sobota, 30 maja 2020

Gruba berta

Gruba jestem. To fakt, niezaprzeczalny do tego. Szczególnie jeśli dodać wynik wagowy, na który nie patrzyłam od zeszłego roku, oraz jakże wymowną prezentację wizualną wieńczoną odbiciem lustrzanym.

Odkąd pamiętam nie podobałam się sobie. Nawet wtedy, gdy ten jeden raz w życiu byłam szczupła. Tak, zdarzył się taki moment, a konkretnie 13 września 2013 roku kiedy to waga moja wykazała iście szatańskie poczucie humoru pokazując 66,6 kg na liczniku i spuszczając spódnicę ze studniówki do samych bosych, równie zdziwionych tym faktem co ja, stóp. Odchudzałam się do tej sukienki. W końcu była mega okazja. Ślub z Krótkim, który zorganizowałam praktycznie sama od własnej kiecki do wodzireja. Ale nie o tym dziś.

Wtedy, gdy nawet przed (teoretycznie) najszczęśliwszym dniem mojego życia odzywał się we mnie mój wewnętrzny żydek - skąpiec postanowiłam, że na ślub ubiorę kieckę ze studniówki, bo co będę kupować dwie kiecki na po jednej nocy, jak może mieć jedną kieckę na dwie imprezy. Kieckę zwęziłam na czas, ale również nie o tym dziś. Dziś o tym, że nawet wtedy, tego dnia w tej kiecce się sobie nie podobałam. Ale od początku.

Już jako dziecko kochałam słodycze. Prawdopodobnie zajadając emocje i ukrywając w kolejnych wafelkach i kostkach czekolady łzy z powodu szczególnie okrutnych dzieci w szkole. Odkąd pamiętam przeżywano mnie od grubych. Odkąd pamiętam zawsze taka byłam. Niewysoka, licząca sobie max 170 cm (w dowodzie), nieśmiała stłamszona przez "fajniejsze" dzieci dziewczyna. Nigdy najlepsza w niczym.

Już w 6stej klasie podstawówki wyjechałam do sanatorium odchudzającego (po tym jak koleżanka z tej samej klasy również w takowym była i przyjechała szczuplejsza o 7 kg). Miesiąc męki pod okiem niby specjalistów zaowocował odjęciem sześciu kilogramów z ogólnego rozrachunku, nauczeniem się jak można nabić nieistniejąca gorączkę na termometrze (mimo, że nigdy tego nie robiłam to mnie o to posądzono) i możliwością niemal całodobowego jedzenia jabłek. Wtedy też znienawidziłam wszelkie kolonie wyjazdy gdzie są wspólne łazienki i ogólnie brak prywatności.

Drugi raz był w gimnazjum, klasa chyba trzecia jakoś na początku. Od słuchania wybitnie wkurwiającej ksywki (której tu nie przytoczę) już bolały mnie uszy, do tego stopnia, że wzięłam się za siebie. Siedzenie nad książkami zmieniłam na ganianie po podwórku, ślęczenie przed telewizorem na setkę brzuszków przed każdym pójściem spać, ulubiona czekoladę na bez cukrową herbatę. I jakoś poszło - 10 kilo w dół. Sukces. Zajebiście. Miałam spokój na kolejnych kilka miesięcy, może ze dwa lata.

Kolejny raz był już w UK, kiedy to zobaczywszy na wadze numer trzy cyfrowy obiecałam sobie solennie, że więcej do tego nie dopuszczę. Dokładnie nie pamiętam ile wtedy poszło, ale wiem, że około dwudziestu z hakiem. Przyniosło to ze sobą też dwa zajechane stepery i dużo dużo spacerowania. Był chyba wtedy rok 2009 czy coś koło tego, więc znów miałam kilka lat spokoju, by w roku 2012 podjąć kolejną walkę.

