Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 listopada 2017

Córka Alchemika (Neverwinter) sesja 2

Zmierzchało kiedy dotarli na miejsce postoju. Budynek o dziwo był nowy i dobrze utrzymany. Miał piętro i w ogóle wyglądał solidnie. W środku było, delikatnie mówiąc, pełno. W jednym kącie siedział mężczyzna w towarzystwie kilku innych. Cała gróbka wyglądała jak typowe zakapiory. Dowódca był pretendentem do tytułu największego z nich. Miał długie czarne włosy. Do jednego ucha przyczepiony pęk kruczych piór, do drugiego zaś pęczek czarnej sierści, chyba wilczej. Pół twarzy przykrywała mu maska zrobiona z czaszki wilka. Całość nadawała mu niebagatelnego wyglądu, a jednocześnie darła się o uwagę jak żona na męża za nie pomyte gary.

W drugiej części sali za to siedział najsmutniejszy na świecie dragonborne, tęsknie spoglądający na kufle z piwem na sąsiednich stołach. Miał na sobie srebrną zbroje łuskowa i tarczę oraz młot z wizerunkami smoczego boga Bahamuta. Wyglądał, jakby już długo na kogoś czekał.

- Szefie, mam pytanie – odezwała się Ayako. – Bo jestem przywiązana do tej tu. – wskazała na Atalę. – A chciałabym mieć osobny pokój, mogę?
- Jak se zapłacisz, to naturalnie – odparł wesoło krasnolud, wybrany jednogłośnie na szefa brygady z powodów niebywałej rzadkości zamykania jadaczki.

Odziany w srebną zbroje smutas wstał i, wyciągając jakaś rycinę, podszedł do Atali.

- Dzień dobry maiłem się tutaj spotkać z kims, czy to ty?
- Niby wygląda jak ja – mówi Atala zerkając na pokazaną rycinę.
- W takim razie jestem w trakcie ...
- Może przedstawisz nas swojemu koledze? – wtrąca się Kaźmił.
- Niech najpierw sam się przedstawi.
- Miałem się tutaj spotkać z tą kobietą w kwestii zwalczania nieumarłych z orderu zakonu paladynów tyra. Moje imię to Veskhar i jestem paladynem Bahamuta.

Kaźmił jak przystało na szefa Aniołków zdecydował się zasięgnąć języka. Karczmarz narzekał na jakieś plemiona, z którymi się dobrze handluje, oraz na zmarłych tych plemion, którzy są spokojni i nie wychodzą z grobów. Muszą mieć dobry socjal w tych zaświatach, że nie chce im się wyłazić i nawoływać niezrozumiałym językiem włócząc nogami bez szczególnego celu. Przecierał kubek prawie na wylot opowiadając o niziołkach z południa, które podobno uprawiają czary by im dobrze pole rosło a innym źle. Tak naprawdę jedyną przydatną informacja było ostrzeżenie odnośnie trzymania się z dala od lasu, gdyż podobno grasuje tam coś co uciekło czarodziejowi. Owe coś podobno jest wilkiem ze skrzydłami i orlim łbem. O zielarce zaś dowiedzieli się tyle, co nic, czyli ile ludzi tyle wersji, a wszystko powtarzane niczym w dziecięcej zabawie. Kiedy usiedli do jedzenia, pretendent do tytułu największego zakapiora postanowił jeszcze bardziej zwrócić na siebie ich uwagę, podając się za akwizytora srebrnym sprzętem. Wspaniały i niepowtarzalny srebrny topór na wilkołaki wampiry i co tam tylko chcecie, a nawet do obierania pomidorów i krojenia chleba za jedyne sto pięćdziesiąt sztuk złota.

- Mogę zapłacic dwanaście sztuk złota – rzekł Kaźmił. – I mam papier na to, że te dwanaście stuk złota jest wartych sto dwadzieścia.

Cóż, lepiej nie wątpić w papierki Kaźmiła, bo one mogą zwątpić w nas. Akwizytor jednak nie dał się przekonać i twardo stojąc przy swej cenie odszedł z kwitkiem. Trudni klienci, nie ma co.
***
Noc już zapadła, kiedy Laira wyszła przed karczmę, by odstawić swoje wygibasy, które jak co noc obserwowała Ayako, dopóki nie usnęła z wyczerpania. Jako Elf Laira nie musiała spać tyle co ludzie, więc spokojnie mogła wykorzystać czas na treningi. Tym razem jednak nie dane jej było spędzić tego czasu w samotności. W ciemności rozległ się stukot kopyt i w polu widzenia mniszki znalazł się stary centaur. Sięgał dwa metry w górę. Umięśniony, ale stary mężczyzna. Miał długie siwe włosy, w ustach fajkę,a w dłoni włócznie. Odezwał się chrapliwym głosem w elfim języku.

- Dziecko lasu, w ludzkiej siedzibie. Co cię tu sprowadza?
- Mam swoje powody – odpowiada Laira.
- Dobrze – mówi centaur po chwili milczenia. – Oby twoje powody nie zaprowadziły cię za daleko na wschód. Wszystko ucieka i umiera. Ptaki nie są już takie jak kiedyś. Drzewa nie są takie jak kiedyś. Nawet trawa nie jest już taka jak kiedyś. Wszystko umiera. Uważaj na siebie podróżniczko, dziecko lasu...
- Zawsze uważam.
- Pamiętaj, by zawsze trzymać tych żywych blisko, a umarłych pod ziemią.

