się, że moja lewa ręka nawet nie zamierza w współpracować w kwestii tak prostej jak robienie kropek sondą, czego rezultatem są bardzo, ale to bardzo koślawe stokrotki :P
W między czasie podszkoliłam się również ze zdobień, a nawet zaliczyłam kurs taki pół poważny. Z certyfikatem. I co z tego, że certyfikat jest w PDF i nie ma na nim informacji co dokładnie uczyłam się na kursie? Zdobienia zrobiłam wszystkie więc uważam, że zasłużyłam ;-)
Previously:
Po przepiłowanej płytce i odrośniętych paznokciach postanowiłam spróbować wychwalaną bazę budująca Indigo. Byłam zachwycona jej blaskiem i tym, jak układała się na paznokciach, a także blaskiem gęstością i.. czy wspominałam jak to pięknie błyszczało? To czym mniej byłam zachwycona okazało się wysypanie mnie na obu rękach, jakby ktoś mnie po nich przeczesał pokrzywką. W związku z powyższym musiałam się pozbyć wydanej stówy za odzyskane 35zł i dopisać kolejny punkt na rzecz uczulenia.
Punktacja wygląda następująco 2:2 między mną a uczuleniem, czyli
MOGE
- Kabos
- Costance Carroll
NIE MOGĘ
- Cosmetic Zone
- Indigo
(Następne w kolejce mam Perrie Renne, ale o tym ciii :P )
W dzisiejszym odcinku:
Naprawdę nieźle podkurwiona opchnęłam raz użyta bazę, raz użyty kolor i całkowicie nowy top za bagatela 35 zł. Tym bardziej wkurzona, że mój przeczuwany znak wiążący się z dostępnością Indigo na miejscu okazał się totalnym fiaskiem.
Ale ja zawsze mam plan. I plan zapasowy i zapasowy plan zapasowego planu. Sięgnęłam więc po kolejna opcję i wróciłam do Kabosa z podkulonym ogonem sięgając po ich bazę budującą.
Pierwsze wrażenie? "Myślałam, że będzie bardziej kryjąca" Jako tako jednak udało mi się ją położyć na paznokciu. Pierwsze szpony po przerwie miały być w naprawdę wielkim stylu a ... wyszło tak, że nawet Wam nie pokażę (spędziłam nad nimi cały niedzielny ranek, a potem popołudnie nad poprawieniem ich i wyszło tak:).
Po tygodniu (również robiły się odpryski,a ja byłam coraz bardzie zła) zdjęłam i w końcu zrobiłam prawilny set pomarańczowo nektarowy), na pseudo owalnych paznokciach i okazało się, że wytrzymało całe dwa tygodnie.
Spróbowałam więc znów z kwadratami, ale budowa wyszła mi jakoś koślawo, choć połączenie kolorystyczne bardzo mnie urzekło (pomijając moją nieudolność w robieniu pionowego ombre na paznokciach - na wzornikach łatwiej) Ta stylizacja również wytrzymała dwa tygodnie dając mi zdecydowanie za długie paznokcie.
Postawiłam teraz na króciaki, które mnie nie denerwują, ale kształtem też nie bardzo się podobają bo to ni kwadrat ni owal ni to sinokoperkowwy róż :P Do tego (bez zaskoczenia) dowiedziałam się, że moja lewa ręka nawet nie zamierza w współpracować w kwestii tak prostej jak robienie kropek sondą, czego rezultatem są bardzo, ale to bardzo koślawe stokrotki :P
W między czasie podszkoliłam się również ze zdobień, a nawet zaliczyłam kurs taki pół poważny. Z certyfikatem. I co z tego, że certyfikat jest w PDF i nie ma na nim informacji co dokładnie uczyłam się na kursie? Zdobienia zrobiłam wszystkie więc uważam, że zasłużyłam ;-)
piątek, 5 czerwca 2020
Zbliża się
Generalnie jestem a polityczna, aczkolwiek ciężko nie myśleć i nie zajmować się polityką patrząc na to co dzieje się teraz w naszym pięknym kraju. Skoro już zdecydowano kiedy odbędą się wybory i nawet pozwoli mi się na nie iść (zamiast głosować korespondencyjne) zamierzam się wybrać i Was także namawiam.
A na poprawienie humoru mój ulubiony komik: Abelard Giza :) ( i choć to stary program nadal tak bardzo aktualny ^^) Enjoy ;-)
A na poprawienie humoru mój ulubiony komik: Abelard Giza :) ( i choć to stary program nadal tak bardzo aktualny ^^) Enjoy ;-)
sobota, 30 maja 2020
Gruba berta
Gruba jestem. To fakt, niezaprzeczalny do tego. Szczególnie jeśli dodać wynik wagowy, na który nie patrzyłam od zeszłego roku, oraz jakże wymowną prezentację wizualną wieńczoną odbiciem lustrzanym.
Odkąd pamiętam nie podobałam się sobie. Nawet wtedy, gdy ten jeden raz w życiu byłam szczupła. Tak, zdarzył się taki moment, a konkretnie 13 września 2013 roku kiedy to waga moja wykazała iście szatańskie poczucie humoru pokazując 66,6 kg na liczniku i spuszczając spódnicę ze studniówki do samych bosych, równie zdziwionych tym faktem co ja, stóp. Odchudzałam się do tej sukienki. W końcu była mega okazja. Ślub z Krótkim, który zorganizowałam praktycznie sama od własnej kiecki do wodzireja. Ale nie o tym dziś.
Wtedy, gdy nawet przed (teoretycznie) najszczęśliwszym dniem mojego życia odzywał się we mnie mój wewnętrzny żydek - skąpiec postanowiłam, że na ślub ubiorę kieckę ze studniówki, bo co będę kupować dwie kiecki na po jednej nocy, jak może mieć jedną kieckę na dwie imprezy. Kieckę zwęziłam na czas, ale również nie o tym dziś. Dziś o tym, że nawet wtedy, tego dnia w tej kiecce się sobie nie podobałam. Ale od początku.
Już jako dziecko kochałam słodycze. Prawdopodobnie zajadając emocje i ukrywając w kolejnych wafelkach i kostkach czekolady łzy z powodu szczególnie okrutnych dzieci w szkole. Odkąd pamiętam przeżywano mnie od grubych. Odkąd pamiętam zawsze taka byłam. Niewysoka, licząca sobie max 170 cm (w dowodzie), nieśmiała stłamszona przez "fajniejsze" dzieci dziewczyna. Nigdy najlepsza w niczym.
Już w 6stej klasie podstawówki wyjechałam do sanatorium odchudzającego (po tym jak koleżanka z tej samej klasy również w takowym była i przyjechała szczuplejsza o 7 kg). Miesiąc męki pod okiem niby specjalistów zaowocował odjęciem sześciu kilogramów z ogólnego rozrachunku, nauczeniem się jak można nabić nieistniejąca gorączkę na termometrze (mimo, że nigdy tego nie robiłam to mnie o to posądzono) i możliwością niemal całodobowego jedzenia jabłek. Wtedy też znienawidziłam wszelkie kolonie wyjazdy gdzie są wspólne łazienki i ogólnie brak prywatności.
Drugi raz był w gimnazjum, klasa chyba trzecia jakoś na początku. Od słuchania wybitnie wkurwiającej ksywki (której tu nie przytoczę) już bolały mnie uszy, do tego stopnia, że wzięłam się za siebie. Siedzenie nad książkami zmieniłam na ganianie po podwórku, ślęczenie przed telewizorem na setkę brzuszków przed każdym pójściem spać, ulubiona czekoladę na bez cukrową herbatę. I jakoś poszło - 10 kilo w dół. Sukces. Zajebiście. Miałam spokój na kolejnych kilka miesięcy, może ze dwa lata.
Kolejny raz był już w UK, kiedy to zobaczywszy na wadze numer trzy cyfrowy obiecałam sobie solennie, że więcej do tego nie dopuszczę. Dokładnie nie pamiętam ile wtedy poszło, ale wiem, że około dwudziestu z hakiem. Przyniosło to ze sobą też dwa zajechane stepery i dużo dużo spacerowania. Był chyba wtedy rok 2009 czy coś koło tego, więc znów miałam kilka lat spokoju, by w roku 2012 podjąć kolejną walkę.
Wtedy to już doszedł basen, steper zamieniłam na aerobik przed kompem (do dziś jestem w szoku, że udało mi się to ogarnąć w pokoju 3 na 5 metrów. Ile razy jebłam ręką w kompa Krótkiego to nie zliczę. Wtedy też poszło najwięcej, może z powodu takiego, że tym razem nie robiłam tego sama (Krótki koniecznie musiał się pokazać na ślubie w jak najlepszym wydaniu) Zeszło jakieś 33,5 kg, dając nam cudownie szatański numerek w tym szczególnym dniu.
Nawet wtedy się sobie nie podobałam, bo z racji zajebiście obdarzonej przez naturę figury - gruszka - cokolwiek bym nie robiła, nogi i tak miałam grube, a cycka żadnego. Ale cóż, przez chwilę chociaż mogłam nosić mini spódniczki - do leginsów oczywiście.
Ostatni raz nie był już tak spektakularny. Postawiłam na leczenie kalorii z miła chęcią chcenia zatrzymania się na 85 kg i (pomimo w tym stanie nadwagi) tak już zostania. Serio, gdybym złapała jakiegoś Dżina albo Złotą Rybkę.... Liczenie kalorii dało mi bardziej w kość niż myślałam. Mój po depresyjny, ceniący sobie wolność mózg był bardzo niezadowolony z faktu stania się niewolnikiem liczb.
I tak kolejna próba mimo, że przyniosła jakieś tam rezultaty spełzła na niczym (pomijam próby podjęte w latach 2017-2018 które mimo zakupionego orbitreka i stepera przyniosły rezultaty absolutnie zerowe).
Zatem ponowie jestem w punkcie wyjścia. Na wagę nie patrzę bo mnie mrozi na samą myśl, a pogoda dziś nie za ciepła. Podejrzewam, że znów jestem bliżej trzycyfrowej liczy niż dalej, ale stwierdzić muszę z absolutnym przekonaniem, że jestem kurwa po prostu zmęczona ciągłymi próbami.
Tym się w sumie chciałam podzielić.
Odkąd pamiętam nie podobałam się sobie. Nawet wtedy, gdy ten jeden raz w życiu byłam szczupła. Tak, zdarzył się taki moment, a konkretnie 13 września 2013 roku kiedy to waga moja wykazała iście szatańskie poczucie humoru pokazując 66,6 kg na liczniku i spuszczając spódnicę ze studniówki do samych bosych, równie zdziwionych tym faktem co ja, stóp. Odchudzałam się do tej sukienki. W końcu była mega okazja. Ślub z Krótkim, który zorganizowałam praktycznie sama od własnej kiecki do wodzireja. Ale nie o tym dziś.
Wtedy, gdy nawet przed (teoretycznie) najszczęśliwszym dniem mojego życia odzywał się we mnie mój wewnętrzny żydek - skąpiec postanowiłam, że na ślub ubiorę kieckę ze studniówki, bo co będę kupować dwie kiecki na po jednej nocy, jak może mieć jedną kieckę na dwie imprezy. Kieckę zwęziłam na czas, ale również nie o tym dziś. Dziś o tym, że nawet wtedy, tego dnia w tej kiecce się sobie nie podobałam. Ale od początku.
Już jako dziecko kochałam słodycze. Prawdopodobnie zajadając emocje i ukrywając w kolejnych wafelkach i kostkach czekolady łzy z powodu szczególnie okrutnych dzieci w szkole. Odkąd pamiętam przeżywano mnie od grubych. Odkąd pamiętam zawsze taka byłam. Niewysoka, licząca sobie max 170 cm (w dowodzie), nieśmiała stłamszona przez "fajniejsze" dzieci dziewczyna. Nigdy najlepsza w niczym.
Już w 6stej klasie podstawówki wyjechałam do sanatorium odchudzającego (po tym jak koleżanka z tej samej klasy również w takowym była i przyjechała szczuplejsza o 7 kg). Miesiąc męki pod okiem niby specjalistów zaowocował odjęciem sześciu kilogramów z ogólnego rozrachunku, nauczeniem się jak można nabić nieistniejąca gorączkę na termometrze (mimo, że nigdy tego nie robiłam to mnie o to posądzono) i możliwością niemal całodobowego jedzenia jabłek. Wtedy też znienawidziłam wszelkie kolonie wyjazdy gdzie są wspólne łazienki i ogólnie brak prywatności.
