sobota, 28 grudnia 2019

Aktualizacja o pazurach


Jakiś czas temu o [TU], pisałam Wam o mojej „przygodzie” z uczuleniem na hybrydy. Od tego czasu temat trochę ucichł, bo czasu pisać nie miałam jakoś i niekiedy chęci i w ogóle sorry for it.

Anyway.

Patrząc na poprzedni w tej tematyce wpis, mała aktualizacja: pozbyłam się wszelkiego NeoNaila, wszelkiej Claresy, a także Rosalind i Venalisy, więcej nie wrócę.
Aktualizacja nr 2: testy skórne z lakierów to była głupota.
Aktualizacja nr 3: w międzyczasie udało mi się dostać do dermatologa i zostały mi zrobione testy płatkowe. Okazało się, że uczulenie jest na NIKIEL (no nie domyśliłabym się, aczkolwiek tego, że jest w pomidorach, kukurydzy czy szpinaku już bym się nie domyśliła), TIURAMY (składniki gumy, żeby była bardziej elastyczna) oraz ZŁOTO POLLADOWE.

Reasumując, jeśli chodzi o lakiery hybrydowe nic mi z tego nie wynika, bo za grzyb w składach tychże lakierów nie widzę tego typu rzeczy, ale ja tam nie widzę żadnych rzeczy bo nie rozumiem co tam jest ponapisywane :P (ale podobno akurat tiuramy w lakierach lubią się znajdować)

Tak czy owak w międzyczasie przeszłam detox paznokciowy i pozbyłam się całej swojej kolekcji, co za tym idzie musiałam zacząć wszystko od początku. Ech…

Na pierwszy ogień więc poszły zachwalane wszem i wobec lakiery firmy Kabos (seria Gelike) kupiłam bazę, top, kolor i ich cudowny Magic Oil i już około sierpnia zdecydowałam się na pierwszą próbę.



Ku mej uciesze okazało się, że nie uczulają! (hurra) ale także ku mej rozpaczy, że za długo się nie trzymają. Nie wiem zresztą od czego to zależy, bo pamiętam, że pierwszy set trzymał mi się całe dwa tygodnie (poza tym to się ściąga zmywaczem bez acetonowym no bajka!), a potem już były odpryski, choć dam sobie rękę uciąć, że robiłam wszystko tak samo. Idąc więc za radami dziewczyn z grupy zakupiłam proszek akrylowy. Pomogło na pierwsze dwa sety, potem znów odpryski, więc sięgnęłam po bonder od Kabosa (w międzyczasie moja kolekcja się rozrastała) i tu również pomogło wydłużyć manicure o cały jeden dzień. Dodam, że wtedy już trzymały się jedynie 5-7 dni…


Lekko podkurwiona w październiku sięgnęłam po firmę Constance Caroll, czaiłam się na nich już od kwietnia, ale obiecałam sobie, że najpierw Kabos. Oh, jakaż była moja radość gdy CC utrzymało się z proszkiem akrylowym bite dwa tygodnie bez najmniejszego nawet odprysku (Tylko top mi się porysował. Na zdjęciu pierwsze trzy, te z ciemnym fioletem). To była moja pierwsza i na razie ostatnia próba z CC (dodam, że również nie uczuliło), bo od tamtej pory usilnie próbowałam ogarnąć o co chodzi Kabosowi i …


… nie dowiedziałam się absolutnie nic.

W związku z powyższym podkuszona sukcesem CC oraz Black Friday postanowiłam zakupić lakier w promocji z firmy Comsetic Zone. Niestety tam muszą być jakieś tiuramy albo co, bo uczulenie mi wylazło. Na szczęście bardzo obserwowałam i już na najmniejsze oznaki postanowiła zdjąć lakier. Żałuje bardzo bo CZ ma naprawdę najpiękniejsze zielenie jakie widziałam na oczy… Dwa tygodnie przerwy pozwoliło mi zaobserwować, że moje pazury zrobiły się miękkie i to mnie normalnie załamało.

Na święta zrobiłam sobie kolor z Kabosa bo bardzo chciałam go zobaczyć na sobie (zdecydowanie lepiej wygląda na wzorniku), poszłam też wtedy za radą jednej podolożki i postanowiłam zrobić pazury bez proszku akrylowego.


Oj nie, w moim przypadku to błąd, zwłaszcza gdy ma się, jak to ona określiła po zdjęciu, przepiłowaną płytkę. Zdjęłam lakier już w pierwszy dzień świąt rano (testując nową frezarkę) i teraz mam góry i doliny, bo ślepa jestem i nie widzę gdzie kończy się baza, a zaczyna naturalna płytka (choć możliwe jest, że bazę nadal mam na paznokciach i te góry i doliny są właśnie w niej)

A zatem kolejna przerwa i na maxa olejowanie wszelkimi możliwymi olejami (i chyba zrobię kurację żelatyną, co polecała Lena).

Obecnie próbuje się doszukać co po drodze robiłam źle przy ściąganiu hybryd, że doprowadziłam się do takiego stanu ;/ A lakiery stoją i wyglądają.

Jak nie urok, kurwa, to przemarsz wojsk..

środa, 25 grudnia 2019

A spróbuj na nowo

- Spróbuj na nowo - powiedział Znaczek
- Ale jak na nowo, przecież stracę ich wszystkich... Neila, David, Elenea... Inuki?
- Pewnie tak, ale niektórzy z nich może się odnajdą - odparł - skoro od dwóch lat nie możesz odzyskać PozaŚwiata to spróbuj stworzyć nowy.

Czasem biorę sobie cudze rady do serca...

Sybrid - Planinski Briz | EPIC VOCAL ACTION

Zamknięte oczy. Pustka. Nicość i dryfowanie w ciemności. Ręce i nogi szukające oparcia i wszechobecny spokój. Uczucie zbliżania się czegoś W oddali jakby śpiew... Kilka głębokich oddechów... i uczucie opadania...

Nagle stopy dotknęły podłoża, rozpoczęła bieg. Trawa, była zielona i zdrowa, po prawej minęła jezioro, kątem oka zauważyła je i już wiedziała, że będzie ważne. Przyśpieszyła. Przeskoczyła kilka pomniejszych skałek i biegła dalej. Trawa, kwiaty, jasne niebo, słońce, w oddali śpiew, fortepian i bieg!

Wpadła między drzewa. Śpiew wzmógł się i nagle leciała. Ptasie skrzydła harpii rozłożone były na pełną szerokość, leciała w stadzie, była Harpią, była stadem, była radością odkrywania, wiatr szumiał w jej piórach. Szybowała, wzlatywała i opadała. Głęboki wdech...

...Znów śpiew i kopyta dotknęły piachu, wiatr czesał grzywę kiedy w stadzie koni przebiegała plażę. Po prawej miała białe klify, po lewej szumiące morze Radość odkrywania, radość nowości, radość wolności. Zarżała wyszczerzona. 

Troszkę zwolniła oglądając zarośnięte puszczą ruiny kolumn i niedawnych budynków. Wbiegła na okolone trawą schody i minęła kamienną bramę, trawa połaskotała ją w łydki, kiedy na chwile się zatrzymała i przeszła w marsz...

.... Woda była przyjemnie słona kiedy wraz z innymi syrenami skakała między falami, słońce mieniło się iskierkami w ich włosach i jej ogonie, wszystkie były uśmiechnięte, fale napierały, a one ścigały się z wodą i same ze sobą.Coraz szybciej i szybciej by wyprzedzić koleżanki...

... Widziała z góry stado syren, kiedy wiatr przeczesywał jej harpie pióra, jakiż to był cudowny widok! 

Śpiew i wrzask odkrywania, ponownie była w wodzie, szybciej, szybciej, by wyprzedzić rybie siostry... Wyskoczyła w górę i łukiem zanurkowała. Szybciej!  I już wiedziała, że zostaną w tyle, ponieważ napędza ją moc odkrywania...

... i nagle skończyło się morze. Odwróciła się gwałtownie i jednocześnie zawisła w przestrzeni. Świat był dyskiem na wielkiej skale pełnej kryształów. Jeszcze się tworzył. Uśmiechnęła się tylko zadowolona, wyczerpana biegiem i szczęśliwa... 

sobota, 7 grudnia 2019

Granice zazdrości?

Wezmę sobie urlop, pomyślałam. Kurczaki przecież koniec roku się zbliża, a ja jeszcze nie byłam na pełnym dwutygodniowym urlopie (podobno prawo stanowi, że powinnam). Więc wzięłam.
Odpocznę, myślałam. Wyśpię się, odstresuje, z ludźmi trochę spotkam, do mamy pojadę na kilka dni, z Magiem na piwko skoczę. Wezmę urlop, myślałam, będzie fajnie, myślałam.

Myślałam..

Cały poprzedni tydzień latałam do weterynarza. Kroplówki, operacja (no zabieg, ale średnie ryzyko nie wybudzenia się Mizi z narkozy) stres i zgrzytanie zębów. Płacz kiedy zostawiałam ją u weta. Mój kot obecnie bierze tyle leków, że ja nigdy tyle nie brałam na raz (już pomijam kwestie finansowe, dodając do tego święta i BlackFriday -> moje konto płacze)

Skocze z Magiem na piwko, pomyślałam, odstresuje się, pogadamy o pierdołach, wypijemy grzańca. Umawialiśmy się w środę, że w sobotę (czyli dziś) się spotkamy. Jak nie trudno zauważyć, na żadne piwo nie pojechałam.

