I tak mi wstyd, bo już kilka dni po tym jak napisałam tamtego posta coś się ewidentnie spierdoliło. Zapewne dlatego, ze koniec marca nadszedł i nie spełniło się moje założenie. Ba byłam zdecydowanie w głębokiej d... ze wszystkim właściwie. A zatem bezsilny gniew zapanował nade mną i nawroty choroby skaczące niczym wredne insekty.
A chciałam Wam napisać, że w końcu ruszył kurs Exela, który był na takim zadupiu Sosnowca, że musiałam sięgnąć po wsparcie obcych czterech kółek. Także o tym, że owy kurs nie nauczył mnie nic, poza kilkoma funkcjami (ale hajsy za to będą). Chciałam się podzielić przygotowaniami do egzaminu ze szkoły, który ma być w tą sobotę. A także opowiedzieć Wam historię kolejnego kursu na który w końcu się doczekałam.
Wczoraj zadzwoniła do mnie pani z Fundacji, która ma mi pomóc znaleźć pracę. Powiedziała, że kurs następny i ostatni zarazem - telefonicznej i elektronicznej obsługi klienta - ma się zacząć w ten weekend. No po prostu cudownie, zwłaszcza, że w weekend mam egzamin z Podstaw prawa cywilnego. No ale nic, Vill nie byłaby sobą, jakby nie zaczęła organizować. Zadzwoniła więc pierw do pana Mecenasa z zapytaniem ile będzie trwał egzamin i czy może zaraz po nim wyjechać, a także czy może podpisać się za cztery godziny na przód bo godzin jej zbraknie, jako, że ostatnio też jej nie było z powodu kursu Exela.
Pan mecenas rzekł, że i owszem do egzaminu mnie dopuści, ale co do godzin to mam się dogadywać z sekretariatem. Sekretariat, jak zwykle nie odebrał, ale w między czasie zaczęłam ogarniać transport z Mysłowic do Sosnowca znów sięgając po obce cztery kółka, kiedy się okazało, że jednak jest autobus, a nawet dwa. W związku z powyższym zaczęłam ogarniać notatki gdzie wsiąść, gdzie wysiąść i o której by być w dwóch miejscach na raz.
Wedy zadzwoniła pani z Fundacji i powiedziała, że kurs przesunięty jest na następne dwa weekendy. Co oznacza, że za dwa tygodnie znów opuszczę szkołę (albo będę kombinować) i że Zaklęcie znów siedzi sam... przez ponad półtora miesiąca łącznie. Uroczo.
I wstyd mi... bo wciąż nie mam roboty i fakt ten mnie dobija. Nie potrafię zrozumieć dlaczego nikt do mnie nie dzwoni. Dlaczego moje podobno perfekcyjne CV jest opuszczane przy rekrutacji. Aż sprawdziłam trzy razy, czy na pewno jest na nim dobry numer telefonu. Nie dzwoni nikt, ani tam gdzie wysyłam sama, ani tam gdzie wysyła Fundacja. Może ryj mam jakiś zakazany?
I wstyd mi, bo nie mogę przestać się smucić (jest mi kurwa zwyczajnie smutno). Bo przecież chodzę do szkoły, by mieć zawód, latam na kursy, by mieć papier i jakąś kasę, inwestuje w to swój czas i prawie żadnych pieniędzy, a mimo to powiedziano mi, że mi to nic nie da...
I wstyd mi, bo chyba zrobiłam coś mojemu światu, że już nie chce o mnie dbać... :(

Będzie dobrze, trzymam mocno, mocno, kciuki :)
OdpowiedzUsuńA może w życiu jest tak, że jednak musi zaistnieć pewna równowaga i...żeby potem było dobrze, coś musi się spierdolic? Podobnie jak u nas. Mamy spore psierdolenie i piekiełko ale...wiemy, że to cena za to, że pewne rzeczy się udały:)
OdpowiedzUsuńu nas od stycznia niekończące się pasmo złych nowin... także ten, nie tylko u Ciebie stabilnie...
OdpowiedzUsuńMimo wszystko bądź dobrej myśli;) Życie po prostu ma czasami inne scenariusze niż byśmy chcieli.
Może perfekcyjne CV odstrasza ;)
OdpowiedzUsuńA tak serio - mam nadzieję, że w końcu ktoś się do Ciebie odezwie i znajdziesz fajną pracę.