Zmierzchało
kiedy dotarli na miejsce postoju. Budynek o dziwo był nowy i dobrze
utrzymany. Miał piętro i w ogóle wyglądał solidnie. W środku
było, delikatnie mówiąc, pełno. W jednym kącie siedział
mężczyzna w towarzystwie kilku innych. Cała gróbka wyglądała
jak typowe zakapiory. Dowódca był pretendentem do tytułu
największego z nich. Miał długie czarne włosy. Do jednego ucha
przyczepiony pęk kruczych piór, do drugiego zaś pęczek czarnej
sierści, chyba wilczej. Pół twarzy przykrywała mu maska zrobiona
z czaszki wilka. Całość nadawała mu niebagatelnego wyglądu, a
jednocześnie darła się o uwagę jak żona na męża za nie pomyte
gary.
W
drugiej części sali za to siedział najsmutniejszy na świecie
dragonborne, tęsknie spoglądający na kufle z piwem na sąsiednich
stołach. Miał na sobie srebrną zbroje łuskowa i tarczę oraz młot
z wizerunkami smoczego boga Bahamuta. Wyglądał, jakby już długo
na kogoś czekał.
-
Szefie, mam pytanie – odezwała się Ayako. – Bo jestem
przywiązana do tej tu. – wskazała na Atalę. – A chciałabym
mieć osobny pokój, mogę?
-
Jak se zapłacisz, to naturalnie – odparł wesoło krasnolud,
wybrany jednogłośnie na szefa brygady z powodów niebywałej
rzadkości zamykania jadaczki.
Odziany
w srebną zbroje smutas wstał i, wyciągając jakaś rycinę,
podszedł do Atali.
-
Dzień dobry maiłem się tutaj spotkać z kims, czy to ty?
-
Niby wygląda jak ja – mówi Atala zerkając na pokazaną rycinę.
-
W takim razie jestem w trakcie ...
-
Może przedstawisz nas swojemu koledze? – wtrąca się Kaźmił.
-
Niech najpierw sam się przedstawi.
-
Miałem się tutaj spotkać z tą kobietą w kwestii zwalczania
nieumarłych z orderu zakonu paladynów tyra. Moje imię to Veskhar i
jestem paladynem Bahamuta.
Kaźmił
jak przystało na szefa Aniołków zdecydował się zasięgnąć
języka. Karczmarz narzekał na jakieś plemiona, z którymi się
dobrze handluje, oraz na zmarłych tych plemion, którzy są spokojni
i nie wychodzą z grobów. Muszą mieć dobry socjal w tych
zaświatach, że nie chce im się wyłazić i nawoływać
niezrozumiałym językiem włócząc nogami bez szczególnego celu.
Przecierał kubek prawie na wylot opowiadając o niziołkach z
południa, które podobno uprawiają czary by im dobrze pole rosło a
innym źle. Tak naprawdę jedyną przydatną informacja było
ostrzeżenie odnośnie trzymania się z dala od lasu, gdyż podobno
grasuje tam coś co uciekło czarodziejowi. Owe coś podobno jest
wilkiem ze skrzydłami i orlim łbem. O zielarce zaś dowiedzieli się
tyle, co nic, czyli ile ludzi tyle wersji, a wszystko powtarzane
niczym w dziecięcej zabawie. Kiedy usiedli do jedzenia, pretendent
do tytułu największego zakapiora postanowił jeszcze bardziej
zwrócić na siebie ich uwagę, podając się za akwizytora srebrnym
sprzętem. Wspaniały i niepowtarzalny srebrny topór na wilkołaki
wampiry i co tam tylko chcecie, a nawet do obierania pomidorów i
krojenia chleba za jedyne sto pięćdziesiąt sztuk złota.
-
Mogę zapłacic dwanaście sztuk złota – rzekł Kaźmił. – I
mam papier na to, że te dwanaście stuk złota jest wartych sto
dwadzieścia.
Cóż,
lepiej nie wątpić w papierki Kaźmiła, bo one mogą zwątpić w
nas. Akwizytor jednak nie dał się przekonać i twardo stojąc przy
swej cenie odszedł z kwitkiem. Trudni klienci, nie ma co.
***
Noc
już zapadła, kiedy Laira wyszła przed karczmę, by odstawić swoje
wygibasy, które jak co noc obserwowała Ayako, dopóki nie usnęła
z wyczerpania. Jako Elf Laira nie musiała spać tyle co ludzie, więc
spokojnie mogła wykorzystać czas na treningi. Tym razem jednak nie
dane jej było spędzić tego czasu w samotności. W ciemności
rozległ się stukot kopyt i w polu widzenia mniszki znalazł się
stary centaur. Sięgał dwa metry w górę. Umięśniony, ale stary
mężczyzna. Miał długie siwe włosy, w ustach fajkę,a w dłoni
włócznie. Odezwał się chrapliwym głosem w elfim języku.
-
Dziecko lasu, w ludzkiej siedzibie. Co cię tu sprowadza?
-
Mam swoje powody – odpowiada Laira.
-
Dobrze – mówi centaur po chwili milczenia. – Oby twoje powody
nie zaprowadziły cię za daleko na wschód. Wszystko ucieka i
umiera. Ptaki nie są już takie jak kiedyś. Drzewa nie są takie
jak kiedyś. Nawet trawa nie jest już taka jak kiedyś. Wszystko
umiera. Uważaj na siebie podróżniczko, dziecko lasu...
-
Zawsze uważam.
-
Pamiętaj, by zawsze trzymać tych żywych blisko, a umarłych pod
ziemią.
