czwartek, 6 września 2018

O tym jak popsułam oj bardzo bardzo

Wtorkowy wieczór, siedzi sobie Vill przy stoliku i trzaska zwroty. Otwiera już chyba któryśset z kolei i widzi cztery litry jakiegoś soku. No super. Raz ze jakiś sok w lekach, dwa, że to gabaryt na pewno, trza będzie naklejkę dodać na magazyn konkretny przypisać słowem trochę więcej roboty niż zwykle, ale nie tak znowu dużo.

Cztery sztuki, z czego trzy w porządku. Sprawdzam standardowo serię, datę ważności. O Shit! Krótka data, a to jest gabaryt, na normalna przecenę to nie pójdzie. Pamiętam, jak mi wcześniej w podobnej sytuacji system robił problemy, jakby ktoś kto go tworzył nie przewidział, że wielkim rzeczom też może się skończyć przydatność do spożycia (dwoją drogą, wiecie, że nawet pieluchy mają datę ważności?)

Aha no tak i zapomniałabym o jednym drobnym szczególe. Mianowicie, że producent chyba się naćpał, bo nie wiem kto normalny wytłacza na produkcie datę ważności i serię, ale kodu kreskowego już nie. W tym konkretnym napoju był on przyklejony cholerną ulotką. Ulotką, która oczywiście była zagubiona w akcji na jednym z towarów i która akurat musiała zginąć na tym z krótką datą (chociaż gdyby brakowało jej na innych sytuacja byłaby taka sama).

Zaaferowana byłam. Przyznaje się bez bicia. W pamięci zakamarkach próbowałam odszukać recepturę na wysłanie krótkiej daty poprzez magazyn towarów wielkogabarytowych.

A powinnam pomyśleć.
A powinnam zastanowić się logicznie.
A powinnam ochłonąć.
A powinnam zapytać.
A przede wszystkim powinnam odesłać!

Ale co tam. Vill sobie towar przyjęła, co z tego, że nie było kodu do skasowania. Przecież zawsze można skasować kod z innych tych samych towarów, czyż nie? (no nie, tak gwoli ścisłości, zwłaszcza jak jest różnica w serii!).

Jakaś była moja radość, gdy system przyjął mi Gabaryt na zwykły magazyn przecen (z powodu krótkiej daty). Hura Hura i chwalmy system.

Na drugi dzień towar do mnie wrócił z powodu że bez kodu. No super i co ja mam teraz z tym fantem zrobić?

1) Zadzwoniłam grzecznie do apteki z zapytaniem czy Pani może mi to wymienić (apteki i tak nakładają swoje kody). Niestety nic z tego, gdyż albowiem ponieważ pani zamawiała te konkretne cztery sztuki i te odesłała bo jednak pacjent się rozmyślił, co za tym idzie choćby chciała to nie ma innych na wymianę.
2) Poleciałam na magazyn coby ogarnąć czy ulotkę ową można jakoś zeskanować, skserować, cokolwiek, ja się pytam co za debil umieszcza kod kreskowy na ulotce która tak łatwo może się oderwać?!. No nie, kopiowanie nie wchodzi w grę z powodu kolorystyki i foliowania owej ulotki.

Zostało mi już ino jedno wyjście.

3) Polazłam z pokorną miną do kierowniczki, przepraszając jak to bardzo popsułam bo wiem, wiem oh na bogów wiem już teraz, mądra ja po szkodzie, iż powinnam to odesłać, zamiast przejmować. Oh tak strasznie mi przykro jak ja już mądrzejsza jestem o tą wiedzę, szkoda, że tak późno. Co? Nie, nie wiem ile to kosztuje. Aha, dobrze, dziękuję.

Pani kierownik stwierdziła, że jak nie ma szans odzyskać kodu to mam dać towar do utylizacji (skoro to ino litr), ewentualnie mogę go sobie sama wypić :P

3 komentarze:

  1. Ależ pogmatwany ten zwrot! :)
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  2. To serio historiaw stylu "nawarzyłaś piwa to teraz je sama wypij"XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie to pogmatwane, ale w sumie niezle wyszlo. Jak bym se sama wypila :-)

    OdpowiedzUsuń