Odszedł pozostawiając ją z tym dziwnym ostrzeżeniem.

***
Andverfell było otoczone palisadą. Przy bramie od północy zobaczyli dwóch strażników. Nie wyglądali jednak groźnie. Wyglądali raczej tak, jakby w razie problemów jeden mógł prosić o spokój, a drugi pobiec po psiłki, ewentualnie pierwszy mógł drugiego prosić o interwencje. . Wzdłuż palisady jednak zauważyli kilku łuczników. Do miasta weszli po krótkiej rozmowie w owymi przedstawicielami ochrony, którzy na widok paladyna pokornie przepuścili cała drużynę. Wszak mąż wysoko urodzony, wbić się mógł gdzie chciał – miał to w traitach (blaszka i odznaka no nie?).

Miasto cuchnęło... cóż, miastem. W oddali zobaczyli szyld. Było na nim namalowane kowadło. Ruszyli w jego kierunku, kiedy zaczepił ich jakiś facet od stóp do głów ubrany w coś, co w zamyśle miało zapewne zakrywac każdą możliwą część ciała. I rzeczywiście na widok publiczny zostały wystawione jedynie zielone oczy. Czuć było od niego złem na kilometr. Nie trzeba było być paladynem by to wiedzieć, aczkolwiek Laira od razu się spięła widząc jak Veskhar kładzie dłoń na rękojeści młota.

- Przybysze z północy – odzywa się mężczyzna i spluwa.
- Pan też chyba nie tutejszy – odparowuje władca papierków.
- Tak, ale jestem tu od jakiegoś czasu. Jak jesteście z północy, to na pewno mi pomożecie. Bo ja jestem łowcą nagród – mówi grzebiąc w papierach schowanych w torbie którą nosi ze sobą. – Szukam tego mężczyzny – pokazuje rycinę.

Facet wygląda zdecydowanie jak wczorajszy niedoszły akwizytor. List gończy.

- A co zrobił?
- Podaje sie za łowcę wilkołaków, a tak naprawdę wraz ze swoją bandą pozorują atak wilkołaków i rządają pieniędzy za wytropienie i pozbycie się ich.
- Kto wyał ten list gończy?
- Powiedzmy, że to jest zlecenie od pewnego człowieka, przy którym się odrobine zapędzili i zabili mu córkę.
- To brzmi na coś ... żeby kogoś dopaść, ale czy jest wydany na niego jakis wyrok prawny.
- Nie przyszedłem na poradę prawną tylko pytam czy go widzieliście – zielonooki zabiera list gończy.
- Ale pyta pan o to drużynę w której jest paladyn no to chyba logiczne, że ..

Mężczyzna odwrócił się w stronę Veskhara, a jego oczy przybrały kolor krwi.

- Pladyn – mówi, jakby chciał zagryźć samo to słowo, a może i rzeczonego paladyna. – Czyli nic nie widzieliście, przepraszam – i odchodzi.

***
Miasto nadal cuchnęło miastem, kiedy po wizycie w dziwnym barze, wróć, karczmie, która szlachetnie pokazywała, że krasnolud z elfem może żyć w zgodzie, w rezultacie była to kuźnia przerobiona na knajpę, napatoczyli się na tablicę ogłoszeń na której widniała pięknie oddana podobizna Ayako ozdobiona ramami listu gończego. Atala czym prędzej zerwała papier.

- Widziałem! Ww..wwwidziałem!

Atala obróciła się i uniosła brew widząc dzieciaka. Niespełna jedenastoletniego dzieciaka.

- Widziałem, to ta pani jest na tym obrazku.
- Wydawało ci się dziecko.
- A widziałeś kiedyś co potrafi wkurzony smok? – zapytuje Vaskhar, nachylając się nad dzieckiem.
- Mama mówi, że takie jaszczurki jak pan, to teraz lubią, bo.. jest ciepło i słońce świeci – mówi malec, po czym odwraca się do władcy papierków. – Pppan jjest krasnoludem – rzecze.

Kaźmił zdjął z ramienia torbę i pogrzebał w niej chwilę, po czym wyciągnął gumową twarz z wąsami i okularami, nałożył ją i rzekł:

- Wcale nie, bo gnomem.
- Wcale nie, pan jest krasnoludem, widziałem.
- A pani jest Elfka, tak? Ładne włosy, długie – zwraca się dzieciak do Lairy
- Ta pani nie umie mówić – wtrąca Ayako.
- A mówić nie umi?
- Nie - odpowiada Atala – nie odzywa się.
- A to ona stara musi być, babcia też już nie umie!

Kij Lairy znalazł się w jej rekach błyskawicznie i tym sposobem stracili małoletniego przewodnika. Uciekł w zuchwałej walce o życie, aż się kurzyło. Laira wzruszyła ramionami.