Drugi raz był w gimnazjum, klasa chyba trzecia jakoś na początku. Od słuchania wybitnie wkurwiającej ksywki (której tu nie przytoczę) już bolały mnie uszy, do tego stopnia, że wzięłam się za siebie. Siedzenie nad książkami zmieniłam na ganianie po podwórku, ślęczenie przed telewizorem na setkę brzuszków przed każdym pójściem spać, ulubiona czekoladę na bez cukrową herbatę. I jakoś poszło - 10 kilo w dół. Sukces. Zajebiście. Miałam spokój na kolejnych kilka miesięcy, może ze dwa lata.
Kolejny raz był już w UK, kiedy to zobaczywszy na wadze numer trzy cyfrowy obiecałam sobie solennie, że więcej do tego nie dopuszczę. Dokładnie nie pamiętam ile wtedy poszło, ale wiem, że około dwudziestu z hakiem. Przyniosło to ze sobą też dwa zajechane stepery i dużo dużo spacerowania. Był chyba wtedy rok 2009 czy coś koło tego, więc znów miałam kilka lat spokoju, by w roku 2012 podjąć kolejną walkę.
Wtedy to już doszedł basen, steper zamieniłam na aerobik przed kompem (do dziś jestem w szoku, że udało mi się to ogarnąć w pokoju 3 na 5 metrów. Ile razy jebłam ręką w kompa Krótkiego to nie zliczę. Wtedy też poszło najwięcej, może z powodu takiego, że tym razem nie robiłam tego sama (Krótki koniecznie musiał się pokazać na ślubie w jak najlepszym wydaniu) Zeszło jakieś 33,5 kg, dając nam cudownie szatański numerek w tym szczególnym dniu.
Nawet wtedy się sobie nie podobałam, bo z racji zajebiście obdarzonej przez naturę figury - gruszka - cokolwiek bym nie robiła, nogi i tak miałam grube, a cycka żadnego. Ale cóż, przez chwilę chociaż mogłam nosić mini spódniczki - do leginsów oczywiście.
Ostatni raz nie był już tak spektakularny. Postawiłam na leczenie kalorii z miła chęcią chcenia zatrzymania się na 85 kg i (pomimo w tym stanie nadwagi) tak już zostania. Serio, gdybym złapała jakiegoś Dżina albo Złotą Rybkę.... Liczenie kalorii dało mi bardziej w kość niż myślałam. Mój po depresyjny, ceniący sobie wolność mózg był bardzo niezadowolony z faktu stania się niewolnikiem liczb.
I tak kolejna próba mimo, że przyniosła jakieś tam rezultaty spełzła na niczym (pomijam próby podjęte w latach 2017-2018 które mimo zakupionego orbitreka i stepera przyniosły rezultaty absolutnie zerowe).
Zatem ponowie jestem w punkcie wyjścia. Na wagę nie patrzę bo mnie mrozi na samą myśl, a pogoda dziś nie za ciepła. Podejrzewam, że znów jestem bliżej trzycyfrowej liczy niż dalej, ale stwierdzić muszę z absolutnym przekonaniem, że jestem kurwa po prostu zmęczona ciągłymi próbami.
Tym się w sumie chciałam podzielić.
niedziela, 24 maja 2020
Dam sobie radę
Zaklęcie mi powiedział kiedyś, ba powtórzył nawet kilkakrotnie, że, gdy skończę trzydzieści trzy lata przestanę tak bardzo się wszystkim przejmować.
Skończyłam zatem trzydzieści trzy lata. Te pamiętne trzydzieści trzy lata, o których zapomniał mój ojciec, a w który to dzień postanowiłam że więcej do rodzinnego miasta na urodziny nie pojadę. Skończyłam te trzydzieści trzy lata, tego dnia, kiedy przyszła żona mojego ojca oznajmiła mi, że jeśli nie chcę, to nie muszę być świadkiem na ich ślubie. Skończyłam trzydzieści trzy lata łykając laktazę w tabletkach, by móc wypić mleczną czekoladę i opowiadając przyszłej żonie mojego ojca o Mizi, o którą nie zapytała mnie od tamtego czasu. Skończyłam trzydzieści trzy lata czując się w domu "rodzinnym" jak niezbyt wyczekiwany gość. Skończyłam trzydzieści trzy lata wierząc Zaklęciu bezgranicznie.
Ale nie. Nie przestawiła się żadna magiczna wajcha. Nie przesunął się żaden magiczny przełącznik. Nie wcisnął się żaden magiczny przycisk i nie opadła żadna magiczna bańka. Skończyłam trzydzieści trzy lata i nadal niesamowicie wszystkim się przejmuje i trafia mnie jasny szlag. To drugie ostatnio nawet dość często, dużo częściej niż bym chciała.
Właśnie dziś skończyłam "Rękę Mistrza" S. Kinga i stwierdzam, że przydałaby mi się taka REBA, asystentka do spraw zarządzania zasobami złości. Mogłabym jej wykrzyczeć jak bardzo wkurwia mnie ten pojebany świat. Jak bardzo wkurwia mnie olewka mojego ojca. Jak bardzo wkurwia mnie to, że nie udało mi się uratować Mizi, jak bardzo wkurwia mnie, że moja gildia umarła, jak bardzo wkurwia nie, że nikt nie dba o relacje ze mną, ale ja mam dbać o wszystkie. Jak straszliwie wkurwia mnie, to co robią w mojej pracy, której nie mogę stracić, bo przez cholernego wirusa nie ma już rynku pracownika (a przy rynku pracownika już wystarczająco trudno było mi znaleźć pracę). To, że nagle po trzech miesiącach się obudzili i będą robić dezynfekcję dwa razy dziennie w związku z tym my spotykać się między zmianami nie możemy, w związku z czym zamiast o czwartej wstaje teraz o trzeciej trzydzieści, a w domu i tak jestem po piętnastej. Jak bardzo wkurwia mnie, że w dniu gdy wypisałam się z listy oczekujących na fizjioterapię kręgosłupa (bo czekam od września, a był marzec i nie bolało to oddałam miejsce komuś kto bardziej potrzebuje), znów zaczął boleć i teraz sama muszę sobie z tym radzić. Jak mawia Wiedźma Rodzicielka - Każdy dobry uczynek prędzej czy później zostanie ukarany. Jak strasznie wkurwia mnie, że mam coś w głowie, ale nie mogę skonsultować się z neurologiem bo wizytę z marca przełożyli mi już trzeci raz tym razem na lipiec. A nader wszystko jak strasznie teraz wkurwia mnie ta grzywka, ta firana do samego nosa, a fryzjer dopiero w połowię czerwca.
Ale dam sobie radę.
Bo kto jak nie ja?
Ogarnę autobusy. Swoje, nie swoje, ale załatwię, dopłacę, dojadę. Nawet jeśli nie będzie mnie w domu dłużej niż powinnam. Dopóki mam pracę będę do niej chodzić. Nawet jeśli przez to szaleństwo nie mogę adoptować kota, nawet jeśli nie pojadę na ślub mojego taty (przecież mają zastępstwo na świadka w razie czego). Nawet jeśli tak bardzo mnie boli to o czym nigdy z nim nie porozmawiam. Nawet jeśli ta robota i dojazdy do niej tak mnie wpieniają. Nawet jeśli nie mogę teraz zrobić nic. Dam sobie radę. Bez REBY za to z Zaklęciem. Z mega wkurwieniem. Z zaciskaniem zębów, ze słuchawkami na uszach, z bateriami w puszkach.
Dam
Sobie
Radę.
No chyba, że w końcu kurwica mnie jebnie i ostatecznie trafi mnie szlag jasny, zejdę na zawał od tego całego wkurwiania, wtedy sobie rady nie dam. Ze wszystkim innym sobie poradzę.
Czyż nie?
Skończyłam zatem trzydzieści trzy lata. Te pamiętne trzydzieści trzy lata, o których zapomniał mój ojciec, a w który to dzień postanowiłam że więcej do rodzinnego miasta na urodziny nie pojadę. Skończyłam te trzydzieści trzy lata, tego dnia, kiedy przyszła żona mojego ojca oznajmiła mi, że jeśli nie chcę, to nie muszę być świadkiem na ich ślubie. Skończyłam trzydzieści trzy lata łykając laktazę w tabletkach, by móc wypić mleczną czekoladę i opowiadając przyszłej żonie mojego ojca o Mizi, o którą nie zapytała mnie od tamtego czasu. Skończyłam trzydzieści trzy lata czując się w domu "rodzinnym" jak niezbyt wyczekiwany gość. Skończyłam trzydzieści trzy lata wierząc Zaklęciu bezgranicznie.
Ale nie. Nie przestawiła się żadna magiczna wajcha. Nie przesunął się żaden magiczny przełącznik. Nie wcisnął się żaden magiczny przycisk i nie opadła żadna magiczna bańka. Skończyłam trzydzieści trzy lata i nadal niesamowicie wszystkim się przejmuje i trafia mnie jasny szlag. To drugie ostatnio nawet dość często, dużo częściej niż bym chciała.
Właśnie dziś skończyłam "Rękę Mistrza" S. Kinga i stwierdzam, że przydałaby mi się taka REBA, asystentka do spraw zarządzania zasobami złości. Mogłabym jej wykrzyczeć jak bardzo wkurwia mnie ten pojebany świat. Jak bardzo wkurwia mnie olewka mojego ojca. Jak bardzo wkurwia mnie to, że nie udało mi się uratować Mizi, jak bardzo wkurwia mnie, że moja gildia umarła, jak bardzo wkurwia nie, że nikt nie dba o relacje ze mną, ale ja mam dbać o wszystkie. Jak straszliwie wkurwia mnie, to co robią w mojej pracy, której nie mogę stracić, bo przez cholernego wirusa nie ma już rynku pracownika (a przy rynku pracownika już wystarczająco trudno było mi znaleźć pracę). To, że nagle po trzech miesiącach się obudzili i będą robić dezynfekcję dwa razy dziennie w związku z tym my spotykać się między zmianami nie możemy, w związku z czym zamiast o czwartej wstaje teraz o trzeciej trzydzieści, a w domu i tak jestem po piętnastej. Jak bardzo wkurwia mnie, że w dniu gdy wypisałam się z listy oczekujących na fizjioterapię kręgosłupa (bo czekam od września, a był marzec i nie bolało to oddałam miejsce komuś kto bardziej potrzebuje), znów zaczął boleć i teraz sama muszę sobie z tym radzić. Jak mawia Wiedźma Rodzicielka - Każdy dobry uczynek prędzej czy później zostanie ukarany. Jak strasznie wkurwia mnie, że mam coś w głowie, ale nie mogę skonsultować się z neurologiem bo wizytę z marca przełożyli mi już trzeci raz tym razem na lipiec. A nader wszystko jak strasznie teraz wkurwia mnie ta grzywka, ta firana do samego nosa, a fryzjer dopiero w połowię czerwca.
Ale dam sobie radę.
Bo kto jak nie ja?
Ogarnę autobusy. Swoje, nie swoje, ale załatwię, dopłacę, dojadę. Nawet jeśli nie będzie mnie w domu dłużej niż powinnam. Dopóki mam pracę będę do niej chodzić. Nawet jeśli przez to szaleństwo nie mogę adoptować kota, nawet jeśli nie pojadę na ślub mojego taty (przecież mają zastępstwo na świadka w razie czego). Nawet jeśli tak bardzo mnie boli to o czym nigdy z nim nie porozmawiam. Nawet jeśli ta robota i dojazdy do niej tak mnie wpieniają. Nawet jeśli nie mogę teraz zrobić nic. Dam sobie radę. Bez REBY za to z Zaklęciem. Z mega wkurwieniem. Z zaciskaniem zębów, ze słuchawkami na uszach, z bateriami w puszkach.
Dam
Sobie
Radę.
No chyba, że w końcu kurwica mnie jebnie i ostatecznie trafi mnie szlag jasny, zejdę na zawał od tego całego wkurwiania, wtedy sobie rady nie dam. Ze wszystkim innym sobie poradzę.
Czyż nie?
wtorek, 28 kwietnia 2020
Pamiętam i tęsknie...
Pamiętam, że jak
przyszła do mnie tego pierwszego dnia, lekko rozejrzała się
ciekawie po czym znalazła najmniejszy pokój najbezpieczniejsze
miejsce i spędziła tam bite 5 godzin nie wyściubiając nosa.
Zawsze byłam ciekawa co wtedy myślała, ale nigdy mi nie
powiedziała.
Pamiętam, że po
pierwszej nocy szukałam jej po całym mieszkaniu nie na żarty
przestraszona, że wyparowała z, zamkniętego przecież, domu.
Znalazłam ją pod zlewem. Wejść weszła, ale szafki od wewnątrz
otworzyć już nie potrafiła.
Pamiętam, jak
kiedyś zaszczyciła mnie swoim ciepłem przez całe trzy sekundy,
gdy położyła mi się na kolanach. No może cztery, udało mi się
przecież zrobić zdjęcie.