 -Twoja dziewczyna nie ma z tym problemu? - pytam dla pewności, bo może różnie być.
- Coś Ty już po kolegach dzwoni się umawia.

Chyba nie dała rady się z nikim umówić, bo już w czwartek jego wyjazd okazał się problemem. Myślę sobie spoko, laska ma prawo być nieco zazdrosna, obawiać się, nie zna mnie. Chciałam w sumie wyskoczyć gdzieś we czwórkę. Ja, Zaklęcie, Mag i ona, ale w ten i następny weekend Zaklęcie ma dyżur i nigdzie nie mógł iść. Nie chciałam stawiać jej czoła sama. Nie teraz, przecież ja boje się ludzi...

Gównoburza zaczęła się popołudniu w czwartek. Według moich informacji ze screenów, które dostałam zostałam jego "panienką", "lampucerą" i "dupodają" ważniejszą dla niego od własnej dziewczyny i (uwaga!) matki! Mieli iść w niedziele do jego rodziców na obiad, byli tam w środę, powiedział, że jak jej (jego dziewczynie) się nie chce to mogą w niedziele odwołać, ze mną miał się spotkać w sobotę, więc nie wiem co ma piernik do wiatraka.

A zatem on jedzie do mnie zdradzać swoją cudowną Dramę Queen, bo przecież kiedyś jej były też jeździł zdradzać, to Mag na pewno postąpi tak samo, bo przecież to nie są dwie różne osoby, prawda?

Nawet chciałam ją poznać, bo naprawdę rozumiem jej obawy i niepokój, chciałam się przemóc i poprosić, żeby ją wziął ze sobą w sobotę, ale odkąd zostałam "dupodają" odechciało mi się ją widzieć na oczy. Bałam się, że wyrwę jej włosy, albo, co chyba gorsze, przedstawię pozew z powództwa cywilnego za oszczerstwo i szarganie imienia.

W piątek poprosił, bym nie pisała do niego na FB, bo ona mu wszystko czyta, więc wie, że rozmawialiśmy o niej, wie, że pokazał mi rozmowy, wie, co ja na to powiedziałam i jak się z tym czułam. Zamiast trochę zrozumieć, zrobiła gównohuragan. Nie byłam już tylko "lampucerą" Stałam się wręcz "dziwką". I powiedziała to dziewczyna, która nie wie o mnie absolutnie nic, dziewczyna, która jest z nim krócej niż ja go znam, dziewczyna, która na podstawie swojej relacji z byłym wrzuca Maga do tego samego worka okazując mu brak jakiegokolwiek szacunku. Nie tylko jemu, ale i mnie zresztą. Dziewczyna która ma lat 25, a zachowuje się jak 13letnia gówniara z "Dlaczego ja" i "Trudne sprawy".

Dziś rano dowiedziałam się, że zostałam zablokowana na FB.
Nie wiem czy to ona zrobiła, czy on.
Wymieniliśmy dwie wiadomość na discordzie po których wywnioskowałam, że wygrała.

Pożegnałam się więc przyzwoicie, pomimo, że prosiłam go o to zanim mnie zablokuje (dziwne, że przewidziałam, że nasza Drama Queen właśnie tego zażąda, prawda?), ale tego nie zrobił. Więc ja to zrobiłam.

Odsunęłam się, bo uważam, że jestem za stara na takie szopki.
Uważam, że jestem za dojrzała na takie dramaty.

Tylko smutno mi trochę. Bo lubiłam Maga, lubiłam z nim gadać i przykro mi, że będzie taki zmarnowany. Przykro mi, że ona mu będzie życie dyktować, przykro mi, że aż tak boi się być sam, że być może skończy tak jak ja kiedyś... Oby na czas dostał pomoc...

I trochę mi smutno, bo już nie raz moi koledzy, kumple, podobno przyjaciele znikali, jak tylko znaleźli dziewczyny, znikali porzucając mnie jak starą zabawkę. Zawsze odchodzili bez słowa, bez pożegnania, bez pamiątki. A ja, przyznam się szczerze, że naiwnie myślałam, że w przypadku Maga będzie trochę inaczej, bo tutaj znaliśmy się na żywo. Bo tu byłam prawdziwa, a nie tylko cyferkami po drugiej stronie klawiatury.

Widocznie myliłam się...

środa, 27 listopada 2019

Widziałam nuty...


Bezkres ciemności.

Gdzieś bardzo daleko błyszczą gwiazdy

Droga mleczna usłana jest ciszą, planety milczą

Czas.. kierunki.. i przestrzeń… nie istnieją

Bezkresny, bez grawitacyjny bezwład

Uczucie dryfowania...

Była nigdy.. i nigdzie..

Nagły, pierwszy oddech!

***
Otworzyła oczy gwałtownie od razu usiadła. Pokój był w opłakanym stanie. Wielkie łoże z baldachimem połamane. Ciężkie zasłony przy oknach pozrywane. Za szybą panowała ciemność. Komoda z ciemnego drewna była przewrócona, nie miała dwóch nóg, leżały nieopodal. Lustro toaletki rozbite, kawałki szkła ozdabiała krew. Na podłodze kilka porwanych ubrań. Przewrócone krzesło nie dawało się już do niczego. Dywan był podarty, jakby poharatany szponami. Rozglądała się po pomieszczeniu próbując ustalić co właściwie się stało, czuła przerażenie. Bolała ją głowa, a w gardle ugrzązł wrzask. Objęła się ramionami.

Dostrzegła długi sztylet na dywanie, leżący na zerwanej zielonej zasłonie niczym na ołtarzu, zupełnie jakby chciał by go wzięła. Patrzyła przez chwilę na niego, a serce chciało wyskoczyć jej z piersi. Ostrze upstrzone było posoką, rękojeść z ciemnego zdobionego drewna nawoływała by ją chwycić. Widok był hipnotyzujący, przyciągający, pełen chciwości. Pełen mroku i niebytu. Wyciągnęła drżącą dłoń w jego stronę ale się zawahała. Kosmyk czerwonych włosów opadł jej na twarz, nawet tego nie zauważyła. Nóż wołał a ona tak bardzo chciała go wziąć jak bardzo uciec stąd do nigdy i nigdzie. Trzymając rękę nad bronią, czuła dziwne dygotanie powietrza, jakby wypełniony był czymś więc niż tylko stalą i drewnem.

Chwyciła rękojeść w zakrwawioną dłoń.

***
Z ledwością uniknęła ciosu siedemnastolatki o długich czarnych włosach. W czerwonych oczach dziewczyny kryła się szczera nienawiść. Próbowała unikać ciosów i nienawiści, bolała ją..

- Nienawidzę Cię! - wrzeszczała Celestial – Nienawidzę tego jaka jesteś słaba! Wszyscy przez Ciebie umrzemy!

Została pchnięta na krzesło, pod plecami usłyszała trzask mebla. Od turlała się dokładnie na sekundę przed kolejnym uderzeniem. Zerwała się tylko po to by trzasnąć o ścianę. Chwyciła się zasłony i razem z nią upadła na ziemię.

- Przestań Celestial!

Została pchnięta na toaletkę. Lustro roztrzaskało się na jej policzku. Przestała unikać, zaczęła się bronić, atakować. Babka uderzyła o ramę łóżka, ale naprawdę szybko się pozbierała. Kolejny doskonały unik Pani Rodu. Nie ważne skąd nadchodziły ataki, ona zawsze unikała, a jej czerwone oczy jarzyły się złowrogo. Cios o włos uniknięty trafił w komodę. Czerwonowłosa odłamała dwie nogi.
- Wbije Ci to w serce jeśli nie przestaniesz – ostrzegła.
- I tak zginiemy przez Ciebie – wrzasnęła tamta, dopadając do toaletki. Wyrwała coś z szuflady i obróciła się z mordem w oczach.
- Nie możesz! - zawołała Vill. - Nie rób tego!
- Przestań, Celestial, nie..
Uderzenie łokciem w brzuch pozbawiło ją tchu, sierpowy w brodę sprawił, że zachwiała się na nogach. Już .. już sięgała w stronę baki kiedy poczuła nagłe ukłucie. Zabolało. Wszystko zamarło na chwilę, spojrzała w dół… Potem podniosła zbolałe spojrzenie na Panią Rodu i jęknęła. Odrzuciła głowę w tył, jej oczy poczerniały.

Ostatnie, co zapamiętała, to czarne skrzydła wyskakujące jej z pleców.

***
Łza pociekła po bladym policzku, kiedy siedziała na podłodze wśród połamanych mebli i tuliła sztylet do siebie jakby miał dodać jej otuchy. Powoli wstała, podeszła do okna i zapatrzyła się w bezkresną ciemność za szybą…

poniedziałek, 18 listopada 2019

Koncert

Przybyliśmy trzy godziny wcześniej, by załapać się na obiad. Sfinksa nie polecam, szału ni ma za takie ceny. Poszliśmy na krótki spacer, ale nieuchronnie kierowaliśmy się do Katowickiego Spotka. Dopiero przy wejściu zorientowałam się jak wielka to jest impreza. Ochroniarze, obmacywanie, zaglądanie do toreb (mam to na co dzień w robocie, więc żadna nowość). Pani która mnie sprawdzała chyba znudziła się moją nadgorliwością, bo ani mnie nie obmacała ani nie dała do końca pokazać kieszonek w torebce, a trochę ich mam.