***
Kolejna karczma okazała się droga jak pozłacane jajka kota prezesa i dopiera trzecia z odwiedzonych pozwoliła im zatrzymać się na noc w rozsądnej cenie. Zdobywszy kilka informacji jakoby łowczy lorda mogli coś wiedzieć na temat mieszkającej w lesie wiedżmy i zaliczywszy zdziwko miesiąca, pierwszy raz słysząc głos towarzyszącej im elfki, udali się do swych pokoi.

Nie trwało długo, gdy Ayako podniosła wrzask widząc nożyczki w rękach władcy papierków.
~~*~~

piątek, 3 listopada 2017

Córka Alchemika (Neverwinter) sesja 1

Karawana wolno toczyła się przez drogi i trakty. Niektóre z nich były dość nowe, ale dzięki papierkom Kaźmiła nie musieli opłacać przejazdów. Krasnolud zresztą miał papier na wszystko, a nawet na to, że na coś papier nie istnieje (przy czym nie należało wątpić w papierki Kaźmiła, bo papierki Kaźmiła mogły wątpić w ciebie). Zdecydowanie nie było to zgodne z prawem, jednak w ich podróży bardzo się przydawało. Pozwalało to oszczędzić trochę grosza, choć nie oszczędzało czasu Niewielu bowiem potrafiło przeczytać podstawiony pod nos glejt.

Sam Kaźmił wyglądał jak chodząca narzędziownia. Miał na sobie roboczy kaftan, na modłę kamieniarską, obwieszony był też takowymi narzędziami jak choinka bombkami, na plechach zaś nosił kilka książek. Dolną połowę jego twarzy ozdabiała oczywiście broda, która była, jak wiadomo wszem i wobec, żywiołakiem piwa żyjącym w symbiozie z krasnoludem.

Ayako - brązowowłosa niewysoka dziewczyna (niemal dziecko) przyglądała się z lekkim rozbawieniem kolejnym bezskutecznym próbom uzyskania od karawany opłaty za drogi. Siedząca z nią na wozie czerwonowłosa nie spuszczała z niej wzroku. Nie dlatego, że powinna jej pilnować (tą robotę dostał ktoś inny) ale dlatego, że dość ciekawiły ją pierścionki, które ta miała na sobie. Była to dość misterna i droga magiczna robota. Zadanie tych pięknych ozdób było bardzo proste. Miały trzymać rączki Ayako w bezpiecznej odległości od cudzych sakiewek i innych dóbr. Władze nad owymi artefaktami sprawowała Atala – białowłosa wojowniczka, obecnie jadąca na wozie z piwem. 

Laira miała czerwone włosy. Została wybrana do tej drużyny jako osoba nie zrzeszona z żadną konkretną organizacją, ani wiarą. Była bowiem mnichem, a szpiczaste uszy i szczupła sylwetka zdradzały jej elfickie pochodzenie. Była też bardzo małomówna. Właściwie, odkąd poznała się z resztą drużyny nie wypowiedziała ani słowa.

Anołki Kaźmiła (bo jak inaczej nazwać jednego krasnoluda i trzy kobiety) zostali wysłani do Andverfell. Z informacji jakie pozyskali wynikało, że niedaleko tego miasta, w lesie mieszka córka pewnego alchemika. Podobno, jak wszystkie jego dzieci, była narażona na jakaś klątwę powodującą straszliwe deformacje ciała. Zadanie od Zakonu polegało na odnalezieniu jej i zapewnieniu ochrony. Przy okazji dowiedzieli się także, że miejsce to nawiedzane jest przez żywe trupy, co również nakazano im zbadać w miarę możliwości. Ciekawym był fakt, że Zakon chciał pozostać w tej sprawie anonimowy.

Skręcili z brukowanych dróg, przez co trzęsło dupą jeszcze bardziej. Jechali drogami wijącymi sie miedzy wzgórkami, gdy nagle usłyszeli róg. Narodowy krasnoludzki róg. Woźnica zatrzymał się na widok siedzącego na kamieniu krasnoluda, który zdecydowanie grał na rogu, a zatem był prowodyrem całego zamieszania. Kaźmił spojrzał na rodaka, który właśnie podbiegł do wozu.

- O mości krasnolud, ja widzę – odzywa się ten z rogiem – jakiś, jakiś taki majętniejszy bardziej! P..panie, pan krasnolud tutaj, brat mój, de facto, pan mi pomoże tutaj – mówi dalej – bo ostatnio pieniędzy nie ma.
- No cóż jest takei stare krasnoludzkie powiedzenie – odpowiada Kaźmił – Jak sie ni ma pieniędzy to się idzie do roboty.
- Nie, nie, nie – wyciągnął topór – powiedziałem, że ty mi dasz, kurwa wszystkei pieniądze!
- Ty mi grozisz? – władca papierków był autentycznie zdumiony.

Laira wychyliła się z wozu i przyuważyła w krzakach zaszyte przyczajone krasnoludy (ukryte brody) z kuszami. Jeden wygrzebał się właśnie z traw, również z toporem. Wyglądało to jak klasyczna napaść, taka z książek, podręczników, rysunków prastarych ludzi, tak bardzo była klasyczna. Elfka reagując doc szybko rzuciła rzutką.

