wtorek, 10 lipca 2018

Pauza

- Co się stało? - zapytał Gabriel.
- Nie wiem, wygląda, jakby się zatrzymało - odparła.

Stali na skraju areny mieszczącej się w Pograniczu. Tej samej areny, na której tyle razy dostała po dupie i dała wycisk w pojedynkach. Drzwi wyjścia pochłonął Mrok. Aragoga, zabójcę, który miał w sobie jaszczurzego maga Kordiana, a który pilnował, by do Pogranicza nie wchodzić z bronią - pochłonął Mrok. Czerń zabrała się również za Rakuena, pół elfa, który po sporych przeżyciach pracował spokojnie za barem. Zniknęli goście. Zapamiętane twarze, zapożyczone istnienia. Zniknęły stoliki, kontuar baru, korytarz wejścia. Przestały istnieć nawet wielkie dwuskrzydłowe drzwi, które decydowały o tym, kto wejdzie do Pogranicza. Przestały istnieć ścieżki do niego prowadzące. Vill obawiała się, że przestały istnieć również światy, do którym można było stąd przejść.

Arena, która została stworzona by rozstrzygać wszystkie pijackie spory, by wzmocnić treningi, by sprawdzić jak można kontrolować nowo nabytą moc. Ta arena, z zawieszonymi ponad nimi poziomami, ruchomymi półkami skalnymi, otoczonymi schodami filarami, ta arena stała się ostatnim bastionem Pogranicza.

Ostatnim bastionem Vill.

Zastanawiała się, czy jej pokój, jej mieszkanie w Pograniczu również zostało pochłonięte. Przypuszczała, że tak. Podobnie jak wszystkie rzeczy, podobnie jak jej wnętrze. Polana, Wielka Kota, zamarznięte jezioro, wodospad.

Przypuszczała, że rdzeń jeszcze istnieje, gdyby zniknął nie miałabym ani odrobiny magii. Tymczasem stała w kącie Areny ze skrzydlatym Gabrielem po jednej stronie i rudobrodym krasnoludem po drugiej. Stała ściskając kostur naładowany chwilowymi kryształami zabranymi z jaskini na trzechixach, a cudzego świata.

Nie miała lepszego pomysłu. Światło podobno nie istniało. Tak usilnie twierdził wąż. Nawet wtedy, gdy pobiła go boleśnie, gdy z jego lubieżności została niemalże jedynie krwawa miazga,  nadal obstawał przy swoim. Poleciała więc na trzyixy i wyłupała ze skały trzy kryształy. Mając nadzieję, że to da cokolwiek.

Nie dało.

Byli jak dzieci w ciemności, oświetlani latarką w której kończyły się baterię. Ciemność nadchodziła. Mrok pożerał wszystko, a ona nie umiała tego zatrzymać. Tulili się do siebie otoczeni jasnymi skrzydłami Gabriela, które teraz ściemniały nieco bo... mrok się zatrzymał.

- Co zrobiłaś? - zapytał szorstkim głosem Shreku, gładząc w zamyśleniu rudą brodę.
- Nic, po prostu się zatrzymało - powiedziała.
- Coś się dzieje prawda? - zapytał Gabriel - Coś dobrego?
- Sama nie wiem czy rzucenie obozu pracy nie mając niczego w zamian można nazwać czymś dobrym - odparła z powątpiewaniem.
- Ale jednak ma to jakiś wpływ - powiedział krasnolud.
- Nie cofa się - zauważyła Vill przytomnie.
- Ale też nie idzie na przód - powiedział Gabriel.
- A co, jak zaraz pierdolnie? - zapytała z trwogą?
- Wtedy już nic nie zrobimy. Ale może nie pierdolnie - odparł Shreku - Może zacznie się cofać, na razie się zatrzymało, a my żyjemy. Według mnie to pozytywna rzecz.

6 komentarzy:

  1. Smutne, ale prawdziwe....

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli szukasz dalej... Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej Memelko coś wychodzi na horyzont :)

      Usuń
  3. Tak sobie pomyślałam po końcówce... Że czasem pierdolnięcie jest potrzebne, takie... Rzucenie wszystkiego i nawet jak się przez chwilę nie rusza, nie idzie na przód, albo się cofa to może się obrócić bardzo pozytywnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam jakieś przeczucie, że jednak w ostatecznym rozrachunku obróci się to wszystko w coś pozytywnego. A może czuję tę wiarę w Twoich słowach? ;) Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń