Ci, którzy mnie znają wiedzą, że styl mam swój i niczyj inny. Wiedzą również że figury swej ni wagi nie lubię i mogę co robię, czy też robię co mogę (choć z marnym skutkiem) by się temu przeciwstawić. Bliżsi wiedzą nawet, jakie mam gusta i guściki (o których się nie dustejszyn) i że w ramy tych gustów nie mieści się moja skromna osoba.
Często spoglądam na inne kobiety (aktualnie na moim celowniku jest S z pracy) z zazdrością widząc je w choć odrobinę podobnych do gustów moich strojach. Często patrzę i myślę jak to piknie mogłabym je ubrać (czyżbym miała zapędy stylistyczne? - jakieś niepełnione ambicje?:P) i często na tym się kończy.
Ci którzy mnie znają, wiedzą, że kosmetyki i ja to nie jest ta sama drużyna. Kiedy się przepraszałam z eyelinerem i podkładem oraz tuszem do rzęs robiłam to tylko i wyłącznie na prośbę (żądanie) Krótkiego. Ostatni raz z własnej woli pomalowałam facjatę jakiś rok temu z minutami i wtedy właśnie postanowiłam pozbyć się całego tego chłamu, który jedynie się kurzy i traci na ważności.
Nie lubię, mimo, że Krótki usilnie twierdził, że nie wyglądam kobieco. Nie lubię mieć umalowanego ryja, mimo, że mogę. Za to co lubię i bym chciała - nie mogę z racji ram w które się nie mieszczę.
Zatem nie uraczysz mnie drogi czytelniku w krótkiej kraciastej mini i dopasowanym topie z jednym rękawem. Nie uraczysz mnie w długiej wieczorowej sukni dopasowanej do ciała. Nie uraczysz w krótkiej sukience na ramiączkach, ani nawet w dopasowanych spodniach. (takie rzeczy tylko w Pozaświecie) Nie uraczysz mnie w szpilkach, ani wysokich butach... a nie wróć.. to ostatnie jednak uraczysz.
Odkąd pamiętam, pragnęłam nosić wysokie buty, takie do kolan. Niestety z racji moich szerokich łydek mogłam tylko o takich marzyć. W całym moim życiu tylko raz byłam w stanie dopiąć takie buty i to zaraz przed ślubem, kiedy moja waga wyglądała iście szatańsko (66,6) a ja wyglądałam jak chodząca kuzynka Śmierci. Tamtych butów nie kupiłam, bo wiedziałam, że stan ten nie potrwa długo a wtedy załamanie murowane. Wolałam oszczędzić sobie przykrości, ale i tak zawsze marzyły mi się takie buty.
Jutro będę miała moralniaka, bo spełniłam swoje marzenie w ramach własnego dla siebie prezentu pod choinkę. Ale to jutro, dziś nacieszę się butami, które w podobie oficerek sięgają mi niemal do kolana i które są ciepłe i wygodne. Jutro będę rozpaczać ile za nie dałam. Dziś będę się rozkoszować spełnionym kolejnym zamiarem :)
Bo podobno jak się popieści, to się wszystko zmieści xD

raz na jakiś czas trzeba sobie sprawić przyjemność, nieważne za jaką cenę :)
OdpowiedzUsuńwidziałam Cię na fotkach, które tu wstawiałaś, więc nie przesadzaj! (to raz) a dwa - mieszkałaś kobieto w UK i nie podniosła Ci się samoocena;))) no bez jaj - tu każda jest piękna:)))
OdpowiedzUsuńKosmetyki? Nope. Ciuchy? Mają być przede wszystkim praktyczne:D Dlatego, jak najbardziej rozumiem pewną kobiecą "inność", którą, osobiście sobie chwalę:) Z tym, że mój mąż jak najbardziej ceni sobie mój praktycyzm i...pewnie dlatego też, że on uważa mnie za kobiecą pomimo braku takich "masek", czuję się w tym nieziemsko dobrze.
OdpowiedzUsuńAle, czasem właśnie trzeba się rozpieścić inaczej. Mi nieraz marzą się czerwone szpilki, w których i tak bym pewnie nie chodziła :D
P.S. To ja, Frida:)
No i piknie, ja tez mam takie butki, cholernie niewygodne bo one nie do chodzenia sa a do wygladania :-) I nie miej zadnych wyrzutow, bo Ci sie nalezy.
OdpowiedzUsuńNiestety, też mam łydy słusznych rozmiarów:-/ ciężko znaleźć dobrze prezentujące się kozaki. A ze stylistki też coś mam. Niby kocham minimalizm, ale szafy to nie dotyczy, kocham komponować stylizacje za grosze - w lumpexach można UPOLOWAĆ prawdziwe cudeńka za grosze.
OdpowiedzUsuń