W zamian za to postanowiłam trochę ogarnąć swoją przeszłość. Przejrzałam masę papierów zdjęć starych zeszytów i rzeczy, które po takim czasie absolutnie nic dla mnie nie znaczyły. W związku z tym, ze Łojciec zrobił mi graciarnie z pokoju, ja zrobiłam tam tajfun sprzątania. Do tego poprzestawiałam kilka rzeczy tak, że nie do końca przypomną mój pokój z zastałą energią lat szkolnych i przed Krótkowych. Do tego w ramach oczyszczenia ścięłam włosy, a Wiedźma Rodzicielka stwierdziła, że odmłodniałam. Zabrałam tez kilka swoich gratów, jak ulubiony sztylet który o ile pamiętam chyba własnie w Jaworznie został kupiony przez mojego ex (serio teraz sobie przypomniałam, a pół dnia zachodziłam w głowę skąd ja go mam), oraz dostałam kilka nowych jak książka, durszlak i komplet pościeli.
(Przy okazji - Jeśli kiedykolwiek kupicie coś do kuchni, miskę albo coś i nie będziecie mogli się pozbyć kleju spod naklejki na produkcie, pomaga na to oliwka dla dzieci - moja ciotka jest genialna! :P)
Wizyta w rodzinnym mieście była złym i dobrym pomysłem jednocześnie. Dobrym, bo spędziłam dużo czasu z rodzina, której tak mi brakowało przez te osiem lat. Mnóstwo czasu gdzie nikt mnie nie poganiał i gdzie nie musiałam patrzeć, że ktoś chce mnie jeszcze do swojego ojca na kolacje czy o babci z Niemiec na obiad. Zła bo jednak w rodzinnym mieście znajduje się kilka miejsc które wybitnie kojarzą mi się z Krótkim, przez co odwiedzanie ich bolało. Na całe szczęście Krótki nigdy nie lubił chodzić ze mną na spacery po Zgorzelcu, więc wycieczki na nogach były dość przyjemne i nie okraszone bólem wspomnień.
Po raz drugi prowadziłam po polskich drogach, choć mój ciężko tyrający Łojciec ( po którego pojechałam samochodem jego kobiety, bo jego się zepsuł) uznał, że egzamin bym oblała, chociaż uwag miał całe dwie, no może trzy biorąc po uwagę to, że nie zaparkowałam tam gdzie chciał :P
Za to powrót pociągiem był mega męczący. Okazało się że pociąg z rezerwacją przy oknie jest przedziałowy, a że ja miałam gratów więcej w tą stronę niż w tamta w pewnym momencie wręcz zaklinowałam się w korytarzu :P Na całe szczęście z Katowic złapałam szybciej autobus, wiec byłam w domu całe pół godziny wcześniej.






















Rewolucje pokojowe bardzo ostatnie polubiłam :)
OdpowiedzUsuńZimowe zdjęcia bardzo klimatyczne. Bardzo fajnie wyglądasz :)
https://sweetcruel.wordpress.com/
Ciri to śliczne imię dla kota. I może właśnie ona nie była ci przeznaczona, ale gdzieś tam czeka na ciebie inne stworzenie?:)
OdpowiedzUsuńPrędzej czy później musiałabyś się z miastem i pewnymi skojarzeniami zderzyć, skonfronotwać więc może i lepiej, że jakoś masz to za sobą?
Może i racja.. może teraz będzie mniej bolało..
UsuńCzas leczy rany - może i brzmi jak banał, ale coś w tym jest... U mnie zadziałało;)
OdpowiedzUsuń