Pamiętam pierwszego
sylwestra, gdy siedziałam z nią najpierw w łazience, a potem
pozwoliłam ukryć się w szafie przed hukiem. Potem już się nie
przejmowała.
Pamiętam jak myłam
okna. Straciłam ją z oczu na dwie sekundy i już była po drugiej
stronie parapetu. Serce mi wtedy mało przez gardło nie wyskoczyło.
Podobnie jak wtedy, gdy ponownie nie umiałam jej znaleźć, a tym
razem schowała się na szafie między kontenerkiem, a zapasową
kuwetą i całą masą folii bąbelkowej.
Pamiętam jak
wskakiwała do wanny i głośno ze mną dyskutowała na ten temat,
albo jak morderczo patrzyła, gdy ją wykąpałam. Była bardzo nie
zadowolona, gdy się ją kąpało, ale nie uciekała, jedynie
oburzała się słusznie i wyrażała swoje zdanie.
Pamiętam jak
pierwszy raz dałam jej przysmak, a także jak kiedyś zwymiotowała
po zbyt łapczywym piciu zimnej wody. Pamiętam, jak wyciągała
łapkę by coś jej dać i jak głośno prosiła, by pozwolić jej
spróbować wszystko, co robiło się w kuchni. Tym sposobem
dowiedzieliśmy się, że nie lubiła ziemniaków, ogórków,
pomidorów ani jabłek.
Jeszcze zanim
wprowadził się Zaklęcie, przesiadywała ze mną przy komputerze i
razem prowadziłyśmy gildię.
Miała specyficzny
sposób oznajmiania, że jest głodna. Wołania na kanapę, by ja
pogłaskać i uśmiechania się krzywo z jednym kącikiem pyszczka
podniesionym do góry. Lubiła czytać ze mną książki niedzielnymi
porankami i grzać się w cieple komputera Zaklęcia. Lubiła leżeć
w słońcu latem na parapecie i wylegiwać się na kartonie. Lubiła
głaskanie po brzuszku i surowego kurczaka.
Lubiła nie być
sama, ale nigdy nie narzekała, gdy musiałam iść do pracy.
A kiedy pierwszy raz
sama się do mnie przytuliła, po prostu się popłakałam….
Wciąż bardzo za
nią tęsknię…
piątek, 6 marca 2020
Pustka w sercu
Pustka w domu...
Jakbym wyniosła wszystkie meble...
Echo pustych ścian..
A przecież pochowałam tylko kilka małych, należących do niej rzeczy...
Przecież tylko pozamiatałam żwir..
Przecież tylko pomyłam miski...
I budzę się rano, a idąc do kuchni myślę czy zostawiłam wystarczającą ilość przegotowanej wody, kieruje się w stronę parapetu gdzie leżały jej leki, przecież nie mogę zapomnieć dać jej Apelki. Ale woda już jest nie ważna, bo nie ma miski. I leki są nie ważne bo nie ma już leków.
Za każdym razem jak idę do kuchni albo łazienki, chcę wejść do jej pokoju, zatopić dłoń w miękkim futerku. Ale futerka też już nie ma...
Trzeci dzień ryczę co parę chwil, co paręnaście nie potrafię uwierzyć, co kilka minut w głowie wciąż trzymam jej łapkę, patrze jak ciężko oddycha, słyszę jak mnie woła, jak płacze, że boli... Widzę ją w szpitalu, na grzewczym kocyku z podłączoną kroplówką. Tulę ją ostatni raz kiedy ona już mnie nawet nie poznaje, tulę i życzę jej przyjemnych snów wiedząc że ja nie będę spać i z samego rana znów tu przyjdę. Tulę ją obiecując, że za parę dni zabiorę ją do domu...
Ale ona nie wraca już do mnie. Odchodzi za tęczowy most zostawiając ziejąca pustką wyrwę w moim sercu... Pozostawiając echo ścian pustego domu, który staje się tylko mieszkaniem... Pozostawiając łzy i nie możność normalnego funkcjonowania...
Moja najcudowniejsza Mizia, kochana Mrunia, mięciutka TuliKotka przegrała w środę wieczorem walkę z niewydolnością nerki.
Jest mi tak przeraźliwie źle, że nie potrafię tego opisać...
Jakbym wyniosła wszystkie meble...
Echo pustych ścian..
A przecież pochowałam tylko kilka małych, należących do niej rzeczy...
Przecież tylko pozamiatałam żwir..
Przecież tylko pomyłam miski...
I budzę się rano, a idąc do kuchni myślę czy zostawiłam wystarczającą ilość przegotowanej wody, kieruje się w stronę parapetu gdzie leżały jej leki, przecież nie mogę zapomnieć dać jej Apelki. Ale woda już jest nie ważna, bo nie ma miski. I leki są nie ważne bo nie ma już leków.
Za każdym razem jak idę do kuchni albo łazienki, chcę wejść do jej pokoju, zatopić dłoń w miękkim futerku. Ale futerka też już nie ma...
Trzeci dzień ryczę co parę chwil, co paręnaście nie potrafię uwierzyć, co kilka minut w głowie wciąż trzymam jej łapkę, patrze jak ciężko oddycha, słyszę jak mnie woła, jak płacze, że boli... Widzę ją w szpitalu, na grzewczym kocyku z podłączoną kroplówką. Tulę ją ostatni raz kiedy ona już mnie nawet nie poznaje, tulę i życzę jej przyjemnych snów wiedząc że ja nie będę spać i z samego rana znów tu przyjdę. Tulę ją obiecując, że za parę dni zabiorę ją do domu...
Ale ona nie wraca już do mnie. Odchodzi za tęczowy most zostawiając ziejąca pustką wyrwę w moim sercu... Pozostawiając echo ścian pustego domu, który staje się tylko mieszkaniem... Pozostawiając łzy i nie możność normalnego funkcjonowania...
Moja najcudowniejsza Mizia, kochana Mrunia, mięciutka TuliKotka przegrała w środę wieczorem walkę z niewydolnością nerki.
Jest mi tak przeraźliwie źle, że nie potrafię tego opisać...
środa, 26 lutego 2020
Ten wyjazd planowany
To już tradycja, pomyślałam sobie bukując urlop i bilety. Hah, tradycja, ledwie powielona po zeszłorocznym wypadzie, ale i tak w sumie miło by było taką tradycję sobie ogarnąć. Szczególnie, że w tym roku w tym dniu przypadał tłusty czwartek i wymigałam się w ten sposób od przynoszenia pączków do pracy (jak słowo daje, u mnie jak w przedszkolu, masz urodziny to przynosisz cukierki).
Zapakowałam się więc najpierw w autobus, a potem w pociąg wyobrażając sobie jakie to będzie fajne kilka dni.
Rzeczywistość zweryfikowała moja wyobraźnie już w przesiadce między pociągowej, kiedy to we Wrocławiu mój, jak się sam nazywa 'brat" zapomniał kompletnie o moim święcie lat trzydziestu trzech.
Zgorzelec przywitał mnie deszczem, a wręcz ulewą co dla mojego zasmarkanego i zakaszlanego Ja było jedynie znakiem, że ni cholery zdrowym na wyjeździe nie będziemy.
Cioteczka Toć to Anioł Nie Kobieta przyjęła mnie jak zwykle gościnnie i smacznie łącznie z babcią którą mocno wy przytulałam ;-)
Rozczarowaniem jednak wielkim okazał się Łojciec, który wzorem tego nazywającego się mym "bratem" totalnie zapomniał, że jego jedyne dziecko ma urodziny. W związku z powyższym tłusty czwartek był jedynie pełen pączków bez jednego słowa "najlepszego" od kochanego łojczulka jak i jego kobiety. Nie mówiąc już o tym, że mój dawny pokój woła o pomstę do nieba za każdym razem gdy tam jadę, a jedyne o co prosiłam to żeby nie było syfu (w związku z powyższym poza łóżkiem do niczego się w tym pokoju nie przyznaje..)
I zimno też było, bo kamienica, mojemu przeziębieniu ino w to graj.
Dwudziesty zatem przeminął pod znakiem szybkich zakupów na rynku, gorącej czekolady, trzech pączków i dwóch kawałków ciasta oraz przepysznych klopsików z ziemniakami w sosie. Poza tym nic. Aha, wyprowadziłam psa.
Piątek znów spędziłam u Cioteczki gdzie wymieniłyśmy się usługami jak za dawnych czasów. Ona mi pofarbowała włosy, a ja jej zrobiłam paznokcie (zwykłymi lakierami, bo cioteczka jakoś nie ma ochoty odmaczać hybryd). Wieczorem skoczyłam do Cioteczki nr 2 i dowiedziałam się, że jej jeden syn się ogarnął natomiast drugi nadal jest szczupły wysoki i wredny ;/ Strach się odzywać normalnie. Z wielkim żalem nie ruszyłam moich ukochanych pałeczek z kremem śmietankowym z Lidla, bo poprzednia Cioteczka tak mnie nakarmiła że od 15stej do nocy nie przełknęłam już nic :P
W sobotę w drodze do wspomnianego wyżej Lidla wywiało mnie na wszystkie strony, a także dowiedziałam się moi dawni nauczyciele (ona z podstawówki, on z liceum) nie ogarniają co to RODO i radośnie pokazują wszelkie zebrane dane osobowe na listach poparcia ludzi wcześniej wpisywanych ludziom później wpisywanym. Gdy moim oczom ukazało się z osiem nazwisk/adresów/peselów uznałam, że swoich danych nie zamierzam tam dorzucać, szczególnie gdy od niegdysiejszego historyka z liceum usłyszałam, że "RODO phfru...", bo to na czas wyborów (a poza tym dalej mam na niego focha za tróje na świadectwie maturalnym gdy ewidentnie wychodziła mi czwórka). Zadrżałam wewnętrznie nad głupotą ludzi i poszłam do domu, bo jeszcze chwila, a wiatr wywiałby mnie z powrotem do niemieckiego marketu.
Potem to już kaszlałam prychałam i rękoma przerzucałam węgiel, by mieć napalone i w miarę ciepło (w piwnicy węgiel był w 10 kg workach i ani pół łopaty zdatnej do użytku a nie byłam w stanie podnieść tego wora i przechylić). Odmówiłam wyjścia do knajpy z powodu właśnie powyższego. A gdy w niedziele wychodziłam rano na pociąg nie zostałam nawet pożegnana bo wróciwszy o trzeciej nad ranem spali sobie w najlepsze. Więc zostawiłam Łojcu buziaka na policzku i kartkę na stole i pognałam na peron.
Zgorzelec pożegnał mnie deszczem i ten cholerny deszcz przywiozłam aż do siebie.
Tak oto przebiegła moja tradycyjna urodzinowa wycieczka do Miasta Rodzinnego.
Wróciłam z mocnym postanowieniem, że więcej w lutym nie jadę, bo pizga ;/
Zapakowałam się więc najpierw w autobus, a potem w pociąg wyobrażając sobie jakie to będzie fajne kilka dni.
Rzeczywistość zweryfikowała moja wyobraźnie już w przesiadce między pociągowej, kiedy to we Wrocławiu mój, jak się sam nazywa 'brat" zapomniał kompletnie o moim święcie lat trzydziestu trzech.
Zgorzelec przywitał mnie deszczem, a wręcz ulewą co dla mojego zasmarkanego i zakaszlanego Ja było jedynie znakiem, że ni cholery zdrowym na wyjeździe nie będziemy.
Cioteczka Toć to Anioł Nie Kobieta przyjęła mnie jak zwykle gościnnie i smacznie łącznie z babcią którą mocno wy przytulałam ;-)
Rozczarowaniem jednak wielkim okazał się Łojciec, który wzorem tego nazywającego się mym "bratem" totalnie zapomniał, że jego jedyne dziecko ma urodziny. W związku z powyższym tłusty czwartek był jedynie pełen pączków bez jednego słowa "najlepszego" od kochanego łojczulka jak i jego kobiety. Nie mówiąc już o tym, że mój dawny pokój woła o pomstę do nieba za każdym razem gdy tam jadę, a jedyne o co prosiłam to żeby nie było syfu (w związku z powyższym poza łóżkiem do niczego się w tym pokoju nie przyznaje..)
I zimno też było, bo kamienica, mojemu przeziębieniu ino w to graj.
Dwudziesty zatem przeminął pod znakiem szybkich zakupów na rynku, gorącej czekolady, trzech pączków i dwóch kawałków ciasta oraz przepysznych klopsików z ziemniakami w sosie. Poza tym nic. Aha, wyprowadziłam psa.