Koncert zaczął się jakieś 20 min po czasie, no ale jak na taką impreze przychodzi 8 (słownie osiem) tysięcy osób, to mają prawo porobić się korki w okół budynku. Szczególnie, że w wyniku tego brakło krzesełek i w rezultacie znaleźliśmy się pod samą sceną. Chociaż mnie powoli cierpliwość zaczynała się kończyć. Nie mniej jednak w końcu światła zgasły i zaczęło się.

Na pierwszy ogień poszedł motyw z Transformersów. Potem weszli Avengersi. Spłakałam się przy tym, bo ta seria dała mi wiele emocji. Rozglądałam się po scenie przyglądając się instrumentom, tym jak ludzie grają, patrzyłam urzeczona na chór, ale to wszystko było nic. Avatar i Piraci z Kraibów nie wywołali już łez, jedynie lekkie drżenie wargi.

Pan Krzysztof Iwaneczko jako solista dawał z siebie... no całego siebie, szczególnie przy "I see the fire" z Hobbita, jak szłam do domu, dziewczyna za mną skomentowała, że jeszcze nie widziała, żeby ktoś aż tak cieszył się, że zostanie spalony :P

Za to pierwsze skrzypce (ruda, długie proste włosy) naprawdę idealnie pasowała mi na osobę która gra pierwsze skrzypce. W ruchach jej włosów było widać tą cudowną pasję do muzyki.
To wszystko jednak nic. Naprawdę nic. Już później po prostu słuchałam głośnej muzyki, która psuła się za każdym razem gdy głośniej wchodziły trąbki, ale to może być wina siedzenia pod samymi głośnikami. Czekałam z utęsknieniem aż skończy się muzyka filmowa i zacznie ta część dla której naprawdę tam poszłam. A potem weszło to:
Two Steps From Hell - Inpossible
I serce zaczęło mi dudnić, łzy pocisnęły się do oczu. Bo mimo, że nie mam tego utworu w swojej playliście, słuchanie tego na żywo naprawdę mnie poruszyło (choć to znów mogła być wina siedzenia przy głośnikach). Dobrze, że było tak głośno, bo nikt nie słyszał jak w pierwszym rzędzie płakałam.

Drugiem utworem, który zagrali był:
Two Steps From Hell - Empire of Angels
I ponownie, brak utworu na mojej playliście, ale znam go doskonale. Moje serce ponownie załomotało i spłakałam się po raz kolejny tego dnia. 

Próbowałam coś zobaczyć, ale tak naprawdę widziałam głównie tylko cinematic tych utworów (Zaklęcie mówi, że włączył mi się YT w głowie :P) i parę twarzy z Pozaświata, w zasadzie dwie i wyglądało to raczej jak wspomnienie, a nie połączenie. 

Może gdybym dłużej miała zamknięte oczy...? 

Tak czy owak obudzona się nie czuję. 
Poruszona tak, ale nie obudzona. 

I mam bardzo duży niedosyt, to czytając "utwory wytwórni Two Steps From Hell" liczyłam na jakieś osiem... Dostałam dwa. 

Także to co najbardziej chyba zapamiętam z tego koncertu to łzy, łomotanie serca i za mało Stepsów!  

niedziela, 17 listopada 2019

Dzień przebudzenia

- Vill już nie istnieje, nie widzę jej, nie czuje. Jestem sama, rozumiesz? Całkiem sama, jestem tylko ja a ona i cały Pozaświat zniknęli.. 
- Poczekaj do 17stego - odpowiedział Zaklęcie - wtedy nowa Vill się przebudzi. 
- Naprawdę myślisz, że to coś pomoże? Że słuchanie tego na żywo pomoże mi znów widzieć muzykę? Znów nabrać sił? 


Dziś idziemy na mój wymarzony koncert muzyki filmowej i epickiej. Jeden z tych niewielu momentów prawdziwej radości kiedy dowiedziałam się, że mamy bilety, że Zaklęcie mimo wszystko spełnia moje marzenia, chociaż ja nie spełniam jego... Że usłyszę, że może zobaczę, że znów zacznę widzieć nuty. 

Ostatnio jest ze mną obojętnie/neutralnie. Przestałam płakać po kątach, czasem nawet się śmieje, czasem nawet często, choć nie potrafię zliczyć ile z tego jest prawdziwym śmiechem, a ile udawanym. Nowej już nie uczę, uciekła z pracy, ale nie sądzę, by to oznaczało, że zły ze mnie nauczyciel. Co najwyżej wymagający.

Z Nekusiem rzadziej rozmawiamy. Tabletki na niego działają, więc też stał się obojętny. 

Ja znalazłam psychiatrę, ale jeszcze nie odważyłam się pójść. 

Liczę, że koncert naprawdę mnie rozbudzi. 

Liczę, że Zaklęcie będzie miał rację. 

Liczę, że zacznę widzieć nuty, albo chociaż Pozaświat.

Liczę, że jakoś zdobędę energię, by robić coś więcej niż oglądanie filmików na YT

Liczę, że uda mi się rozwinąć, że malowanie paznokci stanie się pasją, a nie tylko hobby. 

Liczę, że koniec roku będzie lepszy niż jego środek

Liczę, że wrócę do Was bardziej chętna do życia 

Gdzie mój kalkulator, trochę dużo tego liczenia...

poniedziałek, 14 października 2019

Ta siła, której potrzebuje.

Kiedy czytam Fridę to zawsze robi mi się tak jakoś nieswojo. Jakby dziewczyna siedziała w mojej duszy i przeglądała ją jak dobrze znany album ze zdjęciami. Wtedy zawsze chce mi się być szczerszą z moim własnym pamiętnikiem. Wtedy znów chcę pisać mocniej, częściej, głębiej. Bo, chociaż się nie znamy i dzieli nas tysiące kilometrów, mam wrażenie, że czasem nasze odczucia są bliźniacze.

"Jesteś moją ulubioną siostrą" powiedział mi Nekuś już niejednokrotnie. Jestem jego jedyną siostrą. Nie jesteśmy jednak ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Jestem jego siłą, podczas gdy nie mam własnej. Jestem jego ciepłem, przytuleniem, dobrym słowem. Jestem jego "weź kilka głębokich oddechów" gdy płacze mi do słuchawki. Jestem tam przy nim, chociaż fizycznie mnie nie ma. I za każdym razem zastanawiam się ile jeszcze wytrzymam. I wiem, że muszę jak najdłużej, bo on nie ma nikogo poza mną. I to tak bardzo boli, że nie umiem mu pomóc inaczej, jak po prostu będąc.

Nie jest ze mną dobrze. Brak mi siły by dbać o siebie. Znów przestałam liczyć te cholerne kalorie. Pewnie zaś przytyję, ale sensu w tym nie widzę. Nie widzę sensu w dbaniu o zdrowie, wpierdalaniu sałaty i pomidorów, piciu wody. Przecież w końcu i tak umrzemy.

Każda śmierć o której słyszę sprawia, że coraz mocniej myślę o własnej, o tym, że później jest wieczna ciemność, nieskończona nicość i brak przebudzenia. Po co się starać skoro później nic nas nie czeka?

Mnóstwo energii pochłania mi udawanie, że wszystko jest w porządku. Że tak naprawdę nie mam nawrotu, że jestem tylko zmęczona. Mnóstwo energii, której nie mam... Bo jak wytłumaczyć, że ta wesoła rzucająca żartami dziołcha która ze zwykłego wyjścia na dungeon potrafi zrobić wesoła historyjkę, nagle zrobiła się cicha, bo ma wrażenie, że cokolwiek powie jest to tak bardzo nie ważne jak śnieg w zeszłym roku. I wszystko jest sztuczne i grane jak w teatrze i nieprawdziwe i każdy uśmiech jest wyuczony. I każda odpowiedź "jestem zmęczona" jest kłamstwem i prawdą jednocześnie.

I męczy mnie praca, nie moja, lecz ludzie. I męczy mnie nowa, która za grosz nie umie logicznie myśleć. I męczy mnie stara, która kłapie jęzorem i czuje się przy niej zagrożona i męczy mnie Pani Kierownik, która nie życzy sobie by mówić do niej szefowo i krzywo na Ciebie patrzy, bo nie chcesz jechać na delegacje. I męczy mnie zdrowie i latanie po lekarzach i świadomość, że w końcu czeka mnie zabieg i męczy mnie strach przed nim.

I nie mam tej siły, której potrzebuję, a Znaczek pyta mnie czy nadal jest przyjacielem. A ja nie potrafię/nie chcę bo sensu nie widzę, wyjaśnić mu mojego postrzegania przyjaciela tak, żeby mi focha nie strzelił bo jego fochy też mnie męczą...

I chcę zniknąć.

I chcę być.

I chcę przestać

I chcę zacząć.

I nic z tego chcenia mi nie wychodzi...

środa, 9 października 2019

Stare Pamiętniki

Normalnie powodzi mi się, tak sobie pomyślałam. To już trzeci wyjazd do rodzinnego miasta w tym roku. Kiedy mieszkałam w UK to się nie zdarzało. Ale kiedy mieszkałam w UK to kosztowało dwa razy więcej. I było 4 razy dalej.  Jednak mimo, że bilety nie są tanie bo podróż w tą i z powrotem kosztuje bagatela 120 zł, to i tak nie jest tragicznie.

Tym razem pojechałam na urodziny do siostry Wiedźmy Rodzicielki, mojej ukochanej cioci Toć to Anioł Nie Kobiety.