Wtedy to już doszedł basen, steper zamieniłam na aerobik przed kompem (do dziś jestem w szoku, że udało mi się to ogarnąć w pokoju 3 na 5 metrów. Ile razy jebłam ręką w kompa Krótkiego to nie zliczę. Wtedy też poszło najwięcej, może z powodu takiego, że tym razem nie robiłam tego sama (Krótki koniecznie musiał się pokazać na ślubie w jak najlepszym wydaniu) Zeszło jakieś 33,5 kg, dając nam cudownie szatański numerek w tym szczególnym dniu.

Nawet wtedy się sobie nie podobałam, bo z racji zajebiście obdarzonej przez naturę figury - gruszka - cokolwiek bym nie robiła, nogi i tak miałam grube, a cycka żadnego. Ale cóż, przez chwilę chociaż mogłam nosić mini spódniczki - do leginsów oczywiście.

Ostatni raz nie był już tak spektakularny. Postawiłam na leczenie kalorii z miła chęcią chcenia zatrzymania się na 85 kg i (pomimo w tym stanie nadwagi) tak już zostania. Serio, gdybym złapała jakiegoś Dżina albo Złotą Rybkę.... Liczenie kalorii dało mi bardziej w kość niż myślałam. Mój po depresyjny, ceniący sobie wolność mózg był bardzo niezadowolony z faktu stania się niewolnikiem liczb.

I tak kolejna próba mimo, że przyniosła jakieś tam rezultaty spełzła na niczym (pomijam próby podjęte w latach 2017-2018 które mimo zakupionego orbitreka i stepera przyniosły rezultaty absolutnie zerowe).

Zatem ponowie jestem w punkcie wyjścia. Na wagę nie patrzę bo mnie mrozi na samą myśl, a pogoda dziś nie za ciepła. Podejrzewam, że znów jestem bliżej trzycyfrowej liczy niż dalej, ale stwierdzić muszę z absolutnym przekonaniem, że jestem kurwa po prostu zmęczona ciągłymi próbami.

Tym się w sumie chciałam podzielić.

17 komentarzy:

  1. Nie wiem co Ci powiedzieć, może to, że waga to waga, a człowiek jest w środku i nieważne ile tam ma. Ważne jaki jest!
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze są wątpliwości, kiedy należy siebie samą zacząć kochać? Dopiero jak będę piękna i młoda? Czy może jednak trochę wcześniej? A jak się uda wcześniej siebie zaakceptować, to może dałoby się wtedy znaleźć inny sposób, inną metodę na kilogramy? Nie wiem, nie wiem. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie chcę tu wyjść na przynudzającą starą ciotkę, ale chyba bardziej bym się martwiła tą niską samooceną (jak piszesz zakorzenioną już od dzieciństwa) niż samą wagą... Znam kilkoro "większych" osób, które uwielbiam i które są przesympatyczne. Bije od nich mega pozytywna energia! Mają swój styl i ciuchy tak dobrane, że umiejętnie tuszują krągłości. Kochanego ciałka nigdy za wiele;))
    I wcale nie namawiam Cię do jakiś drastycznych diet, bo uważam że nie tędy droga. Ruch owszem - ale nawet niech to będzie choćby codzienny godzinny spacer. Nic na siłę. Myślę jednak, że najpierw powinnaś polubić siebie taką jaka Jesteś niezależnie od wagi. Znaleźć swoje mocne strony i to niech one w Twojej głowie krzyczą najgłośniej;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ode mnie też bije pozytywna energia, kiedyś mi nawet powiedziano, że mam kolorową osobowość :)

      Usuń
    2. A i jeszcze Memelko kochana, ja nie umiem, mimo, że czytałam i szukałam, ale jakoś nie potrafię się ubrać by dobrze wyglądac i jeszcze bylo mi wygodnie

      Usuń
    3. Kolorową osobowość już zaliczam na plus:)
      To ubieraj się tak by Tobie było wygodnie i tyle;)
      ps. ja też uwielbiam słodycze a nawet myślę, że jestem od nich uzależniona... Przed przymusowym okołowirusowym pozostaniem w domu poszłam na mega zakupy. I nie po papier toaletowy jak reszta tylko po tonę słodyczy... Tak że ten, rozumiem Cię doskonale;)

      Usuń
    4. U mnie to jest właśnie dziwne. Bo czekolada i lody potrafią leżeć tygodniami, a nawet miesiącami. Nie raz już tak było, że Zaklęcie odkupywał mi dwa, nawet trzy razy te jedne lody których nie zjadłam za pierwszym razem. Ale jak juz otworzę czekoladę to idzie w dwa góra trzy dni. A tak to ja nie jem dużo słodyczy własnie dlatego, że to moja zmora jest i wiem jak na nie działają.