Krytyczne pudło.

Jeden z bandytów zaatakował Kaźmiła, trafiając go dośc mocno. Drugi podbiegł i przeciął końskie uzdy, strategiczny ruch. Prowodyr całego zamieszania wyjął lekką kusze i strzelił do Lairy, ale (jak przystalo na mniszkę) zrobiła unik. No nie wypadało inaczej. Kolejny bełt poleciał w stronę Atali, lecz ochronił ją pancerz. Kaźmił, wbrew temu, jak wygląda, okazał się magiem. Rzucił zaklęcie usypiające i Prowodyr padł zemdlony. Ayako wyskoczyła z wozu i zapięła cięciwę łuku, niestety zaplątała się w pierścienie i piękła. Atala w tym czasie wyjęła swoją kuszę i strzeliła.

Krytyczne trafienie, krasnoluda zmiotło natychmiast.

Laira postanowiła pierdylnąc się na tego pana tutaj i użyć umiejętności innych niż walka na dystans. Skoczyła, uzbrojona w kij w stronę jednego z napastników. Wybór okazał się słuszny. Przeciwnik nie spodziewał się ataku, dwoma celnymi ciosami w czaszkę został wyeliminowany z tej klasycznej, podręcznikoej napaści. Ostatni żyjący wziął nogi za pas i spieprzył aż się kurzyło.

Kiedy zostali już sam na sam ze śpiącym prowodyrem związali go i obudzili. Jak zwykle w takich przypadkach pałeczkę przejął Kaźmił.

- Jak się nazywasz?
- Spierdalaj.
- Więc panie Spierdalaj, dlaczego na nas napadłeś?
- Dla pieniędzy, to dobry pracodawca, polecam (Piotr Fronczewski? ), ogólnie to moim hobby jest mieć za co żyć.

Drużyna nie miała jednak za bardzo potrzeby trzymać przy sobie pana Spierdalaj, mimo, ze przedstawił całe bogate CV swoich możliwości.

W związku z powyższym Ayako dokonała zadania na obopulną zgodą, a drużyna podzieliła się łupem, co dowodzi, że nosił wilk razy kilka..
 ~*~

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Amulet - sesja I

Dym. To było pierwsze co zobaczyłam. Jeśli przebijał się przez tę cholerną mgłę, to musiałyśmy być blisko. I rzeczywiście, ledwie zeszłyśmy ze stoku naszym oczom ukazały się chaty. Wioska. Niezbyt duża, ale zawsze coś. Zwłaszcza po całym dniu wędrowania w tej paskudnej, wilgotnej pogodzie.
Jak zwykle obejrzało się za nami kilka oczu. To akurat normalne, więc nie przyłożyłam do tego większej uwagi. Kierując się do czegoś, co ewidentnie było tu karczmą (mimo, że nie miało żadnego szyldu) rozmyślałam po kiego grzyba wzięłyśmy to zlecenie. Niby nic, w końcu zawiniecie jakiejś błyskotki nie było niczym dla mnie nadzwyczajnym. Cena również była ładna, a my potrzebowałyśmy pieniędzy. Moja towarzyszka szła koło mnie w milczeniu. Tak jak ja przywykła już do ciekawskich spojrzeń, chociaż ją obrzucano nimi znacznie częściej niż mnie. Wszak spotkać niziołka tak daleko od domu to nie lada zaskoczenie.
Gdy tylko weszłyśmy, zapachniało pieczonym mięsem. Zza lady spoglądał na nas siwowłosy, długobrody mężczyzna. Był tak chudy, że aż żylasty. Po sposobie w jaki patrzył poznałam, że twarda z niego sztuka. Skierowałam się od razu do niego i zadałam kilka standardowych pytań. W końcu zapytałam o przewodnika.

- Musicie popytać – odparł mi. – Może ktoś was zaprowadzi. Gdziekolwiek idziecie – umilkł na chwilę, po czym dodał. - To dziwne, że w takie miejsca... dwie kobiety... ale z drugiej strony..
- Lubimy przygody – odparłam.
- No nie wątpię – rzekł, spoglądając na nasze uzbrojenie.

Udałam się więc w stronę ław, znajdujących się przy sporym ognisku i przysiadłam nasłuchując, o czym debatują mieszkańcy. Miedzy nimi wybuchło nie lada poruszenie, przysunęłam się więc nieco, by zasięgnąć języka. Bandyci. Nic nowego na tym świecie. Tym razem, wedle usłyszanych słów, grubo przesadzili. Mieszkańcy, czterech rosłych chłopów wyraźnie byli z tego faktu niezadowoleni. Wykrzykiwali zamiary zatłuczenia tamtych. W tej chwili karczmarz przyniósł Ale i zasugerował, że skoro lubimy przygody, powinnyśmy dołączyć. Zerknęłam jedynie na Karin, szukając potwierdzenia. Kiedy skinęła głową zaoferowałam rozjuszonym góralom naszą pomoc.