(Szkoda Tylko, że ciocia nie ogarnęła, że laktoza jest nie tylko w mleku i porobiła same ciasta ze śmietanami :P Nie pojadłam nic a nic! )

Nocowałam w domu rodzinnym, czyli u Łojca. Jak zwykle kiedy tam jestem powoli zabieram wszystkie swoje rzeczy. Nie wiem dlaczego, może ma to związek z tym, że podświadomie czekam na moment kiedy znów się pokłócimy?

Anyway.

Pogrzebałam w swoich starych półkach, których większość zajmuje już kobita mojego Łojca, i wygrzebałam stare pamiętniki. No nie powiem niezłe to były historie, choć sposób pisania mocno dziecinny, no ale trudno się dziwić skoro czytałam zapiski z pół życia temu.

Liceum to był naprawdę aktywny czas dla mnie, aż dziwne, że miałam na to wszystko siłę. Ciągłe wyjścia, ciągła nauka, rozwód rodziców, koledzy, harcerze (sama nigdy nie dałam się namówić na bycie harcerką), trochę koleżanek i wieczna rozkmina czy temu albo owemu się podobam. Niby normalne problemy nastolatki, ale czy na pewno?

Dowiedziałam się przez to czytanie kilku rzeczy.

1) Rozwód rodziców trochę bardziej mnie trzepnął niż gotowa to byłam przyznać wtedy.
2) Odkąd zasmakowałam możliwości bycia w towarzystwie innych ludzi, nigdy już nie chciałam być sama
3) Naprawdę pragnęłam wtedy miłości i zauroczyłam się dosłownie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Aż mi wstyd jak to czytam, jaka naiwna czasami byłam.
4) Moi znajomi chodzili ze sobą a potem przeplatali się z kimś innym a ja byłam zazdrosna, że co rusz ten, czy owa mają kogoś.
5) Wiecznie brakowało pieniędzy, nawet na nowy zeszyt to pamiętnika.
6) Wtedy już byłam mocno internetowa i chociaż obecnie zamieniłam Irca i GG na FB i gry online, w zasadzie nic się nie zmieniło w tej kwestii.
7) Nie pamiętam dwóch osób o których pisałam i za chiny nie mogę sobie ich teraz przypomnieć.

Pamiętniki moje urywają się na Blondim (strasznie rył beret z tymi swoimi krzyczącymi wierszami), bo w tamtym okresie chyba już dostałam neostradę (o rety jestem dzieckiem neo :P) i przeniosłam się na bloga, któremu notabene dawałam max trzy miesiące życia.

Ciekawie jest poczytać tak stare czasy.

Choć czasem szkoda, że z nikim stamtąd nie mam już kontaktu...

czwartek, 3 października 2019

Hajdi

O Hajdi chciałam Wam już wcześniej opowiedzieć, ale jakoś nie mogłam się zebrać.

Dziewczynę poznałam w pracy. Szkoliła mnie i początkowo miałam wrażenie, że mnie nie lubi. Może to za sprawą miliona pytań, które zadawałam, bo chłonna byłam wiedzy i wszystko chciałam mieć zapisane na już. Z czasem jednak okazało się, że mamy trochę wspólnych zainteresowań, a szczytem było kiedy Hajdi miała wysłać mi coś na messangera.

Wiecie wszak, bo wspominałam nie raz, że na Facebuku jestem poukrywana jak się tylko da, więc gdy podałam Hajdi nazwę mojego konta była troszkę zaskoczona. Ja byłam bardziej kiedy zawołała mnie na antresole i konspiracyjnym szeptem zapytała, czy lubię anime.

I tak pojawiła się miedzy nami więź. Więź łącząca wspólną tajemnicę "chińskich bajek". Pojawiło się zaufanie i coś w rodzaju kumplowania.

I tak się to rozwijało. Ta dziewczyna jak nikt inny potrafi sprawić, że dni w pracy bywają znośne, a na spacer z nią w stronę przystanku czekam z utęsknieniem. W końcu umówiłyśmy się na piwo, które jeszcze nie doszło do skutku, ale mam nadzieję, że soon.

Jednak nie ze wszystkimi dziołchami w pracy da się dobrze żyć. Jak to z kobietami jest, jedna na drugą nagaduje. Nie jestem lepsza, ale zdaje sobie z tego sprawę przynajmniej i potrafię wytknąć także własne błędy. Tak czy owak Hajdi jest specyficzna, wesoła i pozytywna,  na popołudniówkach zachowuje się inaczej niż na rankach, zresztą, jak my wszystkie.

Nie obyło się jednak bez donoszenia i jakimś cudem szefowa wie, że Hajdi podśpiewuje w pracy (dziwne bo ja śpiewam na rankach i jeszcze nikt na mnie nie doniósł) i parę innych rzeczy. Skąd? Wniosek nasuwa się sam. Ktoś chlapie.

Nawet wiemy kto. Z Hajdi doszłyśmy do wspólnego wniosku. I właśnie wczoraj ta osoba jakimś cudem domyśliła się/dowiedziała, że jest podejrzewana. Wygłosiła mowę. Zupełnie z dupy i nie do tematu który był poruszany chwilę przed tym. Mowa miała na celu niby udowodnienie, że rzeczona osoba nie jest kablem (czy wspomniałam jak nie cierpię pracować z babami?), zwróciła się zresztą bezpośrednio do Hajdi z tekstem, że to nie od niej szefowa wie, że Hajdi podśpiewuje. Niby nic, bo Hajdi podśpiewując też pracuje, zresztą tak samo jak ja, ale chodzi o fakt.

W związku z powyższym Hajdi napisała do mnie, że ktoś musiał tej osobie powiedzieć i ona już nikomu nie ufa. Więc siła rzeczy zapytałam, czy mnie również. Zdążyłam się prawie popłakać w kącie zanim odpisała, że mi ufa.

Dlaczego czułam się tak podle?

Nie, nie dlatego, że ja powiedziałam tej osobie, bo tajemnice Hajdi trzymam głęboko ukryte. Poczułam się podle, bo poczułam się bezsilnie. Bo ktoś namieszał, a ja przez to mogłam stracić zaufanie Hajdi, zaufanie, którym i ja ją obdarzyłam pokazując jej "Melodie" i moje wydane opowiadanie Yuri. Zaufanie które w jakiś sposób jest mocno dla mnie ważne.

I powiem szczerze, że jestem przerażona.

Przerażona faktem, że Hajdi może tyle dla mnie znaczyć, mimo, że znam ją rok.

Przerażona faktem, że ja dla niej nie znaczę tyle co ona dla mnie.

Przerażona faktem, że mogę przekroczyć jakąś granicę, jak kiedyś pewna mała Asurka i stać się dla Hajdi ciężarem.

Przerażona tym, że chciałabym mieć w Hajdi przyjaciółkę...

piątek, 27 września 2019

O zdrowiu kociary i kota.


Z moim zdrowiem się ostatnio troszkę popieprzyło.

Zacznijmy jednak od lepszych wiadomości.

Zgubiłam się w Katowicach, ale jak się już znalazłam to dotarłam na badanie i nie wyhodowali mi grzyba na palcu. Zajebiście dobra nowina. Lepsza by było wyhodowanie jabłka, albo gruszki, w końcu owoce takie drogie, ale wezmę co dają. Za dwa tygodnie dermatolog, zobaczymy co powie.

Pani zdrowa już nie będzie. Ginekolog mnie nie pocieszył za cholerę, w zasadzie to boje się jak sam skurwesyn, ale mówi chłop, że póki takie małe to nie jest najgorzej. Potem wytniemy

Na domiar wszystkiego kręgosłup mój 32 letni stwierdził ostatnio, że pierdole nie robię i załatwił mi L4. Załatwił mi też wyjście 350 zł z mojego portfela, bo na rehabilitacje na NFZ kazano mi czekać do lutego. Mój kraj taki piękny. Ale mówię wam, prądy na plecy, rewelka. Na ostatniej sesji zasnęłam tak mnie pieściło :P Wiedźma Rodzicielka pożyczyła mi Kosmodisk. Tak, zakupy mango i te sprawy. O dziwo działa, więc jak wiem, że będę się nadwyrężać wkładam go profilaktycznie i jakoś idzie żyć póki co. Ale Pani zdrowa już nie będzie, teraz trzeba zawalczyć, by nie było gorzej - a rehabilitacja za pół roku i walcz sobie człowieku. Wybieram się zatem na basen.

Dopadła mnie też jesień, ale twardo stawiłam jej czoła, zwłaszcza, że na piątek byłam umówiona z dziołchami na piwo (serio kalendarz google to przydatna rzecz jednak, bo ostatnio mam wszędzie dużo różnych wizyt i spotkań), w związku z powyższym w ruch poszedł Agrentin T (serio cudo) i w trzy dni pozbyłam się bólu gardła i kataru, choć tego drugiego to już za pomocą innego specyfiku.

Bóle po prawej nie są ani kamienicą nerkową ani wyrostkiem robaczkowym. Nie są też chyba niczym innym a przynajmniej niczym co wyszłoby na USG. Doktor popatrzyła na mnie z politowaniem i w zasadzie nie dała mi pomysłu na żadne inne badanie celem wyjaśnienia tego zjawiska. Normalnie kurwa mam pojebany organizm i już. Diagnoza godna Dr Hous'a.