Piątek znów spędziłam u Cioteczki gdzie wymieniłyśmy się usługami jak za dawnych czasów. Ona mi pofarbowała włosy, a ja jej zrobiłam paznokcie (zwykłymi lakierami, bo cioteczka jakoś nie ma ochoty odmaczać hybryd). Wieczorem skoczyłam do Cioteczki nr 2 i dowiedziałam się, że jej jeden syn się ogarnął natomiast drugi nadal jest szczupły wysoki i wredny ;/ Strach się odzywać normalnie. Z wielkim żalem nie ruszyłam moich ukochanych pałeczek z kremem śmietankowym z Lidla, bo poprzednia Cioteczka tak mnie nakarmiła że od 15stej do nocy nie przełknęłam już nic :P
W sobotę w drodze do wspomnianego wyżej Lidla wywiało mnie na wszystkie strony, a także dowiedziałam się moi dawni nauczyciele (ona z podstawówki, on z liceum) nie ogarniają co to RODO i radośnie pokazują wszelkie zebrane dane osobowe na listach poparcia ludzi wcześniej wpisywanych ludziom później wpisywanym. Gdy moim oczom ukazało się z osiem nazwisk/adresów/peselów uznałam, że swoich danych nie zamierzam tam dorzucać, szczególnie gdy od niegdysiejszego historyka z liceum usłyszałam, że "RODO phfru...", bo to na czas wyborów (a poza tym dalej mam na niego focha za tróje na świadectwie maturalnym gdy ewidentnie wychodziła mi czwórka). Zadrżałam wewnętrznie nad głupotą ludzi i poszłam do domu, bo jeszcze chwila, a wiatr wywiałby mnie z powrotem do niemieckiego marketu.
Potem to już kaszlałam prychałam i rękoma przerzucałam węgiel, by mieć napalone i w miarę ciepło (w piwnicy węgiel był w 10 kg workach i ani pół łopaty zdatnej do użytku a nie byłam w stanie podnieść tego wora i przechylić). Odmówiłam wyjścia do knajpy z powodu właśnie powyższego. A gdy w niedziele wychodziłam rano na pociąg nie zostałam nawet pożegnana bo wróciwszy o trzeciej nad ranem spali sobie w najlepsze. Więc zostawiłam Łojcu buziaka na policzku i kartkę na stole i pognałam na peron.
Zgorzelec pożegnał mnie deszczem i ten cholerny deszcz przywiozłam aż do siebie.
Tak oto przebiegła moja tradycyjna urodzinowa wycieczka do Miasta Rodzinnego.
Wróciłam z mocnym postanowieniem, że więcej w lutym nie jadę, bo pizga ;/
czwartek, 6 lutego 2020
We Polsce na wynikach
Trochę zmuszona przez Wiedźmę Rodzicielkę raz do roku niczym tradycję pielęgnuje robienie wyników ogólnych krwi. Jestem w Polsce od roku 2016 końcówki, więc na termin tradycji wybrałam początek roku 2017 i tak to już trzeci raz celem sprawdzenia ogólnego stanu zdrowia (bo jak nie boli nie znaczy, że zdrowa jesteś) latam do laboratorium na badania.
W tym roku też udało mi się dostać na cito na rezonans magnetyczny łepetyny (zawroty głowy). Cito oznacza oczywiście skierowanie z grudnia, a rezonans na luty ^^ Nie cito mam na kręgosłup uwaga..... We wrześniu! Zaznaczam, że oba skierowania wystawione w grudniu (pomijam fakt, że do Pani co mi dała skierowanie na cito czekałam od września do grudnia ^^). Kiedy się zapisywałam kazano mi zrobić badanie kreatyniny na tydzień przed rezonansem, co też dziś właśnie próbowałam uczynić.
Reasumując.
Uznałam, że jak już kreatynina to zrobię od razu te roczne celem pielęgnowania tradycji. Poszłam więc sobie jak zawsze prywatnie, za to w innym miejscu, pokazałam kartkę z poprzedniego roku i powiedziałam, że chcę te same badania. Pani mi podliczyła bagatela 200 zł. DWIEŚCIE złotych...
Szybko przeliczyłam co nieco i zostawiwszy 120 zrobiłam badania witaminy D, cholesterol oraz tą nieszczęsną kreatyninę. Dopiero po badaniu powiedziano mi, że w zasadzie to ja mogę przeca skierowanie wziąć od lekarza rodzinnego. Tak o, bez przypału na badania krwi.
No kurwa olśnienie!
Że przychodnie miałam niedaleko, pognałam czym prędzej pięć po ósmej już będąc pod recepcją. Okazało się, że mogę wejść na już (znaczy za 10 minut) do mojej "ulubionej" pani doktor (nie cierpię kobity bo zawsze patrzy na mnie dziwnie i traktuje protekcjonalnie jakby była debilem co prosi o badania po konsultacji z wujkiem google). Weszłam więc i przedstawiam sprawę, że badania, że raz w roku, że ot tak dla sprawdzenia, że mi powiedziano, że mogę skierowanie, że bardzo proszę.
Że zrobiłam cholesterol
Że zrobiłam kreatyninę
Że zrobiłam witaminę D (i tak bym na to nie dostała bo za drogie)
Że proszę na RESZTĘ tamtych badań.
I dostałam, a jakże.
Na cholesterol
Na kreatyninę
Na glukozę
Na TSH i trójglierydy.
Taaaak.. Czy wspominałam, że nie lubię tej pani? Więc na badania pójdę sobie za miesiąc może dwa, zbadam drugi raz to, za co już zapłaciłam plus i tak dopłacę, bo zabrakło, wapnia, żelaza, mocznika i kilku innych rzeczy...
Za to na drugi rok będę mądrzejsza.
Najpierw pójdę do lekarza po skierowanie i dopłacę dopiero potem do tego na co nie dał.
W tym roku też udało mi się dostać na cito na rezonans magnetyczny łepetyny (zawroty głowy). Cito oznacza oczywiście skierowanie z grudnia, a rezonans na luty ^^ Nie cito mam na kręgosłup uwaga..... We wrześniu! Zaznaczam, że oba skierowania wystawione w grudniu (pomijam fakt, że do Pani co mi dała skierowanie na cito czekałam od września do grudnia ^^). Kiedy się zapisywałam kazano mi zrobić badanie kreatyniny na tydzień przed rezonansem, co też dziś właśnie próbowałam uczynić.
Reasumując.
Uznałam, że jak już kreatynina to zrobię od razu te roczne celem pielęgnowania tradycji. Poszłam więc sobie jak zawsze prywatnie, za to w innym miejscu, pokazałam kartkę z poprzedniego roku i powiedziałam, że chcę te same badania. Pani mi podliczyła bagatela 200 zł. DWIEŚCIE złotych...
Szybko przeliczyłam co nieco i zostawiwszy 120 zrobiłam badania witaminy D, cholesterol oraz tą nieszczęsną kreatyninę. Dopiero po badaniu powiedziano mi, że w zasadzie to ja mogę przeca skierowanie wziąć od lekarza rodzinnego. Tak o, bez przypału na badania krwi.
No kurwa olśnienie!
Że przychodnie miałam niedaleko, pognałam czym prędzej pięć po ósmej już będąc pod recepcją. Okazało się, że mogę wejść na już (znaczy za 10 minut) do mojej "ulubionej" pani doktor (nie cierpię kobity bo zawsze patrzy na mnie dziwnie i traktuje protekcjonalnie jakby była debilem co prosi o badania po konsultacji z wujkiem google). Weszłam więc i przedstawiam sprawę, że badania, że raz w roku, że ot tak dla sprawdzenia, że mi powiedziano, że mogę skierowanie, że bardzo proszę.
Że zrobiłam cholesterol
Że zrobiłam kreatyninę
Że zrobiłam witaminę D (i tak bym na to nie dostała bo za drogie)
Że proszę na RESZTĘ tamtych badań.
I dostałam, a jakże.
Na cholesterol
Na kreatyninę
Na glukozę
Na TSH i trójglierydy.
Taaaak.. Czy wspominałam, że nie lubię tej pani? Więc na badania pójdę sobie za miesiąc może dwa, zbadam drugi raz to, za co już zapłaciłam plus i tak dopłacę, bo zabrakło, wapnia, żelaza, mocznika i kilku innych rzeczy...
Za to na drugi rok będę mądrzejsza.
Najpierw pójdę do lekarza po skierowanie i dopłacę dopiero potem do tego na co nie dał.
czwartek, 30 stycznia 2020
To nie Pani kot
Trochę miałam załatwiania w tym tygodniu. Między innymi kolejna kroplówka (i kolejne kolosalne hajsy u Weta). W środę rano wstałam grzecznie zapakowałam Miziakę do transporterka i zabrałam ją na spacer. Siedząc już w poczekalni głaskałam ją delikatnie celem uspokojenia jej palpitacji serca i całej tej tachykardii, bo mnie serducho zaraz wyskoczy!
W poczekalni nikogo, nawet mojej ulubionej Pani Kasi dla której przyniosłam leki na nerki (gdyż dla Miziaka mieliśmy zmieniać bo to strasznie jedzie rybą, a ona nie lubi). Nagle wpada jakaś słusznej budowy kobiecina z zdecydowanie nie słusznej budowy psiakiem, mniejszym od mojej Mizi nawet.
- O jaki zmarznięty jestem... - zagajam do psa bo trzęsie się jak galareta.
No kuźwa nic dziwnego przeca pizga wiatrem jak w kieleckim, dobrze, że ja miałam niedaleko (normalnie nie mieszkam w centrum, a wszędzie mam blisko ^^). Piesek się telepie, słusznej budowy pani od pieska odpowiada mi, że no tak bo wieje mocno (no mówię, pizga jak w kieleckim :P). I tak sobie zapadła cisza. Ja z ręką w transporterku głaskając kota, ona stojąc z owiniętym w kocyk piesełkiem na środku poczekalni.
- O cholera! Muszę wrócić do auta! - woła nagle kobieta - Zapomniałam kupy!
Po tej uwadze następuje kolejnych kilka minut ciszy kiedy ona wymownie wzrokiem, a nie mową, wręcz nakazuje mi bym jej pomogła, a ja sobie spokojnie głaskam kota i patrzę na trzęsącego się pieseła. W końcu skapitulowałam.
- A boi się obcych? - pytam, zamykając transporterek.
- No właśnie, gdyby pani była tak miła...
Kobieta wcisnęła mi psa i poleciała do auta. Stoję więc z tym psiakiem i tulę zmarzniętą kulkę do siebie (dopóki on nie zaczyna się wyrywać, ale ma się te wprawę :P) i nagle z gabinetu wychodzi pani doktor widzi mnie z tym piesem w rękach i rzuca mi takie zdziwione spojrzenie, jakby nagle odkryła, że jest w innym uniwersum.
- Przecież to nie pani kot.
- No to w ogóle nie jest kot. My jesteśmy tam - wskazuje na transporterek na krześle - a to jest piesek jakiejś pani, która pobiegła do auta po próbkę, a nie chciała już chłodzić maleństwa.
Pani doktor popatrzyła na mnie z ulgą, bo chyba już miała wrażenie, że od soboty poczyniłam jakieś dziwne experymenta generyczne i zamieniłam kota na psa, albo co gorsza wymieniłam się na Jaworznickim portalu "oddam/kupie/sprzedam/zamienię" :P
P.S Dodam, że pańcia pieseła wróciła po czasie dłuższym niż ja bym dotarłą do domu i z powrotem. niestety aż do ostatniej chwili nie wierzyłam, że nie zrobiła mnie w jajo i naprawdę wróci. Także wiara w ludzi przywrócona ;P
W poczekalni nikogo, nawet mojej ulubionej Pani Kasi dla której przyniosłam leki na nerki (gdyż dla Miziaka mieliśmy zmieniać bo to strasznie jedzie rybą, a ona nie lubi). Nagle wpada jakaś słusznej budowy kobiecina z zdecydowanie nie słusznej budowy psiakiem, mniejszym od mojej Mizi nawet.
- O jaki zmarznięty jestem... - zagajam do psa bo trzęsie się jak galareta.
No kuźwa nic dziwnego przeca pizga wiatrem jak w kieleckim, dobrze, że ja miałam niedaleko (normalnie nie mieszkam w centrum, a wszędzie mam blisko ^^). Piesek się telepie, słusznej budowy pani od pieska odpowiada mi, że no tak bo wieje mocno (no mówię, pizga jak w kieleckim :P). I tak sobie zapadła cisza. Ja z ręką w transporterku głaskając kota, ona stojąc z owiniętym w kocyk piesełkiem na środku poczekalni.
- O cholera! Muszę wrócić do auta! - woła nagle kobieta - Zapomniałam kupy!
Po tej uwadze następuje kolejnych kilka minut ciszy kiedy ona wymownie wzrokiem, a nie mową, wręcz nakazuje mi bym jej pomogła, a ja sobie spokojnie głaskam kota i patrzę na trzęsącego się pieseła. W końcu skapitulowałam.
- A boi się obcych? - pytam, zamykając transporterek.
