czwartek, 23 listopada 2017

Sprzedawcowo kupne przygody (a ochrona danych osobowych to co?)

Ja to zawsze coś, jak nie urok to przemarsz wojsk, ale po kolei zdajmy relację całościową. Pierwej orbitrek, bo najkrócej póki co. Otóż psuje się draństwo na nowo. No słów mi brak, trzeci raz na gwarancje wysyłać mi się nie chcę. Słysze jednak, że sprzęt nie domaga, dźwięki wydaje takie jak wtedy gdy pierwszy raz pasek (rozrządu?) poszedł w pizdu albo jeszcze dalej o ile mógł wyjść z obudowy. Jutro aż się boję wejść na niego, bo od kilku dni podczas ćwiczeń w głowie wciąż na nowo układam treść reklamacji :(

Z telefonem jak się okazało sprawa nieco łatwiejsza. Mówię nieco, bo dojazd do najbliższego service'u LG nie jest łatwy. Znajduje się on bowiem w Katowicach i to bynajmniej nie w centrum. W związku z powyższym wybrałam się tam wraz z Zaklęciem w pierwszą wolną od szkoły sobotę. Wiało, padało i pizgało jak w kieleckim na zajezdni. Po dwóch autobusach dotarliśmy na miejsce tylko po to, by.... odejść z kwitkiem, a raczej numerem do darmowej dostawy kurierskiej face to face, czy też door to door (słynne D2D, jak bogackiego Pan kurier z DHLu zacznie u mnie chyba bywać na kawie. ), gdyż nie było prądu i nie mogli przyjąć mojego zgłoszenia.

Jakoś jednak mimo miłej aparycji panu kurierowi zaufać nie potrafiłam. Traf chciał, że miałam wolny jeden dzień tygodniowy celem porobienia badań lekarskich przedpracowych. W związku z powyższym po wizycie u okulisty udałam się do rzeczonego centrum service'owego. Pani przyjęła zgłoszenie wraz z tą moją angielską fakturką, mój cały list miłosny odnośnie problemów ze sprzętem skracając do niezbędnych dwóch zdań :P i odesłała mnie również z kwitkiem, tym razem potwierdzającym, że telefon jest u nich. Tydzień niecały minął i dostałam SMSa, by telefon odebrać. Jako, że wybitnie było mi nie po drodze trochę czasu minęło zanim zaplanowałam cała logistykę dojazdu prosto z tyrki do Katowic i przesiadki po uprzednim zgarnięciu Zaklęcia po drodze. Pani z punktu przyjęć reklamacji miała ze mnie ubaw i pewnie anegdotkę na najbliższych kilka wieczorów, bom cieszyła się jak dziecko (i to dosłownie skacząc z radości). No bo jak tu się nie cieszyć, kiedy wymieniony ekran, panel tylni i płyta główna za zupełne FREE OF CHARGE?! xD

Z kolei przy okazji porządków szufladowych stwierdziłam, że dwóch z czterech zapasowych telefonów należy się pozbyć, tym bardziej, że nie cierpię jak mi coś leży nie używane. Plan awaryjny w postaci innszego smatrphone'e to całkiem mądre posunięcie. Plan awaryjny planu awaryjnego w postaci starej ale jarej Nokii X2 to jeszcze mądrzejsze posunięcie. Jednakowoż plan awaryjny planu awaryjnego planu awaryjnego to już lekki przerost formy nad treścią.

Swój zamysł postanowiłam zatem wcielić w życie. Co za tym idzie jeden telefon dostał się córce koleżanki za śmieszne pieniądze, a drugi miał się dostać komisowi za jeszcze śmieszniejsze. Traf chciał, że znalazłam się w miejscu gdzie mają towary z zajęć komorniczych. No spoko, firma solidna, sprzętu od uja, nawet gwarancje na niektóre sprzęty dają. Pan mi powiedział, że te śmieszniejsze pieniądze to 2 dyszki polskich złotych. Mówię spoko telefon i tak dostałam poza tym wkurwia mnie że leży.

Pan wziął mój dowód, mówiąc, że spisujemy umowę (na dwadzieścia złotych hehe), coś tam poskrobał po czym oddał dokument i położył mi na ladzie 4 piątki. I dialog się wywiązał.
- A ta umowa co ją spisujemy to gdzie?
- A to jednak chce ją pani spisać?
- No jasne, skoro taka procedura.
Podał mi pan dwie karteczki formatu A5 na których była pieczątka firmy, moje imię, nazwisko, pesel i numer dowodu, a także że wedle niniejszej umowy jestem sprzedającym, pan kupującym, że ja oświadczam iż sprzęt jest całkowicie moją własnością, co oznacza, że nie jest kradziony i nie toczy się wobec niego żadne postępowanie sądowe. Że sprzęt zostaje sprzedany za ....... oraz, że kupujący ma ......... czasu na ewentualne zgłoszenie wadliwości sprzętu i tym samym odebranie od sprzedającego należności. Patrze się na to. Patrzę... patrzę...

- Czemu mi pan podsuwa jakąś umowę in blanko? - pytam - niech pan tu dopisze ile mi pan za sprzęt daje i ile mam czekać na ewentualne roszczenia do oddania kasy, zanim to podpiszę. Bo mi pan tu dał niepełna umowę.

Pan wstał, dwie dychy zabrał z lady, powiedział, że mu się nie chce skoro ja mu tak nie podpiszę to nici z interesu, telefon mi oddał i w pizdu podarł obie te kartki. Na co ja, że bardzo fajnie i spoko, ale proszę mi tu na moich oczach komisyjne te podarte kartki do niszczarki, niech się naje. Gość się na mnie patrzy spojrzeniem WTF, to mu tłumacze, że tam jest mój pesel napisany, a ten, ze on niby co ma zrobić z moim peselem? No wut?! Maindfuck mnie taki strzelił... Facet chyba nie wie co to ochrona danych osobowych, ej?

2 komentarze:

  1. Ty to masz te zakupowe przygody za pół miasta!

    OdpowiedzUsuń
  2. W UK to by Ci pewnie nowy telefon dali, bo kto by sie tam takimi naprawami przejmowal, ekran to owszem, ale bebechow to raczej w serwisach tu nie naprawiaja. Chyba nie umialabym sie juz w Pl odnalezc...

    OdpowiedzUsuń