czwartek, 22 grudnia 2016

Rewolucje pokojowe, stare i nowe graty podróże pociągowe, oraz kolejny kot, który znikł mi sprzed nosa.

Kot, którego znalazłam, który już dwa razy był oddawany okazał się wzięty po raz trzeci. Szkoda, bo już sobie wyobrażałam  go u mnie w mieszkanku witającego mnie, gdy tylko wrócę z pracy (jakiej pracy?) Dwie sekundy później zakochałam się w kotce. jej imię - Ciri - przyciągnęło mnie chyba bardziej niż jej ugodowy charakter. Tak bardzo jej zapragnęłam ze wyśpiewałam aż cztery zaklęcia. Niestety, jak to zwykle bywa przy kotach miziających się, znalazła szybko kochający dom. Przez chwile czułam się strasznie, bo wierzyłam tak niesamowicie mocno, że Ciri jest mi przeznaczona, że cudownie będzie nam razem, niech tylko chwilkę poczeka aż znajdę tę przeklętą pracę... Na koniec użalania się i po tabliczce czekolady (kobiece dni niestety swoje robią, ktoś powinien wymyślić tabletkę na PMS. Chyba to opatentuję!) uznałam, że Ciri faktycznie była znakiem. Znakiem, by poczekać. Więc przestałam ganiać po stronach internetowych schronisk i innych kocich domów w poszukiwaniu pupila który sprawi, że oboje nawzajem się uszczęśliwimy.

W zamian za to postanowiłam trochę ogarnąć swoją przeszłość. Przejrzałam masę papierów zdjęć starych zeszytów i rzeczy, które po takim czasie absolutnie nic dla mnie nie znaczyły. W związku z tym, ze Łojciec zrobił mi graciarnie z pokoju, ja zrobiłam tam tajfun sprzątania. Do tego poprzestawiałam kilka rzeczy tak, że nie do końca przypomną mój pokój z zastałą energią lat szkolnych i przed Krótkowych. Do tego w ramach oczyszczenia ścięłam włosy, a Wiedźma Rodzicielka stwierdziła, że odmłodniałam. Zabrałam tez kilka swoich gratów, jak ulubiony sztylet który o ile pamiętam chyba własnie w Jaworznie został kupiony przez mojego ex (serio teraz sobie przypomniałam, a pół dnia zachodziłam w głowę skąd ja go mam), oraz dostałam kilka nowych jak książka, durszlak i komplet pościeli.

(Przy okazji -  Jeśli kiedykolwiek kupicie coś do kuchni, miskę albo coś i nie będziecie mogli się pozbyć kleju spod naklejki na produkcie, pomaga na to oliwka dla dzieci - moja ciotka jest genialna! :P)

Wizyta w rodzinnym mieście była złym i dobrym pomysłem jednocześnie. Dobrym, bo spędziłam dużo czasu z rodzina, której tak mi brakowało przez te osiem lat. Mnóstwo czasu gdzie nikt mnie nie poganiał i gdzie nie musiałam patrzeć, że ktoś chce mnie jeszcze do swojego ojca na kolacje czy o babci z Niemiec na obiad. Zła bo jednak w rodzinnym mieście znajduje się kilka miejsc które wybitnie kojarzą mi się z Krótkim, przez co odwiedzanie ich bolało. Na całe szczęście Krótki nigdy nie lubił chodzić ze mną na spacery po Zgorzelcu, więc wycieczki na nogach były dość przyjemne i nie okraszone bólem wspomnień.

Po raz drugi prowadziłam po polskich drogach, choć mój ciężko tyrający Łojciec ( po którego pojechałam samochodem jego kobiety, bo jego się zepsuł) uznał, że egzamin bym oblała, chociaż uwag miał całe dwie, no może trzy biorąc po uwagę to, że nie zaparkowałam tam gdzie chciał :P

Za to powrót pociągiem był mega męczący. Okazało się że pociąg z rezerwacją przy oknie jest przedziałowy, a że ja miałam gratów więcej w tą stronę niż w tamta w pewnym momencie wręcz zaklinowałam się w korytarzu :P Na całe szczęście z Katowic złapałam szybciej autobus, wiec byłam w domu całe pół godziny wcześniej.




















sobota, 17 grudnia 2016

Ta pustka i to choróbsko i te podróże i te tęsknoty

Zapakowałam się w sumie trzy torby. Całe szczęście, że laptoka brać nie musiałam, chwała nowoczesnym telefonom.

