Święta idą. Vill i tak w tym roku mega spóźniona bo takie sprawy to ma załatwione zazwyczaj już w październiku. Niestety zeszły rok wyglądał jak wyglądał, a w tym, cóż... walka o zatrudnienie łatwa nie jest, zwłaszcza, że się robi mimowolnie błędy. Ale do rzeczy.
Pierwsze święta z Zaklęciem, Oczywiście temat się nawinął na prezenty pod choinkowe. Zaklęcie o mały włos nie wydał majątku na miecz dla mnie, ale zdołałam go od tego odwieźć przypominając co mi obiecał jeszcze w czerwcu :P
Ja sama jak zwykle przy chopach, miałam dużo gorzej. Otóż Zaklęcie nie ma ulubionego filmu, postaci, muzyki, książki, gry i w zasadzie niczego nie jest jakimś mocno zapalczywym fanem. Wszystko delikatne, stonowane i równoważne jak to w przypadku wagi.
Kiedy już wpadłam na pomysł, że kupie mu pendrive'a bo przeca od jakiegoś czasu marudził, że ten jego to mało pojemności ma - drań jeden, kupił sobie sam (no nie wybaczę :P)
Ostatecznie zdecydował co pragnie pod choinką znaleźć (i to w momencie gdy już kompletowałam własny skromny pomysł), toteż zabrałam się za poszukiwania polskiego amazona czyli nasze ukochane Allegro.
Znalazłam, idealne w trzech wzorach, wymagania spełnia pełne, a i aparycją do Zaklęcia pasuje. Zamówiłam więc w poniedziałek wieczorem kurierem 48 pocztexu.
Jakaż moja jest naiwność...
We wtorek rano sprzedawca poinformował mnie, że nadał paczkę. W informacji tej zawarł tejże paczki numer, co od razu wrzuciłam do sprawdzenia. Nie znalazło nic. Okey, czekam.
We wtorek wieczorem otrzymałam SMSa od poczty polskiej, że moja paczka została nadana o godzinie 18:23. Myślę sobie okey, liczyłam na wtorek, więc moim mniemaniem będzie w czwartek, zdążę przed piątkową Zaklęcia wizytą.
W środę o 23:26 paczka raczyła wyjść z Warszawy, Okey, czekam.
W czwartek o 05:30 paczka znalazła się w Zabrzu. Okey, czekam.
W czwartek o 11:08 nadal była w Zabrzu. Nieco się zaczęłam niecierpliwić, ale przeca 48 to do tej osiemnastej czekam.
W czwartek o 18 nadal była w Zabrzu. Podobnie jak w piątek rano, po południu i wieczorem.
Nieźle już wkurwiona nadal czekam.
W poniedziałek okazało się, że paczka jest już w Jaworznie, czyli w zasadzie rzut beretem. o 12:16 podobno przekazano ją do doręczenia. o 20:59 za to odnotowano awizo o czym poinformowano mnie dziś o 08:29 rano, jak również o 11:09
Z pracy od domu lecę, na klatkę wpadam,, awiza nie ma. Okey, teraz już jestem nieźle podbuzowana.
Lecę na tę pocztę, na szczęście paczkę odebrałam na dowód.
Wracam do domu, wkurwiona jak meserszmit, bo gdzie tu od zeszłego poniedziałku do dziś jest cholerny kurier 48?!
W końcu jednak się uspokoiłam, otwieram to misternie zapakowane pudło, fakturę wyciągam, przedmiot wyciągam i .... krew mnie jasna zalewa, skrajna kurwica i nie wiem co jeszcze - Prosiłam wzór nr 1, dostałam 2. Bo czemu K...nie...?
Teraz się tylko zastanawiam, czy aż tak jestem wkurwiona by aktywować swe konto na Allegro i z klienta123456 stać się pełnoprawnym obywatelem wirtualnego bazaru mogącym zbluzgać na czym świat stoi sprzedawce, który ma 100% poleceń...
wtorek, 28 listopada 2017
czwartek, 23 listopada 2017
Sprzedawcowo kupne przygody (a ochrona danych osobowych to co?)
Ja to zawsze coś, jak nie urok to przemarsz wojsk, ale po kolei zdajmy relację całościową. Pierwej orbitrek, bo najkrócej póki co. Otóż psuje się draństwo na nowo. No słów mi brak, trzeci raz na gwarancje wysyłać mi się nie chcę. Słysze jednak, że sprzęt nie domaga, dźwięki wydaje takie jak wtedy gdy pierwszy raz pasek (rozrządu?) poszedł w pizdu albo jeszcze dalej o ile mógł wyjść z obudowy. Jutro aż się boję wejść na niego, bo od kilku dni podczas ćwiczeń w głowie wciąż na nowo układam treść reklamacji :(
Z telefonem jak się okazało sprawa nieco łatwiejsza. Mówię nieco, bo dojazd do najbliższego service'u LG nie jest łatwy. Znajduje się on bowiem w Katowicach i to bynajmniej nie w centrum. W związku z powyższym wybrałam się tam wraz z Zaklęciem w pierwszą wolną od szkoły sobotę. Wiało, padało i pizgało jak w kieleckim na zajezdni. Po dwóch autobusach dotarliśmy na miejsce tylko po to, by.... odejść z kwitkiem, a raczej numerem do darmowej dostawy kurierskiej face to face, czy też door to door (słynne D2D, jak bogackiego Pan kurier z DHLu zacznie u mnie chyba bywać na kawie. ), gdyż nie było prądu i nie mogli przyjąć mojego zgłoszenia.
