poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Cierpienia wiosennego wirusa

Przypałętały się te jajeczne święta, których obchodzić w sumie zamiaru nie miałam, ale Zaklęcie stwierdził, żebyśmy zjedli chociaż tradycyjnie śniadanie.

Stwierdziwszy, że weekend może być nawet przyjemny zaczęłam go od wizyty u Molly, gdzie odwiedziłyśmy zamek Będziński i zamkowe wzgórze, a także widziałam najgorsze skrzyżowanie ever (chyba nawet za milion dolarów nie chciałabym tamtędy jechać ;/), upiekłyśmy ciastka i ogólnie świetnie się bawiłyśmy. 










Przyjemność kończyła się powoli, już w autobusie, kiedy to przyczepiona to eukaliptusowego sztachacza, walczyłam z katarem. W związku z powyższym sobotnie ganianie za butami skończyło się szybką wizytą w Lidlu i jeszcze szybszym zakupieniem rzeczy niezbędnych do owego jajkowego śniadania. Potem to już wylądowałam we wyrze, a biedny Zaklęcie musiał się mną zajmować przez cały weekend. Combo jakie zrobiliśmy nie powstydziliby się zawodowi gracze w Mortal Kombat i Teken'a razem wzięci. Kanapki z czosnkiem, czeski dodatek do herbaty (jestem niemal pewna, że musiał mieć w sobie coś z ziółek rozweselających, bo nie tylko robił gorąco w środku, co i wesoło w głowie ^^), polopiryna, rutinoskorbin garściami, amol palony i w ogóle dużo, dużo herbaty z cytryną miodem i amolem. Niedziela cała pod kołdrą (i maraton Piratów z Karaibów :P) i saszetki zdrowotne firmy gripex. 


W poniedziałek za to wstałam zdrowiutka jak rybka, poza małym katarkiem. Zadowolona z takiego obrotu sprawy czym chętniej pojechałam (zgarnięta przez Wiedźmę Rodzicielkę i jej męża) do Krakowa w odwiedziny. Wysiedliśmy w Królestwie Smogu i udaliśmy się na obiad. Restauracyjka do której weszliśmy miała kelnera, który był wręcz lepiej wychowany ode mnie (aż głupio mi się zrobiło, że się garbie przy stole i w ogóle że taka swobodna jestem ^^). Zjedliśmy wyśmienite jedzenie, gdzie kurczak z rożna na prawdę był wypieczonym, a mimo to miękkim kurczakiem z rożna, a za sos musztardowy do sałatki chyba dałabym się pokroić. A potem się zaczęło.

Wyszliśmy na spacer i coś złapało moją nieufarbowaną łepetynę w imadło. Normalnie takiego bólu od czoła przez uszy i szczękę aż do zębów chyba nigdy nie czułam. Dudniło w uszach, a ciśnienie chciało rozwalić mi łeb. Rezultatem tego pochłonęłam jakiś painkiller zupełnie bez popitki. 

Zastanawiam się, czy to czasem nie była pierwsza w życiu migrena, może spowodowana tym moim combo atakiem ze wszystkich stron ... Tym bardziej, że teraz jak siedzę, to czuje, że znów wraca... 

A zatem niech sięgnę po słowiańską mantrę zdrowia i bólu idź precz!

RADORO DARO ISTRA ZARGA JARGA ŁADODNIEJA

2 komentarze:

  1. Może katar w zatoki poszedł? Weź sobie Polopirynkę zatoki, teraz taka pogoda, że jak bez czapki się idzie to można przeziębić zatoki. Czosnek, odpoczynek, dużo płynów, będzie lepiej :)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Na migrene zwykle srodki nie pomoga. Sumatriptan tylko, ale juz za pozno. Trzeba sie przemeczyc. Oby szybko poszlo.

    OdpowiedzUsuń