Spontaniczne spotkanie z kolegą z internetu do którego wcale dojść nie miało początkowo okazało się nawet dobrze zagospodarowanymi dwudziestoma minutami. W drodze powrotnej mam chęć spotkać się z przyjacielem, ale znając moje szczęście pewnie nic z tego. W końcu to tylko godzina między pociągami. Chociaż do Wrocławia nie ma aż tak daleko ani z jednej ani z drugiej strony. Kiedyś do spotkania na pewno dojdzie.

Obecnie siedzę u Łojca. Na nowo musiałam się nauczyć palić w piecu. Stety albo niestety wybrałam sobie na powroty porę zimową. Oczywiście Polska przywitała mnie smogiem w Krakowie, śniegiem w Chorzowie, rozwalonym zamkiem od kurtki w Katowicach, kolegą we Wrocławiu i choróbskiem w Zgorzelcu. No bo czemu nie, dawno już nie chorowałam tak, żeby mnie do wyra położyło. Od czasu do czasu takie rzeczy trza nadrobić, zwłaszcza, że polskie apteki kochają moje oszczędności. Po trzech dniach picia Theraflu przerzuciłam się na Gripex i syrop cebulowo czosnkowy. Swoją drogą jak na ironię ubezpieczenia jeszcze nie mam, wiec .. hm... nie pochwalę się czym mnie przywitała Polska Służba Zdrowia.

Udało mi się jednak pospacerować po rodzinnym mieście i odkryć jak bardzo... nie czuję nic chodząc wspomnieniowymi drogami i uliczkami. Wydaje mi się, jakby to już nie miało znaczenia, że gdzieś coś kiedyś z kimś... a tam na tamtej ławce... a tu kiedyś stał ten sklep.. a tam do szkoły i na boisku ... Pusto.. jak film, życie toczące się gdzieś obok. W innym wymiarze.

U babci siedzę na łóżku i wpatruje się w zdjęcie w różowej ramce. On, szczupły, niewysoki, uśmiechnięty z brodą i czarnymi włosami, ze stalowo niebieskimi oczyma idzie trzymając ją za rękę. Tą czerwonowłosą w bordowej sukience ze studniówki z długimi włosami, niebieskimi roziskrzonymi oczami i wyszczerzonymi zębami ( bo nigdy jakoś się nie przejmowała tym, że są nie do końca proste czy ładne), zadowoloną i też szczupła jak nigdy jeszcze wcześniej i pewnie nigdy później. Patrze na nich i czuję... chyba nic, albo i pustkę. Patrzę na nich i zastanawiam się, czy ja znam tych ludzi, czy to naprawdę byłam ja i Krótki?

Mój własny pokój u taty w mieszkaniu, jak to zwykle bywa przy pokojach nie używanych, zakurzony i zawalony gratami. Za każdym razem jak przyjeżdżam muszę go sobie ogarnąć, odkurzyć, przejrzeć graty, pobawić się wspomnieniami. Tylko, że tym razem te wspomnienia są.. puste... Jakby z innego życia, innej rzeczywistości...

Patrzę na zdjęcia znajomych ze szkoły, wizyt w Krakowie, spagetti z doniczki ulubionej knajpki gdzie na dworze zamiast krzeseł pod Wawelem mają huśtawki ogrodowe, patrze na twarze uśmiechnięte i zadowolone, z 15 lat młodszą Wiedźmę Rodzicielkę, z 15 lat młodszą mnie. Połowę życia temu.. Życia, które przed Krótkim wydaje się nie istnieć...

Tęsknie za nim i to niezaprzeczalny fakt. Nie wiem tylko do czego to mnie doprowadzi, bo póki co doprowadza mnie do łez. Uznałam, że już nie tylko z własnej zachcianki ale i terapeutycznie muszę koniecznie zaadoptować kota.

I nie ma zmiłuj. Tylko znaleźć pracę i od razu jadę do schroniska.


niedziela, 4 grudnia 2016

Sernik i lodówka

Wprowadziłam się wczoraj. Jako, że w piątek czeka mnie podroż na dolną partię polskiej mapy postanowiłam jeszcze nie włączać lodówki, bo jaki sens jest, by teraz tydzień chodziła, a potem dwa tygodnie biegała na darmo.  Funkcję lodówki zatem pełni parapet za oknem.