Jakoś jednak mimo miłej aparycji panu kurierowi zaufać nie potrafiłam. Traf chciał, że miałam wolny jeden dzień tygodniowy celem porobienia badań lekarskich przedpracowych. W związku z powyższym po wizycie u okulisty udałam się do rzeczonego centrum service'owego. Pani przyjęła zgłoszenie wraz z tą moją angielską fakturką, mój cały list miłosny odnośnie problemów ze sprzętem skracając do niezbędnych dwóch zdań :P i odesłała mnie również z kwitkiem, tym razem potwierdzającym, że telefon jest u nich. Tydzień niecały minął i dostałam SMSa, by telefon odebrać. Jako, że wybitnie było mi nie po drodze trochę czasu minęło zanim zaplanowałam cała logistykę dojazdu prosto z tyrki do Katowic i przesiadki po uprzednim zgarnięciu Zaklęcia po drodze. Pani z punktu przyjęć reklamacji miała ze mnie ubaw i pewnie anegdotkę na najbliższych kilka wieczorów, bom cieszyła się jak dziecko (i to dosłownie skacząc z radości). No bo jak tu się nie cieszyć, kiedy wymieniony ekran, panel tylni i płyta główna za zupełne FREE OF CHARGE?! xD
Z kolei przy okazji porządków szufladowych stwierdziłam, że dwóch z czterech zapasowych telefonów należy się pozbyć, tym bardziej, że nie cierpię jak mi coś leży nie używane. Plan awaryjny w postaci innszego smatrphone'e to całkiem mądre posunięcie. Plan awaryjny planu awaryjnego w postaci starej ale jarej Nokii X2 to jeszcze mądrzejsze posunięcie. Jednakowoż plan awaryjny planu awaryjnego planu awaryjnego to już lekki przerost formy nad treścią.
Swój zamysł postanowiłam zatem wcielić w życie. Co za tym idzie jeden telefon dostał się córce koleżanki za śmieszne pieniądze, a drugi miał się dostać komisowi za jeszcze śmieszniejsze. Traf chciał, że znalazłam się w miejscu gdzie mają towary z zajęć komorniczych. No spoko, firma solidna, sprzętu od uja, nawet gwarancje na niektóre sprzęty dają. Pan mi powiedział, że te śmieszniejsze pieniądze to 2 dyszki polskich złotych. Mówię spoko telefon i tak dostałam poza tym wkurwia mnie że leży.
Pan wziął mój dowód, mówiąc, że spisujemy umowę (na dwadzieścia złotych hehe), coś tam poskrobał po czym oddał dokument i położył mi na ladzie 4 piątki. I dialog się wywiązał.
- A ta umowa co ją spisujemy to gdzie?
- A to jednak chce ją pani spisać?
- No jasne, skoro taka procedura.
Podał mi pan dwie karteczki formatu A5 na których była pieczątka firmy, moje imię, nazwisko, pesel i numer dowodu, a także że wedle niniejszej umowy jestem sprzedającym, pan kupującym, że ja oświadczam iż sprzęt jest całkowicie moją własnością, co oznacza, że nie jest kradziony i nie toczy się wobec niego żadne postępowanie sądowe. Że sprzęt zostaje sprzedany za ....... oraz, że kupujący ma ......... czasu na ewentualne zgłoszenie wadliwości sprzętu i tym samym odebranie od sprzedającego należności. Patrze się na to. Patrzę... patrzę...
- Czemu mi pan podsuwa jakąś umowę in blanko? - pytam - niech pan tu dopisze ile mi pan za sprzęt daje i ile mam czekać na ewentualne roszczenia do oddania kasy, zanim to podpiszę. Bo mi pan tu dał niepełna umowę.
Pan wstał, dwie dychy zabrał z lady, powiedział, że mu się nie chce skoro ja mu tak nie podpiszę to nici z interesu, telefon mi oddał i w pizdu podarł obie te kartki. Na co ja, że bardzo fajnie i spoko, ale proszę mi tu na moich oczach komisyjne te podarte kartki do niszczarki, niech się naje. Gość się na mnie patrzy spojrzeniem WTF, to mu tłumacze, że tam jest mój pesel napisany, a ten, ze on niby co ma zrobić z moim peselem? No wut?! Maindfuck mnie taki strzelił... Facet chyba nie wie co to ochrona danych osobowych, ej?
Z telefonem jak się okazało sprawa nieco łatwiejsza. Mówię nieco, bo dojazd do najbliższego service'u LG nie jest łatwy. Znajduje się on bowiem w Katowicach i to bynajmniej nie w centrum. W związku z powyższym wybrałam się tam wraz z Zaklęciem w pierwszą wolną od szkoły sobotę. Wiało, padało i pizgało jak w kieleckim na zajezdni. Po dwóch autobusach dotarliśmy na miejsce tylko po to, by.... odejść z kwitkiem, a raczej numerem do darmowej dostawy kurierskiej face to face, czy też door to door (słynne D2D, jak bogackiego Pan kurier z DHLu zacznie u mnie chyba bywać na kawie. ), gdyż nie było prądu i nie mogli przyjąć mojego zgłoszenia.
Jakoś jednak mimo miłej aparycji panu kurierowi zaufać nie potrafiłam. Traf chciał, że miałam wolny jeden dzień tygodniowy celem porobienia badań lekarskich przedpracowych. W związku z powyższym po wizycie u okulisty udałam się do rzeczonego centrum service'owego. Pani przyjęła zgłoszenie wraz z tą moją angielską fakturką, mój cały list miłosny odnośnie problemów ze sprzętem skracając do niezbędnych dwóch zdań :P i odesłała mnie również z kwitkiem, tym razem potwierdzającym, że telefon jest u nich. Tydzień niecały minął i dostałam SMSa, by telefon odebrać. Jako, że wybitnie było mi nie po drodze trochę czasu minęło zanim zaplanowałam cała logistykę dojazdu prosto z tyrki do Katowic i przesiadki po uprzednim zgarnięciu Zaklęcia po drodze. Pani z punktu przyjęć reklamacji miała ze mnie ubaw i pewnie anegdotkę na najbliższych kilka wieczorów, bom cieszyła się jak dziecko (i to dosłownie skacząc z radości). No bo jak tu się nie cieszyć, kiedy wymieniony ekran, panel tylni i płyta główna za zupełne FREE OF CHARGE?! xD
Z kolei przy okazji porządków szufladowych stwierdziłam, że dwóch z czterech zapasowych telefonów należy się pozbyć, tym bardziej, że nie cierpię jak mi coś leży nie używane. Plan awaryjny w postaci innszego smatrphone'e to całkiem mądre posunięcie. Plan awaryjny planu awaryjnego w postaci starej ale jarej Nokii X2 to jeszcze mądrzejsze posunięcie. Jednakowoż plan awaryjny planu awaryjnego planu awaryjnego to już lekki przerost formy nad treścią.
Swój zamysł postanowiłam zatem wcielić w życie. Co za tym idzie jeden telefon dostał się córce koleżanki za śmieszne pieniądze, a drugi miał się dostać komisowi za jeszcze śmieszniejsze. Traf chciał, że znalazłam się w miejscu gdzie mają towary z zajęć komorniczych. No spoko, firma solidna, sprzętu od uja, nawet gwarancje na niektóre sprzęty dają. Pan mi powiedział, że te śmieszniejsze pieniądze to 2 dyszki polskich złotych. Mówię spoko telefon i tak dostałam poza tym wkurwia mnie że leży.
Pan wziął mój dowód, mówiąc, że spisujemy umowę (na dwadzieścia złotych hehe), coś tam poskrobał po czym oddał dokument i położył mi na ladzie 4 piątki. I dialog się wywiązał.
- A ta umowa co ją spisujemy to gdzie?
- A to jednak chce ją pani spisać?
- No jasne, skoro taka procedura.
Podał mi pan dwie karteczki formatu A5 na których była pieczątka firmy, moje imię, nazwisko, pesel i numer dowodu, a także że wedle niniejszej umowy jestem sprzedającym, pan kupującym, że ja oświadczam iż sprzęt jest całkowicie moją własnością, co oznacza, że nie jest kradziony i nie toczy się wobec niego żadne postępowanie sądowe. Że sprzęt zostaje sprzedany za ....... oraz, że kupujący ma ......... czasu na ewentualne zgłoszenie wadliwości sprzętu i tym samym odebranie od sprzedającego należności. Patrze się na to. Patrzę... patrzę...
- Czemu mi pan podsuwa jakąś umowę in blanko? - pytam - niech pan tu dopisze ile mi pan za sprzęt daje i ile mam czekać na ewentualne roszczenia do oddania kasy, zanim to podpiszę. Bo mi pan tu dał niepełna umowę.
Pan wstał, dwie dychy zabrał z lady, powiedział, że mu się nie chce skoro ja mu tak nie podpiszę to nici z interesu, telefon mi oddał i w pizdu podarł obie te kartki. Na co ja, że bardzo fajnie i spoko, ale proszę mi tu na moich oczach komisyjne te podarte kartki do niszczarki, niech się naje. Gość się na mnie patrzy spojrzeniem WTF, to mu tłumacze, że tam jest mój pesel napisany, a ten, ze on niby co ma zrobić z moim peselem? No wut?! Maindfuck mnie taki strzelił... Facet chyba nie wie co to ochrona danych osobowych, ej?
poniedziałek, 20 listopada 2017
Córka Alchemika (Neverwinter) sesja 2
Zmierzchało
kiedy dotarli na miejsce postoju. Budynek o dziwo był nowy i dobrze
utrzymany. Miał piętro i w ogóle wyglądał solidnie. W środku
było, delikatnie mówiąc, pełno. W jednym kącie siedział
mężczyzna w towarzystwie kilku innych. Cała gróbka wyglądała
jak typowe zakapiory. Dowódca był pretendentem do tytułu
największego z nich. Miał długie czarne włosy. Do jednego ucha
przyczepiony pęk kruczych piór, do drugiego zaś pęczek czarnej
sierści, chyba wilczej. Pół twarzy przykrywała mu maska zrobiona
z czaszki wilka. Całość nadawała mu niebagatelnego wyglądu, a
jednocześnie darła się o uwagę jak żona na męża za nie pomyte
gary.