- Widzę, że coś tam wiecie, coś tam przeżyłyście w życiu – powiedział ten, któremu zaoferowałam pomoc, wielki jak dąb facet, który najwyraźniej samą już wielkością zdobywał szacunek. Miał krótkie czarne włosy i brodę.
- Coś tam wiemy – zgodziłam się. – Coś tam umiemy.
- Ale czemu chcecie nam pomóc?
- Powiedzmy, że potrzebujemy przysługi. Potrzebujemy przewodnika po górach. My pomożemy wam, wy pomożecie nam – to byłą uczciwa oferta, a przy tym pozwalała nam zaoszczędzić złota.

Górale chyba również tak pomyśleli, bo już po chwili, w której zdołałam jedynie zamoczyć usta w kuflu, ruszyliśmy na łowy. Za moją namową zdecydowaliśmy się zaatakować bandytów przy ognisku, miast czekać aż wrócą do swej siedziby, gdyż obawiałam się, że w kryjówce mogli mieć pozastawiane pułapki. Znaleźliśmy ich po niedługim czasie. Razem z Karin ruszyłyśmy jako pierwsze, by się podkraść, ocenić sytuacje i w razie czego pozbyć się wartowników.

Było ich sześciu. Czterech spało w okół ogniska. Rozdzieliłyśmy się.  Podkradłam się cichaczem do mężczyzny po mojej stronie. Karin, o zgrozo wybrała rzut sztyletem. Niestety nie dość, że nie trafiła, to jeszcze zaalarmowała o naszej obecności. W duchu obiecałam sobie następnym razem ustalać takie rzeczy. Wyrwałam się z krzaków i zaatakowałam sztyletem wartownika. Uchylił się. Kurwa. Zaklęłam pod nosem i spróbowałam jeszcze raz... I również nie trafiłam. Ja pierdole, co za pech! Przeciwnik wyszarpał toporek i zaatakował. Zabolało, krew zalała mi oczy. Otarłam ją czym prędzej i uskoczyłam. Rzuciłam w niego trzymanym w drugiej ręce kamieniem. Uchylił się. Do kurwy nędzy! Skończyły mi się bluzgi. Zaatakował znów. Tym razem zdołałam uniknąć. Sytuacja zaczynała wyglądać beznadziejnie, lecz na pomoc przyszli nam górale. Nawet nie miałam czasu spojrzeć jak sobie radzi Karin. Jeden z naszych sojuszników trafił mojego przeciwnika toporem, dzięki temu mnie również dopisało szczęście. Sztylet mojego brata zatopił się w ramieniu mężczyzny, a góralski topór w jego głowie. Padł martwy. Zerknęłam na Karin, ona również uzyskała pomoc. Reszta naszych sojuszników już rozprawiała się z pozostałymi bandytami.

Przeszukaliśmy ciała. Zdobyłam kolejny nóż. Postanowiliśmy także odwiedzić kryjówkę bandytów. Niemal żałowałam, że nie było pułapek. Miałam wielką ochotę wykazać się czymś po nieudanej walce, w której pewnikiem bym zginęła, gdyby nie otrzymana pomoc. W duchu trzęsłam się z gniewu. Do stu kurew portowych, żeby ich demony prze chędożyły pierdoleni bandyci unikający ciosów! W kryjówce były prawie same śmieci. Wzięłam sobie łuk w średnio dobrym stanie. Za to Karin przygarnęła pistolet, na moje oko warty koło dwieście koron.

***

Zapadał zmrok. Obserwowałyśmy budynek, który jednak okazał się nie być klasztorem. Kiedy byłyśmy pewne, że nie będziemy łatwo dostrzeżone podeszłyśmy do muru i ruszyłyśmy wzdłuż niego. Zdecydowanie musiało być tu inne wejście. Nie myliłam się, natrafiłyśmy na zamkniętą furtkę. Śmierdziało. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, że powinnyśmy zażądać podwyżki. Podrapałam się po bandażu, którego, podobnie jak igieł i zdolności szycia ran, użyczył mi karczmarz i zabrałam się do otwierania. Zamek nie był skomplikowany, więc pierwszy z moich wytrychów okazał się trafnym wyborem.

Weszłyśmy na korytarz. Światło nie było za dobre, ale póki co byłyśmy niezauważone. Skierowałam się do pierwszych drzwi i delikatnie je uchyliłam, Karin poleciłam zrobić to samo z tymi na przeciwko. Za moimi była jakaś graciarnia. Jej drzwi ukazywały drogę do kolejnego korytarza. Otworzyłam szerzej swoje, coś zabłysło w nikłym świetle lamp. Błyskotka? A może coś wartościowego. Postanowiłam to sprawdzić... I wypieprzyłam się jak długa. Zaklęłam pod nosem słowami, które zdecydowanie nie przystoją damie. Poczułam czyjeś ręce. To Karin nieszczęśliwie wywaliła się na mnie. Zerwałam się na równe nogi i stwierdziłam, że jednak nie ma tu czego... w drzwiach stał mężczyzna w szacie. Przez chwilę wyglądał na równie zaskoczonego co my. Szybko jednak pozbierał szczękę z podłogi, odwrócił się i pobiegł.

- Do nędzy! Cały plan cichego ogarnięcia sytuacji diabli wzięli – warknęłam pod nosem.

