poniedziałek, 20 listopada 2017

Córka Alchemika (Neverwinter) sesja 2

Zmierzchało kiedy dotarli na miejsce postoju. Budynek o dziwo był nowy i dobrze utrzymany. Miał piętro i w ogóle wyglądał solidnie. W środku było, delikatnie mówiąc, pełno. W jednym kącie siedział mężczyzna w towarzystwie kilku innych. Cała gróbka wyglądała jak typowe zakapiory. Dowódca był pretendentem do tytułu największego z nich. Miał długie czarne włosy. Do jednego ucha przyczepiony pęk kruczych piór, do drugiego zaś pęczek czarnej sierści, chyba wilczej. Pół twarzy przykrywała mu maska zrobiona z czaszki wilka. Całość nadawała mu niebagatelnego wyglądu, a jednocześnie darła się o uwagę jak żona na męża za nie pomyte gary.

W drugiej części sali za to siedział najsmutniejszy na świecie dragonborne, tęsknie spoglądający na kufle z piwem na sąsiednich stołach. Miał na sobie srebrną zbroje łuskowa i tarczę oraz młot z wizerunkami smoczego boga Bahamuta. Wyglądał, jakby już długo na kogoś czekał.

- Szefie, mam pytanie – odezwała się Ayako. – Bo jestem przywiązana do tej tu. – wskazała na Atalę. – A chciałabym mieć osobny pokój, mogę?
- Jak se zapłacisz, to naturalnie – odparł wesoło krasnolud, wybrany jednogłośnie na szefa brygady z powodów niebywałej rzadkości zamykania jadaczki.

Odziany w srebną zbroje smutas wstał i, wyciągając jakaś rycinę, podszedł do Atali.

- Dzień dobry maiłem się tutaj spotkać z kims, czy to ty?
- Niby wygląda jak ja – mówi Atala zerkając na pokazaną rycinę.
- W takim razie jestem w trakcie ...
- Może przedstawisz nas swojemu koledze? – wtrąca się Kaźmił.
- Niech najpierw sam się przedstawi.
- Miałem się tutaj spotkać z tą kobietą w kwestii zwalczania nieumarłych z orderu zakonu paladynów tyra. Moje imię to Veskhar i jestem paladynem Bahamuta.

Kaźmił jak przystało na szefa Aniołków zdecydował się zasięgnąć języka. Karczmarz narzekał na jakieś plemiona, z którymi się dobrze handluje, oraz na zmarłych tych plemion, którzy są spokojni i nie wychodzą z grobów. Muszą mieć dobry socjal w tych zaświatach, że nie chce im się wyłazić i nawoływać niezrozumiałym językiem włócząc nogami bez szczególnego celu. Przecierał kubek prawie na wylot opowiadając o niziołkach z południa, które podobno uprawiają czary by im dobrze pole rosło a innym źle. Tak naprawdę jedyną przydatną informacja było ostrzeżenie odnośnie trzymania się z dala od lasu, gdyż podobno grasuje tam coś co uciekło czarodziejowi. Owe coś podobno jest wilkiem ze skrzydłami i orlim łbem. O zielarce zaś dowiedzieli się tyle, co nic, czyli ile ludzi tyle wersji, a wszystko powtarzane niczym w dziecięcej zabawie. Kiedy usiedli do jedzenia, pretendent do tytułu największego zakapiora postanowił jeszcze bardziej zwrócić na siebie ich uwagę, podając się za akwizytora srebrnym sprzętem. Wspaniały i niepowtarzalny srebrny topór na wilkołaki wampiry i co tam tylko chcecie, a nawet do obierania pomidorów i krojenia chleba za jedyne sto pięćdziesiąt sztuk złota.

- Mogę zapłacic dwanaście sztuk złota – rzekł Kaźmił. – I mam papier na to, że te dwanaście stuk złota jest wartych sto dwadzieścia.

Cóż, lepiej nie wątpić w papierki Kaźmiła, bo one mogą zwątpić w nas. Akwizytor jednak nie dał się przekonać i twardo stojąc przy swej cenie odszedł z kwitkiem. Trudni klienci, nie ma co.
***
Noc już zapadła, kiedy Laira wyszła przed karczmę, by odstawić swoje wygibasy, które jak co noc obserwowała Ayako, dopóki nie usnęła z wyczerpania. Jako Elf Laira nie musiała spać tyle co ludzie, więc spokojnie mogła wykorzystać czas na treningi. Tym razem jednak nie dane jej było spędzić tego czasu w samotności. W ciemności rozległ się stukot kopyt i w polu widzenia mniszki znalazł się stary centaur. Sięgał dwa metry w górę. Umięśniony, ale stary mężczyzna. Miał długie siwe włosy, w ustach fajkę,a w dłoni włócznie. Odezwał się chrapliwym głosem w elfim języku.

- Dziecko lasu, w ludzkiej siedzibie. Co cię tu sprowadza?
- Mam swoje powody – odpowiada Laira.
- Dobrze – mówi centaur po chwili milczenia. – Oby twoje powody nie zaprowadziły cię za daleko na wschód. Wszystko ucieka i umiera. Ptaki nie są już takie jak kiedyś. Drzewa nie są takie jak kiedyś. Nawet trawa nie jest już taka jak kiedyś. Wszystko umiera. Uważaj na siebie podróżniczko, dziecko lasu...
- Zawsze uważam.
- Pamiętaj, by zawsze trzymać tych żywych blisko, a umarłych pod ziemią.

