Dym. To było pierwsze co zobaczyłam. Jeśli przebijał się
przez tę cholerną mgłę, to musiałyśmy być blisko. I rzeczywiście, ledwie
zeszłyśmy ze stoku naszym oczom ukazały się chaty. Wioska. Niezbyt duża, ale zawsze
coś. Zwłaszcza po całym dniu wędrowania w tej paskudnej, wilgotnej pogodzie.
Jak zwykle obejrzało się za nami kilka oczu. To akurat
normalne, więc nie przyłożyłam do tego większej uwagi. Kierując się do czegoś,
co ewidentnie było tu karczmą (mimo, że nie miało żadnego szyldu) rozmyślałam
po kiego grzyba wzięłyśmy to zlecenie. Niby nic, w końcu zawiniecie jakiejś
błyskotki nie było niczym dla mnie nadzwyczajnym. Cena również była ładna, a my
potrzebowałyśmy pieniędzy. Moja towarzyszka szła koło mnie w milczeniu. Tak jak
ja przywykła już do ciekawskich spojrzeń, chociaż ją obrzucano nimi znacznie
częściej niż mnie. Wszak spotkać niziołka tak daleko od domu to nie lada
zaskoczenie.
Gdy tylko weszłyśmy, zapachniało pieczonym mięsem. Zza
lady spoglądał na nas siwowłosy, długobrody mężczyzna. Był tak chudy, że aż
żylasty. Po sposobie w jaki patrzył poznałam, że twarda z niego sztuka.
Skierowałam się od razu do niego i zadałam kilka standardowych pytań. W końcu
zapytałam o przewodnika.
- Musicie popytać – odparł mi. – Może ktoś was
zaprowadzi. Gdziekolwiek idziecie – umilkł na chwilę, po czym dodał. - To
dziwne, że w takie miejsca... dwie kobiety... ale z drugiej strony..
- Lubimy przygody – odparłam.
- No nie wątpię – rzekł, spoglądając na nasze uzbrojenie.
Udałam się więc w stronę ław, znajdujących się przy
sporym ognisku i przysiadłam nasłuchując, o czym debatują mieszkańcy. Miedzy
nimi wybuchło nie lada poruszenie, przysunęłam się więc nieco, by zasięgnąć
języka. Bandyci. Nic nowego na tym świecie. Tym razem, wedle usłyszanych słów,
grubo przesadzili. Mieszkańcy, czterech rosłych chłopów wyraźnie byli z tego
faktu niezadowoleni. Wykrzykiwali zamiary zatłuczenia tamtych. W tej chwili
karczmarz przyniósł Ale i zasugerował, że skoro lubimy przygody, powinnyśmy
dołączyć. Zerknęłam jedynie na Karin, szukając potwierdzenia. Kiedy skinęła
głową zaoferowałam rozjuszonym góralom naszą pomoc.
- Widzę, że coś tam wiecie, coś tam przeżyłyście w życiu –
powiedział ten, któremu zaoferowałam pomoc, wielki jak dąb facet, który
najwyraźniej samą już wielkością zdobywał szacunek. Miał krótkie czarne włosy i
brodę.
- Coś tam wiemy – zgodziłam się. – Coś tam umiemy.
- Ale czemu chcecie nam pomóc?
- Powiedzmy, że potrzebujemy przysługi. Potrzebujemy przewodnika
po górach. My pomożemy wam, wy pomożecie nam – to byłą uczciwa oferta, a przy
tym pozwalała nam zaoszczędzić złota.
Górale chyba również tak pomyśleli, bo już po chwili, w
której zdołałam jedynie zamoczyć usta w kuflu, ruszyliśmy na łowy. Za moją
namową zdecydowaliśmy się zaatakować bandytów przy ognisku, miast czekać aż
wrócą do swej siedziby, gdyż obawiałam się, że w kryjówce mogli mieć
pozastawiane pułapki. Znaleźliśmy ich po niedługim czasie. Razem z Karin
ruszyłyśmy jako pierwsze, by się podkraść, ocenić sytuacje i w razie czego
pozbyć się wartowników.
Było ich sześciu. Czterech spało w okół ogniska.