Rzuciłam za nim sztyletem i .. oczywiście nie trafiłam. Nie było czasu na podjęcie bardziej zaawansowanych decyzji. Wiedziałyśmy, że jeśli wyskoczymy przez furtkę możemy już przez nią nie wejść. Chowanie się w graciarni także nie wydawało się zbyt dobrym pomysłem. Rzuciłam się do przodu i wpadłam do pierwszego pokoju po prawej. Karin wbiegła za mną i zamknęłyśmy drzwi. Pomieszczenie wyglądało dziwnie. Na ścianach wisiały dwa obrazy przedstawiające jakieś zamki, podobne od siebie, czerwony dywan na podłodze i ... Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Sądząc z opisu znajdował się tu amulet, który miałyśmy zdobyć. Szczęście w nieszczęściu, jak to mówią. Chwyciłam wisiorek. Przeszył mnie dziwny dreszcz. Zignorowałam go jednak i wrzuciłam świecidełko do kieszeni. Karin w tym czasie sprawdziła, czy pod dywanem nie ma żadnego tajnego wyjścia. Głosy na korytarzu zbliżały się, więc skoczyłam za drzwi. Otwarły się. Chwyciłam za linę. Zobaczyłam, jak Karin, próbując atakować, wręcz tanecznie potknęła się o dywan i wyrżnęła tą pucołowatą twarzyczką w podłogę. Wyskoczyłam zza drzwi, próbując narzucić linę na ramiona intruza, by dać nam chociaż trochę czasu.

- Złodzieje! – wrzasnął, uchylając się.

Wybiegł, chyba po wsparcie. Korzystając z okazji wyskoczyłam z pomieszczenia i wpadłam do tego na przeciwko. Omiotłam szybko spojrzeniem pokój i skryłam się za fotelem, wyjęłam łuk i nałożyłam strzałę. W tym momencie Karin się pozbierała, wystrzeliła z pokoju i pognała w stronę wyjścia. Brawo, rozsądna dziewczyna, pomyślałam. Za nią pobiegło jeszcze trzech, wypuściłam strzale, lecz jak na złość, byli za szybcy. Nikt mnie jednak nie zauważył.

Moja mała zwinna towarzyszka pognała w stronę lasu sprawiając, że właściwie spacerkiem mogłam opuścić ten klasztor, który nie był klasztorem. Nie pozwoliłam sobie jednak na to. Wzięłam nogi za pas czym prędzej i pognałam w dół.

***

Mięso było dobre, a Ale mokre i .. cóż, mokre. Nie pozwoliłam sobie jednak długo siedzieć na dole. Po szalone ucieczce, byłam cokolwiek zmęczona, lecz jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Siedziałam teraz na łóżku i trzymałam amulet w dłoni. Nie za bardzo miałam na to ochotę, ale coś mówiło mi, że powinnam sprawdzić, czy wtedy mi się nie wydawało.

Przez dłuższa chwilę wpatrywałam się w amulet, który ukazywał moje odbicie, aż w końcu ja, ta w amulecie będąc jakby nie mną zaczęłam się powoli uśmiechać. Ten uśmiech był jednocześnie przerażający i szalony, ale nie mogłam oderwać wzroku. Za tą upiornie uśmiechniętą postacią coś się poruszyło. Wzdrygnęłam się. Odłożyłam amulet. Ja pierdole w co myśmy się wpakowały? Ukryłam twarz w dłoniach i usłyszałam otwierane drzwi. Karin weszła, zajadając pałkę kurczaka. Przez dobrą minute nie miałam siły podnieść na nią oczu. Co się do nędzy wyprawiało?

- C..coś jest nie tak z tym amuletem – powiedziałam, spojrzawszy na nią. – On jest z..zdecydowanie magiczny... Albo gorzej – mój własny głos wydawał się nie należeć do mnie.
Podałam jej amulet i poprosiłam by w niego spojrzała, ale niczego nie spostrzegła. Niemożliwe. Niemal jękliwie poprosiłam ją, by spojrzała po raz drugi, dłużej, ale i tym razem niczego nie uzyskałyśmy. Serce mi zamarło. Albo wariowałam, albo amulet działał tylko na mnie. Nie miałam pojęcia co gorsze. Wzięłam świecidełko do ręki. Nigdy nie rozumiałam magii, zawsze przerażała mnie, była nienormalna, dzika i nieokiełznana. Spojrzałam na amulet starając się ocenić jego wartość. Był niewiele warty.
- Nie wydaje ci się, że pięćdziesiąt koron za niego to nieco za dużo? – zapytałam. - Jestem pewna, że nie jest tyle wart.
- Skoro twierdzisz, że tam coś widzisz, to może tego nie oddawajmy? – zaproponowała Karin.
- Więc co z tym zrobimy? Zakopiemy gdzieś?
- Nie wiem, może póki co przechowajmy?
- Na pewno nie jest wart pięćdziesięciu koron. Jestem przekonana, że on jest m..magiczny, coś w nim siedzi, jakiś czart.. – mój głos należał, do małej przestraszonej dziewczynki, nie cierpiałam siebie za to, ale nie mogłam nic poradzić. – Z drugiej strony, ty tego nie czujesz – powiedziałam. - Proponuje by..śmy ruszyły w drogę powrotną i po drodze zastanowimy się co z tym zrobić. Jeśli nadal będę czuła jakieś wibracje z nim związane to nie wiem.. może go zniszczymy?
- A w ogóle da się go zniszczyć?
- No teraz nie będę próbować.. ale jestem przekonana że coś jest z nim nie tak.
- A co jeśli byśmy to zniszczyły i coś by się uwolniło? – zapytała Karin rzeczowo.
- Nie wiem, nie mam pojęcia...Nie mam pewności, że jest magiczny – przyznałam – w końcu ty tego nie czujesz. Może to mi się tylko wydaje, może jestem zbyt zmęczona, po prostu prześpię się z tym i pomyślimy, dobra?