      Usuń
  4. A MUSISZ byc szczupla?? Ja tez nigdy taka nie bylam, okraglak od dziecka, lubiaca slodycze i jedzenie ogolnie (nie obzarstwo, bo przejedzona NIE lubie byc). Tez probowalam pare razy, moja najnizsza waga to 55 kg przy 160 cm wzrostu. Sportu ani nie lubie, ani nie mam na niego czasu, bo pracuje fizycznie, prowadze dom, a w sezonie jeszcze sobie dlubie w ogrodku. Najbardziej upierdliwe bylo i jest dla mnie liczenie kalorii i odmierzanie i wazenie porcji. Juz kilka lat temu powiedzialam sobie: jestem po 40-tce, czuje sie ze swoim cialem dobrze, mam dobre malzenstwo (a maz, ktory zawsze cie akceptuje taka, jaka jestes, to istny skarb), ogolnie jestem zadowolona ze swojego zycia, wiec na uj mi ta figura, ktorej i tak nigdy nie mialam? Teraz moja waga oscyluje tak okolo 75 kg i juz. Fuck it, jesli cos robisz ze soba, rob to dla swojego zdrowia i dobrego sampoczucia, nie dla wygladu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja wcale nie chcę być szczupła. Jak wspomnialam wtedy też się sobie nie podobałam, ale chcialabym chociaż nosić ciuchy jeden X a nie dwa takie male marzenie :)

      Usuń
    2. Kurcze, Vill, no to nie wiem, chyba jednak musisz sie zawziac i zmienic sposob odzywiania. Mnie osobiscie wydaje sie, ze diety jako takie zupelnie sie nie sprawdzaja, bo predzej czy pozniej te wage sie po prostu odzyskuje, a jedynie ograniczenie zarcia cos daje. A jakbys tak sprobowala odbierac sobie z kazdej porcji powiedzmy 1/4 albo zastosowala krotkotrwala 1-2dniowa glodowke co tydzien-dwa? Jesc wszystko, tylko mniej. To samo ze slodyczami, nie wpierdzielaj mechanicznie pudelka ptasiego mleczka, tylko wez sobie trzy kawalki i celebruj to jedzenie. To tylko przyklad, bo Ty moze akurat tak nie robisz. Ja na przyklad wyrobilam sobie nawyk unikania tego, co BARDZO mi smakuje, ot takie kluski slaskie robie moze raz w roku, bo moge je jesc w kazdej ilosci, i choc zoladek juz nie przyjmuje, to geba moglaby jesc bez konca, niestety. Ja juz nie stosuje polityki chudniecia, a polityke nietycia wiecej. Malymi kroczkami do przodu, schudnij sobie ten kilogram miesiecznie i wystarczy. Powodzenia w dzialaniu!

      Usuń
    3. Właśnie to jest to, że zawsze to potem wraca, bo gdyby to było, że dobra zawezmę się i schudne te 7 kg czy tam ile mi teraz potrzeba i to tak zostanie to spoko, ale nie, to zawsze wraca... ;/ Głodówki nie wchodzą niestety w grę. Odkładanie 1/4 jedzenia może być dobrym pomysłem, ale kiepsko wyjdzie w praktyce bo spowoduje podjadanie którego teraz nie robie, a jak robie to bardzo rzadko. Mój mózg jest po prostu już zmęczony ciągłym hamowaniem się odsuwaniem, odbieraniem sobie