- No właśnie, gdyby pani była tak miła...
Kobieta wcisnęła mi psa i poleciała do auta. Stoję więc z tym psiakiem i tulę zmarzniętą kulkę do siebie (dopóki on nie zaczyna się wyrywać, ale ma się te wprawę :P) i nagle z gabinetu wychodzi pani doktor widzi mnie z tym piesem w rękach i rzuca mi takie zdziwione spojrzenie, jakby nagle odkryła, że jest w innym uniwersum.
- Przecież to nie pani kot.
- No to w ogóle nie jest kot. My jesteśmy tam - wskazuje na transporterek na krześle - a to jest piesek jakiejś pani, która pobiegła do auta po próbkę, a nie chciała już chłodzić maleństwa.
Pani doktor popatrzyła na mnie z ulgą, bo chyba już miała wrażenie, że od soboty poczyniłam jakieś dziwne experymenta generyczne i zamieniłam kota na psa, albo co gorsza wymieniłam się na Jaworznickim portalu "oddam/kupie/sprzedam/zamienię" :P
P.S Dodam, że pańcia pieseła wróciła po czasie dłuższym niż ja bym dotarłą do domu i z powrotem. niestety aż do ostatniej chwili nie wierzyłam, że nie zrobiła mnie w jajo i naprawdę wróci. Także wiara w ludzi przywrócona ;P
piątek, 17 stycznia 2020
Lęk
Jakoś w maju zeszłego roku pojechaliśmy z Zaklęciem do jego rodziny w Czechach, podczas naszej nieobecności Wiedźma Rodzicielka zajmowała się moją Kicią. Kiedy wróciliśmy usłyszałam, że Mizia jest bardzo chuda, wręcz przerażająco, ale ona przecież zawsze była mała i chudziutka. Jednak Wiedźma Rodzicielka upierała się, że coś jest nie tak.
Po badaniach u weterynarza okazało się, że Mizia ma nadczynność tarczycy, nadciśnienie i niewydolność nerki (Mizia ma jedną nerkę od urodzenia). Dostaliśmy leki i co miesiąc lataliśmy na kontrole próbując dopasować poziom hormonu (lek apelka) by jakoś wyrównać jej tą tarczycę...
Mizia miauczała. Jeszcze przed wizyta u weta. Najpierw po nocach, potem po dniach, potem na chwilę przestała jak zaczęła brać leki, potem znów po nocach i dniach... Ryk nie do wytrzymania, z samego wnętrza kota, już nie mówiąc o tym, że nie dało się spać. Nie wiedziałam już co robić. Wet uznał, że demencja (Mizia ma 13 lat)
Ostatecznie, głownie z powodu dojazdów (naprawdę nie uśmiecha mi się targać kota autobusem do weterynarza), ale też trochę dlatego, że miałam wrażenie, że u tego weta robią wizyty taśmowo, postanowiłam zasięgnąć drugiej opinii, zwłaszcza, że wszelakie sposoby na załagodzenie kociej demencji wyczytane w necie nie dawały rezultatów.
Poszłam zatem tam, gdzie mam pięć minut drogi. Zaniosłam kartę kota i ostatnie wyniki, zaniosłam też samego kota celem dowiedzenia się dlaczego u licha ona tak miauczy. Pani Dr Ilona dokładnie obejrzała kotkę. Naprawdę nie widziałam by wcześniejszy wet tak ją oglądał. Uznano, że Kicia ma infekcje w pyszczku ("czy państwo czują jak jej śmierdzi z pyszczka?"), w związku z tym leki które bierze mogą nie przynosić rezultatu, a miauczeć może, bo ją boli.
Zrobiliśmy ponownie badania, dostaliśmy kroplówki na nerkę (latałam tam przez pól swojego urlopu dzień w dzień) i poszliśmy na zabieg. Ryczałam ze dwie godziny nie mając pewności, czy Kicia wybudzi się z zabiegu. Ale udało się, dostaliśmy kolejne leki, antybiotyk, lek przeciwbólowy, do tego dochodził lek na tarczycę, na nerkę i na nadciśnienie. W tamtym momencie Mizia brała więcej leków za jednym razem niż ja kiedykolwiek. Cały dzień praktycznie podawania leków.
Miauczeć nie przestała, więc dostała lek na uspokojenie, ale nie spełnił swojego zadania.
Ja za to stałam się bardzo wyczulona na jej zachowanie. Na to ile je, kiedy chodzi do kuwety ile śpi, kiedy miauczy.
Rozpłakałam się kiedy pierwszy raz się do mnie przytuliła...
Obecnie leczymy ją drugi miesiąc u nowego weta, musieliśmy przejść na dietę, bo w krwi miała za dużo cholesterolu, nadal chodzimy na kroplówki (dwa razy w tygodniu), bierzemy antybiotyk, bo Kicia ma infekcje w moczu (mogła przejść od zębów, wcześniej nie badaliśmy moczu), tarczyca się ustabilizowała, a Kicia wygląda trochę lepiej, sierść jej nieco odżyła, jest bardziej kontaktowa, dużo śpi, ale też dużo się tuli (mój mały TuliKotek) nie tylko na parapecie w swoim pokoju ale też ostatnio na kanapie!
I patrzę na nią jak śpi sobie spokojnie i lęk mnie ogarnia....
Za każdym razem jak wracam do domu, a ona śpi, nie wstanie, nie przywita się, wtedy od razu muszę sprawdzić czy nadal oddycha. Za każdym razem jak wychodzimy do weta, a ja znów zostawiam tam kolosalne pieniądze, dopada mnie lęk, że o nic nie da. Za każdym razem jak się nie przypilnuje dopadają mnie bardzo złe myśli, że moja mała TuliKocia...
Sama nie wiem co byłoby gorsze, czy decyzja o uśpieniu, bo by cierpiała, czy gdyby umarła we śnie, czy może gdyby nagle dostała zawału (to małe serduszko tak mocno jej bije za każdym razem jak wychodzimy na kroplówkę)...
A najgorsze jest to, że ona wygląda, jakby czuła się lepiej, nawet nie miauczy już tak dużo, a ja mimo wszystko nie umiem pozbyć się lęku, że za chwilę ją stracę :(
Po badaniach u weterynarza okazało się, że Mizia ma nadczynność tarczycy, nadciśnienie i niewydolność nerki (Mizia ma jedną nerkę od urodzenia). Dostaliśmy leki i co miesiąc lataliśmy na kontrole próbując dopasować poziom hormonu (lek apelka) by jakoś wyrównać jej tą tarczycę...
Mizia miauczała. Jeszcze przed wizyta u weta. Najpierw po nocach, potem po dniach, potem na chwilę przestała jak zaczęła brać leki, potem znów po nocach i dniach... Ryk nie do wytrzymania, z samego wnętrza kota, już nie mówiąc o tym, że nie dało się spać. Nie wiedziałam już co robić. Wet uznał, że demencja (Mizia ma 13 lat)
Ostatecznie, głownie z powodu dojazdów (naprawdę nie uśmiecha mi się targać kota autobusem do weterynarza), ale też trochę dlatego, że miałam wrażenie, że u tego weta robią wizyty taśmowo, postanowiłam zasięgnąć drugiej opinii, zwłaszcza, że wszelakie sposoby na załagodzenie kociej demencji wyczytane w necie nie dawały rezultatów.
Poszłam zatem tam, gdzie mam pięć minut drogi. Zaniosłam kartę kota i ostatnie wyniki, zaniosłam też samego kota celem dowiedzenia się dlaczego u licha ona tak miauczy. Pani Dr Ilona dokładnie obejrzała kotkę. Naprawdę nie widziałam by wcześniejszy wet tak ją oglądał. Uznano, że Kicia ma infekcje w pyszczku ("czy państwo czują jak jej śmierdzi z pyszczka?"), w związku z tym leki które bierze mogą nie przynosić rezultatu, a miauczeć może, bo ją boli.
Zrobiliśmy ponownie badania, dostaliśmy kroplówki na nerkę (latałam tam przez pól swojego urlopu dzień w dzień) i poszliśmy na zabieg. Ryczałam ze dwie godziny nie mając pewności, czy Kicia wybudzi się z zabiegu. Ale udało się, dostaliśmy kolejne leki, antybiotyk, lek przeciwbólowy, do tego dochodził lek na tarczycę, na nerkę i na nadciśnienie. W tamtym momencie Mizia brała więcej leków za jednym razem niż ja kiedykolwiek. Cały dzień praktycznie podawania leków.
Miauczeć nie przestała, więc dostała lek na uspokojenie, ale nie spełnił swojego zadania.
Ja za to stałam się bardzo wyczulona na jej zachowanie. Na to ile je, kiedy chodzi do kuwety ile śpi, kiedy miauczy.
Rozpłakałam się kiedy pierwszy raz się do mnie przytuliła...
Obecnie leczymy ją drugi miesiąc u nowego weta, musieliśmy przejść na dietę, bo w krwi miała za dużo cholesterolu, nadal chodzimy na kroplówki (dwa razy w tygodniu), bierzemy antybiotyk, bo Kicia ma infekcje w moczu (mogła przejść od zębów, wcześniej nie badaliśmy moczu), tarczyca się ustabilizowała, a Kicia wygląda trochę lepiej, sierść jej nieco odżyła, jest bardziej kontaktowa, dużo śpi, ale też dużo się tuli (mój mały TuliKotek) nie tylko na parapecie w swoim pokoju ale też ostatnio na kanapie!
I patrzę na nią jak śpi sobie spokojnie i lęk mnie ogarnia....
Za każdym razem jak wracam do domu, a ona śpi, nie wstanie, nie przywita się, wtedy od razu muszę sprawdzić czy nadal oddycha. Za każdym razem jak wychodzimy do weta, a ja znów zostawiam tam kolosalne pieniądze, dopada mnie lęk, że o nic nie da. Za każdym razem jak się nie przypilnuje dopadają mnie bardzo złe myśli, że moja mała TuliKocia...
Sama nie wiem co byłoby gorsze, czy decyzja o uśpieniu, bo by cierpiała, czy gdyby umarła we śnie, czy może gdyby nagle dostała zawału (to małe serduszko tak mocno jej bije za każdym razem jak wychodzimy na kroplówkę)...
A najgorsze jest to, że ona wygląda, jakby czuła się lepiej, nawet nie miauczy już tak dużo, a ja mimo wszystko nie umiem pozbyć się lęku, że za chwilę ją stracę :(
niedziela, 17 listopada 2019
Dzień przebudzenia
- Vill już nie istnieje, nie widzę jej, nie czuje. Jestem sama, rozumiesz? Całkiem sama, jestem tylko ja a ona i cały Pozaświat zniknęli..
- Poczekaj do 17stego - odpowiedział Zaklęcie - wtedy nowa Vill się przebudzi.
- Naprawdę myślisz, że to coś pomoże? Że słuchanie tego na żywo pomoże mi znów widzieć muzykę? Znów nabrać sił?
Dziś idziemy na mój wymarzony koncert muzyki filmowej i epickiej. Jeden z tych niewielu momentów prawdziwej radości kiedy dowiedziałam się, że mamy bilety, że Zaklęcie mimo wszystko spełnia moje marzenia, chociaż ja nie spełniam jego... Że usłyszę, że może zobaczę, że znów zacznę widzieć nuty.
Ostatnio jest ze mną obojętnie/neutralnie. Przestałam płakać po kątach, czasem nawet się śmieje, czasem nawet często, choć nie potrafię zliczyć ile z tego jest prawdziwym śmiechem, a ile udawanym. Nowej już nie uczę, uciekła z pracy, ale nie sądzę, by to oznaczało, że zły ze mnie nauczyciel. Co najwyżej wymagający.
Z Nekusiem rzadziej rozmawiamy. Tabletki na niego działają, więc też stał się obojętny.
Ja znalazłam psychiatrę, ale jeszcze nie odważyłam się pójść.
Liczę, że koncert naprawdę mnie rozbudzi.
Liczę, że Zaklęcie będzie miał rację.
Liczę, że zacznę widzieć nuty, albo chociaż Pozaświat.
Liczę, że jakoś zdobędę energię, by robić coś więcej niż oglądanie filmików na YT
Liczę, że uda mi się rozwinąć, że malowanie paznokci stanie się pasją, a nie tylko hobby.
Liczę, że koniec roku będzie lepszy niż jego środek
Liczę, że wrócę do Was bardziej chętna do życia
Gdzie mój kalkulator, trochę dużo tego liczenia...
poniedziałek, 14 października 2019
Ta siła, której potrzebuje.