***

Ciemność, czerń nieprzenikniona, zimna, złowieszcza czerń. Starałam się otworzyć oczy. Z mroku zaczęły wyłaniać się jakieś kształty. Domy, ulica, znałam te okolicę. Ta wioska w górach. Ci ludzie... Wszędzie czerń. Czarni ludzie. Czarni ludzie bez twarzy. Rozpoznałam kilku po kształtach, wysokiego barczystego szefa bandy zajmującej się likwidacją bandytów. Przeszedł koło mnie. On.. a może jego cień? Przeszedł w ogóle nie zwracając na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było.  Spojrzałam w górę i zobaczyłam coś jakby wstęgę czerni unoszącą się z każdego mieszkańca wioski. A potem jeden po drugim, bez najmniejszego dźwięku zaczęli osuwać się na ziemię. Jak lalki, którym lalkarz obciął nitki. Legli tam gdzie stali, nie wydając choćby westchnienia. To było więcej jak upiorne. Spojrzałam na swoją dłoń. Była czarna. Dzierżyła sztylet. Cały umazany w krwi. W okół mnie walały się zakrwawione trupy, a na czarnym niebie świecił zielenią księżyc. Wrzasnęłam.

***

Własny wrzask obudził mnie, a może była to Karin, którą znów skopałam z łóżka. Nie wiem. Zlana potem usiadłam na brzegu i opuściłam głowę, próbując złapać oddech. Coś zadyndało mi na szyi. Amulet! Panika chwyciła mnie za serce. Zerwałam go z siebie i rzuciłam na podłogę. Moje blade ręce trzęsły się jakbym miała z pięćdziesiąt lat więcej. Karin coś do mnie mówiła, ale nie słyszałam, a może nie chciałam jej rozumieć.

- Nałożyłaś mi ten amulet na szyje?! – zapytałam oskarżycielsko.
- Nie! – zaprotestowała zaraz.
- Przecież sama sobie go nie nałożyłam tak? – warknęłam, szukając choć cienia racjonalności  tej sytuacji.
- Ale miałaś go w kieszeni – przypomniała mi.
- Więc dlaczego, do nędzy, obudziłam się z nim na szyi?!
- Ja spałam – broniła się moja towarzyszka.

Wtedy poczułam dym. Zerwałam się i ruszyłam do okna. Zobaczyłam całą wioskę w czerni. Domy były osmolone, spalone, jakby smok na nie czknął. Na ziemi zobaczyłam ciała. Ludzi leżących na ulicy, ułożonych w okrąg. Zerknęłam na swoje ręce, przekonana, że zobaczę na nich czerń i zakrwawiony sztylet. Były normalne. Resztki rozsądku pozwoliły mi ubrać się czym prędzej i zarządzić ucieczkę z tego dziwnego miejsca.

- Karin, weź go – powiedziałam wskazując amulet – ja go nie dotknę.
- Mówiłam ci wczoraj, ale nie chciałaś mi go dać.
- Dobrze,  ale teraz weź go, bo ja go nie dotknę.  I musimy stąd... tam się coś stało, jakieś złe rytualne coś i jeśli stąd nie spierdolimy w podskokach to nas dopadnie. Ale ja tego po prostu nie dotknę – znów wskazałam na amulet – Więc albo go zostawiamy, albo go bierzesz.

Wybiegłyśmy z karczmy. Nawet nie chciałam się zastanawiać jakim cudem nasz pokój ocalał od tej katastrofy. Po drodze widziałyśmy martwe zwierzęta z poderżniętymi gardłami. Przełknęłam żółć napierającą mi na gardło. Nie chciałam patrzeć, ale mimo wszystko widziałam, że jest w tym jakiś wzór i to przerażało mnie jeszcze bardziej. Ponagliłam Karin i wyszłyśmy. Rzuciłam tylko okiem na trupy leżące w okręgu przypominającym słońce. Jedyne czego chciałam to uciec z tego dziwnego miejsca, lecz nogi nie chciały mnie słuchać. Pół sekundy później wiedziałam już dlaczego.

Wśród dymu zbliżał się do nas ktoś w długim płaszczu i szpiczastym kapeluszu. Miał duży miecz w ręce. Opierał go o ramie nonszalancko, jakby broń nic nie ważyła. Uśmiechnął się w naszą stronę, a ten uśmiech sprawił, że ze strachu zapomniałam jak się oddycha.

