Na miejsce przyszłam mocno za wcześnie, ale jak się okazuje istnieją i więksi gorliwcy. Tak czy owak siedziałyśmy sobie z tą panią, a obok nas wytrwale stał pan z komórkiem w ręku i coś tam sobie przeglądał. Mówię, że spoko, bo trzy osoby miejsca cztery bydzie dobrze. Pani mi na to, że tam w holu jeszcze jedna pani stoi. Mówię, że nadal mi się to kalkuluje bo czwórka nas i czwórka miejsc.
Dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry i końca nie ma. Ostatecznie naliczyłam 9 osób. Osiem babeczek i ten nieszczęsny pan rodzynek z telefonem. Cztery działy, cztery miejsca, dziewięć osób, wiadomo, że ktoś odejdzie z kwitkiem.
Rozmowa kwalifikacyjna, zupełnie jak egzamin na uczelnie prawie że. Cztery osoby, ja jedna przy stole. Niech nam pani coś o sobie opowie.
O matko o sobie? A co ja takiego powinnam opowiadać? Żyje już prawie trzydzieści lat, anegdot mam od cholery, że w rękawie się nie mieszczą, no, ale przecież co ich to interesi. No więc skupiłam się na rzeczach obecnych. Że tak, że się stażowałam, że Urząd Pracy, że bardzo chcę znowu do urzędu, że szybko się uczę, że na klawiaturze bardzo szybko piszę, że jestem zlubowana we wszelkiej papierologii. Same superlatywy, uśmiech, luz i szczerość.
Dlaczego wróciła pani do Polski?
Z tęsknoty proszę pana i z powodów osobistych.
Po ponad czterdziestu minutach czekania, gdy już wszyscy zostali przewałkowani i nawet narodziły się jakieś znajomości między kandydatami (ktoś nawet sypnął żartem, że kolejka taka jakbyśmy do pracy się zgłaszali, a nie na staż), wyszedł pan główny inspektor i oddal CV osobom, które nie przeszły.
Między innymi moje.
Okey, uroniłam dwie łzy, ale to dopiero w domu. Tam, zdumiałam wszystkich spokojem i brakiem zdenerwowania, bo cóż najgorszego może się stać? Najwyżej pójdę do sklepu kupie ziemniaki i zrobię obiad. Aha, jakbym się dostała, też bym to samo przecie zrobiła.
Po analizie wnikliwej z Wiedźmą Rodzicielką stanęło na tym, że byłam... zbyt szczera (plus, że się nie douczyłam czym się który dział zajmuje i fakt, mój błąd - mogłam to zrobić)
Ale absolutnie nie wolno mi mówić, że widziałabym się w KAŻDYM z proponowanych działow (no ej to podobno oni mieli wybierać kto do jakiego działu pójdzie) bo jestem niesprecyzowana. Nie powinnam też wyznawać co właściwie przygnało mnie z powrotem do kraju, poza tym, że (wedle Wiedźmy Rodzicielki) poprawiający się polski rynek pracy (gówno prawda, ale kim jestem by się kłócić). Nie należy także mówić, że się czegoś nie wie (jak przy pytaniu czy nie boi się pani, że po latach pracy fizycznej, z umysłową pani sobie nie poradzi? -
To nie porażka.
To nowe doświadczenie.
To nie znaczy, że do niczego się nie nadaje.
To jedynie znaczy, że muszę przestać być sobą na rozmowach kwalifikacyjnych.
(Czasem się zastanawiam czy aby właśnie nie dlatego siedziałam tak długo w pracach fizycznych, tam przynajmniej nie musiałam udawać kogoś kim nie jestem. )

Kochana pierwsze koty za płoty. Dalej będzie lepiej. Mocno trzymam kciuki.
OdpowiedzUsuńTez tak uwazam. Pierwsze koty za ploty. Szukaj dalej i pamietaj, to oni maja Cie chciec, nie Ty ich ;-)
OdpowiedzUsuńAle to normalka, że trzeba ściemniać na rozmowie kwalifikacyjnej! Ja raz byłam tak wiarygodna, że prawie - o zgrozo - dostałam pracę w banku;)))
OdpowiedzUsuń