A no i zaczęłam się ostatnio odchudzać. To znaczy, zaczęłam liczyć kalorię, to znaczy wytrzymałam na tym miesiąc i uznałam, że jestem uwięziona. Co oznacza,że teraz będę miała trochę więcej czasu. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę o ile dłużej trzeba siedzieć w kuchni jak się to wszystko waży i zapisuje. Co prawda ileś tam zrzuciłam 4 czy 5 kg, ale potem stanęło i jak zwykle, potwierdzając moją teorię o magicznej trójce, moje wszelkie wysiłki przestały przynosić jakiekolwiek efekty, więc po prawdzie przestałam się wysilać.

Kota moja za to znów schudła. Te 100 gram co niby przytyła to poszły chyba przy kolejnym wypróżnieniu. Podskoczyła jej tarczyca, więc pani doktor zaleciła podwojenie dawki leku. No pomogło, nie powiem, że nie. To znaczy wynik na tarczyce ma niższy, ale za to znów wydziera się do zamkniętych okien i otwartych drzwi. Zaczynam myśleć, że Kota moja to się na jakieś Talent Show trenuje, bo bardzo się peszy jak się zorientuje, że na nią patrze ^^ Leczenie kota w naszym kraju jest równie drogie jak leczenie człowieka, lekką ręką miesięcznie 3-4 setki wychodzą, ale kocham ją jak własne dziecko, którego nigdy mieć nie będę, więc nie narzekam ;)

A jak tam Wasze zdrowie przy jesieni?

sobota, 21 września 2019

RMF potrafi obrzydzić każdą piosenkę.

Serio, każdą. Nawet jeśli się ją lubi to słuchając ją cztery razy czasem pięć na osiem godzin, pięć czasem sześć razy w tygodniu jest się na zajebiście dobrej drodze by ją znienawidzić. Najgorzej budzić się w nocy jak Ci się takie coś telepie po łepetynie

„Krótkie są momenty, krótkie dni,
Krótkie, szare noce, długi wstyd „
Krótkie są momenty,
krótkie momenty krótkie mam momenty...”

Druga w nocy. Po pół godzinie zmuszania się do myślenia o czymś innych (kiedy krótkie momenty uparcie przedzierają się przez moje świadome myśli jak tło, zbyt głośno puszczone radio, mimo że w domu cisza i nawet kot o dziwo śpi) zapadam w końcu w zmęczony sen

Trzecia dwadzieścia nad ranem i Pola domagająca się uwagi:

„O Pola nie daj się im, o Pola nie daj się im, o Pola nie
Dasz radę, wierzę w ciebie
Wiem, że masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas „

kolejna walka, trudniejsza znów bo jeszcze nie wypoczęłam po poprzedniej. Ale w końcu wygrywam. Ponownie zapadam w wymęczony sen.

Szósta rano:

„Cyklady na cykladach!

No kurwa mać, pospane.

Idę do pracy i znów to samo i w kółko, dopóki nie skończy się szał na najnowsza piosenkę Męskiego Grania, czy innej Węgiel i tym razem wałkują coś innego aż do obrzydzenia.

Też tak macie?

P.S. Tak, wiem, nie było mnie długo. O tym za parę dni.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Minięta gwarancja

Minęła mi gwarancja.

Pojawiła się magiczna trójka z przodu i nagle wszystko stało się trzy razy trudniejsze. Nagle zdrowie stało się trzy razy słabsze. Nagle odwiedzam trzy razy więcej lekarzy, jestem trzy razy bardziej zmęczona.

Trzy razy częstsze nawroty depresji sprawiają, że jestem kłamczuchą.

Kłamię, że wszystko jest ok.

Kłamię, że sobie radzę.

Kłamię, że się lubię.

Ostatnio w lustrze patrzeć na siebie nie mogę, mimo, że waga Wiedźmy Rodzicielki pokazała 6 kg mniej niż się spodziewałam.

Nie podoba mi się to jak ścięłam włosy.

Nie podoba mi się jak wyglądam.

Nie podoba mi się ile ważę.

Ale odchudzanie również stało się trzy razy trudniejsze. Trzy razy szybciej się zniechęcam. Jestem trzy razy bardziej sfrustrowana, trzy razy bardziej smutna.

- Jesteś piękna - mówi mi Zaklęcie.

Ale ja go nie słucham, bo przecież to nie ma znaczenia. Patrze w lustro i wiem, że nie ma racji. I mimo tego, że świadomie zdaje sobie sprawę, że przecież pierdole głupoty, moje emocje mówią zupełnie co innego.

I są silniejsze od świadomego myślenia.

Tyle dobrze, że chociaż paznokcie mogę malować. Źle, że znów muszę iść do lekarza. Ile jeszcze rzeczy mi się wykryje? Czy naprawdę nie wystarczy, że mam cholerne uczulenie na laktozę i nie mogę nawet zjeść czekolady?

środa, 31 lipca 2019

Byłam dumna

Znów poczułam się zbyt swobodnie, zbyt mocno się otworzyłam. Kac moralny zbiera swoje żniwo.

Naprawdę nie chciałam, w zasadzie nie wiem czemu  o tym wspomniałam. Przecież ostatnim razem nie poszło dobrze.

Ostatnim razem jeszcze byłam dumna z tego co uczyniłam, z tego, że zostałam wybrana. Temat był nie ważny, ważne było to, że moje słowa gdzieś trafiły, ktoś je docenił. Ktoś je wydrukował, opatrzył okładką, opublikował. Byłam dumna.

I wiem dobrze że panna M. nie zamierzała zrobić mi krzywdy. Wiem dobrze, że jej żarty i zmiana niektórych elementów podczas czytelniczych godzin środowych, kiedy to siedziała na krześle i czytała na głos moje słowa, nie miały na celu złamania mnie. Wiem dobrze, że śmiejąc się z nimi i nie mówiąc im, że mnie to bolało popełniłam błąd. A może nie?

Myślę, że panna M. by tego nie zrozumiała. Nawet pomijając to jak bardzo ją lubię, uważam, że nie jest zdolna do tego, by pojąc jak ważna dla mnie jest "Pani Krainy". Jak ważna była dla mnie ta historia i jak bardzo chciałam, by jeszcze ktoś ją docenił.

W urzędzie, tam gdzie pracowałam, nie została doceniona. To nie był totalnie ich gatunek. Zakładając, że gatunek Yuri może być czyjkolwiek. Nie mniej, nie ja wybierałam temat, ani gatunek, lecz konkurs w którym brałam udział.

A zatem nauczona urzędowym doświadczeniem, nieco wyśmiana przez panne M. (choć wiedziałam, że nie chciała być złośliwa), postanowiłam w mojej nowej pracy nie wspominać o tym, że zostałam wydana.

Przez rok mi się udawało.

Więc nie wiem czemu to zrobiłam.

Może dlatego, że ostatnio Promyczek zapytała mnie w mailu czy jeszcze piszę i zachciało mi się płakać na samą myśl o tym, że już nie potrafię. Bo to boli. Boli, że część mnie umarła, że nie mam swojego Pozaświata, że nie potrafię już pisać. Boli kiedy ktoś o to pyta...

Tak, czy owak stało się. Wygadałam się i nastąpiła rzecz straszna.
Jedna w dziewczyn powiedziała, że chce to przeczytać.

Nauczona poprzednim doświadczeniem, choć nie cierpię porównywać ludzi, boje się. Boje się panicznie, że K może nie zachowa się jak panna M. ale na pewno coś pomyśli o temacie, o słowach, o historii, z której po poprzednim razie już nie jestem dumna.

A przecież powinnam, bo było to spełnienie mojego marzenia.

A jednak antologia stoi na półce i się kurzy, a ja już nie jestem dumna i wcale nie chce K. pokazywać tego z czego nie jestem dumna...

poniedziałek, 29 lipca 2019

Ponarzekam sobie.

No dobra, wiem, że długo mnie nie było. No cóż, fest długo. Złożyło się na to kilka czynników, więc postaram się nieco usprawiedliwić i proszę nie skreślajcie mnie :)

Przez ten czas działo się kilka rzeczy ale głównie zaczęło się od nawrotu depresji, Niestety niejednokrotnie przekonałam się, że z tej choroby nie da się całkowicie wyleczyć. Ona siedzi sobie, psia córka, w kącie i czeka na możliwość ataku, a nawrót tym razem był szczególnie paskudny. Tak paskudny, że rozważałam szukania psychologa, choć wiem, że w PL dla mnie to niemal niewykonalne.

Taką możliwością okazała się choroba mojego kota. Nadczynność tarczycy, niewydolność nerki, podniesione ciśnienie, spadek wagi. Obecnie jesteśmy na lekach i kicia przytyła 100 gram, więc jestem dobrej myśli. Nie mniej jednak przez jakieś dwa tygodnie chodziłam jak zombie, napychałam się słodyczami i roztaczałam w głowie czarne wizje uśpienia kota strzykawką i pustego domu bez tej futrzastej wredotki. Na szczęście leki się przyjmują, więc na razie trochę podniosłam się z dołka.

Do lekarzy z poprzedniego posta w końcu się dodzwoniłam i poumawiałam na wizyty, gdzie pierwsza mam już w czwartek (olaboga jak szybko, zwłaszcza, że dodzwoniłam się jakoś dwa dni po poprzedniej notce). Ze skierowaniem z lutego polazłam do innego lekarza, także na początku czerwca i już osiemnastego lipca, po wysiedzeniu w przychodni około półtorej godziny dowiedziałam się, że mam uczulenie na laktozę.

No kurwa cudownie zważywszy na to, że to niweluje niemalże wszystko co uwielbiam. Czekolada. Lody. Ciastka. Z drugiej strony fajnie, schudnę.