Odszedł pozostawiając ją z tym dziwnym ostrzeżeniem.

***
Andverfell było otoczone palisadą. Przy bramie od północy zobaczyli dwóch strażników. Nie wyglądali jednak groźnie. Wyglądali raczej tak, jakby w razie problemów jeden mógł prosić o spokój, a drugi pobiec po psiłki, ewentualnie pierwszy mógł drugiego prosić o interwencje. . Wzdłuż palisady jednak zauważyli kilku łuczników. Do miasta weszli po krótkiej rozmowie w owymi przedstawicielami ochrony, którzy na widok paladyna pokornie przepuścili cała drużynę. Wszak mąż wysoko urodzony, wbić się mógł gdzie chciał – miał to w traitach (blaszka i odznaka no nie?).

Miasto cuchnęło... cóż, miastem. W oddali zobaczyli szyld. Było na nim namalowane kowadło. Ruszyli w jego kierunku, kiedy zaczepił ich jakiś facet od stóp do głów ubrany w coś, co w zamyśle miało zapewne zakrywac każdą możliwą część ciała. I rzeczywiście na widok publiczny zostały wystawione jedynie zielone oczy. Czuć było od niego złem na kilometr. Nie trzeba było być paladynem by to wiedzieć, aczkolwiek Laira od razu się spięła widząc jak Veskhar kładzie dłoń na rękojeści młota.

- Przybysze z północy – odzywa się mężczyzna i spluwa.
- Pan też chyba nie tutejszy – odparowuje władca papierków.
- Tak, ale jestem tu od jakiegoś czasu. Jak jesteście z północy, to na pewno mi pomożecie. Bo ja jestem łowcą nagród – mówi grzebiąc w papierach schowanych w torbie którą nosi ze sobą. – Szukam tego mężczyzny – pokazuje rycinę.

Facet wygląda zdecydowanie jak wczorajszy niedoszły akwizytor. List gończy.

- A co zrobił?
- Podaje sie za łowcę wilkołaków, a tak naprawdę wraz ze swoją bandą pozorują atak wilkołaków i rządają pieniędzy za wytropienie i pozbycie się ich.
- Kto wyał ten list gończy?
- Powiedzmy, że to jest zlecenie od pewnego człowieka, przy którym się odrobine zapędzili i zabili mu córkę.
- To brzmi na coś ... żeby kogoś dopaść, ale czy jest wydany na niego jakis wyrok prawny.
- Nie przyszedłem na poradę prawną tylko pytam czy go widzieliście – zielonooki zabiera list gończy.
- Ale pyta pan o to drużynę w której jest paladyn no to chyba logiczne, że ..

Mężczyzna odwrócił się w stronę Veskhara, a jego oczy przybrały kolor krwi.

- Pladyn – mówi, jakby chciał zagryźć samo to słowo, a może i rzeczonego paladyna. – Czyli nic nie widzieliście, przepraszam – i odchodzi.

***
Miasto nadal cuchnęło miastem, kiedy po wizycie w dziwnym barze, wróć, karczmie, która szlachetnie pokazywała, że krasnolud z elfem może żyć w zgodzie, w rezultacie była to kuźnia przerobiona na knajpę, napatoczyli się na tablicę ogłoszeń na której widniała pięknie oddana podobizna Ayako ozdobiona ramami listu gończego. Atala czym prędzej zerwała papier.

- Widziałem! Ww..wwwidziałem!

Atala obróciła się i uniosła brew widząc dzieciaka. Niespełna jedenastoletniego dzieciaka.

- Widziałem, to ta pani jest na tym obrazku.
- Wydawało ci się dziecko.
- A widziałeś kiedyś co potrafi wkurzony smok? – zapytuje Vaskhar, nachylając się nad dzieckiem.
- Mama mówi, że takie jaszczurki jak pan, to teraz lubią, bo.. jest ciepło i słońce świeci – mówi malec, po czym odwraca się do władcy papierków. – Pppan jjest krasnoludem – rzecze.

Kaźmił zdjął z ramienia torbę i pogrzebał w niej chwilę, po czym wyciągnął gumową twarz z wąsami i okularami, nałożył ją i rzekł:

- Wcale nie, bo gnomem.
- Wcale nie, pan jest krasnoludem, widziałem.
- A pani jest Elfka, tak? Ładne włosy, długie – zwraca się dzieciak do Lairy
- Ta pani nie umie mówić – wtrąca Ayako.
- A mówić nie umi?
- Nie - odpowiada Atala – nie odzywa się.
- A to ona stara musi być, babcia też już nie umie!

Kij Lairy znalazł się w jej rekach błyskawicznie i tym sposobem stracili małoletniego przewodnika. Uciekł w zuchwałej walce o życie, aż się kurzyło. Laira wzruszyła ramionami.

***
Kolejna karczma okazała się droga jak pozłacane jajka kota prezesa i dopiera trzecia z odwiedzonych pozwoliła im zatrzymać się na noc w rozsądnej cenie. Zdobywszy kilka informacji jakoby łowczy lorda mogli coś wiedzieć na temat mieszkającej w lesie wiedżmy i zaliczywszy zdziwko miesiąca, pierwszy raz słysząc głos towarzyszącej im elfki, udali się do swych pokoi.

Nie trwało długo, gdy Ayako podniosła wrzask widząc nożyczki w rękach władcy papierków.
~~*~~

1 komentarz:

  1. Bardzo lubię Twoje opowiadania, choć to nie moja bajka, to lubię je czytać :)

    OdpowiedzUsuń