Od trzeciej nad ranem już nie spałam. Głównie dlatego, że moja Kota ostatnio wybiera sobie tą godzinę na porę nocnego przytulania. Zjadłszy śniadanie pożarłam aviomarin na deser i poleciałam na ulubiony autobus linii E - makarena :P.
České dráhy zabrały nas spóźnione o 10 minut, ale to podobno wina Polski. Zaklęcie uparcie twierdzi, że u niego wszystkie pociągi jeżdżą punktualnie.
W Pradze byliśmy spóźnieni godzinę, na szczęście i tak nie zrobiło nam to różnicy, następny pociąg był za 20 min.
W Pradze byliśmy spóźnieni godzinę, na szczęście i tak nie zrobiło nam to różnicy, następny pociąg był za 20 min.
Na miejscu przywitano mnie bardzo serdecznie, mimo, że chyba nie zrobiłam dobrego wrażenie zatwardziałym protestem by nie nosić za mnie torby. Cóż, taka już ze mnie Villosia - Samosia. Jak się okazuje dużo czeskich słów jest dość podobnych, a sam język intuicyjny. Jednakowoż bardzo miło zrobiło mi się, gdy w prezencie dostałam po polsku napisane życzenia (ze słownikiem ofc) na zdrapce. Swoją drogą wygrałam całe dwieście koron, co oznaczyło, że miałam nieplanowane kieszonkowe xD
Następnego dnia, na wsi już, okazało się, że moja nieznajomość języka NIE JEST ABSOLUTNIE ŻADNĄ przeszkodą ;P Mama Zaklęcia nawijała do mnie jak z karabinu maszynowego, a ja rozumiejąc trzy po trzy i jakoś ćwiartkę z każdej wypowiedzi kiwałam głową i próbowałam udawać, że rozumiem więcej niż w rzeczywistości :P
Pierwszy raz w życiu ubierałam żywą choinkę.!
Na wigilijne śniadanie jadłam świeżą bułeczkę z domowej roboty dżemem z truskawek z ogródka za oknem. Dżem był tak niesamowicie dobry, że autentycznie się popłakałam.
Muszę Wam powiedzieć, że czeska wigilia różni się od polskiej. Pierwszą rzeczą jaką idzie zauważyć to fakt, że nie ma dwunastu potraw. Jeśli dobrze policzyć to są dwie.. no z winem trzy. Opłatka tyż nie ma, co moim zdaniem jest bardzo dobrym posunięciem. Pani domu zebrała nas przy stole, rozlano wino, unieśliśmy kieliszki i, o ile dobrze zrozumiałam, rzekła:
"witam Was serdecznie przy naszym wspólnym posiłku, życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń, życia w dostatku i wszystkiego co najlepsze, a teraz podarujmy minutę ciszy tym, którzy nie mogą być tu z nami"
Po skrupulatnie odliczonej minucie należało stuknąć się kieliszkami z absolutnie wszystkimi osobami przy stole, byle nie na krzyż i można było zasiadać do jedzenia. Podobno tradycją jest ryba w panierce i sałatka. Z racji preferencji kulinarnych zebranych osób sałatka owszem była, ale miast ryby raczyliśmy się cyckami z kuraka :) Potem przyszedł czas na pozowanie przy choince i radość z rozdawania prezentów.
Pani domu okazała się kobietą pełną energii, szczęśliwą, uśmiechniętą i posiadającą barwną osobowość. Opowiedziała mi bardzo dużo rzeczy z których, podkreślam, zrozumiałam tylko część. Pokazała mi także swoje muzeum rzeczy znalezionych (odkopanych) w lesie. Prawdziwe skarby!
Ach i oczywiście była cała masa ręcznie robionych ciastków :P Ale nie będę Wam robić apetytu bo i tak się nie podzielę:P














Fajnie poznać inne sposoby na celebrację Wigilii :) Ile skarbów, prawie jak muzeum :)
OdpowiedzUsuńCóż tak właśnie ona to nazywa ;)
UsuńJak milo. Naprawde, az czlowiek chce zazdroscic tego spokoju :-) Fajnie ze tak spedzilas swieta. Na pewno zapamietasz na zawsze ♥
OdpowiedzUsuń