W
drugiej części sali za to siedział najsmutniejszy na świecie
dragonborne, tęsknie spoglądający na kufle z piwem na sąsiednich
stołach. Miał na sobie srebrną zbroje łuskowa i tarczę oraz młot
z wizerunkami smoczego boga Bahamuta. Wyglądał, jakby już długo
na kogoś czekał.
-
Szefie, mam pytanie – odezwała się Ayako. – Bo jestem
przywiązana do tej tu. – wskazała na Atalę. – A chciałabym
mieć osobny pokój, mogę?
-
Jak se zapłacisz, to naturalnie – odparł wesoło krasnolud,
wybrany jednogłośnie na szefa brygady z powodów niebywałej
rzadkości zamykania jadaczki.
Odziany
w srebną zbroje smutas wstał i, wyciągając jakaś rycinę,
podszedł do Atali.
-
Dzień dobry maiłem się tutaj spotkać z kims, czy to ty?
-
Niby wygląda jak ja – mówi Atala zerkając na pokazaną rycinę.
-
W takim razie jestem w trakcie ...
-
Może przedstawisz nas swojemu koledze? – wtrąca się Kaźmił.
-
Niech najpierw sam się przedstawi.
-
Miałem się tutaj spotkać z tą kobietą w kwestii zwalczania
nieumarłych z orderu zakonu paladynów tyra. Moje imię to Veskhar i
jestem paladynem Bahamuta.
Kaźmił
jak przystało na szefa Aniołków zdecydował się zasięgnąć
języka. Karczmarz narzekał na jakieś plemiona, z którymi się
dobrze handluje, oraz na zmarłych tych plemion, którzy są spokojni
i nie wychodzą z grobów. Muszą mieć dobry socjal w tych
zaświatach, że nie chce im się wyłazić i nawoływać
niezrozumiałym językiem włócząc nogami bez szczególnego celu.
Przecierał kubek prawie na wylot opowiadając o niziołkach z
południa, które podobno uprawiają czary by im dobrze pole rosło a
innym źle. Tak naprawdę jedyną przydatną informacja było
ostrzeżenie odnośnie trzymania się z dala od lasu, gdyż podobno
grasuje tam coś co uciekło czarodziejowi. Owe coś podobno jest
wilkiem ze skrzydłami i orlim łbem. O zielarce zaś dowiedzieli się
tyle, co nic, czyli ile ludzi tyle wersji, a wszystko powtarzane
niczym w dziecięcej zabawie. Kiedy usiedli do jedzenia, pretendent
do tytułu największego zakapiora postanowił jeszcze bardziej
zwrócić na siebie ich uwagę, podając się za akwizytora srebrnym
sprzętem. Wspaniały i niepowtarzalny srebrny topór na wilkołaki
wampiry i co tam tylko chcecie, a nawet do obierania pomidorów i
krojenia chleba za jedyne sto pięćdziesiąt sztuk złota.
-
Mogę zapłacic dwanaście sztuk złota – rzekł Kaźmił. – I
mam papier na to, że te dwanaście stuk złota jest wartych sto
dwadzieścia.
Cóż,
lepiej nie wątpić w papierki Kaźmiła, bo one mogą zwątpić w
nas. Akwizytor jednak nie dał się przekonać i twardo stojąc przy
swej cenie odszedł z kwitkiem. Trudni klienci, nie ma co.
***
Noc
już zapadła, kiedy Laira wyszła przed karczmę, by odstawić swoje
wygibasy, które jak co noc obserwowała Ayako, dopóki nie usnęła
z wyczerpania. Jako Elf Laira nie musiała spać tyle co ludzie, więc
spokojnie mogła wykorzystać czas na treningi. Tym razem jednak nie
dane jej było spędzić tego czasu w samotności. W ciemności
rozległ się stukot kopyt i w polu widzenia mniszki znalazł się
stary centaur. Sięgał dwa metry w górę. Umięśniony, ale stary
mężczyzna. Miał długie siwe włosy, w ustach fajkę,a w dłoni
włócznie. Odezwał się chrapliwym głosem w elfim języku.
-
Dziecko lasu, w ludzkiej siedzibie. Co cię tu sprowadza?
-
Mam swoje powody – odpowiada Laira.
