czwartek, 16 lutego 2017

O tym, jak urodziny psują pracę i powtórka z rozrywki

Wróciłyśmy dziś z Molly do domu z zakupów. Ledwie postawiłam torby, dzwoni telefon. Na wyświetlaczu dumnie pokazują się Katowice. Myślę "o, pewnie w końcu ktoś mi oddzwania, do tych Katowic z milion cefałek wysłałam".

- Dzień dobry, tu taka i taka z Urzędu Pracy w Jaworznie, czy mam przyjemność z panią Vill.
- No tak, dzień dobry, to ja
- A , bo widzi pani ja mam dla pani ofertę stażuaaaaaa....aaa - tu się pani lekko zapowietrzyła chyba - aaa, a pani ma urodziny w poniedziałek.
- We wtorek chyba, ale tak.
- W poniedziałek, a to nie niestety oferta nie jest aktualna, bo widzi pani, to jest oferta poniżej trzydziestki, a że rozmowy są w czwartek to się pani niestety już nie będzie kwalifikować.

Nie ma co. Poczułam się staro.

Na domiar tego przed wczoraj były walentynki i już doszła mnie echolokacja drogą pantoflową, jakoby Krótki sterczał pod Tesco z wielką różą, a potem pod Lidlem z jakąś dziewuchą się spotykał (prawdopodobnie z tą samą wielką różą z poprzedniego epizodu, aczkolwiek pewności ni mam).

Powtórka z rozrywki nie ma co. Nie dalej jak dekadę temu było tak samo. Odeszłam od mojego ex nie mogąc dłużej już walczyć, a już po kilkunastu dniach doszło do mnie, że ma dziewczynę. Generalnie chuj z tym. W końcu Krótki ma prawo szukać sobie nowej miłości. W końcu podejrzewałam to od momentu, kiedy mi oznajmił, że w ciągu tygodnia podjął życiową decyzję - rozwiedźmy się, mimo, że jeszcze całkiem niedawno wmawiałem Ci, że sobie tego nie wyobrażam, że jesteś tą jedyną, że nie mogę myśleć o innej kobiecie koło mnie, czy innym facecie koło Ciebie.

Ale boli, mimo wszystko.

I nawet nie dlatego, że coś jeszcze czuje do Krótkiego. Bardziej dlatego, że czuje się naiwna. Bo to ja walczyłam tak długo jak się dało. Bo to ja się męczyłam. Bo to ja starałam się trzymać to małżeństwo w kupie, Bo to ja umierałam z wyrzutów sumienia, że robię mu krzywdę odchodząc... I naiwnie wierzyłam, że kocha mnie tak mocno jak mówił, że kocha...

I gdzieś tam głęboko wciąż zakorzeniona niska samoocena wmawia mi usilnie, że nie byłam warta podjęcia przez niego walki. Że nie byłam warta prób, nie byłam warta czegoś więcej niż słowa, które przecież nic nie kosztują. Nie słucham suki, a przynajmniej usilnie się staram.

Mimo wszystko mam nadzieję, że ona da mu to, czego ja mu dać nie mogłam i że on nie skrzywdzi jej tak jak mnie (świadomie czy nie).

A także że i ja w końcu znajdę kogoś tylko mojego, kto da mi to czego pragnę ja i przed kim nie będę musiała udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy absolutnie nie jest...

Chociaż to będzie trudne..
Bo czuje się jak spłoszony, wystraszony kot...

2 komentarze:

  1. znajdziesz taką życzliwą duszę i w ogóle mam nadzieję,że te złe chwile szybko miną:)
    Ściskam.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. O rany, ale miałaś pecha z tym stażem...

    OdpowiedzUsuń