Najciężej chyba czytać jego prośby i obietnice. Zdaje sobie sprawę, że zostawiłam go w wielkim szoku i bólu. Zdaje sobie sprawę, że złamałam mu serce. Jednak to już był ten moment, kiedy wybór był zbyt prosty i zbyt bolesny, by go nie podejmować.
Wiem, że zajmie mu trochę by się uspokoić i przyzwyczaić do tego, że mnie nie ma.
Twierdzi, ze teraz rozumie, teraz wie, jak się czułam. Mówi, że zawinił ignorancją i niewiedzą. Proponuje terapię i prosi o spotkanie. Uważa się za potwora i obwinia się za wszystko.
Najciężej jest nie odpisywać mu... bo jestem osobą, która pragnie pomagać, pragnie niwelować krzywdy, a nie je tworzyć. Część mnie chce wrócić, chce posłać nas na terapię, chce spróbować ten ostatni raz i zobaczyć, czy on faktycznie jest w stanie zmienić się dla mnie. Część mnie tęskni i chyba nadal trochę kocha...
Jednak druga część mnie nakazuje mi przestać. Nakazuje spojrzeć ku przyszłości i ku przeszłości. Przypomina co robił, jak się zachował, jak kurwował i jak jego zabawki były najważniejsze. I to, że nie ma racji. Nie zawinił niewiedzą, jedynie ignorancją. Rozmawiałam z nim wiele razy, prosiłam by się tak nie odnosił, że mnie to boli... prosiłam, płakałam, błagałam.. jedynie widział to jak on się czuję.. pisałam listy, a nawet zebrałam się na odwagę i zaproponowałam terapię... ze łzami w oczach. Odmówił (twierdzi, że nie wiedział, że nie sądził, że to tak poważne, bo przecież jak się komuś proponuje wspólną terapię to nie jest poważne, czyż nie?).
Najciężej jest czytać, że on nie zauważał tego jak się do mnie odnosił, że był ślepy, że powinien wiedzieć, że robi mi krzywdę. Tak powinien..
Wina leży po obu stronach. Bo też i ja zawiniłam pozwalając mu na to wszystko, cofając się przed nim, korząc i ulegając. I myślę o przyszłości jaką mogłabym mieć z nim, o tym, że nie chcę mieć dzieci a on pragnie "przedłużenia rodu" o tym, że jestem czasem infantylna, emocjonalnie głośna, niezdarna i czasami po prostu mam ochotę robić coś na odpierdol, albo się powygłupiać, pośpiewać, potańczyć... Myślę, że nawet jakby poszedł na tą terapię, to nie spodobałoby mu się jaka jest swobodna Vill.. bo Vill już od bardzo bardzo dawna przy nim swobodna nie była. Myślę, że uznałby, że jestem już całkiem inną osobą.. A ja po prostu wracam powoli do bycia sobą. Tą nie stłamszoną, tą wesołą głośną infantylną wariatką pełną wiary w uśmiech.
Tak więc najciężej jest czytać jego prośby i nie reagować. Ale wiem, ze muszę to przetrwać, że to zaprowadzi mnie do lepszej przyszłości do MOJEJ przyszłości. Do mojego domu i moich zasad i mojego szczęścia, gdzie nie będę musiała ustępować na każdym kroku, bo komuś się coś nie podoba...

Wytrwałości!
OdpowiedzUsuńDziękuję... dużo jej potrzebuje, ale nie jestem sama :)
UsuńSzkoda,że to się tak kończy. Ale taki koniec to nowy początek, czegoś lepszego:)
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Powodzenia.
OdpowiedzUsuńPowodzenia.
OdpowiedzUsuńTylko sie nie złam. To normalne, te obietnice. Bez pokrycia zresztą. Aby tylko CIę mieć z powrotem. A potem będzie jeszcze gorzej. Nie daj się.
OdpowiedzUsuńStaram się, choć on pisze tak piękne rzeczy...
UsuńZawsze trudno jest odejść ale...nieraz to jedyne wyjście. Dobrze zrobiłaś. I...powodzenia w tej decyzji.
OdpowiedzUsuń