Molly dziś do mnie przyjechała, więc wybrałyśmy się na spacer. Trafiwszy do jednego z francuskich marketów od razu rzuciły mi się w oczy czerwone talerze. Co tam, że wczoraj w Ikei wydala tyle forsy, że nie chcę o tym myśleć. Z drugiej strony nie dalej jak dziś rano stwierdziłam, że racja w tym iż dom to nie rzeczy, a ludzie. A te talerze z Ikieły to przecież tylko rzeczy. (Nie nie kupiłam kolejnych. )

Idąc dalej tym tropem przejrzałam dostępne w owym markecie kolorowanki antystresowe, które mnie coraz to bardziej stresują ostatnim czasem, bo przecież ŻADNA nie jest taka jak ta, co miała Pani Krainy. Każda jedna ma zawijasy i te inne farmazony zamknięte w kształcie zamiast kształt z tego stworzony. Po marudziłam trochę i poszłyśmy dalej. W oczy  rzucił mi się mikser, który miałam sobie kupić. Był w promocji więc się skusiłam.

Szukając mięsa mielonego, potraw i innej maści rzeczy, a także trochę leków i zmiotki z szufelką (moja niestety okazała się złamana) opowiadałam jaka to radocha, że w środę jak Molly znów przyjedzie, to sernik zrobimy i będzie fajnie bo w czwartek Wiedźma Rodzicielka wpada to też się załapie i w ogóle super wypas, bo już mam ten mikser.

Kolejka była długa, niemal na całą sklepu długość. Stoimy w tej kolejce patrze po produktach i nagle jak mnie coś nie trafi.

Przecież ten sernik jest na zimno.
A ja nie mam lodówki :P

Zatem sernik dopiero po powrocie z domu rodzinnego, a tymczasem sama siedzę już w domu czekając na panów z moimi gratami z UK i zastanawiam się, czy dam radę cokolwiek dziś rozpakować, bo oczy mi się zamykają.. a ciało wciąż pragnie ciepła drugiego człowieka.. a co Krótki..? Podobno zapisał się na siłownie i terapię. Podobno chce o mnie walczyć. Podobno ważna jestem dla niego...

A ja tęsknie.. tylko nie wiem czy za nim czy za wspomnieniem ciepła..

Edit: Przyjechali parę minut po północy. Ma ktoś ochotę powciskać sobie milion kilometrów folii bombelkowej? :P

czwartek, 1 grudnia 2016

Zimno...

Nie lubię zimy. Nigdy nie lubiłam. Śniegu też nie lubię. Jedynie ładnie wygląda, nic więcej. Same z nim kłopoty.

Tramwaje i autobusy są koszmarnie drogie i nawet radość z nowej suszarki do prania nie umie przyćmić żałości wydawania na podróże.

Zimno. Nie lubię zimy, nie lubię nie mieć samochodu, chociaż miałam go ledwie trzy lata. Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do dobrego.

Umowa na Internet zawarta na dwa lata, co za tym idzie trochę się uziemiłam. Żona Pana Murów - Panika (Panika Mur, czy to nie zabawnie brzmi?) towarzyszy mi ostatnimi dniami nadzwyczaj często. Wciąż mam wrażenie, że o czymś zapomniałam, albo coś się mocno spierdoli w niedługim czasie. Pewnie trafi mnie zbłąkana kula i w końcu zakończy moje wywody myślowe z samą sobą.

Z nim nigdy nie mogłam rozmawiać. Z sobą rozmawiałam o nim i tym jak mnie denerwuje. Teraz mam już sama siebie dość, bo zastanawiam się co u niego, jak sobie radzi, jaką terapię mu przydzielili i czy w ogóle jeszcze o mnie myśli. Czy naprawdę się zmieni. Czy aż tak bardzo kocha i czy po naszej kolejnej rozmowie nie zrezygnuje. Przecież to ja od niego odeszłam bo traktował mnie jak śmiecia, wiec dlaczego tęsknie? Pierdolony syndrom sztokholmski?

- Nie odzywa się.
- Sama mu kazałaś zamilknąć.
- Wiem, ale się nie odzywa.
- Jesteś nielogiczna
- Jestem kobietą.

Zimno jest, nie cierpię zimy. Przez ten wielki szalik nie mogę normalnie obracać głową, a kolczyki wiecznie się do niego przyczepiają. Czapek też nie lubię. Za to moje buty za najtańszą możliwą kwotę z angielskiego supermarketu chyba nie ogarniają, co to zima. Ani razu się jeszcze nie pośliznęłam i nawet nie przemokły.

Na domiar tego moje emocje chyba zapadły w sen zimowy. Nie mogę płakać, nie mogę się cieszyć nie mogę nic.

Czuje się nijak.