Kiedy czytam Fridę to zawsze robi mi się tak jakoś nieswojo. Jakby dziewczyna siedziała w mojej duszy i przeglądała ją jak dobrze znany album ze zdjęciami. Wtedy zawsze chce mi się być szczerszą z moim własnym pamiętnikiem. Wtedy znów chcę pisać mocniej, częściej, głębiej. Bo, chociaż się nie znamy i dzieli nas tysiące kilometrów, mam wrażenie, że czasem nasze odczucia są bliźniacze.
"Jesteś moją ulubioną siostrą" powiedział mi Nekuś już niejednokrotnie. Jestem jego jedyną siostrą. Nie jesteśmy jednak ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Jestem jego siłą, podczas gdy nie mam własnej. Jestem jego ciepłem, przytuleniem, dobrym słowem. Jestem jego "weź kilka głębokich oddechów" gdy płacze mi do słuchawki. Jestem tam przy nim, chociaż fizycznie mnie nie ma. I za każdym razem zastanawiam się ile jeszcze wytrzymam. I wiem, że muszę jak najdłużej, bo on nie ma nikogo poza mną. I to tak bardzo boli, że nie umiem mu pomóc inaczej, jak po prostu będąc.
Nie jest ze mną dobrze. Brak mi siły by dbać o siebie. Znów przestałam liczyć te cholerne kalorie. Pewnie zaś przytyję, ale sensu w tym nie widzę. Nie widzę sensu w dbaniu o zdrowie, wpierdalaniu sałaty i pomidorów, piciu wody. Przecież w końcu i tak umrzemy.
Każda śmierć o której słyszę sprawia, że coraz mocniej myślę o własnej, o tym, że później jest wieczna ciemność, nieskończona nicość i brak przebudzenia. Po co się starać skoro później nic nas nie czeka?
Mnóstwo energii pochłania mi udawanie, że wszystko jest w porządku. Że tak naprawdę nie mam nawrotu, że jestem tylko zmęczona. Mnóstwo energii, której nie mam... Bo jak wytłumaczyć, że ta wesoła rzucająca żartami dziołcha która ze zwykłego wyjścia na dungeon potrafi zrobić wesoła historyjkę, nagle zrobiła się cicha, bo ma wrażenie, że cokolwiek powie jest to tak bardzo nie ważne jak śnieg w zeszłym roku. I wszystko jest sztuczne i grane jak w teatrze i nieprawdziwe i każdy uśmiech jest wyuczony. I każda odpowiedź "jestem zmęczona" jest kłamstwem i prawdą jednocześnie.
I męczy mnie praca, nie moja, lecz ludzie. I męczy mnie nowa, która za grosz nie umie logicznie myśleć. I męczy mnie stara, która kłapie jęzorem i czuje się przy niej zagrożona i męczy mnie Pani Kierownik, która nie życzy sobie by mówić do niej szefowo i krzywo na Ciebie patrzy, bo nie chcesz jechać na delegacje. I męczy mnie zdrowie i latanie po lekarzach i świadomość, że w końcu czeka mnie zabieg i męczy mnie strach przed nim.
I nie mam tej siły, której potrzebuję, a Znaczek pyta mnie czy nadal jest przyjacielem. A ja nie potrafię/nie chcę bo sensu nie widzę, wyjaśnić mu mojego postrzegania przyjaciela tak, żeby mi focha nie strzelił bo jego fochy też mnie męczą...
I chcę zniknąć.
I chcę być.
I chcę przestać
I chcę zacząć.
I nic z tego chcenia mi nie wychodzi...
"Jesteś moją ulubioną siostrą" powiedział mi Nekuś już niejednokrotnie. Jestem jego jedyną siostrą. Nie jesteśmy jednak ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Jestem jego siłą, podczas gdy nie mam własnej. Jestem jego ciepłem, przytuleniem, dobrym słowem. Jestem jego "weź kilka głębokich oddechów" gdy płacze mi do słuchawki. Jestem tam przy nim, chociaż fizycznie mnie nie ma. I za każdym razem zastanawiam się ile jeszcze wytrzymam. I wiem, że muszę jak najdłużej, bo on nie ma nikogo poza mną. I to tak bardzo boli, że nie umiem mu pomóc inaczej, jak po prostu będąc.
Nie jest ze mną dobrze. Brak mi siły by dbać o siebie. Znów przestałam liczyć te cholerne kalorie. Pewnie zaś przytyję, ale sensu w tym nie widzę. Nie widzę sensu w dbaniu o zdrowie, wpierdalaniu sałaty i pomidorów, piciu wody. Przecież w końcu i tak umrzemy.
Każda śmierć o której słyszę sprawia, że coraz mocniej myślę o własnej, o tym, że później jest wieczna ciemność, nieskończona nicość i brak przebudzenia. Po co się starać skoro później nic nas nie czeka?
Mnóstwo energii pochłania mi udawanie, że wszystko jest w porządku. Że tak naprawdę nie mam nawrotu, że jestem tylko zmęczona. Mnóstwo energii, której nie mam... Bo jak wytłumaczyć, że ta wesoła rzucająca żartami dziołcha która ze zwykłego wyjścia na dungeon potrafi zrobić wesoła historyjkę, nagle zrobiła się cicha, bo ma wrażenie, że cokolwiek powie jest to tak bardzo nie ważne jak śnieg w zeszłym roku. I wszystko jest sztuczne i grane jak w teatrze i nieprawdziwe i każdy uśmiech jest wyuczony. I każda odpowiedź "jestem zmęczona" jest kłamstwem i prawdą jednocześnie.
I męczy mnie praca, nie moja, lecz ludzie. I męczy mnie nowa, która za grosz nie umie logicznie myśleć. I męczy mnie stara, która kłapie jęzorem i czuje się przy niej zagrożona i męczy mnie Pani Kierownik, która nie życzy sobie by mówić do niej szefowo i krzywo na Ciebie patrzy, bo nie chcesz jechać na delegacje. I męczy mnie zdrowie i latanie po lekarzach i świadomość, że w końcu czeka mnie zabieg i męczy mnie strach przed nim.
I nie mam tej siły, której potrzebuję, a Znaczek pyta mnie czy nadal jest przyjacielem. A ja nie potrafię/nie chcę bo sensu nie widzę, wyjaśnić mu mojego postrzegania przyjaciela tak, żeby mi focha nie strzelił bo jego fochy też mnie męczą...
I chcę zniknąć.
I chcę być.
I chcę przestać
I chcę zacząć.
I nic z tego chcenia mi nie wychodzi...
piątek, 27 września 2019
O zdrowiu kociary i kota.
Z moim zdrowiem się
ostatnio troszkę popieprzyło.
Zacznijmy jednak od
lepszych wiadomości.
Zgubiłam się w
Katowicach, ale jak się już znalazłam to dotarłam na badanie i
nie wyhodowali mi grzyba na palcu. Zajebiście dobra nowina. Lepsza
by było wyhodowanie jabłka, albo gruszki, w końcu owoce takie
drogie, ale wezmę co dają. Za dwa tygodnie dermatolog, zobaczymy co
powie.
Pani zdrowa już nie będzie. Ginekolog mnie nie
pocieszył za cholerę, w zasadzie to boje się jak sam skurwesyn,
ale mówi chłop, że póki takie małe to nie jest
najgorzej. Potem wytniemy
Na domiar
wszystkiego kręgosłup mój 32 letni stwierdził ostatnio, że
pierdole nie robię i załatwił mi L4. Załatwił mi też wyjście
350 zł z mojego portfela, bo na rehabilitacje na NFZ kazano mi
czekać do lutego. Mój kraj taki piękny. Ale mówię wam, prądy na
plecy, rewelka. Na ostatniej sesji zasnęłam tak mnie pieściło :P
Wiedźma Rodzicielka pożyczyła mi Kosmodisk. Tak, zakupy mango i te
sprawy. O dziwo działa, więc jak wiem, że będę się nadwyrężać
wkładam go profilaktycznie i jakoś idzie żyć póki co. Ale Pani zdrowa już nie będzie, teraz trzeba zawalczyć, by nie było gorzej - a rehabilitacja za pół roku i walcz sobie człowieku. Wybieram się zatem na basen.
Dopadła mnie też
jesień, ale twardo stawiłam jej czoła, zwłaszcza, że na piątek
byłam umówiona z dziołchami na piwo (serio kalendarz google to
przydatna rzecz jednak, bo ostatnio mam wszędzie dużo różnych
wizyt i spotkań), w związku z powyższym w ruch poszedł Agrentin T
(serio cudo) i w trzy dni pozbyłam się bólu gardła i kataru, choć
tego drugiego to już za pomocą innego specyfiku.
Bóle po prawej nie
są ani kamienicą nerkową ani wyrostkiem robaczkowym. Nie są też
chyba niczym innym a przynajmniej niczym co wyszłoby na USG. Doktor
popatrzyła na mnie z politowaniem i w zasadzie nie dała mi pomysłu
na żadne inne badanie celem wyjaśnienia tego zjawiska. Normalnie
kurwa mam pojebany organizm i już. Diagnoza godna Dr Hous'a.
A no i zaczęłam
się ostatnio odchudzać. To znaczy, zaczęłam liczyć kalorię, to
znaczy wytrzymałam na tym miesiąc i uznałam, że jestem uwięziona.
Co oznacza,że teraz będę miała trochę więcej czasu. Nie wiem
czy zdajecie sobie sprawę o ile dłużej trzeba siedzieć w kuchni
jak się to wszystko waży i zapisuje. Co prawda ileś tam zrzuciłam
4 czy 5 kg, ale potem stanęło i jak zwykle, potwierdzając moją
teorię o magicznej trójce, moje wszelkie wysiłki przestały
przynosić jakiekolwiek efekty, więc po prawdzie przestałam się
wysilać.
Kota moja za to znów
schudła. Te 100 gram co niby przytyła to poszły chyba przy
kolejnym wypróżnieniu. Podskoczyła jej tarczyca, więc pani doktor
zaleciła podwojenie dawki leku. No pomogło, nie powiem, że nie. To
znaczy wynik na tarczyce ma niższy, ale za to znów wydziera się do
zamkniętych okien i otwartych drzwi. Zaczynam myśleć, że Kota
moja to się na jakieś Talent Show trenuje, bo bardzo się peszy jak
się zorientuje, że na nią patrze ^^ Leczenie kota w naszym kraju
jest równie drogie jak leczenie człowieka, lekką ręką
miesięcznie 3-4 setki wychodzą, ale kocham ją jak własne dziecko,
którego nigdy mieć nie będę, więc nie narzekam ;)
A jak tam Wasze
zdrowie przy jesieni?
sobota, 21 września 2019
RMF potrafi obrzydzić każdą piosenkę.
Serio, każdą. Nawet jeśli się ją lubi to słuchając ją cztery razy czasem pięć na osiem godzin, pięć czasem sześć razy w tygodniu jest się na zajebiście dobrej drodze by ją znienawidzić. Najgorzej budzić się w nocy jak Ci się takie coś telepie po łepetynie
„Krótkie są momenty, krótkie dni,
Krótkie, szare noce, długi wstyd „
Krótkie są momenty,
krótkie momenty krótkie mam momenty...”
Druga w nocy. Po pół godzinie zmuszania się do myślenia o czymś innych (kiedy krótkie momenty uparcie przedzierają się przez moje świadome myśli jak tło, zbyt głośno puszczone radio, mimo że w domu cisza i nawet kot o dziwo śpi) zapadam w końcu w zmęczony sen
Trzecia dwadzieścia nad ranem i Pola domagająca się uwagi:
„O Pola nie daj się im, o Pola nie daj się im, o Pola nie
Dasz radę, wierzę w ciebie
Wiem, że masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas „
kolejna walka, trudniejsza znów bo jeszcze nie wypoczęłam po poprzedniej. Ale w końcu wygrywam. Ponownie zapadam w wymęczony sen.
Szósta rano:
„Cyklady na cykladach!
No kurwa mać, pospane.
Idę do pracy i znów to samo i w kółko, dopóki nie skończy się szał na najnowsza piosenkę Męskiego Grania, czy innej Węgiel i tym razem wałkują coś innego aż do obrzydzenia.
Też tak macie?
P.S. Tak, wiem, nie było mnie długo. O tym za parę dni.
„Krótkie są momenty, krótkie dni,
Krótkie, szare noce, długi wstyd „
Krótkie są momenty,
krótkie momenty krótkie mam momenty...”
Druga w nocy. Po pół godzinie zmuszania się do myślenia o czymś innych (kiedy krótkie momenty uparcie przedzierają się przez moje świadome myśli jak tło, zbyt głośno puszczone radio, mimo że w domu cisza i nawet kot o dziwo śpi) zapadam w końcu w zmęczony sen
Trzecia dwadzieścia nad ranem i Pola domagająca się uwagi:
„O Pola nie daj się im, o Pola nie daj się im, o Pola nie
Dasz radę, wierzę w ciebie
Wiem, że masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas „
kolejna walka, trudniejsza znów bo jeszcze nie wypoczęłam po poprzedniej. Ale w końcu wygrywam. Ponownie zapadam w wymęczony sen.