-
Dobrze – mówi centaur po chwili milczenia. – Oby twoje powody
nie zaprowadziły cię za daleko na wschód. Wszystko ucieka i
umiera. Ptaki nie są już takie jak kiedyś. Drzewa nie są takie
jak kiedyś. Nawet trawa nie jest już taka jak kiedyś. Wszystko
umiera. Uważaj na siebie podróżniczko, dziecko lasu...
-
Zawsze uważam.
-
Pamiętaj, by zawsze trzymać tych żywych blisko, a umarłych pod
ziemią.
Odszedł
pozostawiając ją z tym dziwnym ostrzeżeniem.
***
Andverfell
było otoczone palisadą. Przy bramie od północy zobaczyli dwóch
strażników. Nie wyglądali jednak groźnie. Wyglądali raczej tak,
jakby w razie problemów jeden mógł prosić o spokój, a drugi
pobiec po psiłki, ewentualnie pierwszy mógł drugiego prosić o
interwencje. . Wzdłuż palisady jednak zauważyli kilku łuczników.
Do miasta weszli po krótkiej rozmowie w owymi przedstawicielami
ochrony, którzy na widok paladyna pokornie przepuścili cała
drużynę. Wszak mąż wysoko urodzony, wbić się mógł gdzie
chciał – miał to w traitach (blaszka i odznaka no nie?).
Miasto
cuchnęło... cóż, miastem. W oddali zobaczyli szyld. Było na nim
namalowane kowadło. Ruszyli w jego kierunku, kiedy zaczepił ich
jakiś facet od stóp do głów ubrany w coś, co w zamyśle miało
zapewne zakrywac każdą możliwą część ciała. I rzeczywiście
na widok publiczny zostały wystawione jedynie zielone oczy. Czuć
było od niego złem na kilometr. Nie trzeba było być paladynem by
to wiedzieć, aczkolwiek Laira od razu się spięła widząc jak
Veskhar kładzie dłoń na rękojeści młota.
-
Przybysze z północy – odzywa się mężczyzna i spluwa.
-
Pan też chyba nie tutejszy – odparowuje władca papierków.
-
Tak, ale jestem tu od jakiegoś czasu. Jak jesteście z północy, to
na pewno mi pomożecie. Bo ja jestem łowcą nagród – mówi
grzebiąc w papierach schowanych w torbie którą nosi ze sobą. –
Szukam tego mężczyzny – pokazuje rycinę.
Facet
wygląda zdecydowanie jak wczorajszy niedoszły akwizytor. List
gończy.
-
A co zrobił?
-
Podaje sie za łowcę wilkołaków, a tak naprawdę wraz ze swoją
bandą pozorują atak wilkołaków i rządają pieniędzy za
wytropienie i pozbycie się ich.
-
Kto wyał ten list gończy?
-
Powiedzmy, że to jest zlecenie od pewnego człowieka, przy którym
się odrobine zapędzili i zabili mu córkę.
-
To brzmi na coś ... żeby kogoś dopaść, ale czy jest wydany na
niego jakis wyrok prawny.
-
Nie przyszedłem na poradę prawną tylko pytam czy go widzieliście
– zielonooki zabiera list gończy.
-
Ale pyta pan o to drużynę w której jest paladyn no to chyba
logiczne, że ..
Mężczyzna
odwrócił się w stronę Veskhara, a jego oczy przybrały kolor
krwi.
-
Pladyn – mówi, jakby chciał zagryźć samo to słowo, a może i
rzeczonego paladyna. – Czyli nic nie widzieliście, przepraszam –
i odchodzi.
***
Miasto
nadal cuchnęło miastem, kiedy po wizycie w dziwnym barze, wróć,
karczmie, która szlachetnie pokazywała, że krasnolud z elfem może
żyć w zgodzie, w rezultacie była to kuźnia przerobiona na knajpę,
napatoczyli się na tablicę ogłoszeń na której widniała pięknie
oddana podobizna Ayako ozdobiona ramami listu gończego. Atala czym
prędzej zerwała papier.
-
Widziałem! Ww..wwwidziałem!
Atala
obróciła się i uniosła brew widząc dzieciaka. Niespełna
jedenastoletniego dzieciaka.
-
Widziałem, to ta pani jest na tym obrazku.
-
Wydawało ci się dziecko.
-
A widziałeś kiedyś co potrafi wkurzony smok? – zapytuje Vaskhar,
nachylając się nad dzieckiem.
-
Mama mówi, że takie jaszczurki jak pan, to teraz lubią, bo.. jest
ciepło i słońce świeci – mówi malec, po czym odwraca się do
władcy papierków. – Pppan jjest krasnoludem – rzecze.
Kaźmił
zdjął z ramienia torbę i pogrzebał w niej chwilę, po czym
wyciągnął gumową twarz z wąsami i okularami, nałożył ją i
rzekł:
-
Wcale nie, bo gnomem.
-
Wcale nie, pan jest krasnoludem, widziałem.
-
A pani jest Elfka, tak? Ładne włosy, długie – zwraca się
dzieciak do Lairy
-
Ta pani nie umie mówić – wtrąca Ayako.
-
A mówić nie umi?