Rozdzieliłyśmy się. Podkradłam się
cichaczem do mężczyzny po mojej stronie. Karin, o zgrozo wybrała rzut
sztyletem. Niestety nie dość, że nie trafiła, to jeszcze zaalarmowała o naszej
obecności. W duchu obiecałam sobie następnym razem ustalać takie rzeczy. Wyrwałam
się z krzaków i zaatakowałam sztyletem wartownika. Uchylił się. Kurwa. Zaklęłam
pod nosem i spróbowałam jeszcze raz... I również nie trafiłam. Ja pierdole, co
za pech! Przeciwnik wyszarpał toporek i zaatakował. Zabolało, krew zalała mi
oczy. Otarłam ją czym prędzej i uskoczyłam. Rzuciłam w niego trzymanym w
drugiej ręce kamieniem. Uchylił się. Do kurwy nędzy! Skończyły mi się bluzgi. Zaatakował
znów. Tym razem zdołałam uniknąć. Sytuacja zaczynała wyglądać beznadziejnie,
lecz na pomoc przyszli nam górale. Nawet nie miałam czasu spojrzeć jak sobie
radzi Karin. Jeden z naszych sojuszników trafił mojego przeciwnika toporem,
dzięki temu mnie również dopisało szczęście. Sztylet mojego brata zatopił się w
ramieniu mężczyzny, a góralski topór w jego głowie. Padł martwy. Zerknęłam na
Karin, ona również uzyskała pomoc. Reszta naszych sojuszników już rozprawiała
się z pozostałymi bandytami.
Przeszukaliśmy ciała. Zdobyłam kolejny nóż.
Postanowiliśmy także odwiedzić kryjówkę bandytów. Niemal żałowałam, że nie było
pułapek. Miałam wielką ochotę wykazać się czymś po nieudanej walce, w której
pewnikiem bym zginęła, gdyby nie otrzymana pomoc. W duchu trzęsłam się z
gniewu. Do stu kurew portowych, żeby ich demony prze chędożyły pierdoleni bandyci
unikający ciosów! W kryjówce były prawie same śmieci. Wzięłam sobie łuk w
średnio dobrym stanie. Za to Karin przygarnęła pistolet, na moje oko warty koło
dwieście koron.
***
Zapadał zmrok. Obserwowałyśmy budynek, który jednak
okazał się nie być klasztorem. Kiedy byłyśmy pewne, że nie będziemy łatwo
dostrzeżone podeszłyśmy do muru i ruszyłyśmy wzdłuż niego. Zdecydowanie musiało
być tu inne wejście. Nie myliłam się, natrafiłyśmy na zamkniętą furtkę.
Śmierdziało. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, że powinnyśmy zażądać
podwyżki. Podrapałam się po bandażu, którego, podobnie jak igieł i zdolności
szycia ran, użyczył mi karczmarz i zabrałam się do otwierania. Zamek nie był
skomplikowany, więc pierwszy z moich wytrychów okazał się trafnym wyborem.
Weszłyśmy na korytarz. Światło nie było za dobre, ale
póki co byłyśmy niezauważone. Skierowałam się do pierwszych drzwi i delikatnie
je uchyliłam, Karin poleciłam zrobić to samo z tymi na przeciwko. Za moimi była
jakaś graciarnia. Jej drzwi ukazywały drogę do kolejnego korytarza. Otworzyłam
szerzej swoje, coś zabłysło w nikłym świetle lamp. Błyskotka? A może coś
wartościowego. Postanowiłam to sprawdzić... I wypieprzyłam się jak długa.
Zaklęłam pod nosem słowami, które zdecydowanie nie przystoją damie. Poczułam
czyjeś ręce. To Karin nieszczęśliwie wywaliła się na mnie. Zerwałam się na
równe nogi i stwierdziłam, że jednak nie ma tu czego... w drzwiach stał
mężczyzna w szacie. Przez chwilę wyglądał na równie zaskoczonego co my. Szybko
jednak pozbierał szczękę z podłogi, odwrócił się i pobiegł.
- Do nędzy! Cały plan cichego ogarnięcia sytuacji diabli
wzięli – warknęłam pod nosem.
Rzuciłam za nim sztyletem i .. oczywiście nie trafiłam.
Nie było czasu na podjęcie bardziej zaawansowanych decyzji. Wiedziałyśmy, że
jeśli wyskoczymy przez furtkę możemy już przez nią nie wejść. Chowanie się w
graciarni także nie wydawało się zbyt dobrym pomysłem. Rzuciłam się do przodu i
wpadłam do pierwszego pokoju po prawej. Karin wbiegła za mną i zamknęłyśmy
drzwi. Pomieszczenie wyglądało dziwnie. Na ścianach wisiały dwa obrazy
przedstawiające jakieś zamki, podobne od siebie, czerwony dywan na podłodze i
... Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Sądząc z opisu znajdował się tu amulet,
który miałyśmy zdobyć. Szczęście w nieszczęściu, jak to mówią. Chwyciłam
wisiorek. Przeszył mnie dziwny dreszcz. Zignorowałam go jednak i wrzuciłam świecidełko
do kieszeni. Karin w tym czasie sprawdziła, czy pod dywanem nie ma żadnego
tajnego wyjścia. Głosy na korytarzu zbliżały się, więc skoczyłam za drzwi.