      Usuń
  5. Czasem dochodzi się do ściany. Zmęczenie materiału. Miałam, miewam.
    Ja zaczęłam tyć po trzydziestce, ale schemat ten sam. Brak akceptacji siebie. Kilogramy to tylko objaw. Poczytaj o kompulsjach wszelkiej maści, jedzeniowych też. I jak się walczy z objawem, nie ma opcji, że się uda. W ogóle jak walczysz, to nie uda się. Bo walczysz z samą sobą, hejtujesz sama siebie. To jak ma być dobrze?
    Ja wiem skąd u mnie problem. Moi rodzice nigdy mi nie powiedzieli, że jestem ok. Mój tata nigdy mnie nie zaakceptował. Na żadnej płaszczyźnie, a zwłaszcza mnie jako kobiety. Nie nosiłam spódnic i sukienek, czółenek itp. To był jego obraz kobiety. Nie pasowałam. Mama była ładna, zadbana, sukienkowa. Ja nie, może bunt? W każdym razie, ja teraz, mając 53 lata i 92 kg, postanowiłam zrobić to, czego wcześniej nie zrobiłam. Dać sobie wszystko, czego nie dali mi rodzice. Najpierw zobaczyć czego mi brakuje, a potem to dostarczyć. Bo rodzice zrobili swoje. I kicha, już mi nic więcej nie dadzą, jestem dorosła. Potrzebuję przytulenia? Idę do męża i mówię: przytul. Albo sama się utulam. Chcę czekoladkę, kupuję. Chcę loda, kupuję. Mówię sobie: zawsze jeśli będziesz potrzebowała, DOSTANIESZ. Zawsze. Ne będę się głodzić, nie będę się czepić siebie. Przestałam chodzić po szmateksach, kupuję nowe ciuchy. Takie jak lubię. I nade wszystko, mówię sobie: jesteś piękna, taka jaka jesteś. Z nerwicą, wałkami i brzuszkiem. Z nieporadnością i odwagą, by to wszystko polubić ;) Bo nie o jedzenie chodzi, wcale nie o jedzenie...Może tędy Vill? Bo chudnę sama z siebie, tak po troszku, nie dokuczając sobie. A nawet jeśli nie schudnę, to też dobrze. Nadal jestem sobą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, kompulsywne jedzenie kojarzy mi się bardziej z taki wpierdzielaniem na umór, takim pod sam korek. Nie wydaje mi się, bym tak jadła, często gęsto nie jem nic slodkiego przez cały tydzien, czasem do kawki ze dwie kostki czekolady (gorzkiej) w weekend czasem jakieś ciasto. Nie wydaje mi się, zebym miała napady żarłoczności, choć bywają momenty kiedy opędzlowałabym całą czekoladę na raz bo jest po prostu tak dobra. Powiedz mi kochana, czy jest do Ciebie jakiś kontakt? Tak prywatnie bysmy mogły pogadac, jeśli oczywiście chcesz?

      Usuń
    2. Kompulsje są z natury trudno uchwytne. Pojawiają się i znikają. Niby nic, ale coś. Możesz do mnie napisać na anabzikowa@gmail.com :)

      Usuń
  6. A moze sprobujesz metoda malych krokow? Odstawic jedna rzecz, na przyklad ciasta, piwo, cokolwiek. Nie wszystko na raz, bo wtedy mozg szaleje. Stosowac zamienniki, zamiast paczka kostke czekolady, zamiast drozdzowki galaretke albo kisiel, zamiast czekoladek puszke coca coli bez cukru. Pol godziny ruchu dziennie - codziennie. Nie katowanie sie z ciezarami czy bieganie, zwykly szybki spacer wystarczy. Ale codziennie. Schudnac to nie jest tylko kwestia estetyczna, to przede wszystkim kwestia zdrowotna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tej metody też już próbowałam do dziś pije albsolutnie każdą heratę (poza czarna z cytryną) bez cukru i kawe nawet też. Pączków nie jadam, drożdzówek też nie, chba że raz na kilka miesięcy jak mnie wybitna ochota najdzie. Coli też nie pijam a jak już to rzadko. Biegania nie mogę bo kolana, tancuje raz w tygodniu dwa razy w tygodniu jogę, ale to nie wchodzi w nawyk, ile bym nie próbowała w koncu przestaje

      Usuń