-
Nie - odpowiada Atala – nie odzywa się.
-
A to ona stara musi być, babcia też już nie umie!
Kij
Lairy znalazł się w jej rekach błyskawicznie i tym sposobem
stracili małoletniego przewodnika. Uciekł w zuchwałej walce o
życie, aż się kurzyło. Laira wzruszyła ramionami.
***
Kolejna
karczma okazała się droga jak pozłacane jajka kota prezesa i
dopiera trzecia z odwiedzonych pozwoliła im zatrzymać się na noc w
rozsądnej cenie. Zdobywszy kilka informacji jakoby łowczy lorda
mogli coś wiedzieć na temat mieszkającej w lesie wiedżmy i
zaliczywszy zdziwko miesiąca, pierwszy raz słysząc głos
towarzyszącej im elfki, udali się do swych pokoi.
Nie
trwało długo, gdy Ayako podniosła wrzask widząc nożyczki w
rękach władcy papierków.
piątek, 10 listopada 2017
Taka moja własna rocznica.
Rok temu tego dnia również był piątek. Piątkowy poranek, gdy ostatni raz go widziałam, żegnając standardowym "miłego dnia kochanie". Naprawdę życzyłam mu wtedy miłego dnia, wiedziałam, że wieczór będzie koszmarny.
Moje ukochane auto pomieściło całość mojego dobytku z ostatniej niemal dekady. To niesamowite jak mało rzeczy ze sobą wzięłam, jak mało rzeczy miałam, ale czy to ważne ile tego było? W zasadzie dzięki temu było prościej...
Podróż życia była dość prosta i przyjemna, zważywszy na to, że był to mój pierwszy raz na autostradzie, kiedy to moje ręce trzymały kierownice. Jednak zarówno KAtka jak i ja sama spisałyśmy się na medal.
Minął rok, odkąd zrobiłam rzecz diametralnie zmieniającą moje życie. Wszystko co nastąpiło po momencie zapalenia silnika 10tego listopada 2016 roku było kierowaniem się jak najdalej od niego i jak najbliżej siebie.
Rok temu uciekłam od Krótkiego, by rozpocząć resztę mojego życia.
Bilans na tą moją własną rocznice wygląda dość dobrze :)
- Mieszkam w Polsce
- Mam przy sobie ludzi
- Mam blisko rodzinę
- Rozwiodłam się
- Mam najbardziej miziastego kota jakiego mogłabym sobie wymarzyć.
- Widziałam na żywo Abelarda Gizę
- Mam pracę (póki co 2 miesiące, ale może będzie dłużej)
- Jestem urzędnikiem.
- Poznałam Zaklęcie
- Rozpoczęłam szkołę (technik administracji)
- Depresja nie wróciła (co również zaliczam na poczet sukcesu minionego czasu)
Zebrawszy to wszystko do kupy chcę powiedzieć, że (z nieocenioną pomocą cudownej rodzinki i moich ludzi) radzę sobie :)
Chcę również powiedzieć, że chociaż nie było łatwo, cieszę się, iż podjęłam te trudne kroki, które zaprowadziły mnie tu, gdzie teraz jestem :)
Moje ukochane auto pomieściło całość mojego dobytku z ostatniej niemal dekady. To niesamowite jak mało rzeczy ze sobą wzięłam, jak mało rzeczy miałam, ale czy to ważne ile tego było? W zasadzie dzięki temu było prościej...
Podróż życia była dość prosta i przyjemna, zważywszy na to, że był to mój pierwszy raz na autostradzie, kiedy to moje ręce trzymały kierownice. Jednak zarówno KAtka jak i ja sama spisałyśmy się na medal.
Minął rok, odkąd zrobiłam rzecz diametralnie zmieniającą moje życie. Wszystko co nastąpiło po momencie zapalenia silnika 10tego listopada 2016 roku było kierowaniem się jak najdalej od niego i jak najbliżej siebie.
Rok temu uciekłam od Krótkiego, by rozpocząć resztę mojego życia.
Bilans na tą moją własną rocznice wygląda dość dobrze :)
- Mieszkam w Polsce
- Mam przy sobie ludzi
- Mam blisko rodzinę
- Rozwiodłam się
- Mam najbardziej miziastego kota jakiego mogłabym sobie wymarzyć.
- Widziałam na żywo Abelarda Gizę
- Mam pracę (póki co 2 miesiące, ale może będzie dłużej)
- Jestem urzędnikiem.
- Poznałam Zaklęcie
- Rozpoczęłam szkołę (technik administracji)
- Depresja nie wróciła (co również zaliczam na poczet sukcesu minionego czasu)
Zebrawszy to wszystko do kupy chcę powiedzieć, że (z nieocenioną pomocą cudownej rodzinki i moich ludzi) radzę sobie :)
Chcę również powiedzieć, że chociaż nie było łatwo, cieszę się, iż podjęłam te trudne kroki, które zaprowadziły mnie tu, gdzie teraz jestem :)
poniedziałek, 6 listopada 2017
Początki kontynuacji w nowej - starej pracy
No więc poszłam do niego, bo tak powiedziała Szefowa. Kolczyki zmieniłam (ludzie mają dziwne myśli jak widza pentagramy w czyichś uszach - ach ten zaścianek niedouczony), Ankh mój magiczny wisiorkiem z czerwonym oczkiem zastąpiłam. Na galowo się odjebałam tylko po to by usłyszeć, że hajsów ni ma.