Otwarły się. Chwyciłam za linę. Zobaczyłam, jak Karin, próbując atakować, wręcz
tanecznie potknęła się o dywan i wyrżnęła tą pucołowatą twarzyczką w podłogę.
Wyskoczyłam zza drzwi, próbując narzucić linę na ramiona intruza, by dać nam
chociaż trochę czasu.
- Złodzieje! – wrzasnął, uchylając się.
Wybiegł, chyba po wsparcie. Korzystając z okazji
wyskoczyłam z pomieszczenia i wpadłam do tego na przeciwko. Omiotłam szybko
spojrzeniem pokój i skryłam się za fotelem, wyjęłam łuk i nałożyłam strzałę. W
tym momencie Karin się pozbierała, wystrzeliła z pokoju i pognała w stronę
wyjścia. Brawo, rozsądna dziewczyna, pomyślałam. Za nią pobiegło jeszcze
trzech, wypuściłam strzale, lecz jak na złość, byli za szybcy. Nikt mnie jednak
nie zauważył.
Moja mała zwinna towarzyszka pognała w stronę lasu
sprawiając, że właściwie spacerkiem mogłam opuścić ten klasztor, który nie był
klasztorem. Nie pozwoliłam sobie jednak na to. Wzięłam nogi za pas czym prędzej
i pognałam w dół.
***
Mięso było dobre, a Ale mokre i .. cóż, mokre. Nie
pozwoliłam sobie jednak długo siedzieć na dole. Po szalone ucieczce, byłam
cokolwiek zmęczona, lecz jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Siedziałam
teraz na łóżku i trzymałam amulet w dłoni. Nie za bardzo miałam na to ochotę,
ale coś mówiło mi, że powinnam sprawdzić, czy wtedy mi się nie wydawało.
Przez dłuższa chwilę wpatrywałam się w amulet, który
ukazywał moje odbicie, aż w końcu ja, ta w amulecie będąc jakby nie mną
zaczęłam się powoli uśmiechać. Ten uśmiech był jednocześnie przerażający i
szalony, ale nie mogłam oderwać wzroku. Za tą upiornie uśmiechniętą postacią
coś się poruszyło. Wzdrygnęłam się. Odłożyłam amulet. Ja pierdole w co myśmy
się wpakowały? Ukryłam twarz w dłoniach i usłyszałam otwierane drzwi. Karin
weszła, zajadając pałkę kurczaka. Przez dobrą minute nie miałam siły podnieść
na nią oczu. Co się do nędzy wyprawiało?
- C..coś jest nie tak z tym amuletem – powiedziałam,
spojrzawszy na nią. – On jest z..zdecydowanie magiczny... Albo gorzej – mój własny
głos wydawał się nie należeć do mnie.
Podałam jej amulet i poprosiłam by w niego spojrzała, ale
niczego nie spostrzegła. Niemożliwe. Niemal jękliwie poprosiłam ją, by
spojrzała po raz drugi, dłużej, ale i tym razem niczego nie uzyskałyśmy. Serce
mi zamarło. Albo wariowałam, albo amulet działał tylko na mnie. Nie miałam
pojęcia co gorsze. Wzięłam świecidełko do ręki. Nigdy nie rozumiałam magii,
zawsze przerażała mnie, była nienormalna, dzika i nieokiełznana. Spojrzałam na
amulet starając się ocenić jego wartość. Był niewiele warty.
- Nie wydaje ci się, że pięćdziesiąt koron za niego to
nieco za dużo? – zapytałam. - Jestem pewna, że nie jest tyle wart.
- Skoro twierdzisz, że tam coś widzisz, to może tego nie
oddawajmy? – zaproponowała Karin.
- Więc co z tym zrobimy? Zakopiemy gdzieś?
- Nie wiem, może póki co przechowajmy?
- Na pewno nie jest wart pięćdziesięciu koron. Jestem
przekonana, że on jest m..magiczny, coś w nim siedzi, jakiś czart.. – mój głos
należał, do małej przestraszonej dziewczynki, nie cierpiałam siebie za to, ale
nie mogłam nic poradzić. – Z drugiej strony, ty tego nie czujesz –
powiedziałam. - Proponuje by..śmy ruszyły w drogę powrotną i po drodze
zastanowimy się co z tym zrobić. Jeśli nadal będę czuła jakieś wibracje z nim
związane to nie wiem.. może go zniszczymy?
- A w ogóle da się go zniszczyć?
- No teraz nie będę próbować.. ale jestem przekonana że
coś jest z nim nie tak.
- A co jeśli byśmy to zniszczyły i coś by się uwolniło? –
zapytała Karin rzeczowo.
