Nie miałam prawdziwego urlopu od nie wiem kiedy. Serio. Wyjazdy do polski z Krótkim nie były urlopem. Byłe kalejdoskopem jeżdżenia by "zaliczyć wizyty" u każdego możliwego członka rodziny, żeby nikt nie poczuł się pokrzywdzony, że nawet na kawę nie wpadliśmy (pomijam już fakt, że do jego rodziny jeździliśmy razem, do mojej - ja sama). Nie był to jednak urlop.
Myślicie pewnie, że kiedy wróciłam do PL i przez te pół roku pierwsze, a potem znów nie pracowałam, to odpoczęłam? Gówno prawda. Każdy kto kiedykolwiek szukał pracy wie, że jest to ciężka praca.
Życie zapierdala.
Serio.
Jakby włączyło ósmy bieg.
Praca -> dom -> praca-> dom.
W domu nie ma mnie 10 godzin. Miziak już ma mi za złe, więc po nocach nie daje mi spać, co oznacza, że czuje się z dnia na dzień jeszcze bardziej zmęczona.
Urlop mi się marzy.
Taki prawdziwy, taki wyjazd gdzieś z dala od ciągłego zamartwiania się o jutro. Czy mogłabym je wsadzić w kopertę i wysłać na Grenlandię?
Zamiast tego (bo w tej chwili to niemożliwe) postanowiłam trochę zatrzymać czas.
Musze Wam powiedzieć, że silny to jest skurczybyk. W nogach ma tyle pary, że zwykle zamiast go zatrzymywać to czepiam się jego muskularnego ramienia i wiszę, powiewając jak chorągiewka na wietrze, kiedy on zapierdala przez kolejne okrążenie. Dzień za dniem, dzień za dniem.
W moim myślach tylko przyszłość, za minutę, za godzinę, za dwa dni, za tydzień, miesiąc, w przyszłym roku. Wszystko co robię jest tylko przejściowe. Prowadzi do tego co ma się zdarzyć.
Próbuję więc zatrzymać czas, na moment wyłączyć gonitwę myśli, skupić się na chwili bieżącej. Przecież on jest, kolejny dzień nadejdzie, czyż nie?
Tymczasem w mojej łepetynie odbija się echem: "Nie marnuj czasu, musisz mieć plan, przecież jedno po drugim następuje, nie ma chwili wytchnienia."
Stop, proszę stop!
Zdradźcie mi lek na spokój.
Sprzedajcie patent na nie zaglądanie co chwile do telefonu/komputera celem sprawdzenia godziny. Jeszcze tyle i coś tam, jeszcze tyle i gdzieś muszę iść coś zrobić. Nawet teraz jak siedzę i piszę tą notkę w tył głowy puka mnie cała kolejka rzeczy które muszę zdążyć uczynić, zanim wyjdę do pracy, a za nimi kolejne rzeczy mówiące o tym co muszę zrobić tam i jak wrócę do domu.
Stop Stop Stop!
Do nędzy...
Głupi mózgu czy nie umiesz odpoczywać?
Drzwi do sypialni zamknij, to po kilku dniach sie w koncu wyspisz :-)
OdpowiedzUsuńmożesz spróbować medytacji. Najpierw jest ciężko, ale potem odnajdujesz spokój i przestajesz tak pędzić :)
OdpowiedzUsuńPróbowałam medytacji jak i jogi... to działa u mnie na krótką metę tylko..
UsuńNie ma złotego środka. Każdy musi wypracować swój;)
OdpowiedzUsuńJak ja Cię rozumiem! ja dwa lata temu przez dwa lata miałam zmienianą pracę i nie było wakacji, nie było nawet jednodniowego wyjazdu, takiego odmóżdżenia... Trzeba było to przetrwać...
OdpowiedzUsuńTeraz jadę w poniedziałek na pierwsze wakacje :P w tamtym roku było wolne od pracy ale nie było finansów na nic bo wykańczaliśmy mieszkanie.
A ja odkąd pamietam przybierałam postawę "miej wyjebane". Czasem jest to strasznie trudne, bo to naturalne, że się człowiek zastanawia. Kończę półroczny staż w policji na stanowisku sekretarki i nie mam pojęcia, co będzie dalej, a wszyscy mnie o to pytają. Póki co słyszę tylko, że Bieszczady mnie wołają i nic innego mnie na chwilę obecną nie obchodzi :) Polecam spróbować, na prawdę.
OdpowiedzUsuńAkurat gór nie lubię, ja to bym pojechała nad jezioro jakieś :) posiedzieć książki poczytać w gwieździste niebo się pogapić :)
UsuńOddychaj, spokojnie... nie myśl o chwili dla siebie, tylko ją znajdź. A potem rób, co chcesz, choćby to miało być nicnierobienie :)
OdpowiedzUsuń