I całe szczęście w sumie, bo przestało mi zależeć przez to.
Jak wiadomo, wedle Zelanda tak właśnie być miało.
I było, bo dziewczyny się wkurwiły, bo jak hajsu ni ma to ma się znaleźć i się znalazł. Na dwa miesiące.
Moja pierwsza umowa o pracę (na czas określony) w naszym pięknym kraju. Pół dnia szkolenia z ochrony danych osobowych i BHP tylko po to, by wrócić do pokoju, do swojego biurka, na swoje krzesło i ... zobaczyć stertę niezrobionych wniosków i drugą do poprawy bo od pierwszego listopada zmieniło się pouczenie na decyzjach.
Pani zastępca kierownica już mnie wzrokiem zabiła, gdy zaniosłam jej dziesięć poprawionych. Przysięgam, że gdyby miała lasery w oczach, ze dwadzieścia tysięcy razy bym została spalona na wiór :P
Poza tym, póki co, żadna różnica. Nadal pracuje na koncie stażysty na swoim starym loginie i haśle do systemu. Czekają mnie dwie poważne decyzje zasiłku rodzinnego, które obecnie nie mam pojęcia jak napisze, ale się nie łamię. Mam koleżanki, które mi pomogą. Dobrze tam żyjemy. Dobre miejsce, dobra praca, dobre dziewczyny i petenci czasem dobry.
Żyć nie umierać ;)
I całe szczęście w sumie, bo przestało mi zależeć przez to.
Jak wiadomo, wedle Zelanda tak właśnie być miało.
I było, bo dziewczyny się wkurwiły, bo jak hajsu ni ma to ma się znaleźć i się znalazł. Na dwa miesiące.
Moja pierwsza umowa o pracę (na czas określony) w naszym pięknym kraju. Pół dnia szkolenia z ochrony danych osobowych i BHP tylko po to, by wrócić do pokoju, do swojego biurka, na swoje krzesło i ... zobaczyć stertę niezrobionych wniosków i drugą do poprawy bo od pierwszego listopada zmieniło się pouczenie na decyzjach.
Pani zastępca kierownica już mnie wzrokiem zabiła, gdy zaniosłam jej dziesięć poprawionych. Przysięgam, że gdyby miała lasery w oczach, ze dwadzieścia tysięcy razy bym została spalona na wiór :P
Poza tym, póki co, żadna różnica. Nadal pracuje na koncie stażysty na swoim starym loginie i haśle do systemu. Czekają mnie dwie poważne decyzje zasiłku rodzinnego, które obecnie nie mam pojęcia jak napisze, ale się nie łamię. Mam koleżanki, które mi pomogą. Dobrze tam żyjemy. Dobre miejsce, dobra praca, dobre dziewczyny i petenci czasem dobry.
Żyć nie umierać ;)
piątek, 3 listopada 2017
Córka Alchemika (Neverwinter) sesja 1
Karawana wolno toczyła się przez drogi i trakty. Niektóre z
nich były dość nowe, ale dzięki papierkom Kaźmiła nie musieli opłacać
przejazdów. Krasnolud zresztą miał papier na wszystko, a nawet na to, że na coś
papier nie istnieje (przy czym nie należało wątpić w papierki Kaźmiła, bo
papierki Kaźmiła mogły wątpić w ciebie). Zdecydowanie nie było to zgodne z
prawem, jednak w ich podróży bardzo się przydawało. Pozwalało to oszczędzić
trochę grosza, choć nie oszczędzało czasu Niewielu bowiem potrafiło przeczytać
podstawiony pod nos glejt.
Sam Kaźmił wyglądał jak chodząca narzędziownia. Miał na
sobie roboczy kaftan, na modłę kamieniarską, obwieszony był też takowymi
narzędziami jak choinka bombkami, na plechach zaś nosił kilka książek. Dolną
połowę jego twarzy ozdabiała oczywiście broda, która była, jak wiadomo wszem i
wobec, żywiołakiem piwa żyjącym w symbiozie z krasnoludem.
Ayako - brązowowłosa niewysoka dziewczyna (niemal dziecko)
przyglądała się z lekkim rozbawieniem kolejnym bezskutecznym próbom uzyskania
od karawany opłaty za drogi. Siedząca z nią na wozie czerwonowłosa nie
spuszczała z niej wzroku. Nie dlatego, że powinna jej pilnować (tą robotę
dostał ktoś inny) ale dlatego, że dość ciekawiły ją pierścionki, które ta miała
na sobie. Była to dość misterna i droga magiczna robota. Zadanie tych pięknych
ozdób było bardzo proste. Miały trzymać rączki Ayako w bezpiecznej odległości
od cudzych sakiewek i innych dóbr. Władze nad owymi artefaktami sprawowała
Atala – białowłosa wojowniczka, obecnie jadąca na wozie z piwem.