Nie, no gówno prawda.

Jest przecież mleko bez laktozy, są serki jogurty i tego typu bezedury. Da się żyć, nawet lody znalazłam (i nie mówię o sorbetach bo za takimi w sumie nie przepadam), ale czekolady już nie. I dobrze, przecież to kalorii w chuj.

A propos w chuj kalorii ostatnio doszłam do wniosku, że żrem za dużo, bo jedzeniem tego nazwać nie można. Nawet jak wczoraj zrobiłam sobie zdrowe żarcie na parze warzywa, to napchałam się tak, że brzuch mnie bolał (zwłaszcza że jeszcze pobolewa z pozostałości laktozy, bo nie ze wszystkiego potrafię wykluczyć), bo to przecież zdrowe i przecież nie wyrzucę. Dodam, że brokuł w ogóle mi nie smakował, mimo 40 minut w parowarze był niedogotowany.

Tak więc moja samoocena w ostatnich dniach mocno spadła poniżej krytycznej, zwłaszcza, gdy zauważyłam, że już mi ciasno w jednych rybaczkach, a jedna z ulubionych bluzek także opina ten mój wielki brzuch.

Na wagę nie staje, bo panicznie się boję, że zobaczę trzycyfrową, a przecież obiecałam sobie nigdy w życiu już się do czegoś takiego nie doprowadzać.

Tylko co robić, jak steper/orgitrek nie przynoszą efektów, na spacery nie chodzę bo upał taki że nosa nie wyściubiam jak absolutnie nie muszę, na basen nie pójdę bo ludzi od chuja i ciut ciut, siłownia odpada, dietetyk też, bo aż mnie skręca jak sobie pomyśle ile w kuchni będę siedzieć, a ja tak nienawidzę gotować. Nie mówiąc już o tym ile kasy na to wszystko pójdzie. Biegać nie mogę ( i nie chce) areobiku też nie zrobię, bo kolano, a zatem Zumba także odpada. Wiem, bo już próbowałam. Kolano nie słucha moich argumentów ;/  Jakieś rady?

Na koniec tego postu narzekań dodam, że upały są może nie kurewskie, ale i tak nie zachęcające, na domiar przestałam robić ćwiczenia na kręgosłup (a szlo mi nieźle wytrzymałam 3 tygodnie) bo mnie pan masażysta przyszły zjechał żem leniwa buła, że to co mam od pani internisty doktor to chujnia i ze potrzebuje czegoś innego. Po czym zarzucił mnie fotkami ze swojego podręcznika i uwieńczył to tekstem, że i tak nic z tego nie będę robić,czym wybitnie mi obrzydził dalsze próby.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Lekarska Infolinia

Jak ja kocham po lekarzach łazić to chyba każdy z Was wie. Wiele z Was pewnie podziela moje zdanie, zwłaszcza ci, mieszkający w naszej pięknej Polszy. Doszłam dziś w ogóle do wniosku, że do weta łatwiej się dostać niż do lekarza w dzisiejszych czasach...

Anyway, jako, że problemy zdrowotne zmusiły mnie w końcu do ruszenia dupska, mam za sobą X-ray (RTG) kręgosłupa, cała masę leków i kilku lekarzy do odwiedzenia (Niekoniecznie z kręgosłupem. Ja po prostu do lekarzy chodzę jak do sklepu - jak muszę i z listą zakupów).

A zatem jedna wizyta w lipcu (a skierowanie mam od lutego, dopiero mnie pogoniło skorzystać z diagnozy specjalisty), drugą do lekarza rodzinnego z tymi zdjęciami muszę się umówić (pewnie mnie wyśle do ortopedy). Sadystę - dentystę także wypadałoby odwiedzić, a skoro już orzeszki to i chipsy, a zatem sprawdźmy i podwozie.

Znalazłam sobie lekarza, a raczej przychodnie ze specjalista całkiem niedaleko, bo tułać się naszymi miętowymi autobusami też nie mam ochoty po całym mieście. W piątek więc rano chyciłam za telefon (nie, żebym się zbierała od marca, kiedy to sobie obiecałam, że polezę w kwietniu) i dryndam ja na przychodnie:

- Witamy w centrum lecznictwa otwartego, jeśli chcesz umówić się do lekarza ogólnego wciśnij jeden... 

Wybrawszy odpowiednie cyferki zasiadłam z telefonem przy uchu i czekam na połączenie. Sekundę później odłożyłam telefon i wrzuciłam głośno mówiący.

- Centrum lecznictwa otwartego czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś siódmy w kolejce na połączenie. Centrum lecznictwa..

Jak słowo daje, nie da się przy czymś takim czytać, więc zabrałam się za co innego (po około 20 minutach bezczynnego lampienia się w internety i uzyskania bycia 5 w kolejce) Poszłam więc do kuchni, pomyłam gary, ogarnęłam obiad, oporządziłam kota, umyłam włosy

- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce na połączenie, centrum...

... i tak dalej. Gdzieś w okolicach dziesiątej za dwie, a zaczęłam o 9tej i naprawdę nawet nie koloryzuje, nagle wesołe komunikaty z telefonu umilkły na ament i kompletnie nic się nie działo. Zero sygnału, zero człowieka po drugiej stronie. No kurwa nic.

Trochę się poddenerwowałam, przyznaję. Ale mówię nic, podjadę w poniedziałek na miejsce to się zarejestruje. Jednak po godzinie stwierdziłam, że w sumie spróbuje jeszcze raz. Odpalam telefon wybiera cyferki i zaczynamy zabawę.

- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce

No kurwa sukces na wejściu!

Minął kwadrans. Kwadrans. 15 minut. Chwalmy siec play za darmowe rozmowy!

- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?

No nie mogę! Żywy człowiek!

- Dzień dobry, ja chciałam się do ginekologa zapiać.
- Do której przychodni?
- No do tej tam.
- Łącze...
- Centrum lecznictwa otwartego, czekaj na połączenie, jesteś pierwszy w kolejce.

Witki mi opadły. Naprawdę przysięgam, zaczęłam się śmiać. Po kolejnym kwadransie znów słyszę ludzki głos.

- Centrum lecznictwa otwartego, słucham?
- Dzień dobry, ja do ginekologa chciałam
- A to się Pani znów do mnie dodzwoniła, wie pani co, ich chyba tam nie ma dzisiaj, niech pani zadzwoni w poniedziałek najlepiej.

Ja tam dziś poszłam.
Dowiedziałam się, że przez długi weekend to oni do czwartku mają tam nieczynne, dzwonić mam w piątek.

Już się ciesze na samą myśl ^^

piątek, 7 czerwca 2019

Rapcia

Muszę się przyznać, że bałam się bardzo. No przeogromnie. A, jako, że jestem rybką to dualnie w tym samym momencie byłam święcie przekonana, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku! Ale do rzeczy.

Postanowiliśmy wyjechać na wakacje w maju, gdzieś w okolicach już marca Zaklęcie wpadł na pomysł pojechania samochodem. Ogarnął koszty i wybraliśmy auto. Mieliśmy dostać Toyotę Yaris, czerwoną do tego, więc mocno się przygotowywałam na taki właśnie samochód. Z racji oszczędnej części osobowości postanowiłam, że skoro mam tyle wydać na wynajmem auta to zahaczymy też Zgorzelec przed wyjazdem do Czech (wakacje zagramanicą, nie ma co, powodzi się :P), na urodziny mamy Zaklęcia (wspominałam Wam kiedyś, że moje Zaklęcie jest Czechem? :P )

W dniu wyjazdu jednak okazało się, że Yarisa jest w warsztacie (w Czechach właśnie) i w związku z tym dostaliśmy Skodę Rapid. Jak zobaczyłam ten wóz w internetach to normalnie przeraziłam się na maksa! Przecie to limuzyna, ja nie umiem takim wielkoludem jeździć!

Ale twardo postanowiłam jechać!

I okazałam się urodzonym kierowcą BMW! Już na samym wyjeździe z miasta wrypałam się na prawy pas zupełnie bez kierunku, a potem na lewy na rondzie, bo jakoś mi się nie ogarnęło, że to rondo jest dwu pasowe. Pan w samochodzie za mną chyba przeklina mnie do dziś. I ma do tego pełne prawo. Na swoją obronę powiedzieć mogę jedynie, że byłam tak przerażona wielkością tego auta, iż nie myślałam po kierowcowemu. Ubolewam i mocno przepraszam!

Na autostradzie byłam drugi raz w życiu, pierwszy raz na polskiej. Wedle Zaklęcia jeżdżę miodzio po trasie, tylko w mieście się gubię :P Pod Wrocław jednak dojechałam i potem zmieniłam się z Zaklęciem. Pozwoliłam mu prowadzić do Czech i po Czechach, podczas gdy ja z siedzenia pasażera zaznajamiałam się z Rapcią i przyzwyczajałam do jej gabarytów :)

Zaowocowało to pięknym powrotem do domu (łącznie z półtora godzinnym korkiem) kiedy po drodze w Zgolku zabraliśmy Cioteczkę Toć to Anioł Nie Kobietę :) Usłyszałam, że prowadzę pięknie i w ogóle Ciotencja ze mnie dumna. No nie powiem, serce pokraśniało ;-)

Wakacje się udały, czeskiego nadal nie umiem, choć sporo rozumiem ;-) Rodzinka Zaklęcia nadal przyjmuje mnie dość miło, a jego mama nadal totalnie nie przejmuje się tym, czy ją rozumiem, czy nie ^^

 Spokojnie, nie zjadłam tego sama ;P 




poniedziałek, 3 czerwca 2019

No ja pierdole

O samochodzie będzie w następnym poście, obiecuje. Tymczasem chciałabym Wam opowiedzieć bajkę.

