czwartek, 7 lutego 2019

Moje (byłe) pasje

Pamiętam, że od zawsze uwielbiałam coś robić. W ogóle uwielbiałam coś robionego. Nie kupionego. Coś stworzonego z czegoś innego, tak po prostu wyjątkowego. Bo ktoś przelał na to kawałek swojego czasu, swojej energii, swojej duszy. 

Odkąd pamiętam uwielbiałam postrzegać świat w nieco innych barwach, bardziej fantastycznych, wyobrażeniowych. Nasz świat realny też był piękny chwilami, więc zapragnęłam tak bardzo dzielić się z nim tym co widzę. 

Na osiemnastkę między innymi dostałam swój pierwszy, maleńki aparat cyfrowy. Pragnęłam dzielić się widzianym pięknem. Pokazać innym jak cudowne momenty można uchwycić. Swego czasu zamieniłam aprat na lepszy i potem jeszcze lepszy, ale wciąż czegoś mi brakowało. 
Widok ode mnie z balkonu z mieście rodzinnym
Kiedy pojechałam do UK, po wydaniu ćwierci pierwszej wypłaty na ukochany laptop (który teraz spędza swoją emeryturę u mojego łojca zupełnie nie używany), zajęło mi kolejne dwa lata na uzbieranie na porządny, niewiele droższy od laptopa aparat. Upatrzone lustro. Kupiłam też do niego kilka drobiazgów i razem z Krótkim wychodziliśmy na polowania. 



A czasem nawet nie wychodziliśmy bo przecież moją ukochaną techniką było (i nadal jest jeśli mam wybierać): macro. Ustawiałam więc plany zdjęciowe w domu, kombinując jak koń pod górę z pustym wozem. 

I pewnego dnia po prostu odłożyłam aparat i leży do tej pory. Potem przyszła pora na biżuterię, no bo przecież można to sprzedawać, a koro siedzę na bezrobociu to każdy funt się przyda. 


Niestety nie wyszło mi to ani jakoś specjalnie zajebiście, ani kokosów nie zarobiłam. Potem drut zupełnie przestał mnie słuchać i jak wiecie z posta o pentagramach mam z nim niezłe przejścia. 

W między czasie po uwielbiałam jeszcze robienie łapaczy snów i kotków ze skarpetek. Był także maleńki epizod z origami. 



Tak więc po zrobieniu kilku kotów, skarpetki mnie przestały lubić, zapewne dlatego, że je dźgam igłą. Zatem Nekuś obiecanego prezentu nie dostał, bo zwyczajnie mi wychodziło jakieś koślawe coś zamiast kota. Origami poszło do lamusa bo jednak nie okazało się takie fajne jak bym chciała. A moje zdolności manualne takie zdolne jak tego oczekiwałam. Łapacze porobiłam dla tych którzy je chcieli, nawet chyba dwa sprzedałam, ot interes życia. 

Nie mówiąc już o tym o czym pisałam poprzednio czyli pisanie jako takie. A nawet wiersze (!) 

No nie ma co. Twórcza ze mnie osoba.

Tylko co z tego skoro właśnie wszystko mi umknęło. Papier do origami leży gdzieś w teczkach, skarpetki noszone są na nogach, tasiemki leżą odłogiem tak samo jak druty i koraliki, aparat schowany głęboko w szafie. Pliki z pisaniem poukrywane w folderach, a zeszyty z wierszami na półkach. 

Czuje się tak jakoś nijako bez pasji, tak szaro i buro jak zwykły człowiek. A ja przecież całe życie pragnęłam najbardziej by być niezwykła! 

piątek, 1 lutego 2019

Koniec z pisaniem

Nie, nie, spokojnie nie chodzi mi o bloga. Tutaj jeszcze na pewno chcę być. Od pewnego czasu jednak próbuje oswoić się z myślą, że z pisaniem jako takim już mi nie po drodze. 

Nie bardzo wiem co to mogło spowodować. Ichi uparcie twierdzi, że mam lenia, ale mieć lenia około roku to chyba przesada. Nie mówiąc już o tym, że w zasadzie nie mam o czym pisać, bo Vena spierdoliła do ciepłych krajów albo do innego uniwersum. 

W PozaŚwiecie też mi nie po drodze. Leto widzę coraz słabiej, nie mówiąc już o tym, że nie słyszę wodospadu.

Mówiąc o słyszeniu... muzyki też już nie widzę, nad czym ubolewam całą sobą. Jeśli ktoś czytał kiedyś kategorię "Widzialne nuty" wie o czym mówię. Epic już nie działa na mnie tak jak kiedyś. Może się starzeje. 

Czas mój i moje myśli głównie wypełnia teraz robota i plany finansowe. Filmów coraz mniej oglądam, no chyba, że weźmiemy pod uwagę speedbuildy domków w Simsach i tutoriale paznokciowe. Z roboty przychodzę tak zmęczona, że albo bezmyślnie gapie się w internety albo wolę zając się zamiataniem niż nawet graniem ( o zgrozo!, SKS!) Mam wrażenie, że doba skróciła się o połowę, a jedyne chwilę ze słowem pisanym to słuchane audiobooki.

Nie po drodze mi więc pisać.
Nie po drodze mi do PozaŚwiata. 
Nie po drodze mi do wyobraźni. 

Smutne to, kurwa.

A nawet jak już coś zakiełkuje. Jakieś malutkie, maleńkie, mikroskopijne ziarenko pomysłu na historię... Okazuje się, że napisana jest płaska, bez polotu, meh i w ogóle bez duszy. Ech...

Straciłam swój talent? Czy może to zwyczajnie dłuższy urlop?