Szósta rano:
„Cyklady na cykladach!
No kurwa mać, pospane.
Idę do pracy i znów to samo i w kółko, dopóki nie skończy się szał na najnowsza piosenkę Męskiego Grania, czy innej Węgiel i tym razem wałkują coś innego aż do obrzydzenia.
Też tak macie?
P.S. Tak, wiem, nie było mnie długo. O tym za parę dni.
niedziela, 11 sierpnia 2019
Minięta gwarancja
Minęła mi gwarancja.
Pojawiła się magiczna trójka z przodu i nagle wszystko stało się trzy razy trudniejsze. Nagle zdrowie stało się trzy razy słabsze. Nagle odwiedzam trzy razy więcej lekarzy, jestem trzy razy bardziej zmęczona.
Trzy razy częstsze nawroty depresji sprawiają, że jestem kłamczuchą.
Kłamię, że wszystko jest ok.
Kłamię, że sobie radzę.
Kłamię, że się lubię.
Ostatnio w lustrze patrzeć na siebie nie mogę, mimo, że waga Wiedźmy Rodzicielki pokazała 6 kg mniej niż się spodziewałam.
Nie podoba mi się to jak ścięłam włosy.
Nie podoba mi się jak wyglądam.
Nie podoba mi się ile ważę.
Ale odchudzanie również stało się trzy razy trudniejsze. Trzy razy szybciej się zniechęcam. Jestem trzy razy bardziej sfrustrowana, trzy razy bardziej smutna.
- Jesteś piękna - mówi mi Zaklęcie.
Ale ja go nie słucham, bo przecież to nie ma znaczenia. Patrze w lustro i wiem, że nie ma racji. I mimo tego, że świadomie zdaje sobie sprawę, że przecież pierdole głupoty, moje emocje mówią zupełnie co innego.
I są silniejsze od świadomego myślenia.
Tyle dobrze, że chociaż paznokcie mogę malować. Źle, że znów muszę iść do lekarza. Ile jeszcze rzeczy mi się wykryje? Czy naprawdę nie wystarczy, że mam cholerne uczulenie na laktozę i nie mogę nawet zjeść czekolady?
Pojawiła się magiczna trójka z przodu i nagle wszystko stało się trzy razy trudniejsze. Nagle zdrowie stało się trzy razy słabsze. Nagle odwiedzam trzy razy więcej lekarzy, jestem trzy razy bardziej zmęczona.
Trzy razy częstsze nawroty depresji sprawiają, że jestem kłamczuchą.
Kłamię, że wszystko jest ok.
Kłamię, że sobie radzę.
Kłamię, że się lubię.
Ostatnio w lustrze patrzeć na siebie nie mogę, mimo, że waga Wiedźmy Rodzicielki pokazała 6 kg mniej niż się spodziewałam.
Nie podoba mi się to jak ścięłam włosy.
Nie podoba mi się jak wyglądam.
Nie podoba mi się ile ważę.
Ale odchudzanie również stało się trzy razy trudniejsze. Trzy razy szybciej się zniechęcam. Jestem trzy razy bardziej sfrustrowana, trzy razy bardziej smutna.
- Jesteś piękna - mówi mi Zaklęcie.
Ale ja go nie słucham, bo przecież to nie ma znaczenia. Patrze w lustro i wiem, że nie ma racji. I mimo tego, że świadomie zdaje sobie sprawę, że przecież pierdole głupoty, moje emocje mówią zupełnie co innego.
I są silniejsze od świadomego myślenia.
Tyle dobrze, że chociaż paznokcie mogę malować. Źle, że znów muszę iść do lekarza. Ile jeszcze rzeczy mi się wykryje? Czy naprawdę nie wystarczy, że mam cholerne uczulenie na laktozę i nie mogę nawet zjeść czekolady?
środa, 31 lipca 2019
Byłam dumna
Znów poczułam się zbyt swobodnie, zbyt mocno się otworzyłam. Kac moralny zbiera swoje żniwo.
Naprawdę nie chciałam, w zasadzie nie wiem czemu o tym wspomniałam. Przecież ostatnim razem nie poszło dobrze.
Ostatnim razem jeszcze byłam dumna z tego co uczyniłam, z tego, że zostałam wybrana. Temat był nie ważny, ważne było to, że moje słowa gdzieś trafiły, ktoś je docenił. Ktoś je wydrukował, opatrzył okładką, opublikował. Byłam dumna.
I wiem dobrze że panna M. nie zamierzała zrobić mi krzywdy. Wiem dobrze, że jej żarty i zmiana niektórych elementów podczas czytelniczych godzin środowych, kiedy to siedziała na krześle i czytała na głos moje słowa, nie miały na celu złamania mnie. Wiem dobrze, że śmiejąc się z nimi i nie mówiąc im, że mnie to bolało popełniłam błąd. A może nie?
Myślę, że panna M. by tego nie zrozumiała. Nawet pomijając to jak bardzo ją lubię, uważam, że nie jest zdolna do tego, by pojąc jak ważna dla mnie jest "Pani Krainy". Jak ważna była dla mnie ta historia i jak bardzo chciałam, by jeszcze ktoś ją docenił.
W urzędzie, tam gdzie pracowałam, nie została doceniona. To nie był totalnie ich gatunek. Zakładając, że gatunek Yuri może być czyjkolwiek. Nie mniej, nie ja wybierałam temat, ani gatunek, lecz konkurs w którym brałam udział.
A zatem nauczona urzędowym doświadczeniem, nieco wyśmiana przez panne M. (choć wiedziałam, że nie chciała być złośliwa), postanowiłam w mojej nowej pracy nie wspominać o tym, że zostałam wydana.
Przez rok mi się udawało.
Więc nie wiem czemu to zrobiłam.
Może dlatego, że ostatnio Promyczek zapytała mnie w mailu czy jeszcze piszę i zachciało mi się płakać na samą myśl o tym, że już nie potrafię. Bo to boli. Boli, że część mnie umarła, że nie mam swojego Pozaświata, że nie potrafię już pisać. Boli kiedy ktoś o to pyta...
Tak, czy owak stało się. Wygadałam się i nastąpiła rzecz straszna.
Jedna w dziewczyn powiedziała, że chce to przeczytać.
Nauczona poprzednim doświadczeniem, choć nie cierpię porównywać ludzi, boje się. Boje się panicznie, że K może nie zachowa się jak panna M. ale na pewno coś pomyśli o temacie, o słowach, o historii, z której po poprzednim razie już nie jestem dumna.
A przecież powinnam, bo było to spełnienie mojego marzenia.
A jednak antologia stoi na półce i się kurzy, a ja już nie jestem dumna i wcale nie chce K. pokazywać tego z czego nie jestem dumna...
Naprawdę nie chciałam, w zasadzie nie wiem czemu o tym wspomniałam. Przecież ostatnim razem nie poszło dobrze.
Ostatnim razem jeszcze byłam dumna z tego co uczyniłam, z tego, że zostałam wybrana. Temat był nie ważny, ważne było to, że moje słowa gdzieś trafiły, ktoś je docenił. Ktoś je wydrukował, opatrzył okładką, opublikował. Byłam dumna.
I wiem dobrze że panna M. nie zamierzała zrobić mi krzywdy. Wiem dobrze, że jej żarty i zmiana niektórych elementów podczas czytelniczych godzin środowych, kiedy to siedziała na krześle i czytała na głos moje słowa, nie miały na celu złamania mnie. Wiem dobrze, że śmiejąc się z nimi i nie mówiąc im, że mnie to bolało popełniłam błąd. A może nie?
Myślę, że panna M. by tego nie zrozumiała. Nawet pomijając to jak bardzo ją lubię, uważam, że nie jest zdolna do tego, by pojąc jak ważna dla mnie jest "Pani Krainy". Jak ważna była dla mnie ta historia i jak bardzo chciałam, by jeszcze ktoś ją docenił.
W urzędzie, tam gdzie pracowałam, nie została doceniona. To nie był totalnie ich gatunek. Zakładając, że gatunek Yuri może być czyjkolwiek. Nie mniej, nie ja wybierałam temat, ani gatunek, lecz konkurs w którym brałam udział.
A zatem nauczona urzędowym doświadczeniem, nieco wyśmiana przez panne M. (choć wiedziałam, że nie chciała być złośliwa), postanowiłam w mojej nowej pracy nie wspominać o tym, że zostałam wydana.
Przez rok mi się udawało.
Więc nie wiem czemu to zrobiłam.
Może dlatego, że ostatnio Promyczek zapytała mnie w mailu czy jeszcze piszę i zachciało mi się płakać na samą myśl o tym, że już nie potrafię. Bo to boli. Boli, że część mnie umarła, że nie mam swojego Pozaświata, że nie potrafię już pisać. Boli kiedy ktoś o to pyta...
Tak, czy owak stało się. Wygadałam się i nastąpiła rzecz straszna.
Jedna w dziewczyn powiedziała, że chce to przeczytać.
Nauczona poprzednim doświadczeniem, choć nie cierpię porównywać ludzi, boje się. Boje się panicznie, że K może nie zachowa się jak panna M. ale na pewno coś pomyśli o temacie, o słowach, o historii, z której po poprzednim razie już nie jestem dumna.
A przecież powinnam, bo było to spełnienie mojego marzenia.
A jednak antologia stoi na półce i się kurzy, a ja już nie jestem dumna i wcale nie chce K. pokazywać tego z czego nie jestem dumna...
poniedziałek, 29 lipca 2019
Ponarzekam sobie.
No dobra, wiem, że długo mnie nie było. No cóż, fest długo. Złożyło się na to kilka czynników, więc postaram się nieco usprawiedliwić i proszę nie skreślajcie mnie :)
Przez ten czas działo się kilka rzeczy ale głównie zaczęło się od nawrotu depresji, Niestety niejednokrotnie przekonałam się, że z tej choroby nie da się całkowicie wyleczyć. Ona siedzi sobie, psia córka, w kącie i czeka na możliwość ataku, a nawrót tym razem był szczególnie paskudny. Tak paskudny, że rozważałam szukania psychologa, choć wiem, że w PL dla mnie to niemal niewykonalne.
Taką możliwością okazała się choroba mojego kota. Nadczynność tarczycy, niewydolność nerki, podniesione ciśnienie, spadek wagi. Obecnie jesteśmy na lekach i kicia przytyła 100 gram, więc jestem dobrej myśli. Nie mniej jednak przez jakieś dwa tygodnie chodziłam jak zombie, napychałam się słodyczami i roztaczałam w głowie czarne wizje uśpienia kota strzykawką i pustego domu bez tej futrzastej wredotki. Na szczęście leki się przyjmują, więc na razie trochę podniosłam się z dołka.
Do lekarzy z poprzedniego posta w końcu się dodzwoniłam i poumawiałam na wizyty, gdzie pierwsza mam już w czwartek (olaboga jak szybko, zwłaszcza, że dodzwoniłam się jakoś dwa dni po poprzedniej notce). Ze skierowaniem z lutego polazłam do innego lekarza, także na początku czerwca i już osiemnastego lipca, po wysiedzeniu w przychodni około półtorej godziny dowiedziałam się, że mam uczulenie na laktozę.
No kurwa cudownie zważywszy na to, że to niweluje niemalże wszystko co uwielbiam. Czekolada. Lody. Ciastka. Z drugiej strony fajnie, schudnę.
Nie, no gówno prawda.
Jest przecież mleko bez laktozy, są serki jogurty i tego typu bezedury. Da się żyć, nawet lody znalazłam (i nie mówię o sorbetach bo za takimi w sumie nie przepadam), ale czekolady już nie. I dobrze, przecież to kalorii w chuj.
A propos w chuj kalorii ostatnio doszłam do wniosku, że żrem za dużo, bo jedzeniem tego nazwać nie można. Nawet jak wczoraj zrobiłam sobie zdrowe żarcie na parze warzywa, to napchałam się tak, że brzuch mnie bolał (zwłaszcza że jeszcze pobolewa z pozostałości laktozy, bo nie ze wszystkiego potrafię wykluczyć), bo to przecież zdrowe i przecież nie wyrzucę. Dodam, że brokuł w ogóle mi nie smakował, mimo 40 minut w parowarze był niedogotowany.
Tak więc moja samoocena w ostatnich dniach mocno spadła poniżej krytycznej, zwłaszcza, gdy zauważyłam, że już mi ciasno w jednych rybaczkach, a jedna z ulubionych bluzek także opina ten mój wielki brzuch.
Na wagę nie staje, bo panicznie się boję, że zobaczę trzycyfrową, a przecież obiecałam sobie nigdy w życiu już się do czegoś takiego nie doprowadzać.