Laira miała czerwone włosy. Została wybrana do tej drużyny
jako osoba nie zrzeszona z żadną konkretną organizacją, ani wiarą. Była bowiem
mnichem, a szpiczaste uszy i szczupła sylwetka zdradzały jej elfickie
pochodzenie. Była też bardzo małomówna. Właściwie, odkąd poznała się z resztą
drużyny nie wypowiedziała ani słowa.
Anołki Kaźmiła (bo jak inaczej nazwać jednego krasnoluda i
trzy kobiety) zostali wysłani do Andverfell. Z informacji jakie pozyskali
wynikało, że niedaleko tego miasta, w lesie mieszka córka pewnego alchemika.
Podobno, jak wszystkie jego dzieci, była narażona na jakaś klątwę powodującą
straszliwe deformacje ciała. Zadanie od Zakonu polegało na odnalezieniu jej i
zapewnieniu ochrony. Przy okazji dowiedzieli się także, że miejsce to
nawiedzane jest przez żywe trupy, co również nakazano im zbadać w miarę
możliwości. Ciekawym był fakt, że Zakon chciał pozostać w tej sprawie
anonimowy.
Skręcili z brukowanych dróg, przez co trzęsło dupą jeszcze
bardziej. Jechali drogami wijącymi sie miedzy wzgórkami, gdy nagle usłyszeli
róg. Narodowy krasnoludzki róg. Woźnica zatrzymał się na widok siedzącego na
kamieniu krasnoluda, który zdecydowanie grał na rogu, a zatem był prowodyrem
całego zamieszania. Kaźmił spojrzał na rodaka, który właśnie podbiegł do wozu.
- O mości krasnolud, ja widzę – odzywa się ten z rogiem –
jakiś, jakiś taki majętniejszy bardziej! P..panie, pan krasnolud tutaj, brat
mój, de facto, pan mi pomoże tutaj – mówi dalej – bo ostatnio pieniędzy nie ma.
- No cóż jest takei stare krasnoludzkie powiedzenie –
odpowiada Kaźmił – Jak sie ni ma pieniędzy to się idzie do roboty.
- Nie, nie, nie – wyciągnął topór – powiedziałem, że ty
mi dasz, kurwa wszystkei pieniądze!
- Ty mi grozisz? – władca papierków był autentycznie
zdumiony.
Laira wychyliła się z wozu i przyuważyła w krzakach
zaszyte przyczajone krasnoludy (ukryte brody) z kuszami. Jeden wygrzebał się
właśnie z traw, również z toporem. Wyglądało to jak klasyczna napaść, taka z książek,
podręczników, rysunków prastarych ludzi, tak bardzo była klasyczna. Elfka
reagując doc szybko rzuciła rzutką.
Krytyczne pudło.
Jeden z bandytów zaatakował Kaźmiła, trafiając go dośc
mocno. Drugi podbiegł i przeciął końskie uzdy, strategiczny ruch. Prowodyr
całego zamieszania wyjął lekką kusze i strzelił do Lairy, ale (jak przystalo na
mniszkę) zrobiła unik. No nie wypadało inaczej. Kolejny bełt poleciał w stronę
Atali, lecz ochronił ją pancerz. Kaźmił, wbrew temu, jak wygląda, okazał się
magiem. Rzucił zaklęcie usypiające i Prowodyr padł zemdlony. Ayako wyskoczyła z
wozu i zapięła cięciwę łuku, niestety zaplątała się w pierścienie i piękła.
Atala w tym czasie wyjęła swoją kuszę i strzeliła.
Krytyczne trafienie, krasnoluda zmiotło natychmiast.
Laira postanowiła pierdylnąc się na tego pana tutaj i użyć
umiejętności innych niż walka na dystans. Skoczyła, uzbrojona w kij w stronę
jednego z napastników. Wybór okazał się słuszny. Przeciwnik nie spodziewał się
ataku, dwoma celnymi ciosami w czaszkę został wyeliminowany z tej klasycznej,
podręcznikoej napaści. Ostatni żyjący wziął nogi za pas i spieprzył aż się kurzyło.
Kiedy zostali już sam na sam ze śpiącym prowodyrem
związali go i obudzili. Jak zwykle w takich przypadkach pałeczkę przejął
Kaźmił.
- Jak się nazywasz?
- Spierdalaj.
- Więc panie Spierdalaj, dlaczego na nas napadłeś?
- Dla pieniędzy, to dobry pracodawca, polecam (Piotr
Fronczewski? ), ogólnie to moim hobby jest mieć za co żyć.
Drużyna nie miała jednak za bardzo potrzeby trzymać przy
sobie pana Spierdalaj, mimo, ze przedstawił całe bogate CV swoich możliwości.
W związku z powyższym Ayako dokonała zadania na obopulną
zgodą, a drużyna podzieliła się łupem, co dowodzi, że nosił wilk razy kilka..
Subskrybuj:
Posty (Atom)




