Gruba jestem. To fakt, niezaprzeczalny do tego. Szczególnie jeśli dodać wynik wagowy, na który nie patrzyłam od zeszłego roku, oraz jakże wymowną prezentację wizualną wieńczoną odbiciem lustrzanym.
Odkąd pamiętam nie podobałam się sobie. Nawet wtedy, gdy ten jeden raz w życiu byłam szczupła. Tak, zdarzył się taki moment, a konkretnie 13 września 2013 roku kiedy to waga moja wykazała iście szatańskie poczucie humoru pokazując 66,6 kg na liczniku i spuszczając spódnicę ze studniówki do samych bosych, równie zdziwionych tym faktem co ja, stóp. Odchudzałam się do tej sukienki. W końcu była mega okazja. Ślub z Krótkim, który zorganizowałam praktycznie sama od własnej kiecki do wodzireja. Ale nie o tym dziś.
Wtedy, gdy nawet przed (teoretycznie) najszczęśliwszym dniem mojego życia odzywał się we mnie mój wewnętrzny żydek - skąpiec postanowiłam, że na ślub ubiorę kieckę ze studniówki, bo co będę kupować dwie kiecki na po jednej nocy, jak może mieć jedną kieckę na dwie imprezy. Kieckę zwęziłam na czas, ale również nie o tym dziś. Dziś o tym, że nawet wtedy, tego dnia w tej kiecce się sobie nie podobałam. Ale od początku.
Już jako dziecko kochałam słodycze. Prawdopodobnie zajadając emocje i ukrywając w kolejnych wafelkach i kostkach czekolady łzy z powodu szczególnie okrutnych dzieci w szkole. Odkąd pamiętam przeżywano mnie od grubych. Odkąd pamiętam zawsze taka byłam. Niewysoka, licząca sobie max 170 cm (w dowodzie), nieśmiała stłamszona przez "fajniejsze" dzieci dziewczyna. Nigdy najlepsza w niczym.
Już w 6stej klasie podstawówki wyjechałam do sanatorium odchudzającego (po tym jak koleżanka z tej samej klasy również w takowym była i przyjechała szczuplejsza o 7 kg). Miesiąc męki pod okiem niby specjalistów zaowocował odjęciem sześciu kilogramów z ogólnego rozrachunku, nauczeniem się jak można nabić nieistniejąca gorączkę na termometrze (mimo, że nigdy tego nie robiłam to mnie o to posądzono) i możliwością niemal całodobowego jedzenia jabłek. Wtedy też znienawidziłam wszelkie kolonie wyjazdy gdzie są wspólne łazienki i ogólnie brak prywatności.
Drugi raz był w gimnazjum, klasa chyba trzecia jakoś na początku. Od słuchania wybitnie wkurwiającej ksywki (której tu nie przytoczę) już bolały mnie uszy, do tego stopnia, że wzięłam się za siebie. Siedzenie nad książkami zmieniłam na ganianie po podwórku, ślęczenie przed telewizorem na setkę brzuszków przed każdym pójściem spać, ulubiona czekoladę na bez cukrową herbatę. I jakoś poszło - 10 kilo w dół. Sukces. Zajebiście. Miałam spokój na kolejnych kilka miesięcy, może ze dwa lata.
Kolejny raz był już w UK, kiedy to zobaczywszy na wadze numer trzy cyfrowy obiecałam sobie solennie, że więcej do tego nie dopuszczę. Dokładnie nie pamiętam ile wtedy poszło, ale wiem, że około dwudziestu z hakiem. Przyniosło to ze sobą też dwa zajechane stepery i dużo dużo spacerowania. Był chyba wtedy rok 2009 czy coś koło tego, więc znów miałam kilka lat spokoju, by w roku 2012 podjąć kolejną walkę.
Wtedy to już doszedł basen, steper zamieniłam na aerobik przed kompem (do dziś jestem w szoku, że udało mi się to ogarnąć w pokoju 3 na 5 metrów. Ile razy jebłam ręką w kompa Krótkiego to nie zliczę. Wtedy też poszło najwięcej, może z powodu takiego, że tym razem nie robiłam tego sama (Krótki koniecznie musiał się pokazać na ślubie w jak najlepszym wydaniu) Zeszło jakieś 33,5 kg, dając nam cudownie szatański numerek w tym szczególnym dniu.
Nawet wtedy się sobie nie podobałam, bo z racji zajebiście obdarzonej przez naturę figury - gruszka - cokolwiek bym nie robiła, nogi i tak miałam grube, a cycka żadnego. Ale cóż, przez chwilę chociaż mogłam nosić mini spódniczki - do leginsów oczywiście.
Ostatni raz nie był już tak spektakularny. Postawiłam na leczenie kalorii z miła chęcią chcenia zatrzymania się na 85 kg i (pomimo w tym stanie nadwagi) tak już zostania. Serio, gdybym złapała jakiegoś Dżina albo Złotą Rybkę.... Liczenie kalorii dało mi bardziej w kość niż myślałam. Mój po depresyjny, ceniący sobie wolność mózg był bardzo niezadowolony z faktu stania się niewolnikiem liczb.