~~*~~

poniedziałek, 5 czerwca 2017

The Thief name Alexa

Urodziła się w Geschburgu. Była to dość bogata wioska, a zatem, mimo trzech braci i jednej siostry, niczego jej nie brakowało. Alexa miała długie do łopatek, rude włosy i urocze piegi. Na ramieniu, dobrze skrywany pod bluzką, znajdował się pieprzyk, a w uchu - zdecydowanie nie skrywany - kolczyk z małym czerwonym kamykiem. Matka niekiedy przyglądała jej się uważnie, jakby oceniała, czy już można wydać ją za mąż czy jeszcze poczekać. Alexa wszak była niewysoka i ważyła również mało, co sprawiało, że i jej piersi nie były tak okazałe jak u młodszej siostry. W zasadzie, gdyby się postarała, mogła uchodzić za chłopaka.

Na nieszczęście rodziców, starsza córka nigdy nie lubiła ubierać się, ani zachowywać dziewczęco. Włosy wciąż zaplatała w mocny warkocz, byleby jej tylko nie przeszkadzały. Ledwie odrosła od ziemi, a już znikała z braćmi na całe dnie. Raz, ku wielkiej rozpaczy matki, wróciła z wybitym zębem. Tłumaczyła, że to zwykła niezdarność, że upadła i uderzyła ustami w kamień, ale matka była pewna, że dziewczyna wdała się z kimś w bójkę. Niestety rodzeństwo w tej sprawie milczało jak zaklęte. Dziura po wybitym zębie widoczna była tylko, kiedy Alexa wybitnie szeroko się uśmiechała, co nieco uspokoiło matkę, ale nie na tyle, by nie zabronić jej szlajania się z chłopakami.

Alexa rosła pod czujnym okiem rodziców i w końcu zaczęła nabierać kobiecych kształtów. Ojciec odetchnął z ulgą, zwłaszcza, że dziewczyna nauczyła się już uśmiechać tak kokieteryjnie, że nie było widać ubytku uzębienia. Powoli, jak jej się zdawało zaczęli się przygotowywać do wydania ją za mąż. Obserwowała, jak zamożniejsi mieszkańcy wioski odwiedzają rodziców i długo debatują nad kuflami wyśmienitego, ważonego przez ojca Ale. Czasem zapraszali ją na te rozmowy, pozornie dotyczące zbiorów, a ona uśmiechała się kokieteryjnie, udając idiotkę, która nie ma pojęcia co się właściwie dzieje. Przytulała się do potencjalnych przyszłych teściów ogołacając ich niekiedy z sakiewek.

Od dziecka miała do tego dryg, a od momentu, gdy w dzień dojrzałości jej starzy brat Jonas, dostał ten cudowny sztylet, wiedziała już, czego najbardziej pragnie. Nie były to wielkie pragnienia. Drobnostki, które należały do innych ludzi, a którymi traciła zainteresowanie, gdy tylko je zdobywała. Zatem goście jej rodziców tracili sakiewki, a potem znajdywali je, czasem nieco uszczuplone o kilka monet gdzieś niedaleko własnych domów.

Alexa uwielbiała przyglądać się Jonasowi, a raczej jego sztyletowi, który nosił u boku. Zajmując się obowiązkami domowymi, w głowie knuła misterny plan, jak wejść w posiadanie tego ostrza. Tak naprawdę kilka razy już go ukradła, ale wciąż oddawała, zanim brat się zorientował. Nie mogłaby go przecież mieć przy sobie, poza tym posiadanie go, będąc w domu, jakoś niespecjalnie ją rajcowało.

Kiedy weszła w dojrzałość, rodzice otwarcie powiedzieli jej, że powinna poślubić kogoś z ich niedawnych gości. Pokiwała grzecznie głową i powiedziała, że przemyśli sprawę, choć wiedziała, że nie pozwolą jej na to. Tak naprawdę nie liczyło się kogo by wybrała. Musiała poślubić kogoś.

Wtedy wpadła na genialny pomysł.
Po raz pierwszy tej właśnie pamiętnej nocy poczuła dreszczyk, kiedy kładła dłoń na rękojeści sztyletu brata. Po raz pierwszy czuła, że to jest właśnie to, czego pragnie. Przypięła broń do pasa i pod osłoną nocy opuściła wioskę, rodzinę i nudną przyszłość, jaką jaką dla niej zaplanowano.

Od tej pamiętnej nocy minęło kilka lat. Alexa szlifowała umiejętności złodziejskie i nauczyła się kilka nowych sztuczek, a także udoskonaliła stare. W tej chwili, gdy miała już dwadzieścia pięć lat, radziła sobie na tyle dobrze, że tylko z rzadka zmuszona była nocować gdzieś w lesie. Fach w ręku i dreszczyk emocji podczas kradzieży, sprawiały, że była najszczęśliwsza na świecie.

Oto właśnie Alexa, ludzka złodziejka, którą będę grac w klasyczne RPG (Warhammer), po raz pierwszy w życiu. Jestem zarówno podekscytowana jak i nieco przestraszona, jak zawsze, kiedy mam spróbować czegoś nowego. Mam tylko nadzieję, że mój mistrz gry mnie nie zje na pierwszej sesji xD