W zasadzie to dramat.
Jednoaktowy.

Wystepuja:
1. A - prowodyrka całego zamieszania dwulicowa krówka od dziś
2. B - paskudne dziewczę z charakteru, które mnie osobiście wkurwia swoim samouwielbieniem
3. C - niewyparzona gęba bezpośrednia bardzo, lubię ja nawet ale dziś przegięła.
4. Reszta słuchaczy oniemiałych nie wiedzących czy się śmiać czy płakać.

Akcja właściwa:
Wchodzi A do pokoju podchodzi do palety i bierze w łapy karton z napisem 3/6 co oznacza, że takich kartonów ma być ogólnie sześc. Znalazła pięć. Nikt nie mówił, że ma pierwszy albo druk, wiec odstawiła na bok i może się znajdzie.

Wzięła jakieś inne zwroty i poszła do swojego pokoju i tam sobie robi. Wraca za trzy godziny i do mnie z tekstem: "nikt tego nie zrobił?" (jakbym ja była za to odpowiedzialna) Mówię, że nie, bo przecież nie ma druku, nikt nie znalazł. A ona wyjeżdża z jakimś pudełkiem i ze ona to ma i dawaj ci ładuje te ciężkie kartony na wózek.
B: Co ty robisz ? Będziesz to tam targać? Jak zaraz trza to z powrotem przywieźć bo to idzie na magazyn gabarytowy"
A: "A wiesz jak jest" i wymownie patrzy na nas i dalej pakuje

B. wzruszyła ramionami i wtedy C. ogarnęła co się dzieje.

C: "A co Ty, A robisz? Po co to targasz niech któraś tu zrobi"
A: "A bo wiesz jak jest, nikt się nie ruszy" .
C: "Bo się kurwa żadnej nie chce! Na magazynie nie robiły (pomijam fakt, że część z obecnych robiła na magazynie) nie wiedza co to praca!"

A. zabrała się i poszła, a ja w tym czasie normalnie gotowałam się ze złości i zalewa lam ze śmiechu jednocześnie.

Hugo z tym, że jak jesteśmy na popołudniu, nie ma B. ani C, to A potrafi przyjść do mnie : " no weź Vill, zrobimy to tutaj, nie będę targać tych ciężarów, ja Ci serie sprawdzę a ty wprowadzisz ok?"

Nigdy jej kurwa nie odmówiłam. A ona od jebała taka dramę jakbyśmy wielce focha na nią miały (biedna A. no kurwa nikt jej w życiu nie pomógł!) i trza było się komuś poskarżyć

No ja pierdole.

Weź tu pracuj z babami...

piątek, 17 maja 2019

I muzyka do auta

Kochani, mam okazję pojeździć samochodem po cholernie długiej przerwie.

Jestem mega podekscytowana.

Kompletuje właśnie muzykę do auta.

Energiczną i wygodną ;-)

Buziaki :*

Odezwę się :)


wtorek, 7 maja 2019

Jestem niegodna!

Nie wiem czy wiecie, ale jestem bardzo zazdrosna o swoje dane osobowe. Bardzo nie lubię jak ktoś w internetach wie o mnie coś czego sama tej osobie nie dałam. W związku z powyższym staram się jak najmniej ujawniać prawdziwości danych osobowych, szczególnie ludziom obcym (takim z którymi nie znam się na żywo lub w internetach krócej niż pół roku intensywnego gadania). Z tego też tytułu nawet mój fb jest z nazwiska literackiego i gdyby ktoś szukał mnie pod prawdziwym znajdzie tylko konto na linkedin, ale tam to już Villandrą być nie wypada, co nie?

Moje konto na fb jest kontem prywatnym w pełnej krasie tego słowa. Wszelkie posty (poza "pomagajmy kotom") zazwyczaj są ukryte dla obcych (no tak z 90 % tych postów). Ja się zresztą nie udzielam jakoś specjalnie na FB bo i po cholerę. Od tego mam bloga - na którym też udzielam się jak widać :P Moi znajomi na fb są wybierani bardzo selektywnie (koleżanka z pracy została zaakceptowana po prawie pół roku), co nie znaczy, że z innymi nie gadam. Chwała messangerowi.

Od wszelkich grup facebukowych stronie jak wampir od czosnku, bo mnie wkurzają te wszystkie powiadomienia, zwłaszcza, jak nieopacznie się na jakiejś odezwę wyrażając swoje zdanie :P

Do meritum histeri :P

Jako, że uczuliłam się na hybrydy (olaboga!), zmuszona jestem niejako siedzieć sobie w grupie uczuleniowców (ah ta hipokryzja :P) szukając rozwiązań i pogłębiając wiedzę na tematy związane. Z tego też tytułu jestem na hyrydach dla początkujących.

Wiele dziewczyn, również te z którymi rozmawiałam na czacie facebukowym poleca firme Kabos jako nieuczulającą i jeszcze bardziej poleca grupę Kabosowelove cobym się tam podłączyła i jeszcze więcej wiedzy nabyła w szczególności uzyskując odpowiedź: od kiedy można już hybrydzić.

Z ciężkim sercem poprosiłam grupę o dołączenie.
Miesiąc temu.

Moja prośba została zignorowana, więc uznałam, że jakiś błąd systemu. Poprosiłam drugi raz i kolejna ignorancja. Napisałam więc do jednej z pań administratorek i ponownie zostałam zignorowana. Nieźle już wkurzona dałam sobie spokój na dwa tygodnie. Minęły święta minęła majówka (którą przeleżałam w łóżku, tylko pozazdrościć) i poprosiłam znów.

Trzecia ignorancja troszeczkę mnie wkurzyła. Za czwarta prośba (jestem namolna, wiem, nadawałabym się na sprzedawce gdybym nie była tak chorobliwie uczciwa) w końcu raczono się do mnie odezwać.

I oto co się dowiedziałam.

Jako, że swoje konto mam ukryte z awatarem zamiast zdjęcia z nazwiskiem literackim zamiast "prawdziwym" zostałam UZNANA za konto FIKCYJNE.

Mimo rozmowy i próby przekonania pani administratorki, że przecież jestem osobą realna, że to moje prywatne konto i niby czemu miałabym drugie zakładać specjalnie dla nich, zostało mi odmówione dostąpienia zaszczytu bycia członkinią zacnego klubu kabosowelove bo jestem fikcją!

Po czym zablokowano mnie tak (mimo, że w rozmowie swojej byłam bardzo grzeczna), że nie mogę pisać ani do adminek ani nawet grupy już mi nie wyszukuje. 

Także miłe Panie poznajcie bota Vill ^^

środa, 1 maja 2019

O zdrowiu i pośrednikach

W ogóle masakra, tak Wam powiem na wstępie. Jest majówka w którą miałam pracować (tj wczoraj i juto), a tak siedzę w łóżeczku z rolką papieru zamiast chusteczek. Ale do rzeczy. 

Od zeszłego wtorku, masakra. 

Odpalili nam klimę. No cudowny wynalazek.

Jak na dworze jest 30 stopni.
A nie 13.

W środę miałam już zawalone gardło. W czwartek i piątek nie mogłam mówić ( to były najcichsze popołudniówki Ever!). Nażarłam się leku (argentin T w spray - polecam), przedawkowałam aspirynę (szok! Nie wiedziałam, że można!).

Ka bum - gardło wyleczone! Bydę Żyła :P

W sobotę czułam się w miarę dobrze. Polazłam do szkoły, a w niedziele już nie wyszłam z łózka z katarem. W poniedziałek przesiedziałam znów żrąc aspirynę, zmagając się na przemian z katarem to z bólem żołądka.

W końcu poprosiłam o wolne na majówkę, by się wyleczyć. Wczoraj zapisałam się do lekarza (lekarz młodszy ode mnie, no to już te lata, magiczna trójka przekroczona:P),  ale mi się polepszyło miedzy siódma, a 16sta wiec odwołałam.

O osiemnastej znów mi się pogorszyło. Ciągłe kichanie i swędzenie nosa. Dziś już kichnęłam z osiem razy, obecnie mam zatkany nos.

No kurwa.

--------------------------

Jeśli zaś chodzi o pośredników chciałam Was przestrzec przed sklepem TakeShop.pl. Moja szanowna Wiedźma Rodzicielka zamówiła tam towar i w mailu przyszło jej, że towar dojdzie do 60 dni. W wielkim skrócie po mojej rozmowie ze sklepem okazało się, że faktycznie w regulaminie, który dostępny jest na stronie (choć nie tam gdzie inne sklepy internetowe zazwyczaj go mają - moim zdaniem zabieg celowy), jest napisane, że sklep pośredniczy w zakupach. Zamawiasz przez nich, dostajesz z Chin (o przepraszam z Azji, ale wszyscy wiemy skąd dokładnie), jak coś to na własny koszt do chin odsyłasz.

I w sumie dobra, wszystko ładnie pięknie napisane gdyby nie fakt, że przyjrzałam się towarom. Towarom które są zerżnęte żywcem z AliExpress i do tego dwa, a czasem trzy razy droższe :P

Reasumując:

Płacisz im za to, że za Ciebie zamówią coś z Ali. Płacisz drożej niż na Ali, a do tego wszelkie niejasności sama sobie z Ali wyjaśniasz.