Odszedł
pozostawiając ją z tym dziwnym ostrzeżeniem.
***
Andverfell
było otoczone palisadą. Przy bramie od północy zobaczyli dwóch
strażników. Nie wyglądali jednak groźnie. Wyglądali raczej tak,
jakby w razie problemów jeden mógł prosić o spokój, a drugi
pobiec po psiłki, ewentualnie pierwszy mógł drugiego prosić o
interwencje. . Wzdłuż palisady jednak zauważyli kilku łuczników.
Do miasta weszli po krótkiej rozmowie w owymi przedstawicielami
ochrony, którzy na widok paladyna pokornie przepuścili cała
drużynę. Wszak mąż wysoko urodzony, wbić się mógł gdzie
chciał – miał to w traitach (blaszka i odznaka no nie?).
Miasto
cuchnęło... cóż, miastem. W oddali zobaczyli szyld. Było na nim
namalowane kowadło. Ruszyli w jego kierunku, kiedy zaczepił ich
jakiś facet od stóp do głów ubrany w coś, co w zamyśle miało
zapewne zakrywac każdą możliwą część ciała. I rzeczywiście
na widok publiczny zostały wystawione jedynie zielone oczy. Czuć
było od niego złem na kilometr. Nie trzeba było być paladynem by
to wiedzieć, aczkolwiek Laira od razu się spięła widząc jak
Veskhar kładzie dłoń na rękojeści młota.
-
Przybysze z północy – odzywa się mężczyzna i spluwa.
-
Pan też chyba nie tutejszy – odparowuje władca papierków.
-
Tak, ale jestem tu od jakiegoś czasu. Jak jesteście z północy, to
na pewno mi pomożecie. Bo ja jestem łowcą nagród – mówi
grzebiąc w papierach schowanych w torbie którą nosi ze sobą. –
Szukam tego mężczyzny – pokazuje rycinę.
Facet
wygląda zdecydowanie jak wczorajszy niedoszły akwizytor. List
gończy.
-
A co zrobił?
-
Podaje sie za łowcę wilkołaków, a tak naprawdę wraz ze swoją
bandą pozorują atak wilkołaków i rządają pieniędzy za
wytropienie i pozbycie się ich.
-
Kto wyał ten list gończy?
-
Powiedzmy, że to jest zlecenie od pewnego człowieka, przy którym
się odrobine zapędzili i zabili mu córkę.
-
To brzmi na coś ... żeby kogoś dopaść, ale czy jest wydany na
niego jakis wyrok prawny.
-
Nie przyszedłem na poradę prawną tylko pytam czy go widzieliście
– zielonooki zabiera list gończy.
-
Ale pyta pan o to drużynę w której jest paladyn no to chyba
logiczne, że ..
Mężczyzna
odwrócił się w stronę Veskhara, a jego oczy przybrały kolor
krwi.
-
Pladyn – mówi, jakby chciał zagryźć samo to słowo, a może i
rzeczonego paladyna. – Czyli nic nie widzieliście, przepraszam –
i odchodzi.
***
Miasto
nadal cuchnęło miastem, kiedy po wizycie w dziwnym barze, wróć,
karczmie, która szlachetnie pokazywała, że krasnolud z elfem może
żyć w zgodzie, w rezultacie była to kuźnia przerobiona na knajpę,
napatoczyli się na tablicę ogłoszeń na której widniała pięknie
oddana podobizna Ayako ozdobiona ramami listu gończego. Atala czym
prędzej zerwała papier.
-
Widziałem! Ww..wwwidziałem!
Atala
obróciła się i uniosła brew widząc dzieciaka. Niespełna
jedenastoletniego dzieciaka.
-
Widziałem, to ta pani jest na tym obrazku.
-
Wydawało ci się dziecko.
-
A widziałeś kiedyś co potrafi wkurzony smok? – zapytuje Vaskhar,
nachylając się nad dzieckiem.
-
Mama mówi, że takie jaszczurki jak pan, to teraz lubią, bo.. jest
ciepło i słońce świeci – mówi malec, po czym odwraca się do
władcy papierków. – Pppan jjest krasnoludem – rzecze.
Kaźmił
zdjął z ramienia torbę i pogrzebał w niej chwilę, po czym
wyciągnął gumową twarz z wąsami i okularami, nałożył ją i
rzekł:
-
Wcale nie, bo gnomem.
-
Wcale nie, pan jest krasnoludem, widziałem.
-
A pani jest Elfka, tak? Ładne włosy, długie – zwraca się
dzieciak do Lairy
-
Ta pani nie umie mówić – wtrąca Ayako.
-
A mówić nie umi?
-
Nie - odpowiada Atala – nie odzywa się.
-
A to ona stara musi być, babcia też już nie umie!
Kij
Lairy znalazł się w jej rekach błyskawicznie i tym sposobem
stracili małoletniego przewodnika. Uciekł w zuchwałej walce o
życie, aż się kurzyło. Laira wzruszyła ramionami.
***
Kolejna
karczma okazała się droga jak pozłacane jajka kota prezesa i
dopiera trzecia z odwiedzonych pozwoliła im zatrzymać się na noc w
rozsądnej cenie. Zdobywszy kilka informacji jakoby łowczy lorda
mogli coś wiedzieć na temat mieszkającej w lesie wiedżmy i
zaliczywszy zdziwko miesiąca, pierwszy raz słysząc głos
towarzyszącej im elfki, udali się do swych pokoi.
Nie
trwało długo, gdy Ayako podniosła wrzask widząc nożyczki w
rękach władcy papierków.