I tak kolejna próba mimo, że przyniosła jakieś tam rezultaty spełzła na niczym (pomijam próby podjęte w latach 2017-2018 które mimo zakupionego orbitreka i stepera przyniosły rezultaty absolutnie zerowe).
Zatem ponowie jestem w punkcie wyjścia. Na wagę nie patrzę bo mnie mrozi na samą myśl, a pogoda dziś nie za ciepła. Podejrzewam, że znów jestem bliżej trzycyfrowej liczy niż dalej, ale stwierdzić muszę z absolutnym przekonaniem, że jestem kurwa po prostu zmęczona ciągłymi próbami.
Tym się w sumie chciałam podzielić.
sobota, 30 maja 2020
niedziela, 24 maja 2020
Dam sobie radę
Zaklęcie mi powiedział kiedyś, ba powtórzył nawet kilkakrotnie, że, gdy skończę trzydzieści trzy lata przestanę tak bardzo się wszystkim przejmować.
Skończyłam zatem trzydzieści trzy lata. Te pamiętne trzydzieści trzy lata, o których zapomniał mój ojciec, a w który to dzień postanowiłam że więcej do rodzinnego miasta na urodziny nie pojadę. Skończyłam te trzydzieści trzy lata, tego dnia, kiedy przyszła żona mojego ojca oznajmiła mi, że jeśli nie chcę, to nie muszę być świadkiem na ich ślubie. Skończyłam trzydzieści trzy lata łykając laktazę w tabletkach, by móc wypić mleczną czekoladę i opowiadając przyszłej żonie mojego ojca o Mizi, o którą nie zapytała mnie od tamtego czasu. Skończyłam trzydzieści trzy lata czując się w domu "rodzinnym" jak niezbyt wyczekiwany gość. Skończyłam trzydzieści trzy lata wierząc Zaklęciu bezgranicznie.
Ale nie. Nie przestawiła się żadna magiczna wajcha. Nie przesunął się żaden magiczny przełącznik. Nie wcisnął się żaden magiczny przycisk i nie opadła żadna magiczna bańka. Skończyłam trzydzieści trzy lata i nadal niesamowicie wszystkim się przejmuje i trafia mnie jasny szlag. To drugie ostatnio nawet dość często, dużo częściej niż bym chciała.
Właśnie dziś skończyłam "Rękę Mistrza" S. Kinga i stwierdzam, że przydałaby mi się taka REBA, asystentka do spraw zarządzania zasobami złości. Mogłabym jej wykrzyczeć jak bardzo wkurwia mnie ten pojebany świat. Jak bardzo wkurwia mnie olewka mojego ojca. Jak bardzo wkurwia mnie to, że nie udało mi się uratować Mizi, jak bardzo wkurwia mnie, że moja gildia umarła, jak bardzo wkurwia nie, że nikt nie dba o relacje ze mną, ale ja mam dbać o wszystkie. Jak straszliwie wkurwia mnie, to co robią w mojej pracy, której nie mogę stracić, bo przez cholernego wirusa nie ma już rynku pracownika (a przy rynku pracownika już wystarczająco trudno było mi znaleźć pracę). To, że nagle po trzech miesiącach się obudzili i będą robić dezynfekcję dwa razy dziennie w związku z tym my spotykać się między zmianami nie możemy, w związku z czym zamiast o czwartej wstaje teraz o trzeciej trzydzieści, a w domu i tak jestem po piętnastej. Jak bardzo wkurwia mnie, że w dniu gdy wypisałam się z listy oczekujących na fizjioterapię kręgosłupa (bo czekam od września, a był marzec i nie bolało to oddałam miejsce komuś kto bardziej potrzebuje), znów zaczął boleć i teraz sama muszę sobie z tym radzić. Jak mawia Wiedźma Rodzicielka - Każdy dobry uczynek prędzej czy później zostanie ukarany. Jak strasznie wkurwia mnie, że mam coś w głowie, ale nie mogę skonsultować się z neurologiem bo wizytę z marca przełożyli mi już trzeci raz tym razem na lipiec. A nader wszystko jak strasznie teraz wkurwia mnie ta grzywka, ta firana do samego nosa, a fryzjer dopiero w połowię czerwca.
Ale dam sobie radę.
Bo kto jak nie ja?
Ogarnę autobusy. Swoje, nie swoje, ale załatwię, dopłacę, dojadę. Nawet jeśli nie będzie mnie w domu dłużej niż powinnam. Dopóki mam pracę będę do niej chodzić. Nawet jeśli przez to szaleństwo nie mogę adoptować kota, nawet jeśli nie pojadę na ślub mojego taty (przecież mają zastępstwo na świadka w razie czego). Nawet jeśli tak bardzo mnie boli to o czym nigdy z nim nie porozmawiam. Nawet jeśli ta robota i dojazdy do niej tak mnie wpieniają. Nawet jeśli nie mogę teraz zrobić nic. Dam sobie radę. Bez REBY za to z Zaklęciem. Z mega wkurwieniem. Z zaciskaniem zębów, ze słuchawkami na uszach, z bateriami w puszkach.