A zatem oni zamawiają (niejednokrotnie pewnie tez z rabatem bo Ali ma masę jakichś kuponów i innych zniżek) przychodzi to do nich, Ty opłacasz to, że oni zamówili, oni to potem wysyłają do Ciebie za co też płacisz, a jak coś to do sprzedawcy odsyłasz na własny koszt, a oni Ci tylko adres dadzą.

No kurwa!
Januszowy interes życia!
Nie mają magazynu, oficjalnie tylko pośredniczą, nie składują towaru nie płacą za powierzchnie, nie przejmują się, że towar się nie sprzeda.

Czemu ja na to nie wpadłam?

(Moim koleżankom z pracy robie dokładnie to samo po cenach z Ali no kurde :P - taki interes :P)

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Boje się..

Uczuliłam się na hybrydę  (to już wiecie) była to całkowicie moja wina, to znaczy tak sądzę, bo nie utwardziłam produktu. Nie będę wdawać się w szczegóły. Wtedy, gdy to uczulenie mi wyszło, miałam na palcach ładnych kilka lakierów różnych marek. Stylizacja zajebiście mi się podobała , ale pocieszyłam się nią jedynie dzień. Musiałam zdjąć z powodu zaczerwień i swędzenia palców. Wyczytałam wtedy w necie o teście skórnym, chciałam zobaczyć który produkt mnie uczula. Baza z mojej ulubionej firmy z którą zaczynałam przygodę z hybrydami zrobiła niemałe spustoszenie na moim łokciu. Chińskie lakiery też, ale mniejsze. Tak wiem, głupotą było kupować chińskie lakiery ale uczulenie to sprawa bardzo indywidualna. Tak czy owak podłączyłam się na FB do grupy uczulonych na hybrydę i zaczęłam od opowiedzenia mojej historii i co mi pokazały testy skórne.  Zostałam zjechana z góry na dół, że zrobiłam masakryczną głupotę, że tak się ni robi, że robię sobie krzywdę ect. Wzięłam to na klatę. Po prostu wzięłam to na klatę, dumna z siebie, że mam dystans do własnej głupoty. Po moim komentarzu nawet kilka dziewczyn wzięło mnie w obronę.

Dwa dni później wystawiłam karty do gwinta, te które mam od krótkiego na jakiejś grupie FB do sprzedawania takich rzeczy. Zostałam wyśmiana z ceną, a przecież za tyle chodzą na alegro. Jeden gościu mi napisał, że powinnam dodać jedynkę z przodu bo za 1310 na pewno ktoś się znajdzie. To również wzięłam na klatę. Ponownie pokazałam, że mam dystans, powiedziałam im, że cieszy mnie niezmiernie, że ich rozbawiłam. Rano, zgodnie z regulaminem admin usunął oba nasze komenty, ale reakcji na posta typu "HAHA" było trzy razy więcej. Usunęłam post i wyszłam z tej grupy.

Parę dni później zadałam w pracy całkiem poważne pytanie, bo kupiłam nowe buty i języki z nich przekrzywiały mi się na zewnątrz. Zapytałam czy ktoś ma sposób na uciekające języki od butów. Salwa śmiechu poniosła się po sali. Śmiałam się i ja. Koza stwierdziła, że dojebałam ją pytaniem i że w ogóle to z jej ośmioletnia córką się dogadam bo tamta też takie pytania zadanie. Śmiałam się i ja, pól godziny. Razem z nimi. Do chwili, gdy nie dotarło do mnie, że zostałam wyśmiana. Bo to pytanie nie miało być śmieszne, miałam problem i szukałam rozwiązania. I zostałam.. wyśmiana. Po raz trzeci. W ciągu tygodnia. 

Potem pogadałam z dziewczynami z mojej zmiany (wtedy nie wszystkie były tylko z mojej) i powiedziałam im.. no wyznałam, bo uważam, ze takie rzeczy powinno się załatwiać, nie jestem zwykłą babą by chować urazę, więc wyznałam im, że przykro mi się zrobiło, że mnie wyśmiały. One, te z mojej zmiany, mnie przeprosiły i zapewniły, że to tylko żarty. Jak bym nie wiedziała. Sęk w tym, że mimo tego, że mam do siebie dystans i potrafię się z siebie śmiać, tamto mnie zabolało. Mimo, że nie jestem zła na nie, tylko na siebie. Tamto mnie zabolało. Boli wciąż choć już się nie przyznaje przed nimi, bo co mogłyby zrobić więcej? 

Mam wrażenie, że pękła jakaś tama, że coś się zjebało, że czegoś nie dopilnowałam, nie odrestaurowałam w mózgu nie naoliwiłam i ...  i że.. że... że to kolejny nawrót... który tym razem nie odejdzie.. że .. że... że znów jestem słaba...

Czuje się.. jakby mi coś odebrano... Za miesiąc mam jechać samochodem do rodzinnego miasta, a czuje się za głupia by prowadzić...

I boje się..
..
że następnym razem ,gdy ktoś mi wytknie błąd, albo mnie wyśmieje, to nie okiełznam emocji...

sobota, 13 kwietnia 2019

No i mnie bozia pokazała :(

No i masz babo placek, albo raczej nie masz placka, jeśli za placek przyjmiemy hybrydki.

Kiedy zaczęłam hybrydzić byłam zachwycona trwałością i łatwością wykonania (czasem wykonania trochę mniej ale coś za coś). Oglądałam masę filmików instruktażowych, wymyślałam nowe wzorki, zachwycałam się z koleżankami, chwaliłam się Wam. Rozkochałam się w Kocich okach i ombre.

Jednym słowem: szalałam na punkcie paznokci.

Cieszyłam się, bo wyglądam, tak jak wyglądam z całej siebie ładny mam ino ryjek (i to akurat wtedy gdy nic mi na nim nie wyskakuje), włosy (jak się nie przetłuszczają lub dla odmiany nie elektryzują) i właśnie paznokcie.

Chciałam mieć ładne paznokcie. Kolorowe, zadbane, wyglądające po prostu ładnie. Szalałam więc z kolorami, na urodziny czy święta prosiłam o lakiery, malowałam wzorniki próbowałam zdobień. Jednym słowem odkryłam pasję koloru. I to cudowne ombre (zdjęcie wyżej).

Dumna byłam z siebie za każdym razem, gdy koleżanki zachwycały się moimi zdolnościami do zdobień, których przecież wcale nie mam. Po prostu szał i uśmiech na twarzy.

Po znanym Wam już problemie z manicure japońskim i leczeniu pazurków ciepłą żelatyną (dzięki Lena!) oraz olejem rycynowym (również dzięki Lena!) w końcu po trzech tygodniach czekania postanowiłam zrobić sobie manicure. Wybrałam niebieski bo niebieski chodził za mną od sporego czasu. Połączyłam sobie NeoNail z Claresą (stara kolekcja) i zadowolona, że stemple zaczynają mi wychodzić poszłam do pracy.


Pierwszym objawem były małe czerwone punkciki pod małym paznokciem prawej ręki. Nie bolało ani nie swędziało, nie wiedziałam co to takiego, więc olałam sprawę. Może się gdzieś uderzyłam. W między czasie przyszły lakiery z Ali z firmy Rosalind i Venalisa, bardzo polecanych przez koleżanki z grupy paznokciowej. Krycie spoko. Zrobiłam cudowne ombre (zdjęcie wyżej), pierwsze w życiu i z radości nie mogłam się nie zachwycić.

Zachwycałam się a jakże, cały jeden dzień... na drugi dzień obudziło mnie mocne swędzenie. Zasięgnęłam się porady wujka google i rozpoznawszy objawy uczulenia, zdjęłam hybrydy. dzień później chcąc sprawdzić co mnie uczula zrobiłam test paznokciowy. Do stylizacji ombre użyłam sporo kolorów bazę i top i trza było sprawdzić wszystko to. Niestety wytrzymałam dzień, swędziało, więc czym prędzej jak wróciłam z pracy zdjęłam te hybrydy.

Postanowiłam zrobić test skóry (za co zostałam mocno zjechana na grupie) i póki co wyszło mi, że uczulona jestem na lakiery z Ali i moją bazę z NeoNail, którą używam od listopada (zrobiła mi nie małe spustoszenie w okolicach  łokcia gdzie kładłam ją do testu). Wywaliłam zatem problematyczne lakiery i leczę cholerne uczulenie. Niestety test kolorów z NeoNail niczego nie pokazał więc albo nie jestem na nie uczulona albo cholera wie co. Wedle buteleczek skład jest dokładnie ten sam (co jest logiczne nie możliwe, ale dobra).

Dziewczyny na grupie radzą mi wywalić NN, ale mam tam 9 lakierów i naprawdę mi szkoda. Kwestia jest jeszcze firmy Claresa, bo najwyraźniej nic z nowej linii mnie nie uczula (tam gdzie wystąpiły pierwsze zignorowane przeze mnie objawy miałam lakier Claresa ze starej kolekcji i pozalewałam skórki...)

Reasumując, chciałam dużo i tanio to teraz mam przerąbane i przymusowy detox. Nie wiem nawet czy będę mogła wrócić do hybryd, czy nie będę musiała wymieniać wszystkich lakierów na te prawdopodobnie nie uczulające (a nie oszukujmy się tam takich rewelacji jak kocie oka czy inne termo lakiery nie ma).

Także smuteczek...