- Nie wiem, nie mam pojęcia...Nie mam pewności, że jest
magiczny – przyznałam – w końcu ty tego nie czujesz. Może to mi się tylko
wydaje, może jestem zbyt zmęczona, po prostu prześpię się z tym i pomyślimy,
dobra?
***
Ciemność, czerń nieprzenikniona, zimna, złowieszcza
czerń. Starałam się otworzyć oczy. Z mroku zaczęły wyłaniać się jakieś
kształty. Domy, ulica, znałam te okolicę. Ta wioska w górach. Ci ludzie...
Wszędzie czerń. Czarni ludzie. Czarni ludzie bez twarzy. Rozpoznałam kilku po
kształtach, wysokiego barczystego szefa bandy zajmującej się likwidacją
bandytów. Przeszedł koło mnie. On.. a może jego cień? Przeszedł w ogóle nie
zwracając na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było. Spojrzałam w górę i zobaczyłam coś jakby
wstęgę czerni unoszącą się z każdego mieszkańca wioski. A potem jeden po
drugim, bez najmniejszego dźwięku zaczęli osuwać się na ziemię. Jak lalki,
którym lalkarz obciął nitki. Legli tam gdzie stali, nie wydając choćby
westchnienia. To było więcej jak upiorne. Spojrzałam na swoją dłoń. Była czarna. Dzierżyła sztylet. Cały
umazany w krwi. W okół mnie walały się zakrwawione trupy, a na czarnym niebie
świecił zielenią księżyc. Wrzasnęłam.
***
Własny wrzask obudził mnie, a może była to Karin, którą
znów skopałam z łóżka. Nie wiem. Zlana potem usiadłam na brzegu i opuściłam głowę,
próbując złapać oddech. Coś zadyndało mi na szyi. Amulet! Panika chwyciła mnie
za serce. Zerwałam go z siebie i rzuciłam na podłogę. Moje blade ręce trzęsły
się jakbym miała z pięćdziesiąt lat więcej. Karin coś do mnie mówiła, ale nie
słyszałam, a może nie chciałam jej rozumieć.
- Nałożyłaś mi ten amulet na szyje?! – zapytałam
oskarżycielsko.
- Nie! – zaprotestowała zaraz.
- Przecież sama sobie go nie nałożyłam tak? – warknęłam,
szukając choć cienia racjonalności tej
sytuacji.
- Ale miałaś go w kieszeni – przypomniała mi.
- Więc dlaczego, do nędzy, obudziłam się z nim na szyi?!
- Ja spałam – broniła się moja towarzyszka.
Wtedy poczułam dym. Zerwałam się i ruszyłam do okna.
Zobaczyłam całą wioskę w czerni. Domy były osmolone, spalone, jakby smok na nie
czknął. Na ziemi zobaczyłam ciała. Ludzi leżących na ulicy, ułożonych w okrąg.
Zerknęłam na swoje ręce, przekonana, że zobaczę na nich czerń i zakrwawiony
sztylet. Były normalne. Resztki rozsądku pozwoliły mi ubrać się czym prędzej i
zarządzić ucieczkę z tego dziwnego miejsca.
- Karin, weź go – powiedziałam wskazując amulet – ja go
nie dotknę.
- Mówiłam ci wczoraj, ale nie chciałaś mi go dać.
- Dobrze, ale
teraz weź go, bo ja go nie dotknę. I
musimy stąd... tam się coś stało, jakieś złe rytualne coś i jeśli stąd nie
spierdolimy w podskokach to nas dopadnie. Ale ja tego po prostu nie dotknę –
znów wskazałam na amulet – Więc albo go zostawiamy, albo go bierzesz.
Wybiegłyśmy z karczmy. Nawet nie chciałam się zastanawiać
jakim cudem nasz pokój ocalał od tej katastrofy. Po drodze widziałyśmy martwe
zwierzęta z poderżniętymi gardłami. Przełknęłam żółć napierającą mi na gardło.
Nie chciałam patrzeć, ale mimo wszystko widziałam, że jest w tym jakiś wzór i
to przerażało mnie jeszcze bardziej. Ponagliłam Karin i wyszłyśmy. Rzuciłam
tylko okiem na trupy leżące w okręgu przypominającym słońce. Jedyne czego
chciałam to uciec z tego dziwnego miejsca, lecz nogi nie chciały mnie słuchać.
Pół sekundy później wiedziałam już dlaczego.
Wśród dymu zbliżał się do nas ktoś w długim płaszczu i
szpiczastym kapeluszu. Miał duży miecz w ręce. Opierał go o ramie nonszalancko,
jakby broń nic nie ważyła. Uśmiechnął się w naszą stronę, a ten uśmiech
sprawił, że ze strachu zapomniałam jak się oddycha.
~~*~~

czytałam z przyjemnością:)
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/