Dam
Sobie
Radę.
No chyba, że w końcu kurwica mnie jebnie i ostatecznie trafi mnie szlag jasny, zejdę na zawał od tego całego wkurwiania, wtedy sobie rady nie dam. Ze wszystkim innym sobie poradzę.
Czyż nie?
Skończyłam zatem trzydzieści trzy lata. Te pamiętne trzydzieści trzy lata, o których zapomniał mój ojciec, a w który to dzień postanowiłam że więcej do rodzinnego miasta na urodziny nie pojadę. Skończyłam te trzydzieści trzy lata, tego dnia, kiedy przyszła żona mojego ojca oznajmiła mi, że jeśli nie chcę, to nie muszę być świadkiem na ich ślubie. Skończyłam trzydzieści trzy lata łykając laktazę w tabletkach, by móc wypić mleczną czekoladę i opowiadając przyszłej żonie mojego ojca o Mizi, o którą nie zapytała mnie od tamtego czasu. Skończyłam trzydzieści trzy lata czując się w domu "rodzinnym" jak niezbyt wyczekiwany gość. Skończyłam trzydzieści trzy lata wierząc Zaklęciu bezgranicznie.
Ale nie. Nie przestawiła się żadna magiczna wajcha. Nie przesunął się żaden magiczny przełącznik. Nie wcisnął się żaden magiczny przycisk i nie opadła żadna magiczna bańka. Skończyłam trzydzieści trzy lata i nadal niesamowicie wszystkim się przejmuje i trafia mnie jasny szlag. To drugie ostatnio nawet dość często, dużo częściej niż bym chciała.
Właśnie dziś skończyłam "Rękę Mistrza" S. Kinga i stwierdzam, że przydałaby mi się taka REBA, asystentka do spraw zarządzania zasobami złości. Mogłabym jej wykrzyczeć jak bardzo wkurwia mnie ten pojebany świat. Jak bardzo wkurwia mnie olewka mojego ojca. Jak bardzo wkurwia mnie to, że nie udało mi się uratować Mizi, jak bardzo wkurwia mnie, że moja gildia umarła, jak bardzo wkurwia nie, że nikt nie dba o relacje ze mną, ale ja mam dbać o wszystkie. Jak straszliwie wkurwia mnie, to co robią w mojej pracy, której nie mogę stracić, bo przez cholernego wirusa nie ma już rynku pracownika (a przy rynku pracownika już wystarczająco trudno było mi znaleźć pracę). To, że nagle po trzech miesiącach się obudzili i będą robić dezynfekcję dwa razy dziennie w związku z tym my spotykać się między zmianami nie możemy, w związku z czym zamiast o czwartej wstaje teraz o trzeciej trzydzieści, a w domu i tak jestem po piętnastej. Jak bardzo wkurwia mnie, że w dniu gdy wypisałam się z listy oczekujących na fizjioterapię kręgosłupa (bo czekam od września, a był marzec i nie bolało to oddałam miejsce komuś kto bardziej potrzebuje), znów zaczął boleć i teraz sama muszę sobie z tym radzić. Jak mawia Wiedźma Rodzicielka - Każdy dobry uczynek prędzej czy później zostanie ukarany. Jak strasznie wkurwia mnie, że mam coś w głowie, ale nie mogę skonsultować się z neurologiem bo wizytę z marca przełożyli mi już trzeci raz tym razem na lipiec. A nader wszystko jak strasznie teraz wkurwia mnie ta grzywka, ta firana do samego nosa, a fryzjer dopiero w połowię czerwca.
Ale dam sobie radę.
Bo kto jak nie ja?
Ogarnę autobusy. Swoje, nie swoje, ale załatwię, dopłacę, dojadę. Nawet jeśli nie będzie mnie w domu dłużej niż powinnam. Dopóki mam pracę będę do niej chodzić. Nawet jeśli przez to szaleństwo nie mogę adoptować kota, nawet jeśli nie pojadę na ślub mojego taty (przecież mają zastępstwo na świadka w razie czego). Nawet jeśli tak bardzo mnie boli to o czym nigdy z nim nie porozmawiam. Nawet jeśli ta robota i dojazdy do niej tak mnie wpieniają. Nawet jeśli nie mogę teraz zrobić nic. Dam sobie radę. Bez REBY za to z Zaklęciem. Z mega wkurwieniem. Z zaciskaniem zębów, ze słuchawkami na uszach, z bateriami w puszkach.
Dam
Sobie
Radę.
No chyba, że w końcu kurwica mnie jebnie i ostatecznie trafi mnie szlag jasny, zejdę na zawał od tego całego wkurwiania, wtedy sobie rady nie dam. Ze wszystkim innym sobie poradzę.
Czyż nie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