Tylko co robić, jak steper/orgitrek nie przynoszą efektów, na spacery nie chodzę bo upał taki że nosa nie wyściubiam jak absolutnie nie muszę, na basen nie pójdę bo ludzi od chuja i ciut ciut, siłownia odpada, dietetyk też, bo aż mnie skręca jak sobie pomyśle ile w kuchni będę siedzieć, a ja tak nienawidzę gotować. Nie mówiąc już o tym ile kasy na to wszystko pójdzie. Biegać nie mogę ( i nie chce) areobiku też nie zrobię, bo kolano, a zatem Zumba także odpada. Wiem, bo już próbowałam. Kolano nie słucha moich argumentów ;/ Jakieś rady?
Na koniec tego postu narzekań dodam, że upały są może nie kurewskie, ale i tak nie zachęcające, na domiar przestałam robić ćwiczenia na kręgosłup (a szlo mi nieźle wytrzymałam 3 tygodnie) bo mnie pan masażysta przyszły zjechał żem leniwa buła, że to co mam od pani internisty doktor to chujnia i ze potrzebuje czegoś innego. Po czym zarzucił mnie fotkami ze swojego podręcznika i uwieńczył to tekstem, że i tak nic z tego nie będę robić,czym wybitnie mi obrzydził dalsze próby.
Przez ten czas działo się kilka rzeczy ale głównie zaczęło się od nawrotu depresji, Niestety niejednokrotnie przekonałam się, że z tej choroby nie da się całkowicie wyleczyć. Ona siedzi sobie, psia córka, w kącie i czeka na możliwość ataku, a nawrót tym razem był szczególnie paskudny. Tak paskudny, że rozważałam szukania psychologa, choć wiem, że w PL dla mnie to niemal niewykonalne.
Taką możliwością okazała się choroba mojego kota. Nadczynność tarczycy, niewydolność nerki, podniesione ciśnienie, spadek wagi. Obecnie jesteśmy na lekach i kicia przytyła 100 gram, więc jestem dobrej myśli. Nie mniej jednak przez jakieś dwa tygodnie chodziłam jak zombie, napychałam się słodyczami i roztaczałam w głowie czarne wizje uśpienia kota strzykawką i pustego domu bez tej futrzastej wredotki. Na szczęście leki się przyjmują, więc na razie trochę podniosłam się z dołka.
Do lekarzy z poprzedniego posta w końcu się dodzwoniłam i poumawiałam na wizyty, gdzie pierwsza mam już w czwartek (olaboga jak szybko, zwłaszcza, że dodzwoniłam się jakoś dwa dni po poprzedniej notce). Ze skierowaniem z lutego polazłam do innego lekarza, także na początku czerwca i już osiemnastego lipca, po wysiedzeniu w przychodni około półtorej godziny dowiedziałam się, że mam uczulenie na laktozę.
No kurwa cudownie zważywszy na to, że to niweluje niemalże wszystko co uwielbiam. Czekolada. Lody. Ciastka. Z drugiej strony fajnie, schudnę.
Nie, no gówno prawda.
Jest przecież mleko bez laktozy, są serki jogurty i tego typu bezedury. Da się żyć, nawet lody znalazłam (i nie mówię o sorbetach bo za takimi w sumie nie przepadam), ale czekolady już nie. I dobrze, przecież to kalorii w chuj.
A propos w chuj kalorii ostatnio doszłam do wniosku, że żrem za dużo, bo jedzeniem tego nazwać nie można. Nawet jak wczoraj zrobiłam sobie zdrowe żarcie na parze warzywa, to napchałam się tak, że brzuch mnie bolał (zwłaszcza że jeszcze pobolewa z pozostałości laktozy, bo nie ze wszystkiego potrafię wykluczyć), bo to przecież zdrowe i przecież nie wyrzucę. Dodam, że brokuł w ogóle mi nie smakował, mimo 40 minut w parowarze był niedogotowany.
Tak więc moja samoocena w ostatnich dniach mocno spadła poniżej krytycznej, zwłaszcza, gdy zauważyłam, że już mi ciasno w jednych rybaczkach, a jedna z ulubionych bluzek także opina ten mój wielki brzuch.
Na wagę nie staje, bo panicznie się boję, że zobaczę trzycyfrową, a przecież obiecałam sobie nigdy w życiu już się do czegoś takiego nie doprowadzać.
Tylko co robić, jak steper/orgitrek nie przynoszą efektów, na spacery nie chodzę bo upał taki że nosa nie wyściubiam jak absolutnie nie muszę, na basen nie pójdę bo ludzi od chuja i ciut ciut, siłownia odpada, dietetyk też, bo aż mnie skręca jak sobie pomyśle ile w kuchni będę siedzieć, a ja tak nienawidzę gotować. Nie mówiąc już o tym ile kasy na to wszystko pójdzie. Biegać nie mogę ( i nie chce) areobiku też nie zrobię, bo kolano, a zatem Zumba także odpada. Wiem, bo już próbowałam. Kolano nie słucha moich argumentów ;/ Jakieś rady?
Na koniec tego postu narzekań dodam, że upały są może nie kurewskie, ale i tak nie zachęcające, na domiar przestałam robić ćwiczenia na kręgosłup (a szlo mi nieźle wytrzymałam 3 tygodnie) bo mnie pan masażysta przyszły zjechał żem leniwa buła, że to co mam od pani internisty doktor to chujnia i ze potrzebuje czegoś innego. Po czym zarzucił mnie fotkami ze swojego podręcznika i uwieńczył to tekstem, że i tak nic z tego nie będę robić,czym wybitnie mi obrzydził dalsze próby.
poniedziałek, 24 czerwca 2019
Lekarska Infolinia
Jak ja kocham po lekarzach łazić to chyba każdy z Was wie. Wiele z Was pewnie podziela moje zdanie, zwłaszcza ci, mieszkający w naszej pięknej Polszy. Doszłam dziś w ogóle do wniosku, że do weta łatwiej się dostać niż do lekarza w dzisiejszych czasach...
Anyway, jako, że problemy zdrowotne zmusiły mnie w końcu do ruszenia dupska, mam za sobą X-ray (RTG) kręgosłupa, cała masę leków i kilku lekarzy do odwiedzenia (Niekoniecznie z kręgosłupem. Ja po prostu do lekarzy chodzę jak do sklepu - jak muszę i z listą zakupów).
A zatem jedna wizyta w lipcu (a skierowanie mam od lutego, dopiero mnie pogoniło skorzystać z diagnozy specjalisty), drugą do lekarza rodzinnego z tymi zdjęciami muszę się umówić (pewnie mnie wyśle do ortopedy). Sadystę - dentystę także wypadałoby odwiedzić, a skoro już orzeszki to i chipsy, a zatem sprawdźmy i podwozie.
Znalazłam sobie lekarza, a raczej przychodnie ze specjalista całkiem niedaleko, bo tułać się naszymi miętowymi autobusami też nie mam ochoty po całym mieście. W piątek więc rano chyciłam za telefon (nie, żebym się zbierała od marca, kiedy to sobie obiecałam, że polezę w kwietniu) i dryndam ja na przychodnie:
- Witamy w centrum lecznictwa otwartego, jeśli chcesz umówić się do lekarza ogólnego wciśnij jeden...
Wybrawszy odpowiednie cyferki zasiadłam z telefonem przy uchu i czekam na połączenie. Sekundę później odłożyłam telefon i wrzuciłam głośno mówiący.
- Centrum lecznictwa otwartego czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa..
Jak słowo daje, nie da się przy czymś takim czytać, więc zabrałam się za co innego (po około 20 minutach bezczynnego lampienia się w internety i uzyskania bycia 5 w kolejce) Poszłam więc do kuchni, pomyłam gary, ogarnęłam obiad, oporządziłam kota, umyłam włosy
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce na połączenie, centrum...
... i tak dalej. Gdzieś w okolicach dziesiątej za dwie, a zaczęłam o 9tej i naprawdę nawet nie koloryzuje, nagle wesołe komunikaty z telefonu umilkły na ament i kompletnie nic się nie działo. Zero sygnału, zero człowieka po drugiej stronie. No kurwa nic.
Trochę się poddenerwowałam, przyznaję. Ale mówię nic, podjadę w poniedziałek na miejsce to się zarejestruje. Jednak po godzinie stwierdziłam, że w sumie spróbuje jeszcze raz. Odpalam telefon wybiera cyferki i zaczynamy zabawę.
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce
No kurwa sukces na wejściu!
Minął kwadrans. Kwadrans. 15 minut. Chwalmy siec play za darmowe rozmowy!
- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?
No nie mogę! Żywy człowiek!
- Dzień dobry, ja chciałam się do ginekologa zapiać.
- Do której przychodni?
- No do tej tam.
- Łącze...
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce.
Witki mi opadły. Naprawdę przysięgam, zaczęłam się śmiać. Po kolejnym kwadransie znów słyszę ludzki głos.
- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?
- Dzień dobry, ja do ginekologa chciałam
- A to się Pani znów do mnie dodzwoniła, wie pani co, ich chyba tam nie ma dzisiaj, niech pani zadzwoni w poniedziałek najlepiej.
Ja tam dziś poszłam.
Dowiedziałam się, że przez długi weekend to oni do czwartku mają tam nieczynne, dzwonić mam w piątek.
Już się ciesze na samą myśl ^^
Anyway, jako, że problemy zdrowotne zmusiły mnie w końcu do ruszenia dupska, mam za sobą X-ray (RTG) kręgosłupa, cała masę leków i kilku lekarzy do odwiedzenia (Niekoniecznie z kręgosłupem. Ja po prostu do lekarzy chodzę jak do sklepu - jak muszę i z listą zakupów).
A zatem jedna wizyta w lipcu (a skierowanie mam od lutego, dopiero mnie pogoniło skorzystać z diagnozy specjalisty), drugą do lekarza rodzinnego z tymi zdjęciami muszę się umówić (pewnie mnie wyśle do ortopedy). Sadystę - dentystę także wypadałoby odwiedzić, a skoro już orzeszki to i chipsy, a zatem sprawdźmy i podwozie.
Znalazłam sobie lekarza, a raczej przychodnie ze specjalista całkiem niedaleko, bo tułać się naszymi miętowymi autobusami też nie mam ochoty po całym mieście. W piątek więc rano chyciłam za telefon (nie, żebym się zbierała od marca, kiedy to sobie obiecałam, że polezę w kwietniu) i dryndam ja na przychodnie:
- Witamy w centrum lecznictwa otwartego, jeśli chcesz umówić się do lekarza ogólnego wciśnij jeden...
Wybrawszy odpowiednie cyferki zasiadłam z telefonem przy uchu i czekam na połączenie. Sekundę później odłożyłam telefon i wrzuciłam głośno mówiący.
- Centrum lecznictwa otwartego czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa..
Jak słowo daje, nie da się przy czymś takim czytać, więc zabrałam się za co innego (po około 20 minutach bezczynnego lampienia się w internety i uzyskania bycia 5 w kolejce) Poszłam więc do kuchni, pomyłam gary, ogarnęłam obiad, oporządziłam kota, umyłam włosy
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce na połączenie, centrum...
... i tak dalej. Gdzieś w okolicach dziesiątej za dwie, a zaczęłam o 9tej i naprawdę nawet nie koloryzuje, nagle wesołe komunikaty z telefonu umilkły na ament i kompletnie nic się nie działo. Zero sygnału, zero człowieka po drugiej stronie. No kurwa nic.
Trochę się poddenerwowałam, przyznaję. Ale mówię nic, podjadę w poniedziałek na miejsce to się zarejestruje. Jednak po godzinie stwierdziłam, że w sumie spróbuje jeszcze raz. Odpalam telefon wybiera cyferki i zaczynamy zabawę.
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce
No kurwa sukces na wejściu!
Minął kwadrans. Kwadrans. 15 minut. Chwalmy siec play za darmowe rozmowy!
- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?
No nie mogę! Żywy człowiek!
- Dzień dobry, ja chciałam się do ginekologa zapiać.
- Do której przychodni?
- No do tej tam.
- Łącze...
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce.
Witki mi opadły. Naprawdę przysięgam, zaczęłam się śmiać. Po kolejnym kwadransie znów słyszę ludzki głos.
- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?
- Dzień dobry, ja do ginekologa chciałam
- A to się Pani znów do mnie dodzwoniła, wie pani co, ich chyba tam nie ma dzisiaj, niech pani zadzwoni w poniedziałek najlepiej.
Ja tam dziś poszłam.
Dowiedziałam się, że przez długi weekend to oni do czwartku mają tam nieczynne, dzwonić mam w piątek.
Już się ciesze na samą myśl ^^
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































